wtorek, 5 marca 2024

Playlista 40.

1. Linkin Park - Fighting Myself
Stwierdziłam, że i tą playlistę zacznę od Linkin Park, bo było to ważne muzycznie dla mnie. Ten utwór ma inne brzmienie od "Lost". Po usłyszeniu fragmentów z audycji na jakiejś stacji radiowej, której fragmenty trafiły oczywiście do internetu, nie mogłam się doczekać, aż będę mogła usłyszeć go w całości. Fajnie się zaczyna takim głosem puszczonym od tyłu, świetne brzmienie gitary, partie rapowe Mike'a Shinody, świetny wokal Chestera Benningtona, klasyczna budowa utworu Linkin Park. Słychać ducha z tamtych czasów. Lubię wsłuchiwać się w wokale, gitarowe partie, czy w bridge.




2. Ed Sheeran - Eyes Closed
YouTube ma dobre wyczucie odtwarzania losowego. Na Eda długo nie trzeba było czekać. Już przed premierą "Equals" chodziły głosy, że ma on wypuścić dwa albumy w niedługim czasie, w jednej połowie roku "=", a w drugiej kolejny album z jakimś znakiem matematycznym, który miał brzmieć jak pierwszy album Eda, "+". Jednak trochę się plany Sheeranowi posypały. Co się wydarzyło? A no życie. We wpisie między innymi na Instagramie wyznał, że miał już gotowy album, ale tyle się podziało, że w tydzień, jak dobrze pamiętam, napisał on tyle nowych utworów, że to z nich złożył album. Wspomniał również, że chce wydawać muzyką zgodne z tym co czuje, że nie mógłby wydać czegoś, co nie odzwierciedla jego w danym momencie. Spisał on swoje uczucia i emocje po stracie przyjaciela, w czasie gdy jego ciężarna żona miała guza, wspomina o swoim zdrowiu psychicznym, czy o tych nieszczęsnych oskarżeniach o plagiat. "Eysed Closed" był pierwszym utworem wydanym z albumu "Subtract" i mówi on o stracie kogoś bliskiego. Zaczyna się delikatnym brzdąkaniem gitary, na zwrotkach wokal jest delikatny, na refrenie trochę mocniejszy. Utwór ma miłe brzmienie, ale nie jest o miłych rzeczach.




3. Royal Blood - Mountains at Midnight 
Swój nowy album zapowiadali i oni. Bardzo fajny kawałek, gitara gra jak trzeba. Bardzo lubię jego brzmienie, jego kompozycję oraz efekt jaki został nałożony na wokal, on tak do gitary pasuje. Zespół przy okazji chciał się niektórym przypomnieć, że nadal potrafi zagrać mocniej, bo pamiętam, że album "Typhoons" nie był przez część osób lubiany, niektórym się nie podobał.




4. If Rammstein wrote 'Baby One More Time'
Wpadłam na YouTube na tego gościa i on bawi się muzyką. Robi widea typu "gdyby jakiś zespół napisał jakoś piosenkę". I to jest robione dla fanu, ale to brzmi za dobrze, żeby tego nie słuchać, jak taką normalną muzykę. Ja bardzo lubię te "przeróbki" i to, jak chłop pracuje swoim głosem i brzmi bardzo podobnie do wokalistów, do których się chce upodobnić. Przecież to poniżej brzmi jakby to faktycznie zrobił Rammstein. I to "my loneliness is killing me" śpiewane niskim tonem, genialne!




5. Nothing But Thieves - Welcome to the DCC
Oni również zapowiedzieli w 2023 roku swoją płytę. Bardzo lubię, jak zaczyna się ten utwór, też tą brzdąkającą gitarą zapowiadali ten kawałek i mocno mnie zainteresowali. Też to był pierwszy utwór po tym, jak poznałam muzykę tego zespołu, więc byłam ciekawa, cóż to wydadzą, w jakich klimatach to będzie, w jaką stronę pójdą i czy to będzie równie dobre, lepsze lub może gorsze od poprzedniej muzyki. Kawałek okazał się być świetny z takim synthwave'owym vibe'm. Był odtwarzany bardzo często przeze mnie.




6. Melanie Martinez - Death
W 2023 trochę tych powrotów było. Powróciła i ona i zrobiła niezłe zamieszanie wśród swoich fanów. Melanie pojawiła się w nowej, odmienionej postaci, dosłownie i w przenośni, zamieniając się w postać ze świata fantasy. Fani różnie zareagowali. Jedni po prostu cieszyli się z powrotu i nowej muzyki, drudzy byli zawiedzeni, a jeszcze inni zaczęli spekulować, co z historią Crybaby, postacią w wymyślonym świecie Martinez. Po samej zapowiedzi była imba, a po premierze utworu, to już całkiem, a na ten moment jeszcze żadnych informacji o nowym albumie nie było. Ja lubię te koncepty z albumów Melanie, ale żeby się tak angażować, jak ci fani, no to nie. Natomiast sam utwór mi się spodobał, choć on był z tych, że nie od razu. Było to dla mnie coś nowego, coś świeżego w muzyce i musiałam kilka razu posłuchać, żeby powiedzieć "tak, mi się to podoba". Zaczyna się powoli i delikatnie, pierwsza zwrotka i pre-chorus. Na refrenie się już mocniej rozbudowuje, po której pre-chorus zaczyna się samym wokalem, co lubię. Ogólnie w tym jednym utworze jest z pięć różnych melodii, jeżeli dobrze policzyłam. I po tym, jak już wiedziałam, że mi się podoba, no to bardzo często był odtwarzany. Niestety w pewnym momencie tryb losowy Spotify zrobił mi psikusa i jego algorytm puszczał mi ten utwór za każdym razem, kiedy było można i mi w końcu przez to zbrzydł. Mimo to nadal mi się podobał, a Spotify w końcu przestał.




7. The Kiffness x Lonely Cat - Sometimes I'm Alone (Singing Cat)
Piosenki robione dla fanu, szczególnie z udziałem kotów, to jest coś dla mnie. Ja jestem fanką muzycznej twórczości The Kiffness i śpiewające koty powinny mieć swój gatunek muzyczny. W teorii jest to robione, ale jest to o wiele lepsze od tej niektórej dzisiejszej muzyki, co można w radiu zasłyszeć. Trzeba przyznać, że The Kiffness robi świetną robotę, inaczej pewnie nie słuchałabym tego jak, jak to się mówi, normalnej muzyki. Też zabawne jest, że zamiast słów, to ja śpiewam razem z kotem, po kociemu 😂. Tak więc oto smutna piosenka, smutnego, samotnego kotka.




8. Electric Callboy - We Got Thr Moves
Ten zespół poznałam na jakimś randomowym streamie, wpadłam na jakiś randomowo i na koniec, bo na koniec tego streama trafiłam, usłyszałam utwór tego zespołu. Nie jestem stuprocentowo pewna, czy to było akurat "We Got The Moves", bo to też mogło być "Pump It", ale w sumie nie jest to jakieś istotne, bo i tak kilka utworów poznałam w jednym momencie, odtwarzałam jeden po drugim. Po usłyszeniu pierwszy raz brzmienie tego zespołu, miałam małego mindfucka, uderzyła we mnie mieszanka disco, techno i metalu. To mnie zaintrygowało i jednocześnie nie wiedziałam, czy mi się coś takiego podoba. To jest ten rodzaj muzyki, który zainteresował, ale jednocześnie nie wiadomo co o nim myśleć i czy się chce tego słuchać. To jest really oryginalne i mieszanka, której się nie spodziewałam i nie sądziłam, iż będzie razem dobrze brzmieć. Jeżeli ktoś słucha mocniejszej muzyki i idzie na imprezę, to to jest idealne, jest mocne i jest imprezowe. Plus, jeżeli ktoś jest takim trv metalowcem i nie słucha disco, techno i innych takich, albo słuchają w zaciszu swoich słuchawek i nikomu o tym nie mówi, no to tego nie powinien się wstydzić. If you know, what i mean. Tak więc słuchając "We Got The Moves" najpierw wybijamy głową bit, a potem idziemy w pogo, a na refrenie disco! Jak kiedyś zdarzy mi się mieć jakieś wesele, to poleci między innymi to 😃.
Döp-dödödö-döp, Döp-dödödö-döp!




9. Jane & The Boy - Like That
Jakiś reels, jakiś shorts, coś takiego. W czymś takim zasłyszałam ten utwór. Pamiętam, że podobało mi się to, jak to krótkie wideo zostało zrobione, zmontowane i świetnie ta piosenka pasowała do niego i przez to została mi w głowie. Gdy weszłam sobie na YouTube w tą piosenkę, to zdziwiło mnie, że ma mało wyświetleń, mimo iż często używana była w tych różnych reelsach i innych takich. Tak to już bywa z tymi trendami. Fajny  kawałek wpadający w ucho, podoba mi się jego brzmienie.




10. Tribbs - Krakowski Spleen
Nie przepadam za twórczością tego typu, no nie mój klimat. Jednak jak wiadomo, wszystko się może zdarzyć, i podczas streama na kanale na Twitchu, "Aiko i Emil", gdzie mowa jest o Japonii, usłyszałam tą wersję "Krakowskiego Spleenu". Była to seria streamów przedłużanych i Emil jeździł kamperem po Japonii, a koło niego jeździł jego kumpel skuterem (takim trzykołowym) i on bardzo lubi puszczać muzykę, miał nawet głośnik doczepiony do tego skutera i ogółem to on jest fanem muzyki typu klubowej, i właśnie on puszczał ten "Krakowski Spleen" i momentami taki fajny vibe był na streamie z tą piosenką, do tego tak często ten kawałek był puszczany, że i mnie zarażono. Fajne do posłuchania i to co trzeba przyznać, to wokal pana, który śpiewa, jest świetny, bardzo mi się podoba.




11. Falling In Reverse - Last Resort (Reimagined)
Poznając tą wersję utworu Papa Roach, nie rozpoznałam bardzo oryginału. Gdzieś tekstowo, pojedyncze słowa, a tak to został ten cover zrobiony w taki sposób, że to kompletnie inny utwór. Piękne to jest. Skrzypce sobie grają, pianino sobie gra, bardzo je lubię przy pierwszym "This is my last resort", czy "Cause I'm losiing my sign", przy drugim refrenie robi się orkiestralnie. Moment wokalu w bridge'u, śpiewający "Cut my life into pices", w ogóle wokal w tym utworze jest świetny. Jest delikatny, jest mocny, jest krzyczący, jest w nim wiele emocji. Uwielbiam.




12. If System Of A Down wrote 'Now You're Gone'
Kolejny kawałek zrobiony for fun. Koleś, który to robi jest zwyczajnie genialny po prostu. A jeśli ktoś jest fanem zespołu System Of A Down i cierpi na brak nowej muzyki, to to jest rozwiązanie. Znam "Now You're Gone" w oryginale, choć bardziej z tytułem "Boten Anna" i teraz zauważyłam, że powinnam go mieć na playliście imprezowej, a go nie ma. Zostało to tak zrobione, że serio brzmi to, jak coś, co by System zrobił. W ogóle autor tego coveru najlepiej naśladuje wokalistów tego zespołu.




13. Foo Fighters - Rescued
Zespół Foo Fighters zrobił muzyczną terapię po utracie perkusisty, który zmarł w 2022 roku. Utwór bardzo w stylu Foo Fighters, poprzedni album "Medicine At Midnight", miał nowe, inne brzmienie w swoim stylu, a "Rescued" jest zbliżony do tego, co było wydane przed "Medicine". Muzyka jak i tekst jest pełna emocji, a one są łagodne, ale również mocne. Ogólnie to niektóre łagodniejsze partie w wokalu, są łagodne i mocne jednocześnie, nie wiem, jak to dokładniej opisać. Pewnie to po prostu potęga głosu wokalisty.




14. Tobe Nwigwe & Nas ft. Jacob Banks - On My Soul
Ooooo, czasy Transformersowe. Akurat niedawno obejrzałam "Rise Of The Beast". Ten kawałek fest podniósł mi hype na ten film, ale i tak nie obejrzałam go od razu, czy tam chwilę po premierze. Nawet jak się pojawił na streamingu. Ten utwór ma taką energię, bardzo lubię rapowanie Tobe, choć jego koledzy też są spoko. Warstwa muzyczna również, lubię jak się zaczyna dźwiękami, które przypominają mi fortepian, czy coś takiego (ale nie wiem, czym są zrobione), a potem wraz z tekstem uderza bit. Bardzo lubię brzmienie muzyki podczas refrenów, czy przy bridge'u, "Bring me the smoke and i'll build you a fire". A dodatkowo chór sobie przyśpiewuje. Do tego jest świetny teledysk. Te dwa elementy się dopełniają, muzyka i obraz. Z początku ignorowałam ten klip, bo przecież to normalne, że w teledysku piosenki do filmu będą samochody w nim użyte. Ale któregoś razu przyjrzałam się temu klipowi i zwyczajnie mi się spodobał. Bardzo lubię jego początek, najpierw przed kamerą przechodzi kobieta, potem jest ujęcie na Porshe i jednego z współśpiewających, a ten patrzy do góry i kamera również się tam kieruje, tam Tobe stoi  sobie oparty o barierkę, pod bit kamera robi po cięciowe zbliżenia na niego, a ten wraz z zaczęciem rapowania wybucha ruchem. Też Tobe fajnie się prezentuje przed kamerą, może dlatego miał mały udział w filmie. Również podoba mi się choreografia i to jak tancerki się poruszają w rytm utworu. Swoją drogą lubię, jak one są wszystkie ubrane tak samo w ten sam kolor, miętowy, i z tego co zauważyłam, to taki motyw przewodni w działalności Nwigwe. Nie wiem o co chodzi, bo ja jedynie posprawdzałam sobie niektóre jego utwory po kawałku i jego album związany jest z mintem.




15. Fall Out Boy - Heartbreak Feels So Good
Zespół długo nie czekał i tydzień po premierze pierwszego singla, "Love from the Other Side" wypuścili oni "Heartbreak Feels So Good". Bardzo przyjemny kawałek, taki bardzo w stylu tego zespołu.




16. Oliver Tree - Bounce
Po wydaniu na początku 2022 roku albumu "Cowboy Tears", w czerwcu 2023 roku zapowiedział swój trzeci album utworem "Bounce". Ogólnie uniwersum Olivera Tree, to jakiś inny wymiar. Nie wiem dokładnie o co w nim chodzi, może kiedyś się wdrożę. W każdym razie doceniam artyzm w teledysku. "Bounce" to fajny numer, choć powiedziałabym, że prosty, no bo nie jest on jakiś innowacyjny, nie jest to coś przy czym bym powiedziałabym, że "ooo, czegoś podobnego nie słyszałam", wiadomo, też nie każdy musi być czymś niesamowitym, czy nie wiadomo jak odkrywczym. Zwyczajnie dobrze się go słucha, fajny ma vibe. Lubię ten dźwięk co jest na początku, on się tam potem przewija, albo pod koniec fajnie gitara gra, choć i w trakcie jakaś brzdąka. 




17. Metallica - Room of Mirrors 
Kiedy wyszła płyta "72 Seasons" nie śpieszyło mi się, by ją przesłuchać. No jakoś minie było po drodze. Natomiast zespół ją dość mocno promował i wstawił rolkę na przykład właśnie z "Room of Mirrirs". I jak ja usłyszałam solówkę w tym utworze, to najpierw posłuchałam ten utwór, a zaraz włączyłam całą płytę, bo byłam ciekawa, jakie złoto mogę na niej znaleźć. Tak jakby druga połowa tej solówki, 3:34 minuta. No jak ja to usłyszałam. Potem jeszcze pod koniec grają te dźwięki, trochę rozwinięta, takie dopełnienie utworu. A potem jak już cały album przesłuchałam, to się okazało, że świetności jest więcej.




18. Grandson - Drones
Druga zapowiedź albumu "I Love You, I'm Trying". I tak jak "Eulogy" było spokojne, to "Drones" brzmi tak buntowniczo, jakby ktoś się wkurzył i tempo jest szybsze. Więc taka równowaga naszła. Jak się słucha w samochodzie, to niezła bomba. Jest dobry bit, jest grająca gitara z fajnym outrem.




19. Thirty Seconds To Mars - Stuck
Jak oni mają wrócić, to jest głośno. I to mówię o fanach, a szczególnie tych, którzy siedzą jak na szpilkach, wspominają jakieś przeróżne wspomnienia, czy to jak muzyka zespołu zmieniła coś w ich życiu. Były też spekulacje, co to będzie za utwór, czy to będzie "stary" Mars, czy taki sam, jak na ostatniej płycie, i przy tym odzywali się fani, co tego albumu nie lubią i wyraźnie to wyrażali. Ja podchodziłam do tego, aaaa, co będzie, to będzie. Zapowiedzi tego utworu mnie intrygowały i byłam ciekawa co tam zapowiadają. I w dniu premiery okazało się, że to spoko kawałek. Dźwięki gitary rozbrzmiewają. On się tak enigmatycznie zaczyna brzdąkaniem gitary, a przy refrenie melodia się rozwija, trochę więcej się dzieje, a przy drugiej zwrotce znowu jest enigmatyczny spokój. Na bridge'u jest ambitne "Ram-dam, da-da-da, dam-dam", ale śpiewane takim mocnym wokalem, że można tą ambitność wybaczyć.




20. Written By Wolves - Misery 
Zespół poznany przez covery, a robił świetną własną muzykę. Gdy zapowiadany był ten utwór, to ja miałam ciarki. Przeczuwałam, że to będzie świetne i miałam rację. Piękne chóry rozpoczynające utwór, a które potem się przewijały, czy śpiewały "we are" przy wersach. One taki genialny klimat dają temu utworowi. Bardzo lubię gitarę podczas refrenu, ona nadaje takiego charakteru, czwartą część bridge'u, czy breakdown. Bardzo lubię brzmienie tego utworu.




Zaczynając pracę nad tym wpisem od początku toku 2024 nic się w muzyce nie działo, przynajmniej w tej muzyce, w której ja siedzę i obserwuję. A tu, pod koniec lutego, to i to i tamto. Tak więc ten spokój muzyczny, to była cisza przed burzą. Ciekawe co będzie potem.

Taka mała przerwa muzyczna między wpisami o filmach, żeby głowa pod innym kątem pomślała trochę.

Adieu.


piątek, 23 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | Trochę popadało. "Hard Rain"

Po obejrzeniu "Broken Arrow" naszła mnie ochota i poszłam za ciosem i włączyłam sobie film "Hard Rain", polski tytuł to "Powódź" (nawet dobrze trafili). Oglądając telewizję również w takiej kolejności oglądałam te filmy i poniesiona nostalgią oraz tym, że wiedziałam iż nie usnę, gdybym położyła się spać, po tym pierwszym tytule włączyłam ten drugi.

Oglądając "Hard Rain" po raz pierwszy, chciałam zobaczyć inną rolę Christiana Slatera. Telewizja mi w tym pomogła, bo niedługo po "Broken Arrow", ta sama lub inna stacja puściła tą drugą produkcję. W ogóle chyba jakoś w tamtym czasie zostało parę filmów z tym aktorem puszczanych, bo sporo ich widziałam w nie dużym odstępie czasu. Pamiętam, że w "Hard Rain" podobało mi się połączenie katastrofy powodziowej z elementami akcji, czy to jak w nim sprawy się obracały. Fabuła ma podobną strukturę co "Broken Arrow", jest coś do zrobienia, coś staje na przeszkodzie, trzeba przeciwstawić się tym złym, no i pozytywne zakończenie. A, i po drodze jeszcze główny bohater napotyka kobiecą postać.

Tom pomaga swojemu wujkowi Charlie'mu w przewiezieniu konwojem pieniędzy z banku, by uratować je przed powodzią. Wjeżdżają jednak w mocno zalany teren, pojazd nie chce zapalić i muszą czekać na pomoc. Niestety zostają napadnięci przez małą grupę prowadzoną przez Jima. Wywiązuje się niefortunna strzelanina, w której ginie Charlie, a Tom zabiera pieniądze, ucieka i ukrywa je. Ale potem musiał uciekać przed Jimem i jego kolegami. Szuka schronienia w kościele, ale tam dostaje z krzyża i budzi się w posterunkowej celi. Opowiada co i jak policjantom i przy okazji dziewczynie co mu krzyżem przywaliła, a która myślała, że jest on szabrownikiem. Funkcjonariusze postanawiają sprawdzić, czy Tom mówi prawdę i jeden z nich z powrotem zamyka go w celi, biorąc pod uwagę to, iż może kłamać. Jednak naszła fala wody i zaczęła coraz bardziej zalewać posterunek. Przed utopieniem ratuje go ta sama dziewczyna, co cisnęła w niego krzyżem. W pewnym momencie Tom był zakładnikiem Jima, ale szeryf pokusił się na miliony i ta dwójka stanęła po tej samej stronie. Podczas strzelania się obu stron, Tom popłynął ratować tą, co mu z krzywa walnęła, Karen. Ostatecznie chciwe policjanty (błąd celowy) zostają uspokojeni, Jim sobie odpływa, a Tom i Karen czekają na nadpływającą pomoc. 

Kiedyś wolałam bardziej "Broken Arrow", ale teraz jestem skierowana bardziej w kierunku traktowania tych dwóch filmów na równi. Są podobne do siebie i tak jak jeden ma swoje plusy i minusy, tak i ten drugi je ma. Z racji tego, że w "Hard Rain" w innych warunkach dzieje się akcja, to wydaje się ten film spokojniejszy, bo motorówka raczej nie będzie tak samo szybka jak samochód. Było również dużo pływania, wiadomo, powódź, więc bardzo tam nie pobiegali, a bieg jest chyba trochę szybszy od pływania, no albo na ekranie tak wygląda, przez co wydaje się że film jakoś mocno nie gna. Woda spowalnia ruchy i akcja filmu jest trochę spowolniona. "Hard Rain" i "Broken Arrow" trwają prawie tyle samo, i ten drugi tytuł śmignął mi dość szybko, a ten pierwszy miałam wrażenie, iż trwał dłużej. Ale to nie jest tak, że on się wlekł, po prostu miał takie tempo. 


Fabuła również prosta, zwyczajny akcyjniak, nie było nic takiego, że twórcy mogliby się pogubić. Była również nuta humoru, jeden typ cytował, czy tam niby cytował biblię, w dialogach również pojawiały się żarty. Było też starsze małżeństwo, co nie chciało uciec przed powodzią i to był humor typowych kłótni małżeńskich, na przykład ten mąż pod koniec mówi do tej swojej żony, że następnym razem ona musi się jego posłuchać i muszą uciec przed kolejną powodzią, co było kuriozalne zważywszy na ich wiek. Bardzo mi się podobała rola Morgana Freemana, wcielający się w Jima. To była tak świetna postać, tak fajnie została zagrana. Bardzo mi się podobał akcent w głosie Freemana, czy sarkazm w wypowiadanych tekstach granej przez niego postaci. Natomiast postać Toma ponownie wydawała mi się zwyczajna. Jedynie podoba mi się i lubię sposób grania Christiana Slatera. No coś w nim jest, że polubiłam tego aktora i nie przeszkadza mi taka zwyczajna postać, którą zagrał. Postać Karen była zabawną postacią pod kątem tego, że ona tam zajmowała się renowacją, czy czymś takim, w kościele i miała na tym punkcie obsesję. Na jej nieszczęście akurat tam musiała odbyć się bitwa o pieniądze i zabawna była końcowa scena, jak Tom opowiada co się stało budowli, na zasadzie że, a woda ugasiła pożar, gdy ona się pyta, czy to był duży pożar, on odpowiada, że nie i prawdopodobnie dlatego postanowili wpłynąć motorówkami wybijając okna, które były witrażami. Toteż Karen przywaliła Tomowi krzyżem i to zamieniło się w żart w tym filmie. Bardzo lubię i mnie bawi dialog między nimi, gdy są na posterunku i on się pyta, czym go walnęła. 

"- You're the one who nailed me, aren't you. What the hell d'you     hit me with?

  - A crucifix. What? It was all that was there.

  - Great. I'm gonna have people from around the world coming to     see Jesus on my forehead".

Jest jeszcze jedna scena, która mnie bawi i nawiązuje do tego krzyża. Jim i Tom chowają się w tym kościele, no i ten drugi poszedł poszukać czegoś do opatrzenia rany, dostał kulką, a w trakcie wymiany zdań Jim się jego pyta, czy już był w tym miejscu, na co Tom odpowiedział "Oh yeah. I saw Jesus!".


Mimo, iż znałam ten film, wiedziałam co tam się wydarzyło, momentami czułam napięcie oglądając go. Szczególnie jeśli chodziło o wodę, na przykład, gdy wpływała ona na posterunek, gdzie Tom siedział w celi i w sumie był uwięziony w niej, i ja siedziałam na paru szpilkach, czy on jakoś tam przeżyje, albo jak on z Karen uciekali przed rabusiami i wspięli się na jakiś słup, żeby dostać się wyżej, chyba woda się podnosiła, i oni ogarnęli, że ten słup to metalowy jest, w pobliżu był jakiś prąd, a on i woda, do tego metal, to tak niezbyt, nawet wołali do tego rabusia, by również z tego metalowego słupa zwiewał, no ale niestety nie zdążył i ten prąd go poraził. Jeszcze gdy Karen była przykuta kajdankami do poręczy na klatce schodowej w swoim domu, bo ten jeden policjant w taki sposób chciał zawalczyć o pieniądze i jeszcze co innego z nią zrobić, ale jej się udało pozbyć typa i musiała ratować się przed wodą, i scyzorykiem odkręcała śrubki przy słupkach pod poręczą, żeby móc wyjść wyżej z tymi kajdankami. W pewnym momencie dalej nie mogła nic zrobić, ale za niedługo Tom przypłynął na pomoc. Tu też ta taka walka z wodą również powodowała u mnie lekkie napięcie i gdzieś tam w duchu miałam na przykład takie "no odkręcaj te śrubki". Potem była imba, ten dom zaczął pływać przez falę co napłynęła, bo tama się poddała i wodę puściła i z jakiegoś powodu wydaje mi się to przesadzone. No niby jest to rzecz możliwa, ale coś mi tu nie grało. W ogóle końcówka w pewnych momentach odbierałam lekko podkoloryzowana. Też zdarzyła się wpadka w filmie, możliwe iż było ich więcej, ale ja zauważyłam tą. Na koniec, jak Jim odpływa, to słup elektryczny w oddali nie pasował do poziomu wody jaki był przedstawiony. Przed chwilą Tom z Karen na domu pływali, a tu słup tylko do połowy w wodzie. A jak już przy Jimie jestem, to on zabrał jeden worek pieniędzy, i Tom machną ręką na ten jeden worek, że on je zabrał, bo wyszło na to że rabuś okazał się być bardziej spoko od szeryfa plus tam w między czasie okazała się pewna rzecz, ale ostatecznie nie wiem, czy to była tylko część tych pieniędzy, czy wszystkie, czy tu wydarzyła się pomyłka twórców, bo tych worków z pieniędzmi było więcej.

Po latach ten film mi się podoba, również takie bardziej luźniejsze kino niewymagające, choć, jak wspominałam, można poczuć trochę napięcia. Na mnie podziałało, bo na mnie działa woda i ogólnie takie katastroficzne wydarzenia. Mam coś takiego, że jak jest powódź pokazywana, albo coś na wodzie się dzieje, czy ogólnie widać potęgę wody, to siedzę jak na szpikach właśnie i przykładowo myślę, że "oo, oby bohaterowie się wydostali, albo żeby się skądś tam uratowali". Fajnie było powrócić do kolejnego tytułu z przeszłości. Jeszcze to film z mojego roku, także akurat trafiłam z seansem na początku roku (ja ze stycznia). Kiedyś w ogóle się jarałam się, jak jakiś film, czy serial był z mojego roku. Całkiem nieźle mi poszło w rozpoczęciu mojego postanowienia o oglądanie rzeczy w tym roku. No to lecę dalej. 

Adieu.



piątek, 16 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | "Broken Arrow", czyli zgubiona broń nuklearna.

Podczas powrotu to serii filmów "Transformers" wzięło mnie po drodze na wspominki i wspominałam sobie filmy, które kiedyś oglądałam, bardzo lubiłam i niektóre były moimi ulubionymi. Jeden film prowadził do drugiego, ten do kolejnego, a ten do następnych. Poodtwarzałam sobie trailery niektórych, to też YouTube potrafił zaproponować potem jakieś urywki z tych filmów i pooglądałam niektóre klipy i powspominałam, że to były fajne filmy i w sumie warto by było je sobie odświeżyć, w szczególności po latach. Byłam wtedy zaaferowana Transformersami, a potem innymi rzeczami, ale w nowym roku mnie tak tknęło, żebym coś obejrzała. Mam dużo filmów i seriali do rewatcha, mam dużo nowych filmów i seriali. Tak mnie ścisnęło, że kiedyś oglądałam DUŻO, a teraz prawie wcale. Może kiedyś to aż za dużo oglądałam, bo ja bardzo dużo przebywałam przed telewizorem, ale po tym, jak przestałam oglądać telewizję, to tego oglądałam coraz mniej. Niektóre seriale oglądane na komputerze pokończyły się, filmy oglądałam prawie tylko w kinie, no i czasem coś w domu pod wpływem niektórych z kin oglądałam coś w domu, jak na przykład serię "Maze Runner", którą oglądałam od trzeciego filmu. Zdecydowałam się starać obejrzeć coś w weekend, choć jedną rzecz. 

Najlepiej było zacząć od filmu, który był moim ulubionym i był jednym z pierwszych takich z tego gatunku, jakie obejrzałam. On był jednym z tych, przez które zaczęłam się interesować jako tako filmami. Mowa o filmie z pięknym polskim tytułem "Tajna Broń". Wtedy nie kleił mi się ten tytuł, nie ogarniałam czego tyczy oryginalny tytuł, ale po latach, dorośnięciu, lepiej rozumieniu angielskiego, już ogarniam. Pamiętam jak jakiś dłuższy czas temu przypomniałam sobie o muzyce z tego filmu i YouTube podsunął mi jakiś urywek z niego, a że coś tam ogarniałam angielski, to po obejrzeniu tego fragmentu mnie olśniło, miałam takie "aaaaa to dlatego nazwali to "Broken Arrow".

Przez dłuższy czas myślałam, że "Broken Arrow" jest pierwszym filmem, który zapoczątkował moje zainteresowanie i przygodę z filmami, ale po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, iż on był jednym z wielu. W tamtym czasie oglądałam dużo filmów, które lubiłam, na przykład "Komando", "Terminator", "Godziny Szczytu", "Rycerze z Szanghaju", czy "Bad Boys" i "Faceci w czerni". Po prostu była to jakaś grupa tych filmów. A na "Broken Arrow" trafiłam pewnie przez to, że był tam John Travolta, którego oglądałam w niedzielne przedpołudnia w filmach "I kto to mówi" (Look Who's Talking). Ja wtedy patrzyłam kto występuje w filmach, które potencjalnie chciałam obejrzeć i oglądałam głownie te, w których był ktoś mi znany, albo chociażby kogo kojarzyłam. Nie mniej jednak "Broken Arrow" był jednym z pierwszych filmów ulubionych. I w sumie nie wiem co spowodowało, że się tym filmem zauroczyłam, ale oglądałam go za każdym razem, gdy leciał w telewizji. Ja w ogóle wtedy pilnowałam telegazety, żeby wychwycić, czy leci film, który znam i żeby koniecznie nic nie przegapić. Pamiętam też, że w tamtym czasie bardzo spodobała mi się muzyka do "Broken Arrow", szczególnie po obejrzeniu cały czas sobie ją nuciłam, to był czas w którym nie wiedziałam nawet, że muzykę filmową można słuchać, i to był pierwszy raz, gdy zwróciłam uwagę na muzykę w filmie. Polubiłam też aktora grającego jedną z głównych ról, Christiana Slatera, wiadomo, człowiek lubił te dobre postacie i aktorzy ich grające zwracają swoją uwagę. Potem sprawdzałam sobie filmy ze Slaterem, a telewizja to ułatwiła, bo różne stacje puszczały różne produkcje z nim. Ale o tym kiedy indziej. 

Do seansu zasiadłam z pozytywnymi wspomnieniami i emocjami. Już gdy się zaczynał czuć było klimat tego filmu, oraz filmu z lat dziewięćdziesiątych. Charakterystyczne napisy wstępne, mijające się z pierwszą sceną, w której dwójka głównych bohaterów się naparza w boksie, a przy tym przygrywa świetna muzyka. No i ta dwójka, Vic Deakins i Riley Hale, zostają wysłani do przetransportowania broni nuklearnej. W trakcie lotu jeden z nich wyrzuca katapultacją tego drugiego i porywa pociski. Deakins chce dokończyć swój plan ze swoją ekipą, ale Hale próbuje mu przeszkodzić, a po drodze musi się użerać z Terry, pracownicą parku narodowego (o ile się nie mylę), której czasem uda się pomóc. Gdzieś w międzyczasie ci na górze orientują się, że stracili swoją broń nuklearną. Po rozwalonym helikopterze, podziemnym wybuchu jednej z bomb, wielu strzelaninach i ostatecznej bitwie w pociągu, Riley powstrzymuje swojego byłego kolegę, i na koniec znajduje trochę przypalony banknot iluśdolarowy.


Sceny lecącego samolotu, z uwagi na czas powstania filmu, były z lekka komiczne. No niektóre momenty były takie, co spowodowały, że człowiek zachichotał. Taki urok starszych filmów. Podobnie było z niektórymi ujęciami, na przykład Deakins i Riley rozmawiają, jest ujęcie na tego pierwszego mającego konkretny wyraz twarzy i nagle maksymalne zbliżenie na jego oczy, żeby pokazać, że on ten zły. Ale nie takie po cięciu zbliżenie, tylko kamera kręciła w trakcie robienia tego zbliżenia. A to było jeszcze przede zdradą Deakinsa, więc tak jakby widz musiał się domyśleć o co chodzi, albo dali podpowiedź, że coś się dzieje. A jak już jesteśmy przy nim, to John Travolta bardzo fajnie zagrał tego typa, co nie do końca ma równo pod kopułą. I Deakins nie był cały czas stuknięty, tylko co jakiś czas pokazywał tą swoją drugą twarz. Bardzo lubię moment, gdy on przez zaciśnięte zęby mówi, żeby nie strzelać do broni nuklearnej. Tak to świetnie brzmi i wygląda. Natomiast postać Hale'a powiedziałabym, że jest zwyczajna, nie jest on jakoś nad wyraz odważny, czy coś takiego, tylko trochę wygląda na takiego, co po prostu musi zrobić swoją robotę, ale podoba mi się jak została zagrana, dużą robotę robiła mimika, czy tonacja głosu Slatera, który się wcielił w tą postać. No Deakins co jakiś czas pokazywał tą swoją nutę nienormalności, no a Hale z charakteru jest powiedziałabym nijaki. Choć trzeba przyznać, że skoro mimo tego lubię tą postać, to Slater zrobił dobrą robotę grając ją tak, żeby nie wydawała się taka nijaka. Bawiła mnie z lekka kobieca postać, Terry. Mówi ona na przykład, że coś jest złym pomysłem, po czym to robi, albo lata nad nią i Hale'm helikopter, ona nie wie o co chodzi, i ona idzie w jego kierunku i chłop musi ją ratować, i to dwukrotnie. Przy takich sytuacjach mówiłam do siebie "hehe, baba" lub "o, znowu babę trzeba ratować". Ale jako pracownik parku miała przydatne informacje które przydały się podczas działań przeciwdziałających Deakinsowi. Więc była śmieszna, ale nie była bez sensu.


Wedle mojego uznania, to ten film został dobrze zrobiony. Fabuła prosta, nic nie wymyślili skomplikowanego, więc historia została opowiedziana od początku do końca po prostu. Całość nie miała jakiejś głębi, bo też nie o to w tym chodziło, to jest zwyczajny film do popatrzenia na bijatyki, strzelaniny i wybuchy. Szczerze powiedziawszy, to te wybuchy wyglądają w tym filmie o wiele lepiej, od tych w niektórych dzisiejszych filmach. Tą produkcję oglądało mi się bardzo dobrze, wszystko płynęło, więc nie wychwyciłam niczego złego w sposobie jej nakręcenia tudzież zmontowania. Też skoro to film akcji, to się skupiłam na innych rzeczach. No jedynie niektóre wspomniane zbliżenia kamerą, czy niektóre charakterystyczne zabiegi w robieniu filmów w tamtym czasie, ale to raczej nie jest czymś złym.

Po retro seansie mojego niegdyś ulubionego filmu, to raczej teraz moim ulubionym nie będzie, choć sentyment pozostanie. "Broken Arrow" jest dobrym akcyjniakiem, można sobie włączyć, usiąść z piwkiem i chipsikami i oglądać. Wśród strzelanin i wybuchów jest też nuta humoru. Hale na przykład lubił cisnąć bekę z nazwiska Deakinsa, bo jak ktoś skubną angielskiego, to zauważy grę słów z "Deak" i pewnym niecenzuralnym słowem na "k" (w innej wersji na "ch") w języku polskim. Jest jeszcze motyw z banknotem i ja nie do końca zaczaiłam o co chodzi, ale twórcom chodziło chyba o rywalizację między Deakinsem, a Halem, bo na początku, gdy się bili w boksie, to przegrany dawał pieniądza temu drugiemu. I w trakcie filmu ten motyw się powtarzał, jeden drugiemu gdzieś pieniądza zostawiał. Deakins chyba nie docenił Hale'a, bo w jednej scenie patrzył się na ten banknot z wymalowaną na twarzy obawą. Z resztą słusznie, bo to Hale jako ostatni znalazł ten lekko podpalony banknot. Cóż. Podobał mi się ten film, lubię go, ale moje zauroczenie z kiedyś minęło. Teraz mam inną perspektywę na filmy, bo i są lepsze akcyjniaki. Mogę go lubić, mam do niego sentyment, ale jest po prostu dobrym filmem, bez większych fajerwerków. 

Ja się chyba przebodźcowałam w zeszły weekend, w którym oglądałam "Broken Arrow" i kompletnie nie mogłam skupić się podczas pisania tego wpisu, także nie jestem w pełni zadowolona z niego 😅. No cóż, czasem bywa i tak. Człowiek sobie wszystko wypunktował i jak krew w piach 😆. To by było na tyle, trza pisać kolejny wpis, może lepiej mi pójdzie w skupieniu się.

Adieu.




poniedziałek, 5 lutego 2024

Pierwszy i ostatni rysunek w 2023 roku.

W zeszłym roku miałam wielkie plany wykonania co najmniej dwa rysunki. A że w szkicowniku dawno mnie nie było, to zrobiłam w nim rysuneczek zaznaczający 2023 rok, po nim miały być te dwa rysunki. Narysowałam jeden i kończyłam go w Sylwestra... Więcej nic nie planuje. 

Cóż, czasem tak bywa. W każdym razie no chociaż ten jeden wykonałam. Inspiracja do niego pojawiła się w 2022 roku na Instagramie. Jest to zdjęcie Maggothy, streamerki z Twitcha. Ma ona również podcast kryminalny. Bardzo podoba mi się jej styl, jest to goth dziewczyna, więc jej kolor to czarny, a ja lubię czarny, więc wszystko się zgadza. Lubię też styl zdjęć, jakie publikuje, co są stylizowane na czarno białe. Bardzo podoba mi się jej estetyka. Gdy pojawiło się poniższe zdjęcie, to od razu przyszło mi na myśl, że jest świetne do zrobienia jakiegoś rysunku.

Jak zwykle nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od ćwiczenia. Pewnie gdybym rysowała częściej, to bym nie musiała robić ćwiczeń, a tak to muszę chronić się przed strachem przed pustą kartką. Do tego mam taką niepewność, czy w ogóle dam radę coś narysować. Pierwszym takim szkiecem ćwiczeniowym, to coś co już kiedyś rysowałam, czyli portret trochę z boku. Referencje do tego znalazłam na Pintereście, i tam to było tak pomnożone, że ja nie ogarniam kto stoi za oryginałem, z resztą ja nie do końcam ogarniam Pinteresta więc... Też go tu podżucę, a potem moje krok po kroku. Niby ja to rysowałam, chyba ze dw czy trzy razy, ale mimo to, zawsze coś tam nowyego wyłapie. Przy tym najnowszym zauważyłam, że mimo już je rysowałam, to otworzyła mi się jakaś mała dodatkowa szufladka i z nowym podejściem na to patrzyłam. Może to przez to, że rysowałam odbicie lustrzane, nie wiem, ale fajne uczucie, że wie się więcej, nawet jeżeli jest to drobnostka. 










Drugi szkic dla ćwiczenia, to głowa skierowana do dołu. Wiedziałam, że rysując swój rysunek, nie będzie ta głowa aż tak schylona, ale to było bardziej dla mojej głowy, żeby wyobraźnia trochę potrenowała i by było mi łatwiej przy tworzeniu. Pomoc naukową znalazłam na kanale YouTube, Bradwynn Jones, i wideo też podrzucę gdzieś tam poniżej. Robotę zaczęłam od narysowania koła, które podzieliłam na trzy części, według tego jak podpowiadają części twarzy, że tak to ujmę. Pierwsza wyznacza czoło, druga umiejscowienie brwi, a trzecia nosa. Dorysowałam czwartą kreskę pod tymi trzema, w takiej samej odległości, jak tamte były od siebie i ta będzie wyznaczać miejsce brody.



Między drugą a trzecią linią, czyli po środku, rysowałam kanciasty nos. Zawsze rysując mam ten problem, żeby najpierw narysować kanciasty zarys nosa, czy oczu, ust i uszu. Ja od razu chce wszystko rysować tak jak jest na zdjęciu. A jak rysowałam inne takie ćwiczeniowe rysunki krok po kroku i najpierw rysowałam wszystko kanciaste, to zauważyłam, że potem lepiej mi było narysować taki nos. Trza mi nas tym popracować chyba.


Po jednej stronie są linie, a po drugiej stronie narysowałam koło, które jest bokiem głowy. Drugą linię ukształtowałam jakoby to była brew, to też zaznacza kant twarzy. A koło podzieliłam krzyżykiem, którego linie są odzwierciedleniem tego jak głowa jest ustawiona. Chyba ta pozioma najbardziej pokazuje nachylenie głowy. 



Na podstawie tego co miałam na kartce, narysowałam żuchwę. Jej linia po prawej stronie kartki zaczyna się od tej drugiej linii co dzieliła koło, i kończy na tej ostatniej. Druga linia żuchwy również zaczyna się na poziomie drugiej linii na kole, ale bardziej konkretnie od poziomej kreski tego krzyżyka w kole. Idzie w dół ku końcowi tego koła, tak w kąt z tą pionową kreską, a za tą trzecią linią, która jest też końcem koła narysowanego na początku, linia żuchwy się zagina i leci do brody.


Na tym co już miałam zaczęłam budować twarz. Pod nosem narysowałam łuk kupidyna. Pod spodem przy tej samej linii pionowej przedzielająca dwie połówki twarzy narysowałam kreseczkę szyi, no z racji perspektywy w jakiej była no i zarys koszulki. Na tej drugiej linii, co przedzielała koło, narysowałam brwi, a pod nimi oczy. I powieki nie są zamknięte, tylko tak głowa jest pochylona, to też rozjaśniło mi rysowanie twarzy z takiej perspektywy. No i zarys włosów też się pojawił.


W kanciasty zarys żuchwy wpisałam żuchwę, narysowałam również usta, czy policzek. Niektóre zbędne kreski wytarłam, w jednej części tego podzielonego krzyżykiem kółka narysowałam ucho. Tam było wyznaczone miejsce dla niego. Trochę poprawiłam też zarys koszulki/bluzki, niby to tylko szkic, ale mnie to gryzie takie coś i musiałam poprawić, plus poprawić nie zaszkodzi.



Znowu parę kresek wytarłam i narysowałam linie włosów przy czole, no i potem jakiś zarys włosów. A na końcu wszystkie techniczne kreski, które były już nie potrzebne, zostały wytarte i została twarz.




How to Draw Faces Looking Down || Loomis Method Monday Ep 3



No i w końcu przyszedł czas na pierwszy szkic ku mojemu rysunkowi. Te pierwsze szkice są jak zwykle brzydkie. Ale trzeba od czegoś zacząć i przy pierwszym szkicu moja głowa próbowała przelać wszystko co wie w połączeniu ze zdjęciem referencyjnym na kartkę. Widziałam, że idzie to w złą stronę więc nawet nie kontynuowałam.


Na drugim brzydkim szkicu pojawiła się cała twarz, wprawdzie wszystko jest krzywe, nieproporcjonalne i niepoprawne. Nie ma o czym mówić przy tym 😆.


Wszystko wyżej to początek czerwca, a do rysowania wróciłam... w październiku. Kolejny szkic to już coś więcej. Więcej szkicu, więcej kresek, więcej krzywości i więcej brzydoty. Mimo, iż ten szkic również jest mocno niepoprawny, to luźno zahacza o zarys tego co chciałam narysować. Wspomniałam wcześniej, że zamiast na początku rysować wszystko uproszczone, kanciaste, to ja od razu chce rysować tak jak jest na zdjęciu, i wychodzi to tak, jak te oczy na poniższym szkicu. Mimo wszystko, to było już coś nad czym można było pracować.


Stwierdziłam, że będę pracować na tym poprzednim szkicu i zobaczę co z tego wyjdzie. Przekalkowałam go i zaczęłam jako tako poprawiać... wszystko. Mimo, iż to nie wyglądało, widziałam w tym nutkę potencjału. Nadal to wszystko jest niekształtne i niepoprawne. To jest etap trust the process. 


Znowu miałam przerwę od tego i wróciłam z początku listopada. Ten poprzedni szkic też przekalkowałam i tak samo starałam się poprawić. Można powiedzieć, że do tej pory to było rysowane od nowa z tym, że miało się trochę taką podpowiedź i wiedziało się mniej więcej czego nie robić. Ja też każdemu szkicowi robiłam zdjęcie, głównie telefonem, bo łatwo mi było szybko przerzucić na Dysk Google i porównać z referencją na monitorze komputera. Na bieżąco wyświetlałam szkice i referencje koło siebie i patrzeć to na jedno, to na drugie, co trzeba poprawić, w którą stronę iść, a w którą nie. I ku mojemu niespodziewaniu, wyszło to poniżej. Zdjęcie zaraz po wykonaniu i zdjęcie lepszej jakości zrobione później.



Po poprzednim szkicu przyszło mi do głowy, że jednak coś niecoś potrafię. Chwilę to trwało, ale doszłam powoli do celu. Choć w sumie nie do końca, bo mając już ten zarys twarzy, najbliższy do zdjęcia referencyjnego trzeba było popracować nad szczegółami. Pierwsze co trzeba było poprawić, to policzek po prawej stronie kartki, ten bardziej schowany. Musiałam go schować jeszcze bardziej. Wydawało mi się to ważnym aspektem, bo od tego zależały włosy, oko, czy usta. Co też z resztą poprawiałam. Skoro zmieniłam lekko policzek, to i włosy delikatnie trzeba było zmienić. Usta trzeba było powiększyć. Odrobinę poprawiłam nos, choć to nie koniec z nim. Ucho też trzeba mi było powiększyć. Drobne zmiany zrobiłam z brodą, włosami pod nią na szyi, czy naszyjnikiem, Pozostałymi rzeczami bardzo się nie zajmowałam, bo uznałam, że są w miarę okay, a nad tą twarzą jednak trzeba było trochę posiedzieć. Zdjęcia to ponownie jedno zaraz po skończeniu, a drugie takie trochę lepsze. 



Kolejna kartka, kolejna kalka i kolejne poprawki. Ponownie małe poprawki oczu, brwi, ust, nosa, czy ucha. Próbowałam ulepszyć włosy oraz brodę. Poświęciłam też chwilę nad naszyjnikami. Przy ustach nie wiem dokładnie w którym momencie, próbowałam je narysować tak, jak są naturalnie, no bo one są obrysowane pomadką, ale w pewnym momencie stuknęłam się w głowę narysowałam je tak, jak są obrysowane, bo przecież miał być to prosty rysunek. Z dokładnym rysowaniem ust będę męczyć się przy portretach. Pierwsze zdjęcie zrobiłam, bo myślałam, że już nic nie będę robić. Jednak potem jeszcze dłubałam i widać to na tym lepszym zdjęciu.



Ostatni szkic. Poprawki dotyczyły tych samych rzeczy. Starałam się, aby linie były w miarę cienkie, były pojedyncze, żeby było jak najczyściej na kartce. Zajęłam się na koniec naszyjnikiem, czy włosami koło szyi, bo tam drobne poprawki trzeba było zastosować. A i ucho ulepszyłam. Po przyglądaniu się na ten szkic i zdjęcie referencyjne, stwierdziłam, że nic więcej nie zdziałam i zostawiłam to tak.


Ostatni szkic przekalkowałam do miejsca docelowego, czyli do szkicownika. Nie poprawiałam już tego ołówkiem, tylko od razu jechałam cienkopisami po tych kalkowych liniach.


Robotę cienkopisem zaczęłam od obrysowania wszystkiego. Wybrałam najcieniej piszący cienkopis i obrysowałam kontury, narysowałam brwi oraz włosy przy przedziałku, wypełniłam te cienkie elementy, jak rzemyk, czy eyeliner. Zaczynając nie wiedziałam co i jak zrobię z niektórymi rzeczami, więc takie obrysowanie na początek było w sam raz. 


Chciałam, żeby ten rysunek był prosty, ale też chciałam, żeby były takie elementy, jak odbicie światła. I nie wiedziałam, czy zostawię po prostu białą plamę, albo zamarzę całość i zrobię refleksy czymś białym, albo pójdę w to, co efekty widać na rysunku i zobaczę co się stanie, w razie co miałam to zamalować kompletnie czarnym i wykorzystać tą opcję, że zrobię refleksy czymś białym. Jak widać wyszło całkiem spoko, co mnie cieszy, bo widać strukturę cienkopisa i nie jest to takie płaskie, jak niektóre efekty grafiki komputerowej. Jeden z naszyjników, ten czarny pasek, nie wiedziałam co z nim zrobić, nie chciałam, żeby był cały czarny, chciałam żeby coś tam w sobie miał, a nie, był czarna plamą. I znowu złapałam się na ty, że myślałam nad tym rysunkiem realistycznie. Ponownie stuknęłam się w głowę, że nie muszę robić tutaj niczego dokładnie jak jest na zdjęciu, że miało być prosto i że mogę sobie zrobić co chcę, więc zrobiłam tak, by było widać szwy. A ten wisiorek chciałam zrobić tak jakby 3D, w sensie na zdjęciu widać jego grubość, więc zrobiłam takie pogrubione linie pod spodem, odpowiednio pod jakim kątem ten wisiorek był. Jak się popatrzy na referencje, to wiadomo o co chodzi. Cienie twarzy, czy cienie do powiek zrobiłam ołówkiem, oczy też. No i usta... Nie podoba mi się, jak to zrobiłam. Wyglądają, jakby dolna warga była większa od górnej, a jest odwrotnie. Próbowałam różnych rozwiązań na tych ustach, ale nic nie wyglądało dobrze i narobiłam tylko warstw, że kartka już nic nie chciała przyjmować. Zrobiłam jak zrobiłam i tak zostawiłam. Po czasie mnie olśniło, że gdybym zrobiła odwrotnie, to by o wiele lepiej to wyglądało, gdyby ten biały był przy granicy warg, ale na górnej. Ja mam tak, że jak kończę rysunek, to już po czasie w nim nic nie robię. Jak uznałam, że koniec, rysunek skończony, to już nic nie poprawiam. Też po czasie zobaczyłam kilka rzeczy, co mogłabym poprawić. Ważne, że je zobaczyłam. 


Czy twarz, którą narysowałam, jest podobna do referencji? Nie wiem, ja to rysowałam i jakieś podobieństwo widzę, choć to nie jest jednoznaczne. Rysując z tego zdjęcia referencyjnego właściwie nie zależało mi na podobieństwie, po prostu podobało mi się zdjęcie, jego klimat i jak nie będzie podobieństwa, to będzie po prostu jakaś dziewczyna. Podeszłam do tego tak, że lekko powątpiewałam iż będzie jakiekolwiek podobieństwo, ale gdyby wyszło, to bym się nie obraziła.


Narysowanie tego rysunku tknęło we mnie coś takiego, że uświadomiłam sobie, iż kiedyś rysowałam więcej. Niby to rysowanie jest koło mnie, ale rysuje w bardzo dużych odstępach czasu. I trochę zatęskniłam za większą częstotliwością rysowania. Potem miałam tyle różnych rozkmin, przeróżnych i przy nich wpadł mi pomysł na rysunki. Jest w kolejce jeszcze jeden, ten drugi, do szkicownika co planowałam w zeszłym roku, więc najpierw trzeba będzie się nim zająć. Będę musiała się zebrać. Zmobilizowałam się do robienia ćwiczeń jak na WFie i wytrzymałam trzy tygodnie, to może i z rysowaniem uda mi się to damo uczynić 😅. 





Na koniec ciekawostka, co stało się z ostatnim szkicem. Otóż wykożystałam go do sprawdzania przyborów, co jak zrobić, co robić, a czego nie robić, tak żeby nic nie spartolić w rysunku. To by było na tyle.

Adieu.



środa, 17 stycznia 2024

Zbiorczo 7.

1. Zapowiedź filmu "Code 8 part II"
Film "Code 8" miał premierę w 2019 roku. Ja się o nim dowiedziałam poprzez aktora, Stephena Amella, którego znam z serialu "Arrow". "Code 8" mnie zainteresował, a po obejrzeniu spodobał. Pamiętam, że nie był idealny, ale koncepcja była dla mnie interesująca, to było coś nowego. Pomysł ze światem, gdzie ludzie z supermocami są prześladowani mi się spodobał. Może to prześladowanie, ludzie z supermocami, motywy głównego bohatera nie były jakieś bardzo oryginalne, ale podejście do tego, jak to zostało zrobione w tym filmie było kompletnie świeże w porównaniu to tego co w filmach i serialach z postaciami mające supermoce widziałam. Dużo o "Code 8" nie wiedziałam, ale wyglądał mi na film zrobiony "po fanowsku", w przenośni mówiąc. W sensie żadna duża firma tego nie robiła, tylko ktoś zrobił film ze swojej kieszeni. Dopiero po zapowiedzi drugiego filmu, gdzie była podpowiedź, sprawdziłam sobie i okazało się, że film ten został stworzony dzięki zbiórce pieniędzy. Patrząc na rezultat, pieniądze niewyrzucone w błoto, wystarczy popatrzeć na te policyjne roboty na przykład.

Zaskoczyłam się, gdy pewnego dnia pojawił się teaser do drugiego filmu. Ja jeszcze wtedy jakoś czasu nie miałam, nie przeglądałam internetu na bieżąco, a jak już to na szybko i byłam lekko zdezorientowana. Zainteresowałam się tym, mimo, że to nie była długa zapowiedź. Zwróciłam uwagę na to, że waśnie pierwszy film został stworzony dzięki fanom, a co mnie zaskoczyło, ten drugi zrealizował Netflix. Jestem ciekawa, jak to właśnie Netflix zrobił, czy tego nie spartoli, czy zrobi coś dobrego. Ciekawi mnie, jak zostanie rozwinięty ten świat, co się wydarzy, co będzie działo się z bohaterami.

Code 8 Part II | Official Teaser | Netflix


2. Tulia w soundtracku do "Cyberpunk 2077: Phantom Liberty"
Ja w gry nie gram, ja gry oglądam i streamy, albo zapisy z nich oglądam, jak kolejne odcinki serialu. Oczywiście gra musi mnie jakoś zaciekawić i "Cyberpunk" miał czym. Przy premierze nie obejrzałam do końca, no bo gra miała problemy, ale soundtrack był słuchany. Gdy w zeszłym roku wyszedł dodatek, "Phantom Liberty", temat ponownie zawrzał, u mnie i w internecie, więc było co oglądać. W trakcie pierwszego gameplay'u od razu moją uwagę przykuła muzyka, a im dalej w grze, tym coraz bardziej epicka. Świetnie oglądało się dodatek z tą muzyką, potem było mi mało i obejrzałam podstawę.

Soundtrack w podstawie był fenomenalny, w dodatku również, a jego motywem przewodnim były takie chórki, nazwałam je w przenośni cybernetyczne chórki. One zostawały mi w głowie i powodowały, że musiałam sobie włączyć dany utwór. Przez długi czas się tym zachwycałam, jakie to jest fenomenalne, jaki ma klimat, no mistrzostwo. Trochę czasu minęło, mi ta "faza" przeszła, choć nadal co jakiś czas klikałam coś na temat gry, bo mi się pojawiały, YouTube podsuwał. I pewnego razu wyświetlił mi się poniższy wywiad z Tulią. I od razu przeszła mi myśl, czy to one są tym "chórkiem"? Kliknęłam i obejrzałam. Ja się jakoś nimi nie interesuje, jedynie gdzieś tam się obiło o uszy, ale naprawdę dobrą robotę zrobiły, więc to takie pozytywne.

Zespół Tulia: Zaśpiewałyśmy w soundtracku do gry komputerowej Cyberpunk 2077


3. Nowy film "Karate Kid"
Kolejną zaskakującą informacją, która pojawiła mi się na Facebooku, to powstanie kolejnego filmu z tytułem "Karate Kid". Samo powstanie filmu nie było zaskoczeniem, bo on w planach był dawno, ale zaskakujący był duet zapowiadający, czyli Jackie Chan i Ralph Macchio. Niezłe combo. Filmy z tym drugim panem wszyscy znają, film z tym pierwszym ludzie znają, ale nie wszyscy lubią. Ja lubię historie z jednym i drugim. Jestem ciekawa co wyjdzie z połączenia tych dwóch panów w jednym filmie. Z jednej strony się ucieszyłam, że fajnie, ale po chwili pojawiły się wątpliwości, bo wiadomo jak to bywa z kontynuacjami filmów, które uznawane były za zakończone, robienie czegoś na nowo i tak dalej, i czy oby na pewno nie będzie to crap. Mam nadzieję jednak, że nic nie zostanie spartolone i wyjdzie coś fajnego. Filmy z Macchio bardzo lubiłam i kojarzą mi się z dzieciństwem, kiedy to w weekendy, głównie chyba w niedzielę, w telewizji były puszczane. Natomiast ten film z 2010 roku to czasy, kiedy to zaczynałam się interesować filmami, i lubiłam oglądać filmy z Jackim Chanem i wtedy cieszyłam się z nowoczesnej wersji. Dobrze by było, aby powstała tak nowoczesna wersja, dobra historia karate kida w teraźniejszości.

THE KARATE KID - Global Casting Search


4. Nowy film z gliniarzem z Beverly Hills
Ostatnio powroty do produkcji filmowych, których seria nie była kontynuowana, jest popularne i teraz powrócili do "Gliniarza z Beverly Hills". Ja te wcześniejsze produkcje bardzo lubiłam, lubiłam akcję i humor, więc się wpasowało. Też szczerze mówiąc w pierwszej kolejności były filmy "Bad Boys", a "Gliniarz" mi się z nim kojarzył. Też te filmy dla mnie były podobne, miały podobny vibe i często w telewizji były puszczane koło siebie. To trochę było tak, że bardzo lubiłam "Bad Boys", a że były dwa filmy, to "Gliniarza" oglądałam. Różnie to bywa z tymi powrotami do takich filmów. Nie oglądałam jeszcze czwartego filmu "Matrix", ale widziałam opinie o nim, no i ludzie tak średnio byli zadowoleni w większości. Do tego nowego "Bad Boys" też nie mogę się zebrać, choć w tym przypadku nie widziałam, żeby ludzie coś mówili. Teraz są takie możliwości do robienia filmów, co nie wszyscy umieją wykorzystać. Fajnym by było zobaczyć "Gliniarza" z fajną historią w dzisiejszym świecie, co by nie zniszczyło spojrzenia na te starsze produkcje.

Beverly Hills Cop: Axel F | Official Teaser Trailer | Netflix


5. Młode gwiazdy
Ostatnio naszła mnie rozkmina, na temat dzieci robiących kariery po tym całym "The Voice Kids". Zaczęło się od tego, że wyświetliła mi się piosenka do tego nowego Pana Kleksa, a w niej śpiewa Carla Fernandes. No i samoczynnie sprawdziłam sobie co u niej, wiadomo, ciekawość ludzka rzecz. No i kanał YouTube pokazywał, że najnowsza muzyka była opublikowana rok temu. No wiadomo, muzyka to nie moje klimaty, nie moje gusta, choć nie była ona zła, zwyczajnie nie jestem targetem, a Carla ma taki charakterystyczny głos. Moja uwaga przeszła bardziej na teledyski, a jak teledyski to przeróżne stroje. No i niektóre outfity bazowały na biustonoszu. I do głowy przyszła mi pewna myśl. Z teledysków przeszłam na Instagrama, no bo teledyski to trochę inny świat i ma swoje prawa. I na tym Instagramie było już więcej takiego odsłaniającego ubioru. No ja ogólnie nie lubię czegoś takiego u dziewczyn, że ubierają krótkie rzeczy, mocno odsłaniające. Ja nie mówię, że mają chodzić w spódnicach do kostek, ubrane jak zakonnice, ale często te ubiory są przesadzone. Ja nie lubię, ale każdy robi co chce, nic mi do tego. Wracając, spojrzałam sobie w komentarze pod zdjęciami Fernandes. Tam ludzie pozytywnie reagowali, gdzieś tam pojawił się jakiś "hejt" albo głupi komentarz, wiadomo, tego się nie uniknie w sieci, ale przeważały te pozytywne.


Od samego początku tej wędrówki miałam z tyłu głowy na myśli miałam Roksanę Węgiel i Viki Gabor, dlatego po Instagramie Fernandes przeszłam na profil Węgiel i powchodziłam w podobne zdjęcia. I to była diametralna zmiana. Tam ludzie ochoczo wyrażali swoje "nie podoba mi się" w mniej lub bardziej kulturalny sposób. Często czepiali się... wszystkiego, nic im się nie podobało, ubiór, makijaż, poza, niektórzy czepiali się czegokolwiek niezwiązanego nawet ze zdjęciem czy osobą nim, aby tylko dokuczyć.


Potem weszłam na profil Viki Gabor o tam było to samo. Do tego ludzie bardzo zwracają uwagę na jej wiej. Nie ukrywam, że niektóre trendy makijażowe i mi nie przypadają do gustu, na przykład te obrysowane mocno usta, jakie nosi Viki, ale nie chodzę po internecie i nie obrażam nikogo z tego powodu. Ludzie się oburzali i śmiali z tego, że szesnastolatka wygląda na trzydzieści lat. No dobra, wygląda na starszą, bo dziewczyny w jej wieku lubią wyglądać na starsze i skoro tak chce, to niech tak wygląda, co komu do tego. Do tego ostatnio Gabor miała wpadkę podczas sylwestra, a jakby tego było mało, widziałam, że ludzie śmiali się z jakiegoś wywiadu, którego ja nie widziałam. 


Następnie weszłam na profil Sary James i tam był spokój, mimo, że kombinuje ona z włosami, czy ubiorem, ale nie widziałam, żeby ktoś się czepiał, przynajmniej ja nie trafiłam na taki komentarz. Potem wpadłam jeszcze do Aniki Dąbrowskiej, czy Zuzy Jabłońskiej i u nich też było spokojnie. Tam tylko u Zuzy trafił się jakiś idiota. Moje gdybania na tym zakończyłam, bo moja znajomość uczestników "The Voice Kids" się na tym kończy. Jeżeli ktoś ma chociażby takie zaznajomienie w temacie jak ja, to wie, że Roksana i Gabor są najbardziej rozpoznawalne. Telewizja brała je do różnych występów, obie były na dziecięcej Eurowizji, ludzie zaangażowali w ich kariery i cały czas było o nich słychać muzycznie, ale też dzięki różnego rodzaju artykułom mniej lub bardziej wątpliwej jakości, w których używano clickbaity i robiono aferę z niczego. A tymczasem pozostałe dziewczyny miały więcej spokoju, choć o Sarze też było gadane, bo coś tam jakaś Ameryka i tak dalej, ale jakiś gówno artykułów nie widziałam. 




I tak rozkminiając doszłam do bardzo nie odkrywczej konkluzji, że te dwie dziewczyny zostały przedstawione bardzo dużej ilości ludzi i teraz im się obrywa cokolwiek nie zrobią, natomiast te pozostałe toczą spokojne życie w swoim tempie i mają spokój. I te dwie dziewczyny są wystawiane na świeczniku, czego nie zrobią, to są wystawione na opinie ludzi, a często jest to krytyka, czy to nazywane hejtem. To co chodziło mi po głowie, to było coś oczywistego. Przecież wiadomym jest, że ludzie rozpoznawalni, popularni, nie zależnie od wieku, są podziwiane, mają fanów, ale równocześnie właśnie krytykowane i wyśmiewane, wyzywane i tym podobne. Często z negatywnością ci dorośli muszą się uporać, często mają tego dość, a czasem rodzi to u nich problemy pod względem psychiki. To co dopiero dzieci, czy bardzo młode osoby.

Skupię się na chwilę na Roksanie Węgiel. Jej kariera zaczęła się, gdy miała trzynaście lat, no dzieckiem była. Wygrała to całe "The Voice", po tym telewizja brała ją gdzie chciała. I, ja telewizji nie oglądam, ale mam wrażenie, że telewizja zrobiła sobie trochę z niej kukiełkę. Ja rozumiem, dziewczyna wygrała program, to ją pokazywali, ale mam wrażenie, że telewizja aż za przesadnie ją brała do wszystkiego. I cokolwiek ona nie zrobiła podczas tych wystąpień, to zdarzało się, że ludzie się czegoś czepili, czy przyczepiali się na siłę, czy nie, to obrywało się Roksanie. Mi się kojarzy, ale nie pamiętam czego to się tyczyło, ale pamiętam taką sytuację, że coś tam się raz wydarzyło, wylało się szambo na nią, a ja tak popatrzyłam i pomyślałam, że to nawet nie jej wina, tylko produkcja, organizacja, przyczyniła się do tej wpadki. Jak się pojawiały, tak się nadal pojawiają artykuły z clickbaitem w tytule. Raz było coś o dziecku, dali tytuł sugerujący, że to o Roksanę chodzi, a to chodziło o jej mamę i że będzie miała brata. Też jednym z większych problemów takich dziecięcych gwiazd jest to... że one dorastają. Takiej trzynastolatce nie dużo brakuje do szesnastu lat, gdzie to w takim wieku się dorasta no i dziewczyny lubią wyraźnie odciąć się od dziecka, moja siostra cioteczna na przykład lubiła pokazywać, że nie jest już dzieckiem, tylko prawie dorosłą, czyli nastolatką. To jest burzliwy czas dla takiej osoby, a co dopiero, gdy takową obserwuje mnóstwo ludzi. I nie dość, że taka osoba ma mętlik w głowie, to dochodzi do tego ta kariera i ludzie gadają co wypada, a czego nie wypada. W teorii, gdy kończona jest pełnoletność, to powinien być spokój, Otóż nie, bo tak jak w przypadku Roksany, większość ludzi traktuje ją jak dziecko, nadal widzą ją jaką tą trzynastoletnią dziewczynkę. Natomiast to prowadzi do tego, że dziewczyna chce odciąć się od wizerunku dziecka. Z tego co zauważyłam, to Roksana jakoś zaraz po skończeniu osiemnastu lat zaczęła publikować odważniejsze zdjęcia, pokazywać się w kreacjach dużo odkrywających, albo zwyczajnie podkreślającą jej figurę, a do tego zaczęła współpracę z marką bieliźnianą, co było z resztą mocno komentowane. I było coś w stylu "o, ledwie osiemnaście skończyła, a już się goła pokazuje". Żyjemy w czasach, gdzie dziewczyny lubią pokazywać siebie, ze tak to ujmę, ale mimo to, być może gdyby Roksana miała spokojniejsze życie, to nie musiałaby udowadniać, że nie jest już dzieckiem zdjęciami dużo pokazującymi.

Roksana i Viki Gabor były bardzo porównywane do siebie, te artykuły w internecie niebezpośrednio nastawiały te dziewczyny przeciwko siebie, albo może bardziej ich fanów. Robiona była konkurencja przez internautów, która jest lepsza i robili bitwy piosenkę, szczególnie, jak wychodziły piosenki jednej i drugiej w podobnym czasie, albo jak występowały i ich występy porównywali. Teraz tego jest mniej, albo zwyczajnie nie jestem w temacie. W każdym razie to Viki była faworyzowana, pewnie dlatego, że Roksana nie była już takim dzieckiem, a Viki była młodsza i jeszcze jakieś osoby odpowiadające za jej karierę tą karierą sterowały i dziewczyna robiła co jej mówiono. Ale teraz, to i jej się obrywa, bo tak samo jak Roksana, zaczyna dorastać, też nie jest już dzieckiem, tylko nastolatką. I zauważam tu podobieństwo co do sytuacji Roksany, widać, że Viki zaczyna powoli odcinać się od tego wizerunku dziecka tym mocnym makijażem chociażby. I jest możliwe, że dalej potoczy się podobnie jak u Węgiel. I to już nie chodzi o te makijaże, i ubiory, bo czy Roksana, czy Viki chcąc odciąć się od ego wizerunku dziecka mogą zrobić jakąś głupotę, której będą żałować i która może odbijać się czkawką przez całą karierę. Wiele jest gwiazd, które zaczęła bardzo wcześnie swoje kariery i żałowały pewnych decyzji, lub są takie co zrobiły kiedyś jakąś głupotę i jest im do tej pory wypominana.

No i mamy Roksanę Węgiel i Viki Gabor, które są wystawione na opinie ludzi i może być to dla nich nie zawsze pozytywne, i mamy Carlę Fernandes, Zuzę Jabłońską, czy Anikę Dąbrowską, które spokojnie sobie żyją, a swoją karierę toczą w swoim tempie i nie mają na sobie takiej dużej presji na sobie. I właśnie taka była moja rozkmina. Spisałam ją i już nie będzie latać mi po głowie.

Adieu.