Chciałam olać swój plan i pisać o czymś innym, ale ja tak dawno nie pisałam czegokolwiek, że chyba warto by było jednak coś takiego luźniejszego napisać. I kolejny wpis (ten co miałam pisać zamiast tego) będzie z wielkim opóźnieniem. Jak wszystko tutaj, na tym blogu, ostatnio. I tak samo jak z tym wyjazdem do Kazimierza, bo on był rok temu! 😂 (Ponad, zanim ten wpis trafił tu na bloga 😆).
Rok temu (teraz to ponad rok temu 😆), minęło rok od pewnego momentu w życiu mym marnym oraz pewnej osoby, która z tego powodu zabrała mnie na mały wypad do Kazimierza Dolnego. Godzina drogi i sobie trochę tam połaziliśmy. Oboje byliśmy niegdyś w tym miejscu, ta osoba nawet rok wcześniej na wyjeździe integracyjnym z pracy, więc ta wizyta była takim odświeżeniem, szczególnie dla mnie. Ja w Kazimierzu byłam dwa razy bodajże. Za pierwszym razem jako dzieciak, byłam dość mała, ale pamiętam urywki z Góry Trzech Krzyży, czy płynięcie promem razem z naszym wtedy samochodem, sympatycznym Reunault Clio, dwutysięczny rok. I to by było na tyle, co zapamiętałam. Za drugim razem byłam z wycieczką szkolną, czy czymś takim, ale z tego to tylko mi świta, jak byliśmy w jednym z wąwozów, tyle. No i trochę rynek mi gdzieś świtał. Z jakiegoś powodu moja głowa wymazała to z pamięci. Coś mi tam świta, ale to brzmi jakby te wspomnienia nie były prawdziwe. Bardzo dziwne uczucie. Będąc rok temu nie przygotowaliśmy się jakoś, to też ja byłam zabierana, to moja głowa chamsko olewała, żeby może coś tam zobaczyć, a poza tym, ja kompletnie nie umiem organizować co gdzie można zobaczyć, a do tego to się łączy z czymś takim, że ja się nie lubię narzucać, a takie proponowanie czegoś no to brzmi jak narzucanie 😅. Ja za dużo to nie jeździłam nigdzie swego czasu, to może dlatego. W każdym razie, my z tą pewną osobą na luzie sobie tam łaziliśmy, tak po prostu, bez niczego większego.
W tamtym roku maj był dość ciepły, a przyjeżdżając do Kazimierza byliśmy tam rano. No może nie nie wiadomo jak rano, jakaś ósma, dziewiąta. Stwierdziliśmy, że na początku pójdziemy na Górę Trzech Krzyży, póki nie zrobiło się jeszcze ciepło. Droga nie była prosta, no bo się szło pod górę, i po drodze były do zobaczenia rzeczy. Przechodziliśmy koło Kościoła św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja (jakby jeden nie wystarczył 😆), no ale mnie kościoły niezbyt interesują. Owszem, bywają one ładne, z zewnątrz, w wewnątrz, może być ich budowla z jakiegoś powodu ciekawa, ja to w jakiś sposób widzę, ale mnie to nie interesuje po prostu. Natomiast za tym kościołem jest stary cmentarz, Cmentarz Stary "Za Farą", bo ten kościół przy swojej nazwie ma "fara", czyli dawne określenie na główny kościół, najstarszy kościół, albo pierwszy kościół powstały w danym teranie, w danym mieście. Z tego co wyciągnęłam w internecie, to cmentarz istnieje częściowo, czyli pewnie tyle, ile z niego zostało, został zamknięty po roku 1870, a między cmentarzem a zamkiem stoi krzyż z podwójnymi ramionami, zwany Karawaka, krzyżem antyepidemialnym, który był stawiany zazwyczaj dla upamiętnienia ofiar zarazy. Swoją drogą te nagrobki mają taki mroczny klimat, bo są takie masywne, ciężkie, jak się na nie patrzy, mimo, że ich jest niewiele, a do tego mają czaszki z dwiema kościami z tyłu, co daje takie creepy uczucie. Przeglądając internet gdzieś widziałam, że tak jakby ten cmentarz miał swoją kontynuację, trochę jakby w lesie, gdzieś bliżej zamka też były nagrobki, ale nic więcej o tym nie znalazłam, więc nie wiem o co chodzi, nie wiem dlaczego w wynikach wyszukiwania to mi się pojawiało. W tym samym miejscu, w pewnym sensie, jest też tabliczka upamiętniająca powstańców z Powstania Styczniowego z 1863 roku, trochę wyżej jest krzyż, Krzyż Stulecia Powstania Styczniowego, ma wyżłobione 1863, 1963 i 2013 rok. A trochę wyżej jest zamek, ruiny zamku.
Następne co, to weszliśmy troszkę wyżej i zajrzeliśmy do tego zamku od drugiej strony, zajrzeliśmy na dziedziniec. Nie weszliśmy do środka, bo jesteśmy cebulakami, a za wejście na dziedziniec trzeba zapłacić. Nie pamiętam ile to było, ale pamiętam, że cena nie pasowała do tego, co tam było na tym dziedzińcu. Zajrzał tam mój aparat. Tam plus minus na środku jest gąsior, w którym karano kogoś zamykając w nim jego ręce i głowę. Były tam jakieś tablice i punkty widokowe, które według opinii na Google ratują wejście na te ruiny, że gdyby nie punkt widokowy, no to nic tam za bardzo nie ma. Czyli dobrze, że tam nie weszliśmy. Zamek jest na górce, wzgórzu, dlatego powoli robił się widoczek. Przez chwilę fascynowaliśmy się, że jesteśmy wysokościowo blisko koron drzew. I powoli Wisłę było widać, z tej górnej perspektywy.
Potem wspięliśmy się dalej, dosłownie, bo tam są takie schody, i można było zobaczyć basztę zamku. Wieża, Wieża Łokietka, zwaną Zamkiem Górnym. Oczywiście, żeby na nią wejść, trzeba było zapłacić, ale mój lęk wysokości, połączony z cebulą, skutecznie nakłoniły by na nią nie wchodzić. Ale widoki z tego wzgórza, z tej górki, był całkiem w porządku. Wisłą ładnie było widać. Telefon może nie robi ładnych zdjęć, szczególnie jeśli robi je Motorola 🙄, ale zdjęcia szerokokątne fajnie objęły widoczek.
Zeszliśmy z tych wzgórzy. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy się wspinali po tych schodach do baszty. Niektórzy do nas nawet żartowali coś w stylu "teraz nasz kolej", "już jesteśmy w połowie", czy "już prawie jesteśmy". Później mieliśmy powtórkę w kolejnym miejscu. Schodząc ogólnie z tego wzgórza, widzieliśmy kościół, cmentarz z tej perspektywy, powracającej. Przeszliśmy kawałek, żeby gdzieś mniej więcej na przeciwko kościoła wejść na ścieżkę ku Górze Trzech Krzyży, tudzież Wzgórzu, bo i z taką nazwą się spotkałam, ale głównie góra jest użytkowana. Droga na tą górę może idealna nie jest, ale była fajna, część była wyłożona takimi dużymi kamieniami, kiedyś chyba to były coś jakby schody, no ale są ubytki, i trochę miejscami tych schodów nie przypomina. A część było porobione takie stopnie większe, wyłożone mniej lub bardziej deskami i te deski dawały klimat, bo one już takie stare, wysłużone. Co jakiś czas trzeba było zrobić przerwę od wspinaczki, bo można było się nieźle zmachać i zdyszeć, i jeszcze się nawadnialiśmy z lekka, bo powoli robiło się ciepło i trzeba było się nawadniać. Jednak mimo tego wysiłku, to podobała mi się ta droga, wizualnie. Te kamienie, drewniane stopnie, wśród drzew, to przy okazji w cieniu się idzie i aby się gdzieś tam słońce przebijało, bardzo klimatycznie. Wejście na górę, po wspinaczce, oczywiście nie za darmo, z tego co pamiętam, to nie było jakoś dużo, na zasadzie "co łaska" (w sensie tak mało 😛). Góra Trzech Krzyży jest ważnym, rozpoznawalnym, no i bardzo widocznym miejscem w Kazimierzu. Wedle zapisów od 1577 roku nazywana była Górą Krzyżową. Te krzyże na niej postawiono w 1708 roku, nawiązując do Golgoty i miały upamiętniać ofiary zarazy, czyli cholery. Obecne krzyże są z 1852 roku. Teraz, jakoś niedługo przed pisaniem przeze mnie tego wpisu, konkretnie pod koniec czerwca 2026, wyszła informacja, że na Górze Trzech Krzyży z ziemi wyłoniły się czaszki, archeolodzy się za to wzięli i wykopali dwa szkielety, dzieci, według badań w wieku trzech lat oraz niemowlę, a hipotezą jest, że był tam cmentarz dziecięcy dla dzieci nieochrzczonych. Warto by było być nieochrzczonym, żeby mieć pochówek w takim miejscu. Wcześniej podobne odkrycie było w 2021 roku. Na czas prac archeologicznych wstrzymano odwiedziny turystów. Nie wiem, jak to teraz z odwiedzeniem góry, no ale nam się udało bezproblemowo. Widoki świetnie, na Kazimierz, na Wisłę. Nie wiem, jakie były widoki z zamku, ale z góry widoki były wystarczające. Szeroki kąt z telefonu też daje radę. Jak robiłam zdjęcia tego dnia, aparatem, to kompletnie nie wiedziałam co wyjdzie, bo słońce mocne świeciło, czasem nie widziałam co robię, ale podoba mi się jak wyszły te krzyże pod światło. To też nie spodziewałam się, że coś z tych zdjęć wyjdzie, i jak są lepsze i gorsze ujęcia, to niektóre są serio całkiem niezłe.
Schodząc z powrotem z Góry Trzech Krzyży również spotkaliśmy tych, co się wspinali, jeden pan zażartował do nas, że my już schodzimy, a oni dopiero idą tam gdzie my byliśmy 😂. Mo to już ludzie z wiekiem, to oni z lekka ciężej mieli, ale nieźle dawali sobie radę. A gdy byliśmy niżej, to wyszliśmy na Mustanga. Swoją drogą nie tylko Mustang, ale parę innych samochodów wjeżdżało lub zjeżdżało, pod/z tej góry, mniej więcej w okolicach cmentarza, bo tam parking jest, i ja podziwiam,
bo w niektórych przypadkach, to było ryzykowne. Jeden samochód to chyba nawet zderzakiem zaczepił, jak zjeżdżał z góry, a inni byli bardzo blisko.
Idąc w stronę Rynku, stwierdziliśmy, że zrobimy sobie małą przerwę, przerwę na lody. Poszliśmy, można powiedzieć, do pierwszego lepszego lokalu, on był w tych budynkach z pierwszych zdjęć poniżej, konkretnie tam gdzie jest szary dach. Spojrzeliśmy tam do sąsiadów, ale tam gdzie poszliśmy było okej, i cenowo i smakowo. Osoba, z którą byłam, wzięła jakieś smaki typu orzechowe/czekoladowe i śmietankowe/waniliowe. Ja stwierdziłam, że jeden wezmę "normalny" i właśnie była to śmietanka, a drugi był bardziej nietypowy, smak gumy balonowej, a tak dla testu, urozmaicenia i eksperymentu, bo rzadko spotykam się z takim smakiem. Plus ten niebieski kolor, taki chemiczny, przyciągnął mą uwagę.
Po małej przerwie poszliśmy bliżej Rynku. Po drodze natknęliśmy się na pewną panią na takie panie potocznie się mówi cyganki, i oczywiście chciała coś tam od nas, jakieś drobne. No rozdawnictwa to my nie lubimy, i poszliśmy dalej. Przynajmniej ta pani nie była natrętna, jak niektóre potrafią być. Później, gdy się kręciliśmy tam po tym Rynku, to przyjechała policja, do tej pani, w sprawie tej pani, bo ktoś zadzwonił 👀, że ludzi zaczepia. I tam jakaś awantura, kłótnie, była tak jakby grupa, ale z niej to jedna kobieta się wypowiadała, i to ona kłóciła się z tą panią cyganką. Od budynków się odbijało wszystko, nie wiedziałam o co dokładnie chodziło, ale tej pani cyganki później już nie było 😅.
My natomiast zajęliśmy się obserwacjami. Budynek już wcześniej lekko z dalsza widziany, a który był wtedy podczas remontu, to była Kamienica Gdańska. Z tego co zerknęłam, teraz ładnie wygląda. Jest ona z 1795 roku, w stylu barokowym, odbudowana ze zniszczeń II wojny światowej, a nazwa pochodzi z czasów, kiedy Kazimierz Dolny był nazywany "małym Gdańskiem", bo miasta się lubiły i miały dobre kontakty handlowe. Tuż obok są Kamienice Przybyłów, one są charakterystyczne i to je najbardziej kojarzyłam w odmętach moich wspomnień, gdzieś tam ten widok został we wspomnieniach. Wybudowana przed rokiem 1601 rokiem, przebudowana około 1615 roku przez braci Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów. I pewnie dlatego jedna nazywa się Pod Świętym Mikołajem, a druga Pod Świętym Krzysztofem. Oczywiście na Rynku jest też zabytkowa studnia, która też jest charakterystyczna i również zapada w pamięć. Z perspektywy, z jakiej patrzyliśmy na nią, to za nią był Kościół Jana Chrzciciela i Bartłomieja. Można było także spojrzeć na Górę trzech Krzyży.
Kamienica Gdańska w oddali
Kamienica Gdańska po lewej stronie
Kamienica Gdańska po lewej stronie
Kamienica Gdańska prawie na środku
Kamienice Przybyłów
Podczas tego patrzenia na budynki, wspominania, że to czy tamto się widziało, przy poprzednich wizytach,(i małego obserwowania co tam się dzieje z tą panią cyganką), obgadaliśmy co dalej robimy, i mały plan był taki, że sklep (piwo), wąwóz, i jakieś żarełko.
No to po szybkiej wizycie w sklepie, to turystyczne miejsce, oczywiście że w niedziele był otwarty, skierowaliśmy się w stronę wąwozu. Wąwozy są dwa, które znam, na mapie widziałam jeszcze kilka. Jeden to Korzeniowy Dół, a drugi to Wąwóz Plebanka, i właśnie do niego szliśmy. Przeszliśmy obok Kamienicy Gdańskiej i wyszliśmy tak, że po lewej i prawej stronie były kamienice podobne do tych Przybyłów. Ta tam po prawej to Celejowska, w tej po lewej jest jakieś Muzeum Koguta.
W oddali Kamienica Celejowska
W oddali Kamienica Celejowska
Idąc do Wąwozu Plebanka, łatwo się domyśleć, że przechodziliśmy koło kościoła, dokładniej, koło Sanktuarium Zwiastowanie NMP, połączonego z Klasztorem Ojców Franciszkanów. Fundatorami kościoła byli ponownie bracia Przybył (nie odmieniam, albo przynajmniej nie staram się odmieniać, bo tak jest dla mnie bezpieczniej 😅), tylko tym razem Mikołaja i Bartłomieja, a budowa była w latach 1589-1668. W 1627 roku osiedlili się przy nim franciszkanie - reformaci, którzy stopniowo rozbudowywali świątynie. Budynek klasztoru też był budowany etapami, w latach 1639-1668, a w 1827 roku został uszkodzony przez pożar. W 1865 roku klasztor został zamknięty, reformaci przewiezieni do Pińczowa, a w 1928 roku wrócili. Podczas okupacji, od października 1942 roku, do lipca 1944, klasztor zajęło Gestapo i zrobiło tam więzienie. W latach 1945-1958 w części zabudowań znajdował się internat dla chłopców szkół średnich, a w 1956 w klasztorze utworzono muzeum. Jeszcze warto coś o kościele wspomnieć, gdzie wyposażenie zachowało się oryginalne, na ołtarzu jest namalowany w 1600 roku na desce obraz Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, a drzwi są zabytkowe, wykute z żelaza, z datą 1589. I przy okazji się dowiedziałam, że te mury wokół kościoła i klasztoru, to mury obronne, nie wiem w sumie po co, ale ładnie te mury z tego kamienia wyglądają. Tu gdzie mieszkam dużo budynków jest z takiego kamienia, bo to tanie było, mój dziadek do sąsiedniej wsi jechał i sam taki kamień łupał, żeby coś tam zbudować (na przykład oborę, która była w takim stanie, że przerobiona została na garaż), i nie wiem, czy się przyzwyczaiłam, czy to tak po prostu mi się podoba, ale to bardzo ładnie wygląda, szczególnie, jak ktoś wybuduje sobie ogrodzenie na przykład z takiego kamienia. Albo widziałam, że ktoś zrobił sobie palenisko do ogniska i siedzenia koło niego. I przechodząc koło tego kościoła, to ja ten mur obronny trochę podziwiałam, bo poza tym, ze podoba mi się ten kamień, to dodatkowo duże to było, taka potęgę ich się odczuwało. A jak jakoś się odwróciłam, mogłam widzieć Kościół św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja, a tuż za nim zamek, tak na jednym planie.
Wąwozem szliśmy sobie spokojnym krokiem, nie śpiesząc się, rozmawiając sobie, wąwóz miał coś tam ponad kilometr, więc to było dużo czasu, żeby pokonwersować, i przy okazji wypić sobie piwko. Ktoś by powiedział "ale jak to tak?", a no normalnie! Tam nikogo nie było, przez dłuższy czas spaceru, to spokojnie pijąc nam się to piwo skończyło, zanim kogoś spotkaliśmy. A że było ciepło, to takiego zimnego browarka to się chciało. To sobie wypiliśmy, takiego symbolicznego. A że było ciepło, to się cieszyłam, że idziemy głównie w cieniu, człowiek starszy się robi, to trzeba być ostrożnym 😅😆. Idąc sobie tym wąwozem człowiek był otoczony, ziemią, skarpami. A na tych skarpach drzewa, które rosną, widać ich korzenie, albo trzymają się na włosku, że wyglądały, jakby zaraz miały się zawalić, co dało mi na myśl, że warto by było też mieć na oku, być ostrożnym, w miarę, w razie jakby faktycznie jakieś drzewo się waliło. Co takie bezpodstawne nie było, bo może nie w tym wąwozie, tylko w tym Korzeniowym Dole, faktycznie zsunęła się ziemia z drzewami na
jakąś wycieczkę szkolną, jakiś czas po naszej wizycie. Chyba to było jakoś tydzień później? czy coś takiego. Nawet ktoś tam ranny został. Także warto być uważnym w jakimś stopniu.
My dostaliśmy do końca tego wąwozu, i nim też wróciliśmy. Można było przejść się innym wąwozem, ale tam nieprzygotowani, bardziej na spontanie, to trochę nie w temacie byliśmy. Plus nie chcieliśmy się zgubić. A internet momentami, no to go nie było 😅😆. Do tego robiły mi się obtarcia od butów, więc one mogły być komplikacją. Wracając również szliśmy spokojnym krokiem. Plusem powrotu tą samą drogą było to, że nie szliśmy pod światło, i udało mi się parę lepszych ujęć zrobić. To nie jest nie wiadomo jaka robota, ale wiadomo, że lepiej zdjęcia wychodzą z światłem niż pod światło 😂. A jeszcze parę nie wyedytowanych wplątałam.
Wracając mieliśmy ten powrotny widok na kościoły i zamek, gdzie się słupy energetyczne wtrąciły. I uciekaliśmy przed ludźmi, bo z tego kościoła przy klasztorze ludzie z mszy zaczęli wychodzić, wyjeżdżać, i trzeba było czmychać, dla wygody naszej i ich. Tu ponowie, gdy mimo wszystko widzieliśmy, gdy ktoś tam jechał, wyjeżdżał, to z racji tego, że to trzeba było zjechać z góry, tak jak przy tym pierwszym kościele, niektóre samochody to mało brakowało, żeby niejeden zderzakiem (co najmniej) zaczepił, to aż małe dreszcze przechodziły. A wedle planu naszego, poszliśmy coś zjeść. Poszliśmy do lokalu Kamienica Cafe, i tam wzięliśmy sobie pizzę, bo osoba z którą byłam, szaleje za pizzami, kebabami i innego tego typu jedzeniami, a potem domówiliśmy kawkę. Bardzo przyjemny lokal, mało ludzi, bo wszyscy byli na zewnątrz, bo było ciepło, a my właśnie dlatego, że było ciepło, schowaliśmy się do środka, gdzie byliśmy w części podpiewniczonej i tam było chłodno i przyjemnie, szczególnie po naszym wąwozowym przemarszu. Pojedliśmy, kawkę wypiliśmy, odpoczęliśmy, ochłodziliśmy się, i można było coś działać.
Po tej dłuższej przerwie poszliśmy się po prostu przejść wzdłuż Wisły. Przechodziliśmy koło Kamienicy Celejowskiej. Przy brzegu były sobie jakieś stateczki, na jednym była jakaś restauracja, był taki piracki, to też wydaje mi się, że on raczej taki stojący na wodzie, z jakimiś rozrywkami, a inne to tam pewnie by było można się przepłynąć. Idąc tym bulwarem można było zobaczyć z daleka te miejsca, w których się było. Zamek, jego baszta, która fajnie z daleka wygląda, taka z drzew wyrastająca, Kościół św. Jana Chrzciciela Bartłomieja. Podobało mi się, że patrzyło się w stronę tych górek, i te budynki jeden wyżej od drugiego, i na tą basztę tak wysoko trzeba było patrzeć. Na Wiśle jakaś łajba sobie pływała, i dzięki zoomowi w aparacie, dojrzałam jej nazwę, Celina, i od razu, widząc tą nazwę robiąc zdjęcie, w głowie rozbrzmiał mi utwór zespołu Kult "Celina", oraz wersja Kazika tego utworu. I już do końca grał mi w głowie.
Kiedy doszliśmy do jakiegoś tam momentu, zdecydowaliśmy się zawrócić. Przeszliśmy tą samą trasę, tylko w drugą stronę. I tak jak żeśmy trafili nad tą Wisłę, tak i wróciliśmy tą samą drogą i skierowaliśmy się do samochodu, bo postanowiliśmy już wrócić do domu. Była niedziela, osoba z którą byłam na drugi dzień wstawała rano, o nie ludzkiej godzinie, czyli czwartej rano, no poniedziałek. Więc przydało jej się, tej osobie, odpocząć, wyciszyć przed tym brutalnym poniedziałkiem.
Kamienica Celejowska
Kamienica Celejowska
Kamienica Celejowska
Jak miałam się rozpisać, to nawet się udało, tyle że w trakcie pisania było parę przeszkadzajek, na przykład brata do szpitala musiałam zawieść, i potem wszystko, co po tym trzeba było ogarnąć, a potem ponad sto zdjęć trzeba mi było poedytować, no tak się wylosowało, tak to jest, jak człowiek bawi się w "fotografa", amatorsko. Mam nadzieję, że wyrobię się przed wyjazdem do Wrocławia. W każdym razie, pisząc ten wpis, który w sumie jest taki luźny, a którego pisałam po dłuższej przerwie od pisania czegokolwiek, to fajnie było uruchomić to pisanie, i przy okazji się okazało, że tego mi brakował. Jakby Walaszek to powiedział (przez swoje postacie), "ty, fajne to". Chciałabym zbalansować to moje edytowanie zdjęć i pisanie wpisów (bo w tym wszystkim nawet udało mi się zbalansować jakieś tam rysowanie), ale niczego nie planuje, bo wiadomo, jak u mnie planowanie (nie)działa. Na koniec parę ujęć szerokokątnych z telefonu (ile ja bym dała za aparat z obiektywem, który miałby opcję jakiegokolwiek szerokiego kątu, a jednocześnie byłby taki zwykły, podstawowy (nawet nie wiem czy coś takiego istnieje, i czy jest coś takiego możliwe, nie wiem, nie znam się) 😆).
Adieu.
[Wyrobiłam się przed wyjazdem do Wrocławia 😆]





































































































































































