Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Slater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Slater. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2025

Oglądam to jeszcze raz. | Chłop niechcący został policjantem. "Kuffs".

Po obejrzeniu "Transformers: Rise Of The Beast" (na ten moment, już rok temu 😅), uznałam, że mam czas i mogę włączyć dobie jeszcze jeden film, a że wpadłam niechcący na filmografię Christiana Slatera w tamtym czasie, i natknęło mnie, żeby z niej coś obejrzeć, no i rzecz jasna, jak przyszedł czas to jedną z produkcji z jego udziałem wybrałam. Przeglądając moją listę filmów do obejrzenia, to właśnie dumałam, co można by było obejrzeć. Wiele filmów mam takich, co są do ponownego obejrzenia. I jak wtedy przeglądałam, i wspominałam sobie treści tych filmów, to wpadł mi również "Kuffs" i sobie przypomniałam, jaka to była świetna komedia. A do tego świetny motyw muzyczny. Samo wspomnienie wzbudziło u mnie śmiech. Pamiętam go jako zabawną lekką komedię. Również film z kolekcji obejrzanych z ciekawości do twórczości z udziałem Christiana Slatera, w czasach, gdy pierwszy raz oglądałam filmy z nim. Jak któregoś razu przeglądałam tą swoją listę do obejrzenia (było ich kilka, parę razy patrzyłam na tą swoją listę), to sobie odtwarzałam trailery, również do "Kuffs", i potem YouTube podsuwał mi treści w tym kontekście, i tak obejrzałam kilka fragmentów z tego filmu, co mi przypomniały świetność tego filmu. Wtedy też przeszło mi przez myśl, żeby go obejrzeć, ale oczywiście tego nie zrobiłam 😆.



W filmie śledzimy beztroskie losy George'a Kuffsa. Dowiaduje się od swojej dziewczyny, Mayi, że będą mieli dziecko. George oczywiście wymiguje się z tego, przecież dla niego to za wcześnie na dziecko, choć było mu trochę szkoda, że rozstał się z dziewczyną. Życie George'a zmienia się, gdy ginie jego brat, Brad, i dopadają go dorosłe rzeczy. Do Brada należał posterunek policji, tylko to była taka policja ochotników, którzy pomagali tej takiej normalnej policji, więc przed George'm była decyzja, czy przejmuje stery, czy oddaje spadek komuś innemu. Chętnych było dużo do przejęcia sterów nad posterunkiem, ale Kuffs podejmuje szaloną decyzję i postanawia szefować na tym posterunku, ku zdziwieniu innych, i swoim. Głównym celem George'a jest znalezienie zabójcy swojego brata. 

Ale zanim to, to Kuffs musiał zostać policjantem, żeby policją móc rządzić. Sceny, w których Kuffs biega, czy pierwszy raz strzela z broni, są przekomiczne. Po obejrzeniu tego filmu odtworzyłam sobie między innymi tą scenę i ile razy ja jej nie widziałabym, to ona bawi tak samo za każdym razem. Świetne to jest, uśmiałam się niemiłosierne, może i humor prosty, ale dla mnie to kwintesencja komedii. Do tego moment ten podkreślał główny motyw muzyczny, co robił bardzo często z resztą. Podrzucę wideo z tego, bo to po prostu trzeba zobaczyć. Może kogoś to zachęci do obejrzenia, jeśli nie widział.

Kuffs (1992) - Clip: Kuffs In Training (HD)

Jak już George jest tym policjantem, to okazuje się, że nie może się zająć swoim głównym celem, bo ku zdziwieniu, ma się obowiązki. Wyrusza na patrol z Tedem Bukovsky'm, który z początku udaje glinę twardziela, na co Kuffs się nie nabiera, wręcz przeciwnie. Podczas patrolu George zauważa pewnego typa i chce za nim jechać, ale jego nowy kolega mu w tym przeszkadza. Jednak dają sobie po mordzie i jest po sprawie. Kuffs wpada na trop dwóch bandziorów mających związek ze śmiercią Brada. Zaraz po tym musi zająć się chłopem, który chce skoczyć z okna i przy okazji dostaje kulkę. Za dużo nie zdradzam, bo to jest kolejna świetna scena. Rzecz jasna próba przekonania tego chłopa, żeby nie skakał, była przekomiczna. Wymiana zdań między nim a Kuffsem komediowo genialna. 

Kuffs nie za bardzo ma uznanie na swoim posterunku, dopadają go kłopoty poniekąd przez swoje decyzje, a poniekąd przez to, że chce być tym gliną, tudzież chce znaleźć zabójcę swojego brata. I jak mu się karta odwróciła na jego korzyść, to zaraz mu się odwróciła z powrotem przeciwko jemu, tak dla równowagi. Ostatecznie udaje mu się dorwać tych odpowiedzialnych za śmierć Brada, trochę z pomocą Teda, oraz z drobnymi komplikacjami po drodze. Po tym wszystkim George ogarnia pewne sprawy pod względem tej policji, co ją prowadzi, schodzi się z Mayą i bierze na klatę ich dziecko, no i ogólnie ponownie mu się zmienia życie, on zaś zmienia swoje podejście, i tyle.




Historia prosta, ale ile humoru w trakcie jej opowiadania. Główny bohater jest trochę stereotypowy, tu taki luzak, hulajdusza, kombinator, dający wrażenie nieudacznika, chłopak, który chce się wymigać się od dziecka. To właśnie George wszystko opowiada, dlatego co jakiś czas w trakcie scen były offtopy od tej postaci, i komentuje on daną sytuację, często używając sarkazmu. W trakcie trwania filmu Kuffs ma więcej szczęścia niż rozumu, ale zdarza się, że coś niecoś potrafi i to nawet sam tego nie wiedział. Bardzo mi się podoba, jak została przedstawiona ta postać, że tu chłopak zdaje się, że jest do niczego, nie przekonuje ludzi do siebie, z początku mu niezbyt wychodzi, ale ostatecznie pokazał, że da radę coś zrobić. Pokazali taką jego drogę, z humorem rzecz jasna. To też przez to co mu się przydarzyło w życiu, gdzie podczas tego sam ogarnął, że nie jest do końca taki do niczego, zmienił zdanie co do podjęcia się rodzicielstwa. Taką małą przemianę postaci nam pokazali. Niektóre postacie, tak jak Ted, są trochę przerysowane, i widać, że zrobione zostało to specjalnie, że to był element komediowy. Z niektórymi sytuacjami, dialogami i innymi rzeczami było podobnie, również były przerysowane, a niektóre zahaczały o absurd. Choć to nie jest film, przy którym patrzy się na realność pewnych rzeczy, ale fajnie to zostało zrobione, że to nie kuje w oczy, a wręcz jeszcze się z tego człowiek śmieje.

Było mnóstwo fest śmiesznych scen. Nawet taka w teorii poważniejsza scena, w której taki jeden chce zabić Kuffsa nie obyła się bez humoru i George szuka broni po całym mieszkaniu. Albo gdy Kuffsa chcą wysadzić i Ted próbuje mu pomóc. Ogólnie ostatnia strzelanina była ubrana w humor. No i jeszcze scena, gdy George był na pierwszym patrolu z Tedem, zobaczył i chciał pojechać za bandziorem i zrobił taki prawie drift, ale Ted kazał mu się zatrzymać, po czym w wiązance przekleństw przekazał George'owi, że chce zginąć od kulki, nie w wypadku samochodowym i żeby kontynuował patrol. Po czym Kuffs skwitował go "You may have a limited vocabulary, Ted", na co ten mu odpowiedział "Fuck You" i to nie było ocenzurowane, a ta cała wiązanka była ocenzurowana w przeróżny sposób, co jak się domyślam, również było elementem humorystycznym.

Kuffs - Cursing Scene


Oglądając ja się świetnie bawiłam, fest się uśmiałam i polecam, jeśli to trafia w czyjeś gusta, albo po prostu lubi komedie. W ogóle, to trailer ma taki fajny vibe ze swoich czasów, teraz inaczej się robi trailery.

Kuffs (1992) - Official Trailer


Dobra, to by było na tyle. Ten wpis powstawał na początku zeszłego roku, a dokładnie jakaś część, dopóki nie złapałam zawiechy i kompletnie się nie mogłam odblokować, więc w końcu zajęłam się innymi rzeczami (i przy niektórych z nich też miałam zawiechę 😆), ale przyszedł czas na niego i prawie że archaiczny wpis został skończony. On nie jest jakiś długi i ja wiedziałam, że nie będzie długi, ale jak zawiecha złapała, to nic nie mogłam poradzić. Ja nawet nie wiem, dlaczego w ogóle łapią mnie te zawiechy podczas pisania. Mam w głowie to co chce napisać, ale nie mogę ubrać tego w zdania. Cóż, pozdrawiam po nieprzespanej nocy i Adieu.





piątek, 23 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | Trochę popadało. "Hard Rain"

Po obejrzeniu "Broken Arrow" naszła mnie ochota i poszłam za ciosem i włączyłam sobie film "Hard Rain", polski tytuł to "Powódź" (nawet dobrze trafili). Oglądając telewizję również w takiej kolejności oglądałam te filmy i poniesiona nostalgią oraz tym, że wiedziałam iż nie usnę, gdybym położyła się spać, po tym pierwszym tytule włączyłam ten drugi.

Oglądając "Hard Rain" po raz pierwszy, chciałam zobaczyć inną rolę Christiana Slatera. Telewizja mi w tym pomogła, bo niedługo po "Broken Arrow", ta sama lub inna stacja puściła tą drugą produkcję. W ogóle chyba jakoś w tamtym czasie zostało parę filmów z tym aktorem puszczanych, bo sporo ich widziałam w nie dużym odstępie czasu. Pamiętam, że w "Hard Rain" podobało mi się połączenie katastrofy powodziowej z elementami akcji, czy to jak w nim sprawy się obracały. Fabuła ma podobną strukturę co "Broken Arrow", jest coś do zrobienia, coś staje na przeszkodzie, trzeba przeciwstawić się tym złym, no i pozytywne zakończenie. A, i po drodze jeszcze główny bohater napotyka kobiecą postać.

Tom pomaga swojemu wujkowi Charlie'mu w przewiezieniu konwojem pieniędzy z banku, by uratować je przed powodzią. Wjeżdżają jednak w mocno zalany teren, pojazd nie chce zapalić i muszą czekać na pomoc. Niestety zostają napadnięci przez małą grupę prowadzoną przez Jima. Wywiązuje się niefortunna strzelanina, w której ginie Charlie, a Tom zabiera pieniądze, ucieka i ukrywa je. Ale potem musiał uciekać przed Jimem i jego kolegami. Szuka schronienia w kościele, ale tam dostaje z krzyża i budzi się w posterunkowej celi. Opowiada co i jak policjantom i przy okazji dziewczynie co mu krzyżem przywaliła, a która myślała, że jest on szabrownikiem. Funkcjonariusze postanawiają sprawdzić, czy Tom mówi prawdę i jeden z nich z powrotem zamyka go w celi, biorąc pod uwagę to, iż może kłamać. Jednak naszła fala wody i zaczęła coraz bardziej zalewać posterunek. Przed utopieniem ratuje go ta sama dziewczyna, co cisnęła w niego krzyżem. W pewnym momencie Tom był zakładnikiem Jima, ale szeryf pokusił się na miliony i ta dwójka stanęła po tej samej stronie. Podczas strzelania się obu stron, Tom popłynął ratować tą, co mu z krzywa walnęła, Karen. Ostatecznie chciwe policjanty (błąd celowy) zostają uspokojeni, Jim sobie odpływa, a Tom i Karen czekają na nadpływającą pomoc. 

Kiedyś wolałam bardziej "Broken Arrow", ale teraz jestem skierowana bardziej w kierunku traktowania tych dwóch filmów na równi. Są podobne do siebie i tak jak jeden ma swoje plusy i minusy, tak i ten drugi je ma. Z racji tego, że w "Hard Rain" w innych warunkach dzieje się akcja, to wydaje się ten film spokojniejszy, bo motorówka raczej nie będzie tak samo szybka jak samochód. Było również dużo pływania, wiadomo, powódź, więc bardzo tam nie pobiegali, a bieg jest chyba trochę szybszy od pływania, no albo na ekranie tak wygląda, przez co wydaje się że film jakoś mocno nie gna. Woda spowalnia ruchy i akcja filmu jest trochę spowolniona. "Hard Rain" i "Broken Arrow" trwają prawie tyle samo, i ten drugi tytuł śmignął mi dość szybko, a ten pierwszy miałam wrażenie, iż trwał dłużej. Ale to nie jest tak, że on się wlekł, po prostu miał takie tempo. 


Fabuła również prosta, zwyczajny akcyjniak, nie było nic takiego, że twórcy mogliby się pogubić. Była również nuta humoru, jeden typ cytował, czy tam niby cytował biblię, w dialogach również pojawiały się żarty. Było też starsze małżeństwo, co nie chciało uciec przed powodzią i to był humor typowych kłótni małżeńskich, na przykład ten mąż pod koniec mówi do tej swojej żony, że następnym razem ona musi się jego posłuchać i muszą uciec przed kolejną powodzią, co było kuriozalne zważywszy na ich wiek. Bardzo mi się podobała rola Morgana Freemana, wcielający się w Jima. To była tak świetna postać, tak fajnie została zagrana. Bardzo mi się podobał akcent w głosie Freemana, czy sarkazm w wypowiadanych tekstach granej przez niego postaci. Natomiast postać Toma ponownie wydawała mi się zwyczajna. Jedynie podoba mi się i lubię sposób grania Christiana Slatera. No coś w nim jest, że polubiłam tego aktora i nie przeszkadza mi taka zwyczajna postać, którą zagrał. Postać Karen była zabawną postacią pod kątem tego, że ona tam zajmowała się renowacją, czy czymś takim, w kościele i miała na tym punkcie obsesję. Na jej nieszczęście akurat tam musiała odbyć się bitwa o pieniądze i zabawna była końcowa scena, jak Tom opowiada co się stało budowli, na zasadzie że, a woda ugasiła pożar, gdy ona się pyta, czy to był duży pożar, on odpowiada, że nie i prawdopodobnie dlatego postanowili wpłynąć motorówkami wybijając okna, które były witrażami. Toteż Karen przywaliła Tomowi krzyżem i to zamieniło się w żart w tym filmie. Bardzo lubię i mnie bawi dialog między nimi, gdy są na posterunku i on się pyta, czym go walnęła. 

"- You're the one who nailed me, aren't you. What the hell d'you     hit me with?

  - A crucifix. What? It was all that was there.

  - Great. I'm gonna have people from around the world coming to     see Jesus on my forehead".

Jest jeszcze jedna scena, która mnie bawi i nawiązuje do tego krzyża. Jim i Tom chowają się w tym kościele, no i ten drugi poszedł poszukać czegoś do opatrzenia rany, dostał kulką, a w trakcie wymiany zdań Jim się jego pyta, czy już był w tym miejscu, na co Tom odpowiedział "Oh yeah. I saw Jesus!".


Mimo, iż znałam ten film, wiedziałam co tam się wydarzyło, momentami czułam napięcie oglądając go. Szczególnie jeśli chodziło o wodę, na przykład, gdy wpływała ona na posterunek, gdzie Tom siedział w celi i w sumie był uwięziony w niej, i ja siedziałam na paru szpilkach, czy on jakoś tam przeżyje, albo jak on z Karen uciekali przed rabusiami i wspięli się na jakiś słup, żeby dostać się wyżej, chyba woda się podnosiła, i oni ogarnęli, że ten słup to metalowy jest, w pobliżu był jakiś prąd, a on i woda, do tego metal, to tak niezbyt, nawet wołali do tego rabusia, by również z tego metalowego słupa zwiewał, no ale niestety nie zdążył i ten prąd go poraził. Jeszcze gdy Karen była przykuta kajdankami do poręczy na klatce schodowej w swoim domu, bo ten jeden policjant w taki sposób chciał zawalczyć o pieniądze i jeszcze co innego z nią zrobić, ale jej się udało pozbyć typa i musiała ratować się przed wodą, i scyzorykiem odkręcała śrubki przy słupkach pod poręczą, żeby móc wyjść wyżej z tymi kajdankami. W pewnym momencie dalej nie mogła nic zrobić, ale za niedługo Tom przypłynął na pomoc. Tu też ta taka walka z wodą również powodowała u mnie lekkie napięcie i gdzieś tam w duchu miałam na przykład takie "no odkręcaj te śrubki". Potem była imba, ten dom zaczął pływać przez falę co napłynęła, bo tama się poddała i wodę puściła i z jakiegoś powodu wydaje mi się to przesadzone. No niby jest to rzecz możliwa, ale coś mi tu nie grało. W ogóle końcówka w pewnych momentach odbierałam lekko podkoloryzowana. Też zdarzyła się wpadka w filmie, możliwe iż było ich więcej, ale ja zauważyłam tą. Na koniec, jak Jim odpływa, to słup elektryczny w oddali nie pasował do poziomu wody jaki był przedstawiony. Przed chwilą Tom z Karen na domu pływali, a tu słup tylko do połowy w wodzie. A jak już przy Jimie jestem, to on zabrał jeden worek pieniędzy, i Tom machną ręką na ten jeden worek, że on je zabrał, bo wyszło na to że rabuś okazał się być bardziej spoko od szeryfa plus tam w między czasie okazała się pewna rzecz, ale ostatecznie nie wiem, czy to była tylko część tych pieniędzy, czy wszystkie, czy tu wydarzyła się pomyłka twórców, bo tych worków z pieniędzmi było więcej.

Po latach ten film mi się podoba, również takie bardziej luźniejsze kino niewymagające, choć, jak wspominałam, można poczuć trochę napięcia. Na mnie podziałało, bo na mnie działa woda i ogólnie takie katastroficzne wydarzenia. Mam coś takiego, że jak jest powódź pokazywana, albo coś na wodzie się dzieje, czy ogólnie widać potęgę wody, to siedzę jak na szpikach właśnie i przykładowo myślę, że "oo, oby bohaterowie się wydostali, albo żeby się skądś tam uratowali". Fajnie było powrócić do kolejnego tytułu z przeszłości. Jeszcze to film z mojego roku, także akurat trafiłam z seansem na początku roku (ja ze stycznia). Kiedyś w ogóle się jarałam się, jak jakiś film, czy serial był z mojego roku. Całkiem nieźle mi poszło w rozpoczęciu mojego postanowienia o oglądanie rzeczy w tym roku. No to lecę dalej. 

Adieu.



piątek, 16 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | "Broken Arrow", czyli zgubiona broń nuklearna.

Podczas powrotu to serii filmów "Transformers" wzięło mnie po drodze na wspominki i wspominałam sobie filmy, które kiedyś oglądałam, bardzo lubiłam i niektóre były moimi ulubionymi. Jeden film prowadził do drugiego, ten do kolejnego, a ten do następnych. Poodtwarzałam sobie trailery niektórych, to też YouTube potrafił zaproponować potem jakieś urywki z tych filmów i pooglądałam niektóre klipy i powspominałam, że to były fajne filmy i w sumie warto by było je sobie odświeżyć, w szczególności po latach. Byłam wtedy zaaferowana Transformersami, a potem innymi rzeczami, ale w nowym roku mnie tak tknęło, żebym coś obejrzała. Mam dużo filmów i seriali do rewatcha, mam dużo nowych filmów i seriali. Tak mnie ścisnęło, że kiedyś oglądałam DUŻO, a teraz prawie wcale. Może kiedyś to aż za dużo oglądałam, bo ja bardzo dużo przebywałam przed telewizorem, ale po tym, jak przestałam oglądać telewizję, to tego oglądałam coraz mniej. Niektóre seriale oglądane na komputerze pokończyły się, filmy oglądałam prawie tylko w kinie, no i czasem coś w domu pod wpływem niektórych z kin oglądałam coś w domu, jak na przykład serię "Maze Runner", którą oglądałam od trzeciego filmu. Zdecydowałam się starać obejrzeć coś w weekend, choć jedną rzecz. 

Najlepiej było zacząć od filmu, który był moim ulubionym i był jednym z pierwszych takich z tego gatunku, jakie obejrzałam. On był jednym z tych, przez które zaczęłam się interesować jako tako filmami. Mowa o filmie z pięknym polskim tytułem "Tajna Broń". Wtedy nie kleił mi się ten tytuł, nie ogarniałam czego tyczy oryginalny tytuł, ale po latach, dorośnięciu, lepiej rozumieniu angielskiego, już ogarniam. Pamiętam jak jakiś dłuższy czas temu przypomniałam sobie o muzyce z tego filmu i YouTube podsunął mi jakiś urywek z niego, a że coś tam ogarniałam angielski, to po obejrzeniu tego fragmentu mnie olśniło, miałam takie "aaaaa to dlatego nazwali to "Broken Arrow".

Przez dłuższy czas myślałam, że "Broken Arrow" jest pierwszym filmem, który zapoczątkował moje zainteresowanie i przygodę z filmami, ale po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, iż on był jednym z wielu. W tamtym czasie oglądałam dużo filmów, które lubiłam, na przykład "Komando", "Terminator", "Godziny Szczytu", "Rycerze z Szanghaju", czy "Bad Boys" i "Faceci w czerni". Po prostu była to jakaś grupa tych filmów. A na "Broken Arrow" trafiłam pewnie przez to, że był tam John Travolta, którego oglądałam w niedzielne przedpołudnia w filmach "I kto to mówi" (Look Who's Talking). Ja wtedy patrzyłam kto występuje w filmach, które potencjalnie chciałam obejrzeć i oglądałam głownie te, w których był ktoś mi znany, albo chociażby kogo kojarzyłam. Nie mniej jednak "Broken Arrow" był jednym z pierwszych filmów ulubionych. I w sumie nie wiem co spowodowało, że się tym filmem zauroczyłam, ale oglądałam go za każdym razem, gdy leciał w telewizji. Ja w ogóle wtedy pilnowałam telegazety, żeby wychwycić, czy leci film, który znam i żeby koniecznie nic nie przegapić. Pamiętam też, że w tamtym czasie bardzo spodobała mi się muzyka do "Broken Arrow", szczególnie po obejrzeniu cały czas sobie ją nuciłam, to był czas w którym nie wiedziałam nawet, że muzykę filmową można słuchać, i to był pierwszy raz, gdy zwróciłam uwagę na muzykę w filmie. Polubiłam też aktora grającego jedną z głównych ról, Christiana Slatera, wiadomo, człowiek lubił te dobre postacie i aktorzy ich grające zwracają swoją uwagę. Potem sprawdzałam sobie filmy ze Slaterem, a telewizja to ułatwiła, bo różne stacje puszczały różne produkcje z nim. Ale o tym kiedy indziej. 

Do seansu zasiadłam z pozytywnymi wspomnieniami i emocjami. Już gdy się zaczynał czuć było klimat tego filmu, oraz filmu z lat dziewięćdziesiątych. Charakterystyczne napisy wstępne, mijające się z pierwszą sceną, w której dwójka głównych bohaterów się naparza w boksie, a przy tym przygrywa świetna muzyka. No i ta dwójka, Vic Deakins i Riley Hale, zostają wysłani do przetransportowania broni nuklearnej. W trakcie lotu jeden z nich wyrzuca katapultacją tego drugiego i porywa pociski. Deakins chce dokończyć swój plan ze swoją ekipą, ale Hale próbuje mu przeszkodzić, a po drodze musi się użerać z Terry, pracownicą parku narodowego (o ile się nie mylę), której czasem uda się pomóc. Gdzieś w międzyczasie ci na górze orientują się, że stracili swoją broń nuklearną. Po rozwalonym helikopterze, podziemnym wybuchu jednej z bomb, wielu strzelaninach i ostatecznej bitwie w pociągu, Riley powstrzymuje swojego byłego kolegę, i na koniec znajduje trochę przypalony banknot iluśdolarowy.


Sceny lecącego samolotu, z uwagi na czas powstania filmu, były z lekka komiczne. No niektóre momenty były takie, co spowodowały, że człowiek zachichotał. Taki urok starszych filmów. Podobnie było z niektórymi ujęciami, na przykład Deakins i Riley rozmawiają, jest ujęcie na tego pierwszego mającego konkretny wyraz twarzy i nagle maksymalne zbliżenie na jego oczy, żeby pokazać, że on ten zły. Ale nie takie po cięciu zbliżenie, tylko kamera kręciła w trakcie robienia tego zbliżenia. A to było jeszcze przede zdradą Deakinsa, więc tak jakby widz musiał się domyśleć o co chodzi, albo dali podpowiedź, że coś się dzieje. A jak już jesteśmy przy nim, to John Travolta bardzo fajnie zagrał tego typa, co nie do końca ma równo pod kopułą. I Deakins nie był cały czas stuknięty, tylko co jakiś czas pokazywał tą swoją drugą twarz. Bardzo lubię moment, gdy on przez zaciśnięte zęby mówi, żeby nie strzelać do broni nuklearnej. Tak to świetnie brzmi i wygląda. Natomiast postać Hale'a powiedziałabym, że jest zwyczajna, nie jest on jakoś nad wyraz odważny, czy coś takiego, tylko trochę wygląda na takiego, co po prostu musi zrobić swoją robotę, ale podoba mi się jak została zagrana, dużą robotę robiła mimika, czy tonacja głosu Slatera, który się wcielił w tą postać. No Deakins co jakiś czas pokazywał tą swoją nutę nienormalności, no a Hale z charakteru jest powiedziałabym nijaki. Choć trzeba przyznać, że skoro mimo tego lubię tą postać, to Slater zrobił dobrą robotę grając ją tak, żeby nie wydawała się taka nijaka. Bawiła mnie z lekka kobieca postać, Terry. Mówi ona na przykład, że coś jest złym pomysłem, po czym to robi, albo lata nad nią i Hale'm helikopter, ona nie wie o co chodzi, i ona idzie w jego kierunku i chłop musi ją ratować, i to dwukrotnie. Przy takich sytuacjach mówiłam do siebie "hehe, baba" lub "o, znowu babę trzeba ratować". Ale jako pracownik parku miała przydatne informacje które przydały się podczas działań przeciwdziałających Deakinsowi. Więc była śmieszna, ale nie była bez sensu.


Wedle mojego uznania, to ten film został dobrze zrobiony. Fabuła prosta, nic nie wymyślili skomplikowanego, więc historia została opowiedziana od początku do końca po prostu. Całość nie miała jakiejś głębi, bo też nie o to w tym chodziło, to jest zwyczajny film do popatrzenia na bijatyki, strzelaniny i wybuchy. Szczerze powiedziawszy, to te wybuchy wyglądają w tym filmie o wiele lepiej, od tych w niektórych dzisiejszych filmach. Tą produkcję oglądało mi się bardzo dobrze, wszystko płynęło, więc nie wychwyciłam niczego złego w sposobie jej nakręcenia tudzież zmontowania. Też skoro to film akcji, to się skupiłam na innych rzeczach. No jedynie niektóre wspomniane zbliżenia kamerą, czy niektóre charakterystyczne zabiegi w robieniu filmów w tamtym czasie, ale to raczej nie jest czymś złym.

Po retro seansie mojego niegdyś ulubionego filmu, to raczej teraz moim ulubionym nie będzie, choć sentyment pozostanie. "Broken Arrow" jest dobrym akcyjniakiem, można sobie włączyć, usiąść z piwkiem i chipsikami i oglądać. Wśród strzelanin i wybuchów jest też nuta humoru. Hale na przykład lubił cisnąć bekę z nazwiska Deakinsa, bo jak ktoś skubną angielskiego, to zauważy grę słów z "Deak" i pewnym niecenzuralnym słowem na "k" (w innej wersji na "ch") w języku polskim. Jest jeszcze motyw z banknotem i ja nie do końca zaczaiłam o co chodzi, ale twórcom chodziło chyba o rywalizację między Deakinsem, a Halem, bo na początku, gdy się bili w boksie, to przegrany dawał pieniądza temu drugiemu. I w trakcie filmu ten motyw się powtarzał, jeden drugiemu gdzieś pieniądza zostawiał. Deakins chyba nie docenił Hale'a, bo w jednej scenie patrzył się na ten banknot z wymalowaną na twarzy obawą. Z resztą słusznie, bo to Hale jako ostatni znalazł ten lekko podpalony banknot. Cóż. Podobał mi się ten film, lubię go, ale moje zauroczenie z kiedyś minęło. Teraz mam inną perspektywę na filmy, bo i są lepsze akcyjniaki. Mogę go lubić, mam do niego sentyment, ale jest po prostu dobrym filmem, bez większych fajerwerków. 

Ja się chyba przebodźcowałam w zeszły weekend, w którym oglądałam "Broken Arrow" i kompletnie nie mogłam skupić się podczas pisania tego wpisu, także nie jestem w pełni zadowolona z niego 😅. No cóż, czasem bywa i tak. Człowiek sobie wszystko wypunktował i jak krew w piach 😆. To by było na tyle, trza pisać kolejny wpis, może lepiej mi pójdzie w skupieniu się.

Adieu.