poniedziałek, 29 stycznia 2018

Motylki (2014)

Czasami, jak coś pojawi się na stronie głównej na YouTube, to nie raz tytułem, czy nawet miniaturką, albo jednym i drugim, zachęca do kliknięcia. Pewnie nie tylko ja tak mam, i nawet jak kilka razy ominę i nie kliknę, to zdarza się, że jak mi się nudzi, albo po prostu bym coś obejrzała, albo potrzebuje po prostu tła, żeby coś robić, a nie ma czegoś mojego, że tak powiem, to już kliknę w taki film. W większości to takie filmy co albo nie jest mi przy przydatny, albo po prostu zachęcająca miniaturka została wstawiona właśnie dlatego, żeby ktoś kliknął. 

Ja mam tak, że jak się zainteresuje jakimś tematem, to oglądam różne filmy o nim, tak na przykład poznałam różnych twórców na YouTube, który lubię oglądać. Jednym z takich tematów jest, jak ludzie odwiedzają opuszczone miejsca. Nie wiem dlaczego, ale czasami lubię obejrzeć taki film gdzie ludzie, nie duża grupa, chodzi po jakichś opuszczonych budynkach, a wnętrze takiego opuszczonego budynku  jest dobrze zachowany, a w środku jak są zachowane wnętrza, jakieś stare meble, czy w ogóle wystrój i po prostu jakby się tam czas zatrzymał. Takim sposobem trafiłam na wiele filmów eksploratorów z bardzo popularnego miejsce do eksploracji, gdzie chyba żaden by nie przepuścił, a jest nim Czarnobyl. No ja nie wiem, dlaczego to mnie zainteresowało i zaciekawiło, kiedy to nie jest w dziedzinie moich zainteresowań. Nie mam pojęcia dlaczego lubię oglądać i słuchać o tym miejscu i o wybuchu reaktora, i jak oni łażą po tym kompletnie opuszczonym miejscu. Wydawałoby się, że chodzą po nicości i nic tam nie ma, poza zatrzymanego czasu, ale to może dlatego budzi zainteresowanie.


Niedawno pojawił mi się właśnie w proponowanych od YouTube filmach, film "Motylki". Nie jestem pewna co do tytułu, bo ten kto go opublikował nadał mu tytuł "Nierozłączni", ale serwis IMDb chyba się nie myli i zostanę przy tych motylkach. 
Nie do końca wiedziałam co to jest, ale okładka filmu zamieszczona na miniaturce jest tak świetnie zrobiona, a jako osoba rysująca i poniekąd, która robi zdjęcia, to zwracam na to uwagę. I w sumie to dobrze, że na niego trafiłam, bo dzięki temu odkryłam bardzo fajny film. I mimo, że głównym tematem była miłość (a ja za tym nie przepadam), to naprawdę mi się podobał.

Historia kręci się wokół wybuchu reaktora czwartego w elektrowni, oraz dwojga ludzi, którzy spotkali się przypadkowo.

Film zaczyna się gdy główna bohaterka, Alya, wraz z Maryaną, swoją siostrą, wyjeżdżają do swojej ciotki, do Prypeci, bo do przyjazdu ich ojca, który jest wojskowym, jest jeszcze trochę czasu. W czasie drogi psuje im się samochód. Na ratunek przybył policyjny patrol, który przejeżdżał, i miał pretensje o nieodpowiednie parkowanie auta na drodze. Gdy funkcjonariusz dochodzi do porozumienia z siostrami pomaga im i odjeżdża. To jednak nie koniec kłopotów Alyi i Maryany, bowiem jadąc skrótem, koło elektrowni ponownie psuje im się samochód. Do ich zmartwień dochodzi... wybuch reaktora. Spanikowane nie wiedzą co robić. Jadące wozy strażackie spychają ich auto blokujące drogę. Wokół spadają części reaktora.
Kiedy są już na miejscu swojego celu podróży, okazuje się, że ciotki nie ma w domu, co związane jest z wybuchem reaktora, ale zostawiła im klucze. Maryana ma objawy napromieniowania.

Tymczasem wojska, gdzie jest również Mayor Moskalev, ojciec sióstr, przygotowująca się do akcji związanych z reaktorem. Kierujący akcją oraz mayor rozmawiają o wydarzeniu z wybuchem reaktora, tak jak niby nigdy nic, nie wiedząc o zagrożeniu. Rozmawiają o przyszłości, nie wiedząc, co tak naprawdę ich czeka. Moskalev wiedząc, o pobycie córek w Prypeci, pisze list i wysyła jednego z szeregowych, by go dostarczył. 

Maryna jedzie do miasta, do szpitala, licząc że spotka znajomego. Okazuje się, iż go nie ma, a kobieta trafiła w środek wielkiego zamieszania, bowiem przywożeni są kolejni poszkodowani od wybuchu reaktora, a ludzie obserwujący tą sytuację, patrzą z przerażeniem. Maryana będąc pielęgniarką postanawia pomóc. 


Alya będąc sama w domu, dostaje list od ojca, cieszy się, że go niedługo zobaczy. Postanawia zaprosić młodego żołnierza, gdy ten wkrótce decyduje się wracać, dziewczyna go odprowadza. Podczas ich rozmów można zauważyć, że łapią do siebie sympatię. Przedstawiając się sobie, dziewczyna dowiaduję się, że chłopak ma na imię Pavel.

Natomiast podczas kolejnych działań związanych z gaszeniem pożaru reaktora, ginie ojciec Alyi, a dziewczyna dowiaduje się, gdy między innymi Pavel prowadzi patrol, czy wszyscy mieszkańcy poddali się ewakuacji (czego oczywiście Alya nie zrobiła). 


Gdy Pavel bierze udział w likwidacji gruzu na reaktorze, zostaje dość poważnie napromieniowany. Jego stan jest poważny i ma być przewieziony do Moskwy, ale jednak kiedy czuje się lepiej ucieka podczas nieuwagi innych.

Uciekinier razem z Alyą uciekają z wioski do miasta. Tam dwójka, wiedząc, że nikogo nie ma, spacerują sobie po pustym mieście i po wnętrzach opuszczonych wnętrz bloków, ukrywając się również przed patrolami. Jednak stan Pavla po napromieniowaniu się pogarsza. Wkrótce dostaje się do szpitala, w którym przywożą ludzi tylko napromieniowanych. Jest tam też Maryana, której Alya nie zdąża odwiedzić, bo umiera. Pavel również nie wygrywa ze skutkami napromieniowania. Mimo przeciwieństw wkrótce rodzi córkę, która już jako dorosła odwiedza Prypeć.







Nie wiem dlaczego ten film minie tak urzekł, tak mi się spodobał, mimo że właśnie głównym tematem była miłość, a tematu tego nie za bardzo lubię. Może po prostu w tym filmie nie jest ona pokazana tak słodko, cukierkowo, że dziewczyna się zakochuje w chłopaku i jest cała w skowronkach, albo jest nieszczęśliwa, bo chłopak nie zwraca na nią uwagi, czy coś, tylko jest pokazana tak, naturalnie?
Ogółem film ten zadziwił mnie z różnych stron, bo klikając w niego nie spodziewałam się czegoś spektakularnego, czy nawet fajnego. A w nim, przy wybuchu reaktora, który postanowili pokazać, zostały wykonane komputerowo takie efekty specjalne, że nie jeden film mógłby pozazdrościć. Sama rekonstrukcja tego reaktora ma w sobie dużo pracy i jak dla mnie, nie daleko było od takiego realnego wyglądu. Bo myślałam, jak typowy Polaczek, myślałam, że "o, skoro to Ukraińska produkcja, to marna historia, marne efekty, marni aktorzy i ich gra aktorska", no, czy coś takiego, a tu wpadłam na przypadkowy film, o którym nigdy nikt nie słyszał, (no chociaż patrząc na stronę IMDb, to możliwe, że jestem w błędzie), ale który jest fajnie zrobiony i fajnie się go ogląda. To było miłe zaskoczenie, bo dawno żadnego dobrego filmu nie oglądałam. No, i takim sposobem, trafiłam na świetny film bez jakichś głębszych poszukiwań, który umieściłam pod spodem. Nie zmuszam, ale zachęcam do obejrzenia filmu pod tytułem "Motylki", w którym była jedna scena z motylkami, chociaż w sumie, to były bardziej ćmy, ale i tak ten tytuł mi bardziej pasuje, niż ten nadany, przez tego, co go opublikował, czyli "Nierozłaczni"(pewnie zmienił nazwę, żeby mu nie zdjęli, albo po prostu nie znał tłumaczenia, ale w sumie to i tak mi nie przeszkadza).
Na wspomnianej stronie IMDb jest ocena filmu 8.0, z którą się zgadzam. 





niedziela, 7 stycznia 2018

Chester Bennington - portret

Plan na ten rysunek powstał cztery miesiące temu, ale zanim wzięłam się za realizację tego planu, to trochę się zeszło. Zaczęłam działania chyba gdzieś na początku listopada, ale z racji tego, kończył mi się semestr i musiałam poprawiać oceny, to i prace nad tym rysunkiem szły wolno. A jeszcze wolniej prace szły nad tym postem...
I ktoś tu chce być blogerką.. 





Zaczynając rysowanie, najpierw sobie rozrysowałam jak portret ma być umieszczony na kartce, żeby oczywiście nie wyszło coś poza kartkę, żeby było mniej więcej na środku. Potem poprawiając linie rozrysowałam twarz i ubranie, potem było mnóstwo poprawek tych linii które były narysowane źle, niepoprawnie. Na tym etapie nie do końca przypominało to twarz Chestera Benningtona, ale mając same linie, bez wykończenia, że tak powiem, to nic innego nie można było się spodziewać. Nawet moja mama jak widziała tylko ten zarys, a potem chociażby częściowo wykończony rysunek, to też nie widziała twarzy Chestera.

Dalsze rysowanie kontynuowałam rysując włosy. I dla mnie to była męczarnia, bo w rysowaniu włosów, jakichkolwiek, to ja muszę jeszcze poćwiczyć. Kompletnie mi nie wychodzą i w tym czy innym moim rysunku nie wyglądają na włosy, szczególnie męskie włosy mi nie wychodzą. Tak więc to jest jedna z moich Pięt Achillesa. 

Następnie idąc po kolei, pracowałam nad czołem. I tu w pewnym momencie zrobiłam błąd, rozcierając ołówek. Na tym etapie się trochę załamała, to wyglądało źle, ale mimo zdemotywowania, postanowiłam kontynuować pracę, stwierdziłam, że może potem wpadnę na pomysł i coś z tym zrobię. I jak się okazało podczas rysowania policzka po lewej stronie rysunku, inaczej rysowałam niż czoło, nie rozmazywałam ołówka, tylko te ołówki które używałam, to je ze sobą mieszałam i to już wyglądało kompletnie inaczej. Ja nie wiem jak to zrobiłam, że ten policzek wyszedł mi całkiem spoko, a to nieszczęsne czoło tak zepsułam. Normalnie jakby inna osoba rysowała to czoło, a inna policzek.

Kolejną rzeczą, z którą miałam problem, to nos. No ile bym go nie poprawiała i nie zmieniała, to zawsze źle wygląda. Za każdym razem, kiedy rysuję nos, to zawsze to zawsze coś nie wychodzi, a jak próbuję poprawić to wychodzi jeszcze gorzej. Nos to jest kolejną Piętą Achillesa. Przy tym rysunku oczywiście też nie wychodził. Tyle razy go rysowałam, poprawiałam, że już go zostawiłam, a potem poprawiłam cieniowanie, gdy rysowałam policzek, który też lekko sprawiał mi problemy, ale powoli sobie z tym poradziłam. Tak myślę.

Rysunek wyszedł chyba w miarę w porządku, nie jest idealny, ma trochę błędów oczywiście, ale patrząc na moje inne prace, to widać postęp. Myślę, że jak będę rysować więcej, to te rysunki będą wychodziły lepsze.

INSTAGRAM          DEVIANTART          FACEBOOK































 





 



niedziela, 31 grudnia 2017

Pierwszy koncert - COMA

Na początku tego miesiąca poszłam pierwszy raz sama na koncert, który był koncertem zespołu COMA. Cieszę się, że mogłam na nim być, bo kiedy była okazja by pójść na koncert tej grupy na Lubelskich Juwenaliach, to zmarnowałam tę szansę. Lubię ich muzykę, mają świetne utwory, a niektóre numery są tak genialne, że potrafię ich słuchać bez przerwy. Ogółem Comę słucham stosunkowo od niedawna, oczywiście wcześniej mogłam te bardziej popularne utwory usłyszeć w radiu, albo napotkać w internecie. Ogółem z ich muzyką miałam się zapoznać o wiele wcześniej, ale za nim ja się za coś zabiorę... Ten post powstaje miesiąc od koncertu...

O godzinie dziewiętnastej pracownicy klubu zaczęli wpuszczać ludzi do środka, a będąc tam za pięć dziewiętnasta, to już była spora kolejka i ludzie dochodzili jeszcze. Dodatkowo, kiedy zaczęli wpuszczać, to wpuszczali jakąś grupę osób, tak aby pomieszczenie szatniowe zostało wypełnione ludźmi na tyle ile pozwalało. No i idę za ludźmi, zgodnie z kolejką, i jak już doszłam pod drzwi, to pracownik zamkną drzwi przed nosem, choć pół kroku i bym stałam w progu tych drzwi. Nie było by w tym nic zwyczajnego, gdyby nie to, że wtedy tak się z tego śmiała, nie wiem dlaczego, ale może było to spowodowane moim przeziębieniem i gorączką, gdzie telepało mnie zimno. Nadal tego nie wiem.


Ogółem było niewiele po dziewiętnastej, a gdy weszłam do pomieszczenia, gdzie był bar i miejsca do siedzenia, to było ono już całe wypełnione, co trochę mnie zdziwiło, ale nie dużo, bo w sumie można się tego było spodziewać. Ja sobie stanęłam blisko drzwi do sali, gdzie odbywały się koncerty. W sumie można to nazwać salą koncertową. Mając sporo czasu jeszcze i mając uczucie spragnienia, bo przecież miałam gorączkę, to pomyślałam o zakupie czegoś do picia, a że to był piątek, to patrząc się na innych ludzi, skusiłam się na piwo, bo mogę. I tu też spotkała mnie śmieszna sytuacja (jak dla mnie), nawet moja mama się śmiała jak jej to opowiedziałam. A konkretnie chodzi o to, że kiedy poprosiłam o butelkę danego trunku, to barman już  ją otworzył, chciał zapłatę, i dopiero wtedy jakby go olśniło i poprosił o dowód. To mnie rozśmieszyło, bo teoretycznie o dowód się prosi przed wydaniem alkoholu, no ale w tej sytuacji koleś po prostu określił jako formalność, bo raczej nie wyglądam na małolatę. 

COMA swój występ zaczęła spokojnie poprzez powoli rozwijające się intro, a potem "Leszek Żukowski". Był to koncert z trasy "Metal Ballads Volume 1 Tour", gdzie grupa promowała oczywiście płytę o tym samym tytule, a Piotr Rogucki po pierwszym utworze zaznaczył, że zagrane będę wszystkie utwory z tego albumu, dlatego kolejnym utworem był pierwszy numer z tego krążka, który zostawał również w spokojnym klimacie i nosił tytuł "Uspokój Się". W sumie to byłam pozytywnie zaskoczona, że zespół ma zagrać wszystkie jedenaście kawałków z nowej płyty, bo zazwyczaj wykonawcy grają te najlepiej odbierane, najpopularniejsze utwory, i mieszają z innymi utworami z innych wydawnictw, więc na tym koncercie była taka mała nowość, jak dla mnie. 


Coma - Cukiernicy


Z "Metal Ballads vol.1" strasznie spodobał mi się utwór "Cukiernicy", więc kiedy go zagrali na żywo to się tak ucieszyłam, bo ten kawałek ma tyle energii i jest świetnie skomponowany, że ja bym mogła nie przestawać go słuchać i wciskałabym przycisk 'replay' z każdym razem gdyby się skończył. To samo w sumie mam z kawałkiem "Proste Decyzje", ale dopiero po usłyszeniu go na żywo złapałam taką zajawkę. On jest po prostu świetny, a na żywo wykonany jeszcze bardziej podbija to świetność. Za nim zespół zagrał "Za Słaby", dowiedziałam się, że to numer nagrany ze Skubasem, mało tego, że sam Skubas jest z Lublina. To było takie 'what?!'. No, to jest dowód na to, że na koncercie można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Oczywiście kiedy zabrzmiały "Lajki", to nie tylko ja miałam zaciesz, ludzie wybudzili się jakby z transu, bo wcześniej był wolniejszy, spokojniejszy kawałek, zaczęli co niektórzy skakać, tupać nogą, śpiewać, czy jak kto wolał.

Coma - Lajki

Coma wykonała wszystkie utwory z nowego wydawnictwa, ale nie zapomniał wkleić do koncertowej listy innych kawałków. I tak na przykład zagrali inną, nowszą wersję "Skaczemy" pasującą stylistycznie do dwóch najnowszych albumów. TU podaję linka, można posłuchać. Na moje szczęście, że tak powiem, zagrali na moim pierwszym ich koncercie takie utwory jak "System", "Woda Leży Pod Powierzchnią", czy "Trójące Rośliny", a to dlatego, że te kawałki po prostu bardzo lubię, i trochę się bałam, że zagrają coś, za czym powiedzmy nie przepadam, czy coś. Bo ogółem ja mam takie coś, że jak idę na czyiś koncert pierwszy raz, to boję się, że zagrają coś, z czego nie będę zadowolona, na przykład jakiegoś mojego ulubionego utworu, czy do którego może mam sentyment. Dziwne, ale co zrobić. Wplątali jeszcze "W Cwał" z płyty "2005 YU55", i ku mojemu zdziwieniu, słuchacze również dobrze się bawili, bo tu znowu szłam takim tokiem myślenia, jak przy nowej płycie Linkin Park, że ludzie nie za bardzo zaakceptowali tego nowego, innego brzmienia Comy. I znowu się myliłam, bo jak dobrze pamiętam, zespół zaprezentował "Lipiec", przy którym koncertowicze bujali się, wczuwali w grającą muzykę.



Coma - Trujące Rośliny

Była jeszcze taka ciekawa sytuacja, w trakcie koncertu jakaś dziewczyna przez chwilę transmitowała na żywo innej, może przyjaciółce, może kogoś z rodziny. I to mi tak zapadło w pamięć, że ktoś o tym pomyślał i że ludzie jednak umieją jako tako pozytywnie korzystać dzisiejszą technologię. 

A gdy zespół miał już skończyć swój koncert, to jednak Lubelscy fani nie dali tak łatwo im odejść i Coma ponownie na chwilę weszła na scenę, by zagrać "Sto Tysięcy Jednakowych Miast", akustycznie, Urzekło mnie to, że wszyscy usiedli, po prostu jeden za drugim zaczęli siadać, to było super, taki klimat to nadało. Ja oczywiście nie do końca wiedziałam o co chodzi, po prostu robiłam to co wszyscy, i myślę, ze to pewnego rodzaju tradycja.

Po za tym, że słuchanie instrumentów na żywo jest genialną sprawą, to jeszcze wokal przebijał te instrumenty. Bo chodzi mi o to, że czasami jak się pójdzie na koncert, to wokal słabo słychać, albo nie brzmi dobrze, a tu, Piotr Rogucki śpiewał w taki sposób, jakby z płyty go wyrwali. Czasami jak widziałam jakieś wideo z koncert Comy właśnie, to tak jakby niekorzystnie pokazywały wokal Roguckiego, ale jednak jak się pójdzie i posłucha, to jest co innego. Cieszę się, ze jednak zdecydowałam się ten tydzień przed koncertem na niego pójść i zdecydowanie był to jeden z najlepszych koncertów, który na pewno zapadnie mi w pamięć.


Coma - System

środa, 27 grudnia 2017

Lublin Rock Festival

Szperając sobie wśród wydarzeń na Facebook'u, szukając czegoś ciekawego dla siebie, czy przypadkiem nie ma na przykład jakiegoś koncertu w moim mieście, czy czegoś podobnego, udało mi się trafić na bardzo fajną opcję do spędzania wolnego czasu, z bardzo dobrą muzyką, a w szczególności kiedy wyświetliła mi się sama nazwa zespołu LUXTORPEDA, a dodatkowo zespół Sceram Inc., to od razu wiadomo było, że idę. Wysłałam więc link do wydarzenia bratu, on tylko potwierdził że nie przepuścimy takiego dość ciekawie zapowiadającego się wydarzenia. Dodatkowo, kiedy sobie z bratem o tym rozmawialiśmy, to tata stwierdził, że też pójdzie, no bo dlaczego by nie. I tak oto nasza trójca wybrała się na Lublin Rock Festival.

Ogólnie to fajnie ktoś wymyślił, wpadł na pomysł na zorganizowanie takiego festiwalu, i to w moim mieście i mam nadzieję, iż na pierwszej edycji się nie skończy, być może z czasem, w przyszłości zdobędzie tak duże zainteresowanie, że będzie ten festiwal na większych formatach, może plener, albo nawet na Arenie Lublin (po coś w końcu stadion został wybudowany). Taki rozwój wydarzeń byłby świetny. 

Ale wracając do tematu festiwalu, bo chyba tak trochę odbiegłam od tematu (bywa), miałam opisywać co tam się działo i w ogóle. Organizatorzy wychodzą do nas z inicjatywą byśmy dobrej muzyki posłuchali, dobrze się bawili, oraz tych co grają na jakimś instrumencie doedukowali. I właśnie pierwszego dnia, na którym mnie nie było, miały być warsztaty muzyczne, a że ja nie gram na żadnym instrumencie, to nie miałam po co tam iść. Następnie zaś miały zagrać takie zespoły jak Gypsy And The Acid Queen, autora takiego utworu jak "Wilk", który mogłam usłyszeć w radiu; The Underground Man, Marcin Kruk Band oraz T.Love z ostatnim koncertem przed zawieszeniem działalności. 




Zaś drugiego dnia, w tak jakby pierwszej części odbywał się przegląd kapel, i na tej części mnie nie było, bo w tym czasie byłam w szkole i przy okazji miałam próbną maturę z języka angielskiego. Natomiast na drugiej części tego dnia, na który miałam bilet, o osiemnastej zagrał zwycięzca przeglądu kapel, jak dobrze się zorientowałam, był to zespół Workplace, a ja razem z bratem i tatą weszliśmy pod koniec ich występu. Zagrali nawet taki kawałek na koniec, który mogłam usłyszeć w radiu. Mimo, że mogłam ich usłyszeć tylko trochę, tego co grają, to spokojnie mogę stwierdzić, że grali całkiem w porządku, byli spoko.

Następnie zagrał zespół Scream Inc., który znany jest z tego, że gra kawałki zespołu Metallica. Grupa określana jest jako Metallica Official Tribute Band. Miałam okazję już być na ich koncercie, kiedy byli w Klubie Graffiti, wtedy mnie brat wyciągnął i grali świetnie, po prostu wymiatali na scenie i prawie nie było różnicy między nimi a oryginałem, że tak powiem. Tak jakby młodsza wersja Metallici. Nawet nie wiedziałam, że przyjdzie tyle ludzi, a ci bawili się tak, jakby naprawdę byli na koncercie Metallici. Natomiast na Lublin Rock Festival, Scream Inc. mieli mało czasu, żeby pokazać na co ich stać, że tak powiem. Postanowili zaprezentować swoje trzy utwory: "Machinegun", "Higher And Higher" i "Soul Apart". Kiedy miałam iść na pierwszy ich koncert, to sobie z ciekawości odsłuchałam między innymi te utwory i w sumie fajnie było usłyszeć je na żywo. Na żywo wszystko brzmi lepiej. Dodatkowo zagrali  takie utwory jak "Seek And Destroy", "Nothing Else Matters" i "Enter Sandman", które oczywiście w oryginale są Metallicy. I, kiedy już teoretycznie skończyli, to Lubelska publiczność chciała więcej muzyki, i mimo, że zaczęły się przygotowania sceny do kolejnego występu, kolejnej grupy, i perkusja już była trochę rozebrana, prowadzący przekazali informację, że zespół może zagrać jeszcze jeden numer, jakim był "Master Of Puppets", a z racji, że przecież wcześniej publiczność przywoływała zespół, to ten na koniec tego utworu poinformował, a w sumie to zaprosił na swój kolejny koncert w Lublinie, który ma się odbyć znowu w Klubie Graffiti w lutym już przyszłego roku. Więc ja obserwuje wydarzenie i czekam na dostępne do sprzedaży bilety, bo na pewno znów pójdę ich posłuchać.

Przedostatni zespół w rozpisce tamtego wieczoru był zespół FEYM z Lublina i zagrali swoje kawałki, a między innymi, chyba najpopularniejszy, czyli po prostu "Feym", który też mogłam usłyszeć w radiu, i który jest fajnym kawałkiem, oraz te kawałki które skomponowali jeszcze pod innymi, wcześniejszymi nazwami. Bo zespół miał wile nazw. Ogółem ich muzyka mi się podoba, w sensie, o można posłuchać, ale to chyba nie jest tak jakby mój styl do słuchania, nie wiem jak to nazwać. Ogólnie jak już wspominałam, posłuchać można, fajne gitarowe dźwięki. Ludzi się nazbierało jeszcze więcej, widać było, że znają numery FEYMu, to się nawet ucieszyłam, bo kiedy widziałam ich występ przed Scream Inc. w Klubie Graffiti, to jakoś za specjalnie dużo osób nie było.



No i w końcu doszliśmy do finału tej serii koncertów na Lublin Rock Festival, i zagrał zespół LUXTORPEDA. I jak można było się domyśleć, to oni zgarneli największą publiczność. Od razu Litza, znaczy Robert Friedrich, gitarzysta i wokalista, poinformował, że koncert jest nagrywany, do wydawnictwa Live, a dodatkowo Radio Centrum, które podczas festiwalu obchodziło swoje urodziny, transmitowała ten koncert na żywo w radiu. Ogółem cieszyło mnie to, nie wiem czemu, że mogłam uczestniczyć w koncercie, który potem będzie na albumie koncertowym. Dodatkowo, przed rozpoczęciem, Litza powiedział, że zagrają te mniej popularne utwory, bo te popularne już są na pierwszej części LUXLIVE, więc nie ma sensu ich grać, więc zagrali takie utwory jak "Trafiony Zatopiony", "Serotonina", "Cały Cyrk", "J.U.Z.U.T.N.U.K.U." czy "Nieobecny Nieznajomy". Mimo, że nie zagrali tych teoretycznie bardziej znanych utworów, to był jeden z tych koncertów, gdzie bawiłam się najlepiej. Nie wiem czemu, ale po prostu dawno się tak świetnie bawiłam na koncercie. 



Cały festiwal był dobrze zorganizowany. Nie było tak, że się czekało na kolejny zespół pół godziny, czy więcej, tylko kiedy jeden zespół skończył, wchodzili prowadzący z Radia Centrum, zagadywali nas, przedstawiając na przykład zespół, na scenie techniczni zwinnie składali niepotrzebne już instrumenty i prowadzący ogłaszali jaki zespół wchodzi i będzie grał. Liczę na kolejne edycje tego festiwalu i kolejne zespoły, z chęcią się wybiorę. 

Ogółem, ten post powinien powstać bardzo dawno, bo festiwal był 23 listopada, miną miesiąc, a ja dopiero coś bazgrzę, ale po prostu nie miałam czasu. Może nie jestem jakimś bardzo zajętym człowiekiem, ale ostatnio był czas popraw ocen, bo kończył mi się semestr. Musiałam walczyć z matematyką. Na przykład. I przez to moje takie roztrzepanie i zamartwianie się i te sprawy szkolne, spowodowały, że do tego posta straciłam większość materiałów, dlatego jest taki biedny. Normanie przenosiłam pliki z aparatu na komputer, myślałam, że jest wszystko w porządku, ale wchodzę innym razem i tych plików NIE MA. Do teraz nie mam pojęcia co, jak, kiedy, gdzie. A miałam parę nagrań z tego jak grał Scream, FEYM, czy LUXTORPEDA, to tylko jedno nagranie ocalało...

Poniżej, tak na koniec, jeszcze parę fotek, na przykład okularów, czy opasek odblaskowych rzucanych ze sceny przez prowadzących z Radia Centrum ;-D