piątek, 25 czerwca 2021

Autoboty powracają! | Nowy film ze świata Transformers.

Ostatnio YouTube zaproponował mi wideo z muzyką do jednego z pierwszych trzech filmów "Transformers". Ktoś po prostu opublikował jakąś rozszerzoną wersję utworu skomponowanego do filmu. Kliknęłam sobie, bo w międzyczasie szukałam albo coś do obejrzenia przed snem, albo muzyki do posłuchania. I w trakcie odtwarzania tego utworu złapała mnie taka nostalgia. Od razu powróciły wspomnienia, jak filmy z tytułem "Transformers" były moimi ulubionymi, i jak zza czasów, gdy oglądałam telewizję i puszczane były te filmy, to ja zasiadała, przez tydzień zapowiadałam, że telewizor jest mój. Nawet stronkę na Facebooku założyłam, która istnieje do tej pory.

Nie wiem jak jest teraz, czy nadal są to moje ulubione filmy, bo właśnie od czasu gdy przestałam oglądać telewizję, żadnego z nich nie widziałam. Jedynie potem te co wychodziły w kinie, z których powtórki też nie robiłam. Ale przy słuchaniu tego utworu z soundtracku przyszło mi do głowy, żeby sobie wszystkie te filmy obejrzeć. Zobaczyć, czy nadal mi się podobają. 

Jakoś dwa dni po tym, podczas przeglądania Facebooka wieczorną porą, już byłam bliska wylogowania się, ale zjechałam kawałek dalej i ujrzałam post oficjalnego konta Transformers. Aż w szoku byłam, gdy przeczytałam i okazało się, że ogłaszają oni nowy film z tej serii. I mimo, że nie wiem czy nadal podobają mi się filmy, i że dawno ich nie oglądałam, to się bardzo ucieszyłam. Chyba jednak coś mnie trzyma przy tym. 

W poście napisali: "The battle on Earth is no longer just between Autobots and Decepticons… Maximals, Predacons, and Terrorcons join Transformers: Rise of the Beasts, in theatres June 24, 2022.". Mocno mnie to zaintrygowało. Ale dopiero jakoś drugiego dnia wpadłam na trochę więcej informacji. Akcja "Transformers: Rise of the Beasts" będzie rozgrywać się w 1994 roku, w grupie Autobotów zobaczymy oczywiście Optimusa Prime'a i Bumblebee, który będzie miał wygląd Camaro. Pojawią się Maximale, Autoboty o kształcie zwierząt, które dowodzone będą przez Optimusa Primala. Przeciwnikami zaś będą Terrorcony, czyli zombie roboty. Będzie też oczywiście dwójka ludzi. Więcej można znaleźć na Filmwebie, dzięki któremu mogę sobie wyobrazić, jak to wszystko może wyglądać. 

Na początku wydawało mi się to wszystko dziwne, ale mieliśmy już dinozaury na przykład, więc no. Po tym zdziwieniu, wszystko mnie zaciekawiło, bo na przykład ciekawą rzeczą wydaje mi się to, jak Optimus Prime zostanie przywódcą Autobotów. Tak więc czekam na kolejne jakieś informacje dotyczące tego filmu, a w 2022 roku zobaczymy co oni tam wykombinowali.



czwartek, 24 czerwca 2021

To jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie słyszałam. | Linkin Park ft. Eminem - Soldiers (2021)

Przez dłuższy czas obserwuje sobie poczynania chłopaka pod pseudonimem, nazwą zwieR.Z. Swego czasu zwrócił on na siebie moją uwagę swoim remixem utworu Linkin Park, który mi się spodobał. Potem sprawdziłam sobie inne remixy no i gdzieś zaczęłam obserwować to co robi muzycznego w internecie. 

zwieR.Z. zrobił genialne remixy takich utworów jak "Radioactive", "Believer" Imagine Dragons, "Elastic Heart" Sii, "One More Light", "Papercut", "Lying From You" Linkin Park, czy "Over Again" Mike'a Shinody, oraz wiele innych. Ma też swoje autorskie utwory, "Outbreak", "Umbra", "Wreckage", które wplątuje w swoje remixy. Ja jestem pod wrażeniem całej jego działalności. Pamiętam, że na początku zdziwiłam się i trochę trudno było mi uwierzyć, że to w ogóle jest polak. Oczywiście potem się z tego cieszyłam, że rodak tworzy coś tak świetnego muzycznie. rzecz jasna jest jakiś podział pomiędzy tymi co mi się bardziej podobają i tymi co trochę mniej. Z każdą muzyką tak jest.

Dzisiaj wyszło kolejne arcydzieło zwieR.Za. Już po zapowiedzi spodziewałam się czegoś epickiego. Tym razem zmieszał nie tylko dwa utwory, jak zazwyczaj to robi, a kilka utworów i stworzył piękną składankę, przy której nie wiedzieć czemu, się rozkleiłam podczas pierwszego odsłuchu. Nie wiem, czy to moje emocje, czy emocje zawarte właśnie w tym muzycznym kawałku to spowodowało, ale to wyszło mu po prostu pięknie. Na początku delikatny wokal Chestera Benningtona z utworu "Darker Than Blood", potem przemówienie wykorzystane jak w jednym z utworów Linkin Park, które złapało mnie za serce, następnie "A Line In The Sand", które uwielbiam, do tego wmieszany Eminem, a to leci jeszcze dalej. 

Ten kawałek ma taki klimat, że odtwarzam go dość często na replayu i wsłuchuję się jakbym słyszała go pierwszy raz. Nie lubię tego określenia, ale to brzmi jakby miało swoją duszę. Twórca włożył w to swoje serce, a teraz jego dzieło łapie za serce innych. 




"I think i've had some kind of a flashbacks". | "FLASHBACK"

Jako fan Dylana O'Briena obserwuję sobie jego poczynania aktorskie. Ciekawi mnie jak wypadł w innych rolach poza tymi w "Teen Wolf", "Maze Runner" i "American Assassin", bo po obejrzeniu między innymi tych produkcji można stwierdzić, że to zdolny aktor i prawdopodobnie stać go na więcej. Z ostatnich filmów bardziej zainteresował mnie na przykład "Love and Monsters ", do którego nie miałam jakichś wysokich oczekiwań, a okazał się bardzo fajnym, przyjemnym filmem, oraz "The Education of Fredrick Fitzellpóźniej "Flashback", którego trailer mnie zaintrygował, ale spodziewałam się, że ten film może mi się nie spodobać.

Po pojawieniu się pierwszych informacji o tej produkcji, cieszyłam się, że powstaje coś nowego z udziałem Dylana, ale nie ekscytowałam się nadwyraz, bo nie wiadomo było, jak to wyjdzie. Oczywiście opis, to tak średnio coś mówił, tylko jakiś cień został rzucony. Dopiero gdy pojawił się trailer można było się czegoś dowiedzieć. I coś w tym trailerze było, że mimo nie do końca interesujących mnie rzeczy, wzbudził u mnie zainteresowanie, z racji tego, że fabuła przedstawiona była jako tajemnicza. A co jest tajemnicze, to człowieka interesuje. 

Po obejrzeniu traileru, myślałam, że film będzie o tym iż główny bohater w jakiś sposób zainteresuje się zaginioną koleżanką jeszcze ze szkoły, będzie prowadził takie swoje śledztwo, a żeby pomóc sobie zaczyna brać narkotyki, przez co rujnuje sobie życie. No tak to zinterpretowałam, może dokładnie się nie przyjrzałam, a może zwyczajnie trailer dawał takie wrażenie. W każdym razie uważałam to za kiepski pomysł na fabułę. Myślałam wtedy, że będzie ona skomplikowana, pomieszana i że się w niej pogubię. Plus, ogólnie nie lubię za bardzo tematyki narkotykowej, nie lubię zjawiska, że ludzie je biorą i nie podoba mi się, jak ktoś z mojego otoczenia coś bierze (nie spodziewałam się tego, ale znalazła się taka osoba koło mnie). Na szczęście film potoczył się inaczej.

Scena rozpoczynająca film ukazuje głównego bohatera, Fredricka Fitzella, będącego u chorej matki w odwiedzinach. Towarzyszy mu jego partnerka. Następnie widzimy ich w gabinecie lekarskim, gdzie doktor informuje o stanie zdrowia matki Fredricka. Mężczyzna dowiaduję się, że jej rodzicielce nie zostaje dużo czasu. Przygniata go ten fakt i już nawet nie słucha, co medyk ma dalej do powiedzenia. 

Na jednym z kolejnych ujęć widzimy Fredricka jadącego samochodem, Jego wyraz twarzy wyglądał, jakby był zmęczony życiem. Stojąc na czerwonym świetle jakby zniecierpliwiony decyduje się na spontaniczny ruch, który skutkuje w spotkanie znajomej twarzy oraz konfrontację z policją. Potem z jakiegoś powodu powracają do niego wspomnienia zza czasów szkoły, a konkretnie o pewnej dziewczynie. Im więcej wspomnień do niego wraca, tym bardziej chce wyjaśnić, odkryć co się z nią stało. Kontaktuje się ze swoimi dawnymi kolegami, odwiedza swoją dawną szkołę i ogółem prowadzi jakby swoje śledztwo.

Jednak w pewnym momencie wspomnienia mieszają się z rzeczywistością i razem z Fredrickiem oglądającemu wszystko się miesza, nie wie, co jest prawdziwe, a co nie. Im bliżej końca filmu, tym bardziej mieszają się ze sobą te dwie strony. W niektórych momentach, gdy myślałam. że Fredrick jest w swojej teraźniejszości, okazywało się, iż byłam w błędzie. Przy jednych wspomnieniach wyglądało to jakby lunatykował, przy innych jakby był zamyślony, a jeszcze przy innych jakby tracił rozum. 

Ogólnie film skupiał się właśnie na tytułowych flashbackach. Poznajemy Fredricka zza czasów liceum, kiedy to, w sumie przez przypadek, wpada w sidła narkotyku zwanego Mercury. W tymże czasie zadawał się nie tylko ze swoimi dwoma kolegami, ale i z dziewczyną, Cindy, z którą chce się dowiedzieć co się stało. W tamtym czasie często brał Mercury, aż prawie źle się to skończyło. Wtedy też Fredrick i reszta wzięli coś twardszego, co poskutkowało amnezją, przez co ani Fredrick, ani jego koledzy nie pamiętali, co się z Cindy stało. Ten aspekt brania narkotyków powodował, że gdy teraźniejszość przeplatała się z flashbackami było jeszcze bardziej efektowne. pod koniec myślałam, że bohater zwyczajnie nadal bierze te narkotyki i w głowie mu się miesza. 


Na końcu okazuje się, że to wcale nie chodziło o to, by dowiedzieć się co stało się z Cindy. Fakt znania jej, brania narkotyków i ogólnie ta historia z przeszłości Fredricka zostały wykorzystane, tak jakby w jego głowie do zrozumienia pewnych rzeczy, do przetrawienia przykrej sytuacji, przedstawionej na początku filmu. 

Ostatnią sceną była ta, w której Fredrick przytula swoją przed momentem zmarłą mamę. A cała droga do tego momentu i to na ile wszystko zrozumiałam oraz właśnie ta scena, doprowadziła mnie do wzruszenia. To było coś, czego się nie spodziewałam. Tak jak wspominałam na początku, spodziewałam się kompletnie czegoś innego. 

To dość specyficzna produkcja i pewnie nie każdemu podejdzie. W sumie dziwię się, że mi podeszło. Zauważyłam, że często podobają mi się rzeczy, które nie podobają się innym, albo są mało popularne. W tym przypadku nie spodziewałam się nie wiadomo jakiego filmu, myślałam, że będzie inny i chyba zwyczajnie mnie zaskoczył. Zaskoczył mnie tym drugim dnem ujawnionym na końcu. 

Nie można też ominąć kwestii odtwórcy głównej roli, Dylana O'Briena, który jak dobrze grał przestraszonego chłopca w "Love and Monsters", tak dobrze grał naćpanego chłopaka w "Flashback". Oglądając te sceny, gdzie właśnie Fredrick bierze Mercury, czułam się, jakbym widziała faktycznie odurzoną osobę. To było tak wiarygodne, że gdybym jakimś sposobem nie wiedziała, że to film, to naprawdę bym sądziła, że coś brał. Cieszę się, iż zobaczyłam Dylana w kolejnym wcieleniu, w którym pokazał się z innej nowej strony. Do tej pory miał dość podobne do siebie role (biorąc pod uwagę to, co oglądałam), więc zobaczyć co więcej potrafi ten aktor, to czysta przyjemność. 


"Flashback" jest nietypowym filmem. Przynajmniej dla mnie, bo choć widziałam motyw wspomnieni w filmach, czy serialach, to takiego ugryzienia tego motywy nie widziałam. Z początku, tak mniej więcej do połowy, dało się oddzielić wspomnienia od teraźniejszości bohatera. Jednak im dalej poznawało się te wspomnienia, w których Fredrick coraz bardziej wsiąkał w branie narkotyków, to coraz trudniej było rozdzielić te dwie rzeczy. Im bliżej końca filmu, tym trudniej było ocenić. Na końcu to się kompletnie zlewało. Jakie było moje zdziwienie, że te flashbacki, to tak naprawdę myśli głównego bohatera, który próbuje sobie poradzić z trudną dla siebie sytuacją. Podobał mi się ten zabieg. Podziałał na moje emocje. Plus to drugie dno, o które tak naprawdę chodziło. Film mnie zaskoczył. Nie spodziewałam, się, że mi się spodoba, zważywszy na moje inne oczekiwania. Myślę, iż kiedyś zrobię sobie powtórkę z tego filmu, by być może dostrzec jeszcze więcej, zauważyć rzeczy niezauważone przy pierwszym seansie, szczególnie przy tym, co działo się na końcu, bo gdy oglądałam końcówkę, to wszystko działo się szybko i mimo skupienia, mogło mi coś umknąć, w szczególności, że napięcie coraz bardziej wzrastało i byłam ciekawa, jak to się zakończy. Plus, oglądałam po angielsku, więc jako osoba mająca wątpliwości co do swoich umiejętności językowych, zwyczajnie mogłam coś źle zrozumieć. 



niedziela, 13 czerwca 2021

Wyjebałam się na rowerze.

Co tu dużo mówić, no wyjebałam się na rowerze. Nie byłoby to coś niesamowitego, gdyby nie to, że przez moje 23 lata życia rzadko co sobie robiłam. Wywracałam się na rowerze/skuterze, nic się nie działo, może małe zadrapania. Spadałam z drzewa, nic sobie nie łamałam. W szkole na W=Fie jak się wywalała, czy mocno dostawałam piłką, no to tylko ręka mnie bolała, w momencie, gdy innym w takim przypadku wychodziły skręcenia i złamania. Jedynie dwa razy byłam zszywana bo sobie głowę i kostkę rozcięłam. Tymczasem będąc dorosłą nie dość, że się wywaliłam (to jeszcze dałoby radę przeżyć), ale się potłukłam i tak rąbnęłam ręką, że na drugi dzień trzeba było do szpitala pojechać, sprawdzić, czy nie jest przypadkiem złamana. 

Na szczęście złamana nie jest, ale dość mocno potłuczona, że dali mi taki rękaw i kazali tę rękę oszczędzać. Jednak ten krótki pobyt w szpitalu nabawił mnie paru przemyśleń. Po pierwsze, źle się czułam, że zawracam komuś dupę, wiedząc, że ta ręka nie jest złamana, ale pieruńsko bolała i ogółem źle to wyglądało i po prostu chciałam skontrolować, czy nie ma tam żadnego złamania, czy czegoś innego. Po drugie, źle się czułam z tego powodu, że były tam osoby starsze, i tu były dwie strony medalu. Bo przykro mi się na nich patrzyło i dziwnie mi było, że ja przyszłam prawdopodobnie z niczym i lekarze zajmują się mną, zamiast tymi starszymi. Oczywiście wiadomym jest to, że pomoc należy się każdemu, ale moje myślenie spowodowane jest moją własną samooceną, która mówi, że nie jestem jakoś ważną osobą. 

Wszystko szło sprawnie, ale po prześwietleniu ręki już tak nie było. To co zauważyłam przez siedzenie, czekanie i ogólny pobyt, im dłużej tam byłam, tym więcej karetek, pacjentów, tym samym większy tłok i dłuższy na przykład mój pobyt. I tak nie było źle w moim przypadku, bo ostatecznie czekałam na rozwiązanie mojej sprawy 3/4 godziny, w momencie, gdy taki jeden pan czekał 8 plus te moje godziny. Znalazły się oczywiście takie typowe stare babki, które narzekały, mimo, że jedna nie czekała jakoś długo na wypis, a druga przyjechała karetką, choć nic poważnego jej się nie stało i całkiem szybko ją się zajęli. 

Jednak to co zapadnie mi w pamięci dość długo, to jeden taki moment podczas czekania, co ze mną. Otóż przyjechała karetka. Jak wiele karetek wtedy. Ale od razu słychać pośpiech łóżka na kółkach i ratowników, którzy go pchali. Za moment ich widzę i widzę, że poważna sprawa. Jeszcze w tym momencie nie wiedziałam jak poważna. Za chwilę stają z tym łóżkiem tuż koło mnie i słyszę ten charakterystyczny dźwięk aparatury, gdy serce człowieka przestaje działać, a następnie strzał defibrylatora. Po czym idą dalej i ratowniczka mówi tam do kogoś, że mężczyzna, lat 43, siny.

To było dość mocno przeżycie. Fakt, że ktoś umierał tuż koło mnie, w tak młodym wieku uderzył dość mocno. Potem zobaczyłam ponownie tamtą ratowniczkę, która była zmęczona, a na jej krótkich włosach widać był pot, bo przez całą drogę reanimowany był tamten pacjent. Pomyślałam sobie wtedy "respect". Co by się nie mówiło na niektórych w służbie zdrowia, są tacy co faktycznie ratują życie i być może dzięki tej ratowniczce życie tamtego mężczyzny, który jak dobrze usłyszałam, miał zawał serca.

O nie miłym widoku ludzi, bardziej starszych, którzy byli na SORze, a którym pomagano, chyba nie będę wspominać. Po prostu było to przykre i w przypadku wielu osób widziałam tamto miejsce jako umieralnie. Niby im pomagano, bo taka ich robota, ale po niektórych widać było, że koniec już bliski.

Napisałam sobie taki wpis, co mi w głowie siedziało, ale czas, by ręka odpoczęła, bo i tak już dzisiaj używana była do kąpieli, rejestrowaniu burzy i jeszcze pisania.

sobota, 29 maja 2021

He's back!

W ostatnim czasie po mojej głowie chodzi temat Ed Sheerana. A to za sprawą tego, że pewnego razu podczas słuchania swojej playlisty z ulubionymi utworami na Spotify, gdzie losowo odtworzył mi się utwór "Give Me Love". Nie pamiętam co wtedy robiłam, ale tak się wsłuchałam w niego, że go odkrywałam na nowo. Przy okazji zleciał na mnie stos wspomnień, jak to za czasów nastolatki poznałam Eda, jego twórczość i miałam tak zwaną fazę na ten temat.

Z nostalgią zaczęłam wspominać tamte czasy, jak mówienie o Edzie było niekończącym się tematem, słuchanie ciągle tych samych utworów się nie nudziło, a czytanie wszystkiego na temat artysty było nie wiadomo jaką wiedzą. Moim sposobem na słuchanie albumów różnych artystów było takie, że wchodziłam na Wikipedię, potem w dany album i po kolei robiłam kopiuj wklej na YouTube i tworzyłam playlistę. Z czasem skompletowałam fizyczne egzemplarze płyt Eda, a przeczytać o nim mogła w dwóch książkach, które wyszły, a po który moja fascynacja jeszcze bardziej wzrosła, wiedząc jak zaczynała się i powoli toczyła kariera artysty. Dzięki temu rozumiem jego poczynania w muzyce, i w sumie nie tylko i umiem docenić nowe rzeczy, jak na przykład takie zwyczajne "Afterglow". Do tego obserwuje od tamtej pory rozwój artystyczny Eda oraz cieszą mnie czy to nowe kierunki muzyczne, czy to klasyczne gitarowe podejście.

Postanowiłam sobie odświeżyć muzykę Sheerana, bo zdałam sobie sprawę z tego, że dawno go nie słuchałam. Znaczy, czasami coś przewinęło się podczas słuchania "Ulubionych" na Spotify, ale bardzo rzadko się to zdarzało, zważywszy na ponad trzy tysięczną kolekcję na tej playliście. Przy okazji sobie odświeżyłam tą playlistę na YouTube. I tak sobie zrobiłam muzyczną podróż, od skromnego chłopaka grającego na gitarze, do rozpoznawalnego artysty na całym świecie. Ponownie dostrzegłam ten progress w jego twórczości, od grania na zwykłej akustycznej gitarze, po robienia popowyh kawałków pod mainstream, próbowania różnych rzeczy, eksperymentowania z różnymi artystami, do stworzenia symfonii. 

Ponownie włączył mi się hype. Prawdopodobnie nie taki sam jak zza czasów nastolatki, ale skakałam z radości (tak w przenośni), gdy pojawiły się wieści o jego powrocie po hibernacji. Moje ponowne przesłuchanie dyskografii Eda zgrało się z pojawieniem się informacji o tym, że nagrał on set ze swoimi utworami dla Big Weekend Radia BBC1. Przy okazji okazało się, że Ed cofnął się w czasie i wygląda jak zza czasów początków jego kariery! 


Widok metamorfozy (teraz brzmię jak takie typowe pisemko) jeszcze bardziej podsycił moje wspomnienia. Ale wrażeń nie było końca, bo pojawił się też wywiad. Ed poza omówieniem setu na Big weekend i powiedzeniu o tym, że zagra nowy utwór z nadchodzącej płyty (hype) i że teledysk do niego jest dobry, oraz że możemy spodziewać się wkrótce nowego albumu, opowiedział o graniu z zespołem, że tęskni za koncertami, oraz że malował i tworzył mnóstwo muzyki. 

Ed Sheeran - Castle On The Hill (Radio 1's Big Weekend 2021)


Powyżej jest "Castle On The Hill" zagrane z zespołem, a poniżej jest wywiad. Ja mogłam coś pokręcić, bo sama siebie rozpraszałam podczas jego słuchania/oglądania, z resztą ja lubię sobie osobiście obejrzeć rzeczy, niż polegać na czymś co ktoś napisał (nie, żebym nie ufała, ale lubię sobie sprawdzać rzeczy), więc daję taką możliwość.

Z niecierpliwieniem czekam na nową muzykę od Eda. Nie ukrywam, że wraz z moimi wspomnieniami i odświeżaniem jego muzyki delikatnie stęskniło mi się za nowymi rzeczami od Sheerana. Zdążyłam zaskoczyć się przy poprzednich albumach, więc skoro Ed mówi, iż nowy utwór będzie czymś nowym, to i tym razem tak będzie. 

Póki co będę słuchać sobie dotychczasowej dyskografii. Ostatnio pochłonęło mnie "Bloodstream" z Rudimentalem. Kto wie co będzie następne.

Ed Sheeran is back!


wtorek, 11 maja 2021

Oglądam to jeszcze raz. | The Divergent Series

Z uwagi na to, że dawno nie oglądałam żadnego filmu, bo telewizji nie oglądam, kina zamknięte, a ja zanim wezmę się za oglądanie, no to się trochę schodzi, no to zaczęłam planować oglądanie filmów. Bo tak, dużo filmów nieobejrzanych, dużo filmów, które chciałabym odświeżyć, no bo dawno nie oglądałam, do tego jeszcze seriale. Dodatkowo wszystko oglądam po angielsku, bo odzwyczaiłam się od napisów, a lektora nie znoszę, wiec w przypadku filmów, które już kiedyś wcześniej oglądałam z lektorem, będzie fajnie obejrzeć w oryginalnej wersji językowej. Do tej pory udało mi się obejrzeć "Baby Driver", "Enola Holmes" i trzy filmy z serii "Divergent". A że ja jestem profesjonalna blogerka, to o niektórych postanowiłam sobie popisać. I jak już się powoli, bardzo powoli wygrzebałam z rzeczy, o których chciałam napisać, to i przyszedł czas na ten wpis. 

Ogólnie serię wpisów "Oglądam to jeszcze raz", znaczy mam nadzieję, że to będzie seria, miałam zacząć od czegoś innego, ale naszła mnie ochota na trzy filmy "Divergent" no to nie zmarnowałam tej ochoty i obejrzałam. Ja często niestety mam tak, że jak coś sobie zaplanuje, na przykład takie obejrzenie filmu, ale przed tym najdzie mnie ochota na co innego, na inny film, i zamiast obejrzeć ten na którego mam ochotę, to ja nie oglądam, no bo co innego zaplanowałam i kurczowo się tego trzymam. Wynikiem tego jest to, że albo obejrzę ten zaplanowany bez większej satysfakcji, a dopiero potem ten film co miałam na niego ochotę, albo w końcu nie obejrzę żadnego. I tak jest ze wszystkim. Ale na szczęście powoli z tego wychodzę. 

Swego czasu, gdy filmy z serii "Niezgodna" (ale jak można było zauważyć, wolę angielski tytuł) były popularne. Wtedy też był sezon, że tak powiem, na takie przyszłościowe, postapokaliptyczne filmy i były tytuły jak "Więzień Labiryntu", czy  "Igrzyska Śmierci". Pamiętam dużo tego było i był szał na to. No i ja zostałam wciągnięta, choć na początku "Więźnia Labiryntu" omijałam, a "Igrzysk Śmierci" obejrzałam tylko pierwszą część, a na którychś filmach z serii "Divergent" byłam w kinie, ale na których konkretnie, nie pamiętam. Swoją drogą póki nie obejrzałam ponownie tych trzech filmów, to myślałam, że trzeciego filmu nie widziałam, ale jak już obejrzałam, to brzmiał mi znajomo, tylko jakieś pojedyncze rzeczy kojarzyłam, a tak to podczas oglądania niczego nie pamiętałam. Dwa pierwsze filmy na pewno widziałam, ale z tym trzecim, to nie pamiętam jak to było. Jedynie mi świta, że w tamtym czasie, gdy miał wyjść ten trzeci, albo być może czwarty film, to któryś miał problemy. Jeżeli to była sytuacja z trzecim filmem, to on był opóźniony z premierą i właśnie nie pamiętam czy poszłam na niego do kina, czy nie, a jeżeli to miało być coś z czwartym filmem, który miał powstać, ale ostatecznie nie powstał. Taki mętlik w głowie mi powstał. Wiem na pewno, że ile filmów nie obejrzałam, to mi się one wtedy podobały, a nawet jarałam się nimi. Bardzo podobała mi się główna bohaterka, szczególnie w pierwszym filmie, jak ona tam trenuje i tak dalej, jak ona zaczyna film i jak kończy. Zmienia się w twardą babkę. Ogólnie podobał mi się tamten świat, ten podział na frakcje. Przed obejrzeniem tych filmów, jak i przed obejrzeniem innych filmów, które sobie zaplanowałam, byłam ciekawa, czy po tak długim czasie nadal będą mi się podobać. No i miałam pierwszą możliwość się przekonać. 

Ostatnio próbuję wdrożyć w użytek też inny plan, że w weekendy będę sobie odpoczywać i to będzie taki czas dla siebie, gdzie obejrzę jakiś film, serial, lub poczytam książkę. Dlatego filmy z serii "Divergent" rozłożyłam sobie na trzy dni, od piątku do niedzieli. Fajnie było mieć z góry zaplanowane wieczory. Ja w planowanie jestem słaba, więc to było jakieś ułatwienie. 




Oglądając pierwszy film, "Divergent", poczułam taką trochę nostalgię. Przypomniało mi się jak będąc młodszą oglądałam go z zaciekawieniem, a potem ekscytowałam  się nim. Nie pamiętam, czy ten film oglądałam w telewizji, czy w kinie, a jeżeli w kinie, to czy potem oglądałam go jeszcze raz, ale wiem iż tak, czy tak, to i tak nie pamiętam tego filmu. Od 2014 roku minęło, więc oglądałam go na nowo z nowymi wrażeniami. 

Tak więc trafiamy do futurystycznego świata, gdzie społeczeństwo podzielone jest na frakcje, bo według niektórych jest to najlepsze rozwiązanie, by to społeczeństwo działało najlepiej. Nastolatkowie muszą wybrać którąś z frakcji, tą w której są razem z rodziną, lub którąś z pozostałych. Przydzielenie do frakcji mają pomagać testy, a jeżeli ktoś nie pasuje do żadnej grupy, jest niezgodny i ma przechlapane. Jak można się domyśleć, główna bohaterka, Beatrice, jest Niezgodna. Kobieta będąca przy teście dziewczyny, powiedziała, by nikomu nie mówiła o wyniku tego testu. I tak zrobiła, ale frakcję trzeba było wybrać. Jej brat, Caleb, nie miał większego problemu, wybrał naukowców, nie pamiętam jak te frakcje się nazywały. Zaś Beatrice bardzo spodobała się frakcja wojowników, nazwijmy to, co było widać w scenie, gdy czekała w kolejce na test i z zaciekawieniem oraz fascynacją patrzyła na tą grupę, kiedy to dość efektownie przybyli. No mnie też sobą zainteresowali, więc nie dziwię się, dlaczego właśnie do nich Beatrice się przyłączyła, czym niektórych mocno zaskoczyła.


Na początku były małe próby, kiedy to nowi w grupie mieli pokazać swój charakter, że oni tam pasuję. Przybycie do miejsca, gdzie wojownicy są osiedleni, dla nowych traktowane było jako nowy początek, dlatego kazano wybrać im nowe imię. Beatrice została po prostu przy Tris. Zaś jej początki w treningach nie były najlepsze. Ale oczywiście sama nie była, bo między innymi jej koleżanka Christina nie dawała sobie rady. Rzecz jasna znalazł się osobnik, taki Peter, który docinał tym co sobie gorzej radzą. Główna bohaterka, jak i inni zostają zmobilizowani do poprawy i do dalszego działania tym, że zostaną wyrzuceni z frakcji i będą bezfrakcyjni. No i Tris wzięła się do roboty. W międzyczasie zaprzyjaźnia się, że tak powiem, z Four, który był tam jednym z tych ważniejszych we frakcji. Ale przyszedł czas na taki ostateczny test, taki jak mieli na początku. Podejrzewam iż prawdopodobnie mogło mieć tą jakąś nazwę, ale nie pamiętam. Test próbny wpierw został przeprowadzony i Tris była nadzorowana przez Four. Wydałoby się, że dziewczyna jest niezgodna, ale okazało się, iż chłop też jest niezgodny i pomaga jej przechytrzyć mechanizmy testu. Tris musi myśleć jak ci zgodni. Potem mają ten właściwy test, przeprowadzony na oczach pani (chyba) prezydent, w każdym razie kiś ważnym i tam paru innych. Tris udaje się przechytrzyć ważniaków, ale wkrótce okazuje się, że ta pani prezydent, czy ktoś tam, i reszta ważniaków, chce podać frakcji wojowników jakąś substancję, po której osoby będą podatne na manipulację. Po prostu ważniaki mogli nimi sterować. Tylko ta substancja nie działa na niezgodnych. I Tris była cały czas świadoma, kiedy cała frakcja została wysłana, by zabiła inną frakcję, tą najbiedniejszą, gdzie na początku była sama Tris i jej rodzina. Dziewczyna się wyłamuje, by ratować swoją matkę. Razem z nią wyłamał się Four, bo typo chciał go zabić, myśląc, że jest pod wpływem substancji. Ważniaki się oczywiście skapnęli, że coś się dzieje. Rzecz jasna podjęli działania w tym kierunku. Zaś Tris chce uwolnić ludzi z frakcji od substancji, tym samym przerwać zabijanie. Odpowiedni ludzie próbowali ją powstrzymać, ale ostatecznie jej się udało.


Po zakończeniu filmu nie miałam większych odczuć, po prostu mi się podobał, nic więcej. Czyli trochę się pozmieniało od pierwszego obejrzenia. Przyjemnie mi się go oglądało i podobał mi się ten świat, ale nie porwał mnie tak jak za pierwszym razem. Pewnie na młodszą mnie zrobił większe wrażenie. Główna bohaterka nadal mi się podoba. Dobrze, że ta postać nie została napisana w ten sposób, iż od początku umie wszystko, umie w bitkę, umie strzelać i jest nieustraszona. Cieszę się, że tak się nie stało. Podobało mi się właśnie to, jak Tris na początku jest taki słabeuszem, z racji tego że wszystko jest dla niej nowe, nie radzi sobie na przykład z uderzeniem drugiego człowieka. A potem, z czasem, uczy się wszystkiego, trenuje i wyrabia sobie charakter.

Wydawałoby się, że w przedstawionym mieście jest wszystko uporządkowane. Jest podział na frakcje, do których należą przypisane obowiązki. Jednak w trakcie filmu powoli dostrzega się, że jednak ten system nie jest idealny. Teraz przyszło mi do głowy, że w sumie zobaczyłabym życie w mieście i wewnątrz wszystkich frakcji. To by było fajnie zobaczyć jak żyje się w nich, zobaczyć wady, zalety. Myślę, że takie pokazanie społeczności i jak ona funkcjonuje mogłaby pokazać bardziej tamtejszy świat. Podobnie miałam po obejrzeniu trzech filmów z serii "Maze Runner", też miałam taki niedosyt i chciałam poznać ten świat. Jak dobrze się orientuję, "Divergent" też ma swoje książki, że to tak ujmę, ale aż tak mocno nie wciągnął mnie ten świat, żeby po którąś sięgnąć. "Maze Runner" zaintrygował mnie na tyle, że skompletowałam całą serię książek. Po prostu jedne historie wciągają, intrygują i budzą zainteresowanie bardziej, a inne mniej.




W drugim filmie, "Insurgent", główna bohaterka ze swoimi ludźmi znajduje schronienie w leśnym obozie, nazwijmy to tak, ja naprawdę nie przywiązywałam większej uwagi na jakieś takie nazwy, bo skupiałam się bardziej na tym co się dzieje i co bohaterowie mówią. Jak oglądam coś po angielsku, to czasami muszę się bardziej skupić. W tym lesie ludzie zbudowali sobie osadę, żyli jak na wsi. Ich spokój został zakłócony, ponieważ pani Jeanine wysłała tam swoją armię w poszukiwaniu niezgodnych, którzy byli jej potrzebni. Tris razem z Four i bratem Calebem musieli uciekać. Być może udałoby się im to zrobić bez większego echa, ale niejaki Peter postanowił ich wydać i zaczęły się dymy. Zaczęło się strzelanie i badanie ludzi, czy są zgodni, czy niezgodnie. Tris i chłopakom udaje się uciec. Kiedy oni tak biegli i uciekali, to delikatnie śmiałam się, bo Tris i Four byli przyzwyczajeni do wysiłku fizycznego, ale Caleb już nie i on tak się mordował, żeby nadążyć za tamtą dwójką. Do tego robił takie miny, aż całość wyglądała komicznie. 

Trójka trafia do grupy ludzi, która okazuje się grupą bezfrakcyjnych, dowodzoną przez matkę Four, dzięki któremu w ogóle udało im się tam dostać. Jest to coś nowego dla nich, bo ludzie w tej bezfrakcyjnej grupie byli takimi buntownikami, a dotychczas byli przyzwyczajeni, iż ludzie byli podzieleni na frakcje w których żyje się według zasad i ogółem żyli według zasad panujących w mieście. Tu Caleb znowu mnie rozśmieszył, bo wyglądał na przestraszonego dzieciaka, gdy widział tych wszystkich ludzi. Evelyn, matka Four, wyraża skruchę co do przeszłości jej i syna, ale ten kompletnie jej nie ufa. No mnie do końca do siebie nie przekonała, nie brzmiała do końca szczerze i miałam pewne przeczucia co do tej postaci. Evelyn jest przeciwniczką Jeanine, nie podobają się jej rządy tamtej kobiety, więc łatwo się można domyśleć, co stanie się w związku z tym faktem.


Tris dowiaduje się o prawdziwym powodzie, dlaczego Jeanine zaatakowała frakcje do której dziewczyna do niedawna należała, co widzieliśmy pod koniec pierwszego filmu, a potem szukała niezgodnych. Chodzi o tajemnicze pudło (w angielskim było to po prosu 'box'), które zostawili stwórcy bodajże, w każdym razie ci, co to wszystko wymyślili w mieście. Ale do otwarcia tego pudła potrzebni są właśnie niezgodni, więc Jeanine zgarnia sobie takie osoby, które są poddawane dziwnym rzeczom i umierają. I tak szukają tej właściwej osoby, aż w końcu pani Jeanine olśniło, iż to Tris jest kluczem do jej problemu. Dlatego wykorzystuje czipy u niektórych, steruje nimi i takim sposobem wysyła wiadomość do dziewczyny, że chce ją u siebie. Dość brutalną wiadomość bym powiedziała.

Tris z uwagi na to, że obwiniała się o wiele rzeczy, poszła do Jeanine. Dziewczyna nie chce, by ktoś więcej stracił życie. I tym razem to ona została podłączona do dziwnych kabli oraz poddana zabiegowi? badaniu? Coś w tym rodzaju. Co ciekawe, tuż obok Jeanine stal Caleb, który jej asystował, a który wcześniej odłączył się od siostry. No ja byłam tylko jak ten Leonardo DiCaprio wskazujący palcem, znany z memów. To zły chłopak nie był, ale spodziewałam się tego po nim. Zwyczajnie sądził, że to jest słuszne. Też miałam wrażenie, że jest zagubiony, nie do końca wiedział co może być dobre, a co złe i sprawdza to swoimi decyzjami. 


Tris z każdą kolejną sesją odblokowuje progi pudła. Jak dobrze pamiętam, te progi tyczyły się wszystkich frakcji i na etapie danej frakcji trzeba było myśleć jak osoba z tej frakcji. Niezgodni właśnie mają wszystkiego po trochu, w różnych procentach. Jednak każdy kolejny krok dawał się we znaki na zdrowiu dziewczyny. Też widać było, że jej brat patrzący się na jej cierpienie trochę źle się czół z tego powodu. Na tym momencie filmu ciekawa byłam, czy Caleb zmieni zdanie. Do momentu coraz bardziej niemiłych widoków swojej siostry, dawał wrażenie, iż bardzo popiera te działania, nawet wytrzymywał widoki kolejnych zmarłych osób. Mógł przy tym zostać, oraz mógł się z tego wycofać i to mnie ciekawiło, do czego dojdzie. Pewne podpowiedzi był, ale nigdy nie wiadomo, wszystko mogło się wydarzyć. 

Przy ostatnim etapie otwierania pudła zrobiło się niebezpiecznie, że tak powiem. Funkcje życiowe Tris były zagrożone. Zalecano pani Jeanine, by przerwać, ale ona nie, bo przecież są tak blisko. Temu wszystkiemu przyglądał się Caleb, jak zwykle z kamienną twarzą. Serio, mam wrażenie, że miał tylko jeden wyraz twarzy. Przynajmniej w większości czasu. Jeszcze kilka razy było proponowane Jeanine, aby przerwać, bo Tris zbliżała się do końca, że tak to ujmę. I cel został prawie osiągnięty. Ostatni level, po którym można by było otworzyć pudło było bardzo blisko. Tyle że Tris (prawie)umiera. Wszyscy widzą dziewczynę bez tchu. Nawet nie wiem, czy sprawdzali jej tętno na przykład, ale od razu stwierdzili zgon. Zaś Jeanine była like "next please", a do Caleba mówi coś w rodzaju iż w niektórych sytuacjach potrzebne jest poświęcenie. Niezłe słowa otuch po czyjejś stracie bliskiej osoby. 


Oczywiście Tris przeżyła, nikt nie wie jak i nie wie co, ale tak. Natomiast Four razem ze swoimi ludźmi oraz ludźmi matki wpadają do budynku, robią trochę zamieszania. Four odnajduje Tris, która chce dokończyć, to co zaczęła Jeanine. Uważa, że informacje w tajemniczym pudle mogą być ważne. Dokonuje tego i okazuje się, iż miasto to w sumie eksperymentem a niezgodni nie są groźni, tylko wręcz przeciwnie, nawet ważni. Jeanine chce pudło zniszczyć, chce ukryć wiadomość od stwórców, która kłóci się z jej przekonaniami. 

Ostatecznie Tris zabiera pudło. Evelyn ze swoimi ludźmi przejmuje miejscówkę Jeanine i ją zabija, czego z resztą obiecała swojemu synowi nie robić, to tak co do ufanie tej postaci. Dodatkowo zgarniają wszystkich, którzy współpracowali z Jeanine. Wiadomość od stwórców została wysłana na całe miasto, żeby ludzie mogli poznać prawdę. I poczuli chyba wolność, bo powychodzili na "ulicę", sugerując iż wyjdą z miasta. 

Podczas oglądania tego filmu odebrałam najwięcej bodźców. Na pewno więcej niż przy pierwszym. Przez większość czasu trzymał w napięciu, niektóre rzeczy mnie intrygowały, na przykład czy Evelyn mówi prawdę i zrobi tak jak twierdziła. W momencie gdy Caleb poszedł w swoją stronę, to zasiało u mnie podejrzenia, a potem gdy już pracował koło Jeanine miałam nadzieję, że jak będzie trzeba, to się ogarnie, zobaczy co dobre co złe. Zaś postacią denerwującą mnie za każdym razem, gdy się pojawiała, była postać Petera. On stal tam gdzie było mu wygodnie, tam gdzie będzie miał korzyści. Po prostu dwulicowy łachman. Same przeżycia Tris podczas prób otwarcia pudła było dawką emocji. Momentami było mi jej naprawdę szkoda. Plus cały czas powracały nieprzyjemne wspomnienia, które ją dręczyły. Niektóre z nich były typowe dla głównego bohatera wydarzenia, jak obwinianie się za śmierć osoby, na którą nie do końca miała wpływ. Zaś przy wiadomości to się lekko zszokowałam. Nie pamiętam dokładnie, ale moje prześwity w pamięci mówią mi, iż po pierwszym seansie "Insurgent" nie miałam aż tyle wrażeń. Chyba nawet na tamten moment średnio mi się podobał, miałam mieszane odczucia co do niego, a teraz jest wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobał. 




W "Allegiant" okazuje się, że Evelyn, która przejęła władzę, razem ze swoimi ludźmi rozpoczyna egzekucje na ludziach pracujących z Jeanine. Tris postanawia się stamtąd wynosić. Four podstępem odbija Caleba z jednej z cel. W zasadzie nikt o to go nie prosił, zrobił to sam z siebie, dla Tris. 

Tak więc Tris ze swoją ekipą, niestety Peter też się zahaczył, ucieka z miasta. Przemierzają kawałek za pokonanym murem i odkrywają zniszczony świat. Przemierzając czerwone ziemie znajdują ich ludzie Evelyn i muszą uciekać. W pewnym momencie otwiera się brama jakiejś niewidocznej ściany. To wyglądało jakby miasto i kawałek poza nim były pod jakąś kopułą. Po drugiej stronie tej bramy na Tris i resztę czekał tajemniczy komitet powitalny, który zawija ich do obiektu zwanego jako biuro Genetic Welfare. Po angielsku, nie wiem jak po polsku. 

Tris zostaje zaprowadzona do dyrektora tego biura, Davida. Od niego dowiaduje się, iż obserwuje całe miast, wie co tam się dzieje, tym samym zna dziewczynę na wylot. Biuro uważa dziewczynę za cud, bo jest "czysta", zaś inni, jak Four i Caleb są "uszkodzeni". David daje Tris urządzenie, dzięki któremu widzi wspomnienia jej matki, która została uratowana, a później pracowała z Davidem nad stworzeniem systemu frakcji. 

Four zostaje zaprowadzony do tych co zajmują się bronią i strzelaniem. Uczą go tam posługiwania się dronami wykorzystywanych podczas walki. Caleb i Peter przydzieleni są na stanowiska, gdzie obserwuje się to, co się dzieje w mieście. I właśnie Caleb, który zafascynowany otaczającą go technologią, widzi spotkanie drużyny Evelyn i drużyny Johanny. Nazywającej siebie Wiernymi. Obie przywódczynie są gotowe do wojny, którą rozpoczyna Edgar, człowiek Evelyn, zabijając jedną osobę z przeciwnej drużyny. 


Gdy Four idzie na swoją pierwszą akcję, gdzie razem z innymi ma ratować dzieci. Szybko odkrywa iż to wcale nie jest ratowanie, tylko porywanie, by biuro miało w przyszłości ludzi. Mężczyzna mówi Tris o swoich wątpliwościach co do tego całego biura i jego działań, ale dziewczyna chce współpracować z Davidem. Ale wkrótce i ona przekonuje się, że David nie jest taki dobry, jak cały czas próbował siebie przedstawić. I to właśnie on wysyła Petera do miasta, by dostarczył on Evelyn pewien gaz. A że Peter to naczelny lizodup, to z miłą chęcią to zrobił i zasugerował użycie tego gazu na Wiernych, a tym bardziej po jego przetestowaniu, kiedy osoba poddana działaniom tego gazu traci wspomnienia i nie ma pojęcia kim jest. Jednak Evelyn nie wie, że to zadziała nie tylko na wiernych, alei na całe miasto, w tym i ją. 

David próbował się pozbyć się Four, bo widział w nim zagrożenie, ale mu to nie wyszło do końca tak jak chciał. Zaś Tris razem z Calebem i Christiną pędzą do miasta, by zapobiec złym rzeczom. Trochę musieli się namęczyć. Caleb się zrehabilitował, bo pomógł przy powstrzymaniu gazu. David próbował im przeszkodzić, bo nadal mógł ich obserwować. Ale to też mu nie wyszło. Tris odcięła miasto od tamtego całego biura, żeby ludzie swobodnie sobie żyli, już bez frakcji i niczego takiego. Wydaję się, że mieszkańcy będą mieli spokój, ale końcówka sugeruje iż nie do końca. A najzabawniejszym aspektem było to, jak Peter na końcu próbuje dostać się na stronę Davida, ale mu nie wychodzi. 

Trzeci film był najsłabszym z trójcy. Na początku coś się działo, potem resident sleeper i na końcu coś się dzieje. Zły nie był, bo też mimo braku jakichś wybuchów i innych takich, to gdzieś tam ciekawiły mnie niektóre rzeczy oraz to jak się różne wątki potoczą. Jednak te sceny stonowane powinny być przełamywane czymś bardziej dynamicznym. Nie tylko na początku i na końcu. Koniec ostatniej sceny mnie zszokował i zostawił kilka pytać, choć nie na tyle, by sięgnąć po książki n podstawi których powstała filmowa seria. 




Z trzech filmów najlepiej podobała mi się druga część, a najmniej trzecia. A jak te wrażenia mają się to tych sprzed paru lat? Na pewno zmienił się ranking, wtedy najbardziej podobał mi się pierwszy film, drugiego nie do końca rozumiałam, prawdopodobnie przez te symulacje, przez które przechodziła Tris. Wtedy rzeczywistość mieszała się fikcją tych symulacji. No a trzeci to nie zrobił na mnie wrażenia. Nawet chyba mnie zawiódł, bo ja się wtedy niepotrzebnie ekscytowałam przed premierą, że na pewno będzie to dobry film. 

Na pewno na młodszą mnie zrobiły te filmy większe wrażenie niż teraz. Mimo różnego stopnia podobania się tych filmów, to one w jakiś sposób fascynowały mnie. Teraz jestem trochę starsza, trochę filmów obejrzałam i też zmieniło się to co mi się podoba i tego typu rzeczy. Wiadomo, z czasem człowiek się zmienia, a razem z nim rzeczy, które mu się podobają oraz rzeczy wywołujące różne bodźce. 

To było bardzo ciekawe obejrzeć film, który widziało się dłuższy kawałek czasu temu. To było tak dawno, że tych filmów nie pamiętałam i jak teraz je oglądałam, to ze świeżą głową, jakbym ich nigdy nie widziała. Nie wiem, czy kiedyś wrócę do "Divergent series", ale jest wysokie prawdopodobieństwo, że nie.

W końcu udało mi się ogarnąć ten wpis. Miałam zastój weny podczas jego pisania. Fragment napisałam 7 kwietnia, jak podaje ostatnia modyfikacja, a dużo wcześniej pisałam ten wpis na papierze. A filmy jeszcze wcześniej obejrzałam. Więc trochę to trwało, a miałam to sprawnie załatwić 😆. A na horyzoncie mam jeszcze jedną rozpoczętą robotę do skończenia, więc przydałoby się wziąć się w garść i do pracy 😂. Chyba, że znowu spotkam zastój weny.



poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Obejrzałam pierwszy film DC. I to czterogodzinny. | "Zack Snyder's Justice League"

Znaczy nie taki pierwszy, bo widziałam wcześniej "Suicide Squad", czy "Joker", ale pierwszy mam na myśli film z superbohaterami, nigdy wcześniej nie oglądałam na przykład filmów z Supermanem, Batmanem i innymi takimi.

Do tej pory z superbohaterami z uniwersum DC nie było mi po drodze, oczywiście z tymi filmowymi, bo seriale niektóre z takowymi oglądałam. Jakoś filmy o Supermanie, albo Batmanie jakoś mnie nie przyciągały. Kiedy pojawił się jakiś trailer, takiego "Aquamana" czy "Justice League" w wersji z 2017 roku i zainteresowałam się filmem, to potem pojawiały się recenzje, opinie i oceny na Filmwebie i okazywało się, że nie były tak fajne jak trailery zapowiadały. I to tak mnie zniechęcało do tego uniwersum. Nawet gdy wyszedł trailer "Wonder Woman", a po premierze zgarniał pochwały, na IMDb ma ocenę 7,4, to się jakoś nie przekonałam się do seansu. Mimo to, iż interesowały mnie jakieś postacie, na przykład Aquamana, ale opinie o filmie odrzuciły mój pomysł o obejrzeniu niego. Podobnie z postacią Flasha, którą chciałam zobaczyć, jak została przedstawiona przez innego aktora, w innej produkcji, ale "Justice League" okazał się według opinii kiepskim filmem.

W filmowym świecie bliżej było mi do Marvela. Choć ostatnim czasem mi się przejadł. Cały czas coś było z tego wypuszczane. Z DC oglądałam jedynie seriale, te z CW. "Arrow", "Flash", "Legend's Of Tomorrow". Jak się pojawiła informacja o tej drugiej wersji Ligi, to gdzieś ponownie obudziło się we mnie jakieś małe zainteresowanie. Gdy już pojawiła się, to zdziwiłam się tymi czterema godzinami, ale i nabrałam ochoty na obejrzenie, bo opinie mówiły, że to bardzo dobry film. Z początku to nawet 9,5 na IMDb było. No i obejrzałam. Szybciej niż serial, który miałam zacząć oglądać, a odciągam to już nie wiem ile (a zaczęło się od "zacznę oglądać za tydzień"). 

Na początku czułam się trochę dziwnie, gdy zaczynał się film, bo i pierwszy film z DC, ze światem, którego od tej strony nie znałam, i nie widziałam innych filmów z DC, do tego nie lubiłam koncepcji postaci Supermana i Batmana, nie wiem dlaczego, może kiedyś się to zmieni. I pomyślałam sobie, że, cholera, jak "Liga" będzie nawiązywać do poprzednich produkcji, to nie będę w temacie. Na szczęście po kilku minutach, gdy weszłam trochę ten świat, moje dziwne uczucie znikło, a w trakcie oglądania nie odczułam, że czegoś nie wiem. Z racji tego, że właśnie innych filmów nie widziałam, to i nie wiem, czy są nawiązania, czy nie, ale jeżeli są, to ci co oglądali to wiedzą, tacy jak ja nie oglądali nie wiedzę, ale taki random jak ja może sobie "Zack Snyder's Justice League" obejrzeć i wiadomo o co chodzi. Podczas oglądania nie poczułam, że czegoś nie wiem, tak został zbudowany ten film. Znaczy, jak były odniesienia do filmu, w którym był Batman i Superman, to się mniej więcej domyślałam, o co chodzi, bo mimo iż nie oglądałam, to gdzieś tam było mówione. A siedzę w tematach filmowych, interesuje się, więc chcąc nie chcąc obiło się o uczy. 

Wpierw powoli wchodziło się w fabułę, coś się dzieje u Amazonek, wysyłają one sygnał, który dotarł do niejakiej Wonder Women. Batman w normalnym ubraniu szuka innych ludzi o supermocach, bo przeczuwa, że coś nadchodzi. W między czasie, gdy przedstawiany jest powoli problem, poznajemy postacie Aquamana, Flasha i Cyborga. Trochę ich poznajemy, trochę ich historię oraz ich motywów. Podobało mi się to, że bez pośpiechu poznałam te postacie. Ogólnie każda z głównych postaci miał swój czas na ekranie. Nie czułam, że kogoś jest za dużo. Nikt mnie nie irytował. Każdy mógł pokazać co potrafi, w szczególności ci, co na czas pierwszej wersji filmu nie mieli swojego. 

Bardzo spodobała mi się postać Flasha, i jak tę postać przedstawiono. Tam była jedna cringe'owa scena, ale da się ścierpieć, długa nie była. Nie byłam do niego przekonana, miałam obawy, co pewnie było spowodowane patrzeniem przez pryzmat serialu. Te odczucia zostały mi po obejrzeniu traileru "Justice League" z 2017 roku. Okazało się, iż filmowy Barry Allen to bardzo fajny chłopak z poczuciem humoru. Nawet nie trzeba było go prosić, by dołączył do zbieranej przez Bruce'a Wayne'a ekipy, który nawet nie zdążył się do końca spytać, co on w ogóle chce. Swoją drogą bardzo podobał mi się moment w scenie, gdzie pierwszy raz tamci dwaj rozmawiają i w pewnym momencie Bruce rzuca w kierunku Barry'ego Batmańską rzutką, a speedster używając swych mocy tak się jej przygląda, a potem jak ogarnia, kto do niego przyszedł, łapie ją. Bardzo mi się podobało jak moce szybko biegającego zostały pokazane, nie tylko w tej scenie z resztą. W momencie, gdy go poznajemy jest świetna scena, gdzie pokazana została jego szybkość, on tyle porobił, a dla normalnych ludzi była to chwila. Na końcu filmu Flash miał genialną scenę, która mnie ujęła. Pokazany został speedforce, możliwości, jakie niosą ze sobą moce Barry'ego. W ogóle moment, gdy chłopak jest w swoim mocno przyśpieszonym czasie został tak super pokazany, wszystko wokół jakby włączyło pauzę, a chłopak normalnie się porusza, z piorunami. Pod niektórymi względami ten filmowy Flash bardziej mi się podoba. Chciałabym zobaczyć jego solowy film, bo poczułam świeżość co do tej postaci. 

Cyborg sam w sobie trochę mniej mnie zafascynowała, ale jego historia. Ojj, jego historia. To jak się stało, że jest tym Cyborgiem. Ujęło mnie. Nie wiem co chłop, który go stworzył miał w głowie, no ale cóż. Nie dziwię się, że chłopak (o ile można go tak nazwać) nie mógł się pogodzić ze swoim nowym życiem.No było emocjonalnie. I creepy. Podczas seansu okazało się, że Wonder Woman nie irytowała mnie tak, jak się tego spodziewałam. Trochę uprzedzona byłam do niej, ale to spowodowane było tym, że straszny hype na nią wyrósł, bo w końcu jakiś dobry film z DC wyszedł i się ludzie jarali. Jednak oglądając "Justice League" Snydera spodobała mi się ta postać. Przyjemnie mi się oglądało Dianę, pierwsza scena z jej udziałem była bardzo dobra, podobała mi się. I oglądałam porównanie tej sceny, tą z 2017 z tą z 2021. Gdybym obejrzała tą pierwszą, to prawdopodobnie nadal bym tej postaci nie lubiła. Kiepskie to było w przeciwieństwie do tej drugiej wersji. Przez chwilę miałam w myśli, by zobaczyć ten film z 2017 roku, sprawdzić jak bardzo słaby jest, ale patrząc na to porównanie i parę innych, które oglądałam, to chyba jednak nie. Przed obejrzeniem nowej "Ligii" podobne odczucia jak do Wonder Woman miałam do Batmana i Supermana. Ich nie lubiłam. Zaś jak oglądałam film, to te postacie były w porządku, nie odczuwałam jakichś negatywnych emocji. Na razie są dla mnie neutralni. Również przeszło mi przez myśl, by zobaczyć ich filmy, ale zobaczę, co z tym dalej zrobię. A, i jeszcze Aquaman. Chłop jest po prostu zajebisty. Ja się z nim utożsamiam, nie tylko dlatego, że mój znak zodiaku to Aquarius, ale dlatego, że często używa sarkazmu, do rzeczy podchodzi tak na luzie, może nawet z obojętnością. Ja robię tak samo. Szkoda że było go troszeczkę za mało w filmie, mogłoby być go troszkę więcej. Do tego dostał słaby film, który mimo słabizny obejrzałabym dla samego Aquamana. 

Gdy cała ekipa została zebrana, zaczęła działać, bo ten zły już nawet nie pukał do drzwi, tylko robił swoje. I to jak oni współpracowali, to aż miło się patrzyło. Jeden coś robił, potrzebował pomocy, drugi to zauważył i ruszył na pomoc. Jedna strona nie prosiła, druga strona nie pytała, czy potrzebna pomoc. Wystarczyło, że w swoich działaniach po prostu siebie obserwowali. Bardzo mi się to podobało. Na przykład Wonder Woman skacze za swoją bronią, by ją złapać. Flash widzi, że nie da rady, więc biegnie jej na pomoc, by te broni jedynie tyknąć palcem. Między bohaterami nie było gwiazdorzenia, nie było czegoś takiego jak "idę sam, bo jestem najlepszy", "zajmę się tym, by reszta nie musiała ryzykować życia", czy inne takie. Częsta w filmach główny bohater aż za bardzo chce pokazać swoją odwagę i heroizm, co dość mocno kuje w oczy. A Liga elegancko płynęła w swoich działaniach. 

"Zack Snyder's Justice League" ma wstęp, przedstawienie postaci, rozwinięcie i zakończenie. Na początku pokazali o co się rozchodzi, pokazali postacie z kawałkiem ich historii, by trochę się z nimi zapoznać. Potem rozwinęła się współpraca Ligi razem z rozwinięciem fabuły, gdzie zaczynają się dziać rzeczy, no i na końcu zakończenie całego problemu z tym złym. Koniec sugerował kontynuację, więc jak to będzie ponownie od Snydera, to z miłą chęcią obejrzę. 

Film jest tak zbudowany, że wszystko składało się w całość, nie było niedomówień, a te cztery godziny nie były nawet odczuwalne. Tak wszystko płynęło, że bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się oglądało. To dla mnie taka świeżość w filmie o superbohaterach po Marvelu. Pewnie dlatego, że Marvel delikatnie mi się przejadł. Może właśnie obejrzę jakieś wcześniejsze produkcje DC, tak żeby nie siedzieć aby w jednym świecie.