sobota, 18 marca 2023

Trening czyni mistrza, czy jakoś tak. | Ćwiczenie w rysowaniu oka.

Prawie rok temu do głowy mi wpadło, żeby narysować oko z okładki singla "L'enfer" od Stromae. Ale najpierw chciałam poćwiczyć rysowanie oka, żeby się przygotować. Na razie skończyło się na trzech ćwiczeniowych rysunkach oka.

Tutaj o pierwszym z tych trzech rysunków oczu. Chyba najprostsze oko na wprost. Majsterkowałam przy tym ołówkiem. Poszukałam tutoriali w internecie, obrazków, filmów, by krok po kroku przeanalizować i wtórować za nimi, by wynieść wiedzę. Ostatecznie z moich wyszukanych materiałów skorzystałam z widea na YouTube, który jest poniżej.

How to Draw Hyper Realistic Eyes | Step by Step



Tradycyjnie zaczęłam od koła. Koło wyznacza wszystko. Prawie. Trochę poniżej połowy tego koła narysowałam lekko przekrzywioną linię, by wyznaczyła, gdzie mam narysować kącik oka.






Od kącika do kąta, gdzie koło i kreska się ze sobą przecinają, narysowałam górną powiekę. To taki zaokrąglony trapez trochę. Zabawne jest, że kiedyś myślałam, że to po prostu półokrąg jest. Pod tą krzywą linią narysowałam dolną powiekę. Ta linia mi fajnie pomogła w tym, jak ma iść ta linia od kącika tego (przyszłego) oka, żeby nie była ani za wysoko, ani za nisko względem tej kreski. Kiedyś miałam z tym problem, że właśnie ta dolna linia od kącika oka nie kształtowała tego oka, bo była za blisko, albo za daleko miejsca, gdzie zaczyna się górna powieka.





Potem narysowałam linię tej opadającej fałdy skóry nad górną powieką. I ona idzie tak jak linia górnej powieki. Po narysowaniu tego, pozbyłam się tego koła i krzywej kreski na których budowałam oko.





Czas narysować tęczówkę. W tym pomogła mi ta kreska pod okiem. To taka miarka. Linia podzielona na cztery części, a druga i trzecia część, które są pośrodku, wyznaczają gdzie kolejne kółko ma powstać. Zaznaczyłam je takim nawiasem, a potem narysowałam kółko. A linię robiącą za miarkę wytarłam.





To co wystawało poza oko z tego kółka na tęczówkę, wytarłam (nieostre zdjęcie pozdrawia). Następnie na tęczówce narysowałam odbłysk światła i źrenicę, a na niej też zaznaczyłam odbicie światła.







Źrenicę wypełniłam ołówkiem, a odbicie światła pocieniowałam. Tęczówce zrobiłam taką ołówkową obwódkę, którą roztarłam, po czym delikatnie położyłam warstwę ołówka. 







Tęczówce dodałam cień u góry, który nanosi górna powieka. Na tęczówce narysowałam taką falową linię wokół źrenicy, która pomogła w rysowaniu detali tęczówki. Od tej linii narysowałam kreski różnych grubości, po czym trochę przy ich zakończeniach je rozszerzyłam, ogółem chodziło o to, żeby od kreski do kreski było takie zaokrąglenie, a między niektóre kreski nałożyłam ołówek.







Po drugiej stronie tej falowanej linii, zostawiając trochę odstępu, w tych takich wgłębieniach narysowałam coś podobnego i ołówek idzie od najciemniejszego do najjaśniejszego w kierunku krawędzi tęczówki. Pocieniowałam to tak zwane białko i od kącika oka ołówek jest najciemniejszy i im bliżej tęczówki blednie. Robiłam to zaokrąglonymi ruchami, bo oko to kula. Zrobiłam też cienie, które daje powieka. Kącik oka też zrobiłam. Równolegle do wewnętrznej linii górnej i dolnej powieki narysowałam zewnętrzną linię, po czym przyciemniłam miejsce, gdzie fałda skóry nad okiem daje cień, pod dolną powieką zrobiłam zarys skóry oraz miejsce, gdzie byłby nos.







Dodałam więcej cienia w zaciemnionych miejscach i ogólnie trochę ołówka. No i rzęsy trafiły na swoje miejsce na powiekach, a pod górną powieką dorysowałam cienie, które rzucają rzęsy.




Mam nawet małe wideo z rysowania rzęs. Odkryłam, że mój telefon może nagrywać zwolnione lub przyśpieszone tempo, więc zaczęłam z tego korzystać. Przy okazji wpadło mi do głowy, żeby te moje liche publikacje na Facebookach i Instagramach urozmaicić.




I rezultat moich ćwiczeń w świetle dziennym. Jak zwykle, nawet nie wiedziałam, że mi się to tak wyjdzie. Niby tylko ćwiczenie, a to dobrze wygląda. Z resztą, czego ja nie rysuję, to nie spodziewam się czegoś dobrego 😅. No nic, pierwsze oko z trylogii już jest.

Adieu.



sobota, 11 marca 2023

Zbiorczo 4.

1. Linkin Park opublikował wcześniej nie słyszany utwór z czasów "Meteory".
Na profilach portali społecznościowych zaczęły pojawiać się zapowiedzi i wkrótce odbyła się premiera utworu "Lost". To natomiast wiąże się z dwudziestoleciem płyty "Meteora". Zapowiedzi powodowały, że coś mnie łapało. Słuchając "Lost" po raz pierwszy uderzyła mnie mieszanka uczuć. Ja od 2017 roku, po śmierci Chestera Benningtona, Linkin Park słuchałam bardzo rzadko. Czasem Spotify, jak słuchałam na losowym trybie, mi puścił jakiś ich utwór, czasem się zdarzało, że puściłam ich jakiś utwór, ale najczęściej to były wersje instrumentalne i tylko raz w ciągu tego czasu włączyłam całe płyty, po tym jak zostało wydane "Hybrid Theory" w wersji z okazji dwudziestej rocznice tego albumu. I niby po tym już było tak inaczej, niby w teorii mogłabym bez problemu słuchać muzykę tego zespołu, ale jednak coś mnie blokowało i było tak samo, że rzadko jednak włączałam ich utwory. A słuchając "Lost" pierwszy raz, a potem jeszcze kilkadziesiąt, to usłyszałam utwór z "Meteory", podobne do "Numb" trochę, usłyszałam ponownie głos Chestera w nowo/starym utworze, a wszystko skończyło się na tym, że wróciły wspomnienia, jak poznawałam zespół, ich muzykę i ogólnie tamte czasy. Tak jak wspomniałam, "Lost" jest podobny do "Numb" (już zdarzyły pojawić się mashupy z tymi utworami), czuć od niego energię z "Meteory", słychać te takie elektroniczne dźwięki typowe dla Linkin Park, one zaczynają ten utwór, a do tego klimatyczny teledysk w stylu anime, nad którym pracował między innymi Polak. W dwadzieścia cztery godziny uzyskało to wideo kilkanaście milionów, o ile nie doszło do dwudziestu, na ten moment nie pamiętam. Pamiętam, że była któraś tam godzina, chyba północ się zbliżała, i powiedziałam do siebie, że po północy dojdzie do siedemnastu milionów (tam za piętnaście było plus minus)... doszło do tego w mniej niż piętnaście minut. Bardzo szybko rosły te wyświetlenia. Za jakiś czas pojawiły się widea na kanale zespołu, które pokazywały, jak zespół tworzył "Meteorę", oraz ich trasy koncertowe. Mike Shinoda udzielał wywiadu w jakimś radiu w związku z "Lost", i były tam puszczone dwa dema, które oczywiście trafiły na YouTube i nic innego nie zostało, aby czekać na wydanie "Meteory" z okazji jej dwudziestolecia a premiera 7 kwietnie (więc w sumie niedługo).

Lost [Official Music Video] - Linkin Park



2. Wywiady po premierze "Lost".
Będąc przy temacie Linkin Park, chciałam wspomnieć o wywiadach, które Mike Shinoda udzielił. Chyba pierwszy raz tak szerzej wypowiedział się po śmierci Chestera Benningtona. Mówił on o tym, że nikt nie zdawał sobie sprawy, jak głęboka była depresja u Chestera, że gdy były początku ich znajomości, to Mike nie znał jego historii i że poznawał go podczas tworzenia muzyki, poprzez tekstów utworów, a gdy poznając tą historię, nie mógł uwierzyć, jakie to szalone. Jednego dnia Chester przychodził i był radosny, a drugiego był mroczny. Shinoda zastanawiał się, czy nie odejść z tworzenia muzyki po jego śmierci. Jak się o tym słuchało, to było mi po prostu smutno. Były też te weselsze momenty, czy te wiążące się z tworzeniem muzyki. Ogółem warto posłuchać, szczególności fani zespołu. U mnie dzięki "Lost", tym wywiadom oraz tymi materiałami archiwalnymi z tworzenia "Meteory" i trasy koncertowej, ożywia się ta fanka z 2012 roku. 

Mike Shinoda discusses Linkin Park's new song, the 'Meteora' box set, and reveals new solo track!

Mike Shinoda Opens Up About Losing Chester Bennington

Mike Shinoda on the Time Linkin Park Pranked Metallica on Stage

Mike Shinoda Wrote Linkin Park’s “In the End” in Just One Night



3. Bruce Willis choruje na otępienie czołowo-skroniowe (frontotemporal dementia).
O problemach zdrowotnych Bruca Willisa mówiło się już wcześniej, gdy poinformowano o jego odejściu z aktorstwa. Niedawno pojawiła się aktualizacja jego stanu zdrowia i rodzina poinformowała, że choruje na frontotemporal dementia. I kompletnie przykro mi się zrobiło. Aktor podobno nie rozpoznaje swojej mamy... Człowiek już za dziecka oglądał "Szklaną Pułapkę", i inne filmy z udziałem Willisa. Cały czas, póki oglądałam telewizję, jakiś jego filmy mi towarzyszyły. Jak ktoś jest częścią twojego dzieciństwo, dorastania,, ma się sentyment do tych filmów i ogólnie nostalgia się włącza przy niektórych produkcjach. Do tego lubi się tego aktora, jego styl aktorstwa i postacie, które grał. No to się myśli o tym aktorze pozytywnie, życzy mu się jak najlepiej. A tu wychodzi takie paskudztwo i człowiekowi szkoda takiej legendy. 

Bruce Willis Diagnosed With Frontotemporal Dementia



4. Melanie Martinez zapowiada nowy album.
Jeszcze w lutym zaczęły pojawiać się krótkie widea z fragmentami utworów. To co było na wideach było oryginalne i charakterystyczne dla Melanie. Było to coś nowego i nietypowego, ale widać, że to wyobraźnia Melanie. Na jednym wideo było drzewo z wygrawerowanym "R.I.P Cry Baby", na drugim było coś w rodzaju zarodka, w kolejnych był płód, jajko i wyklucie się tajemniczego stworzenia. Przy tym z wykluciem została wyjawiona data premiery nowego albumu Martinez, czyli 31 marzec z nazwą "Portals". Jestem ciekawa nowej muzyki i tego świata, który chce nam przedstawić, oraz historii audio, wizualnej, lub i jedno i drugie, bo wiadomo, że Melanie poza muzyką stworzyła teledyski tworzące jedną całość, oraz film, musical.




5. Ed Sheeran ogłosił nowy album.
Ed wspominał, a i głosy krążyły, że na początku tego roku miał pojawić się kolejny album muzyka. Album nazywający się oczywiście "Subtract", "-", pojawi się 5 maja, a wraz z tym ogłoszeniem pojawiło się oświadczenie od Eda. Wspomina on w nim, że nad tym albumem pracował dekadę, ale seria wydarzeń w 2022 roku wszystko zmieniło i Ed zamienił swoje myśli na teksty utworów, co było dla niego terapią i w tydzień zastąpił tą dekadę pracy. Wspomina o tym, że jego żona podczas ciąży miała guza, z którym musiała poczekać do porodu, jego przyjaciel Jamal zmarł, a on sam musiał stanąć przed sądem broniąc swojej uczciwości i kariery. Dlatego jako artysta postanowił puścić w świat coś, co odzwierciedla jego w tym momencie.

Ja czytając to miałam trochę za dużo informacji na raz, aż mój translator w głowie trochę zaszwankował i nie dopowiedział rzeczy. Poruszyła mnie informacja o guzie u żony Eda. Będąc fanką Eda, to poznając go, nawet jeśli zachowuje dużo prywatności, widać, że to dobry chłop i zdaje się, że jego żona tak samo i strasznie szkoda takich w porządku ludzi. Jeszcze niedawno, jak obejrzałam jakiś wywiad z Edem, w którym opowiadał o swojej nowej płycie, ogólnie muzyce, swojej karierze, czy o rodzinie, i znając jego historię, że zaczynał od grania na ulicy i bycia bezdomnym, a teraz jest popularnym muzykiem gromadzącym całe stadiony ludzi na koncertach, ma miliony odsłuchań swoich utworów, ale przy tym nie obnosi się z tym, jaki on nie artysta, i trzyma się z dala od typowego celebryckiego życia, to się ucieszyłam, jak mu się wszystko dobrze układa. Często właśnie przy jakiś wywiadach, czy czymś takim Ed wydaje się, że jest jak każdy inny człowiek, któremu udało się z karierą i dzieli się swoją muzyką z innymi ludźmi. Też niewiarygodne, jak pewne wydarzenia nie dość, że wywracają życie, to jeszcze są powodem porzucenia wieloletniej pracy. Jednocześnie podziwiam Eda, że w tydzień zrobił robotę na cały album.

Jestem ciekawa tego albumu, jak będzie brzmiał, a który ma być w całości akustyczny. Okładka trochę jakby nawiązuje do jego pierwszego albumu, więc może tak być. Z przyjemnością usłyszę "Subtract". Też myślę, że ta dekada pacy raczej nie została wyrzucona do kosza, tylko stanie się albumem (jak to by było w przyszłym roku, to będę się śmiać 😆).





6. Co skłoniło Arnolda Schwarzeneggera do kulturystyki?
W międzyczasie pisania tego wpisu trafiłam na wideo, gdzie opowiedziana została historia Arnolda Schwarzeneggera. I ona mnie zafascynowała, dlatego chciałam tu o tym wspomnieć. Pierwsze co się dowiedziałam, jeszcze przed obejrzeniem poniższego wideo, to to, że ojciec Arnolda był żołnierzem nazistowskich Niemiec. I między innymi to spowodowało, że trochę zagłębiłam się w temat Arnolda. Trafiłam na wideo poniżej, w którym autor streszcza życiorys Arnolda zaczynając oczywiście od początku. Był on jednym z dwóch synów Gustava Schwarzeneggera, który wolał, faworyzował tego drugiego syna. Ojciec Arnolda znęcał się nad nim, bił go, poniżał i cały czas porównywał do brata, kpiąc z niego, że jest chudy, niewysportowany i nie ma tyle siły. Gustav zachęcał braci do bójek, by udowodnić swoje słowa Arnoldowi. Ten natomiast zdecydował, że chce być silniejszy, by móc stanąć w obronie własnej, jak i tych osób, które nie są w stanie siebie obronić. Postanowił, że zajmie się bodybuildingiem, że chce być bogaty i chce być kimś. Ojciec go wyśmiał, matka też, a Arnold był zdeterminowany i zaczął chodzić na siłownię. Wkrótce zaczął startować w kulturystycznych konkursach i miał nadzieje, że te wygrane otworzą mu drzwi do Ameryki, by się tam wyprowadzić. Śmiało można powiedzieć, że mu się udało, bo poza kulturystyką zajął się aktorstwem, no i zawitał w Ameryce. Mnie zafascynowało, jak pokazał rodzicom, że jednak udało mu się coś osiągnąć. Udało mu się wyprowadzić, zostać bogatym i zostać tym kimś. Człowiek naoglądał się filmów z Arnoldem, a dopiero teraz się takich rzeczy dowiaduje.

Arnold Schwarzenegger: Life Blows That Shaped Everyone’s Hero | Rumour Juice



Dobra, trza kończyć tą pisaną gadaninę, bo mam wrażenie, że przez gorączkę słabo mi idzie to pisanie.

Adieu.


sobota, 4 marca 2023

Playlista 35.

Muzycznie to ja w 2022 roku jestem w tych playlistach. Ale w sumie to dobrze, bo mogę ze świeższą głową do tego podejść, bo jak jest wiele utworów jednego artysty/zespołu, to ja chce je wszystkie na playliście, no a miejsca ograniczone, a i tak jak mam wiele utworów, to jeden trafia do jednej playlisty, a drugi trafia do następnej. A po takim czasie mniej szkoda jest mi jakiś utwór wyeliminować. Jedyny minus taki, że nie we wszystkich przypadkach pamiętam, co chciałam przy nich napisać 😛.

1. Hollywood Undead - Trap God
Fajny kawałek, jak ja to nazywam, agresywny. Człowiek czuje się, jak jakiś złoczyńca, albo badass jakiś z filmu. Dobry do samochodu na przykład.




2. Five Finger Death Punch - Welcome To The Circus
Elegancki mocny kawałek, z fajnie wykrzyczanym "Welcome To The Circus", zadziornym bridgem i melodycznym refrenem.




3. MUSE - Kill Or Be Killed
Gdy pierwszy raz usłyszałam ten utwór z nagrania z koncertu, przedpremierowo, to ja od razu wiedziałam, że to będzie świetny kawałek. Tej gitary co zaczyna utwór nie dało się zapomnieć. I miałam rację, gdy mogłam posłuchać go w wersji studyjnej. Gitary ładnie grają, jest eleganckie guitar solo, czy fajny bridge z melodyjnym "Ya-ya-ya-ya".




4. Yungblud - The Funeral
Co tu dużo mówić, "I've been dancing at my funeral", to kompletnie mój vibe. Czasem są dni, kiedy człowiek zastanawia się, kiedy umrze, albo są dni z totalną załamką i człowiek jest dead inside i wypada mu się tylko śmiać, że będzie tańczyć na swoim pogrzebie.




5. Karaś/Rogucki - Brunatny 
Ten duet nie zawodzi, miły, przyjemny utwór. Z ich nowym albumem się zapoznałam, ale "Czułe Kontyngenty" trzeba mi posłuchać kilka razy, żeby powoli dotarł, bo on mi się podoba, ale mnie nie porwał. Jeszcze.




6. Palaye Royale - Lifeless Stars
Piękny spokojny utwór. Piękna melodia, piękna gitara akustyczna. Idealne, gdy chce się posłuchać czegoś mniej krzykliwego, a bardziej spokojnego.




7. Disturbed - Unstoppable 
Po "Hey You" zespół swój nowy album zapowiedział utworem "Unstoppable" i słuchając go słyszę nutkę tego, jak to się mówi, "starego" Disturbed, po prostu czuć, że to jest ten zespół, a ponieważ w tym nowym utworze są podobne akcenty znane z wcześniejszych utworów, to niechcący wpadłam w nostalgię. "Unstoppable", to "Liberate", "Down with the Sickness", "Sons of Plunder", czy "Façade" dzisiejszych czasów i dlatego słuchając go wróciły do mnie wspomnienia, jak poznawałam Disturbed. Piękne czasy. I tak jak "Hey You" mi się podobało, i dobrze, że ten utwór poszedł jako pierwszy, bo dzięki temu publikując "Unstoppable" zaskoczyli fanów czymś jeszcze lepszym, dając optymistyczną nutę, iż album będzie dobry, zadowalający (spoiler, taki jest). Bardzo mi się podoba, jak zwrotki są śpiewane, refren zostaje w głowie, w ogóle jak wokal brzmi, czysta przyjemność.




8. Ed Sheeran - Celestial
Eda zawsze z otwartymi ramionami przyjmę. Szczególnie tak pogodną, tak przyjemną nutkę. Jak jej się słucha, to z dźwięków wypływa pozytywna energia. Do tego świetny teledysk, który dosłownie zobrazował dziecięcą wyobraźnię.




9. Sabaton - Father 
Głęboki głos wokalisty, wbijający się do głowy "father of toxic gas and chemical warfare", chóry i opowiadana historia, a i genialny bridge. Sabaton to jednak umie. Niestety na ten moment przedawkowałam ich muzykę i teraz trochę od niej odpoczywam, dlatego trochę mało nacieszyłam się tym utworem, ale pewnie po przerwie będę się nim delektować.




10. Falling In Reverse - I Don't Mind
Na początku, podczas poznawania tego zespołu, i po przesłuchaniu albumu "Coming Home", za moje kamienne serce złapał utwór "The Departure". Jednak słuchając innych utworów, które spodobały mi się z tego albumu, a słuchałam ich prawie że na okrągło, z drugiej strony mojego kamiennego serca złapał mnie utwór "I Don't Mind". Uwielbiam tą gitarę, która rozpoczyna utwór, oraz dźwięk (nie wiem czym zrobiony) po pierwszym intro, czy to jak brzmi refren. Genialny jest też bridge. Dużo emocji w wokalu. To trochę taka rockowa symfonia.




11. Pilou, Anna Jean - Ça Plane Pour Moi
No cóż, sprawa jest prosta, obejrzałam "Not Okay". Film taki sobie, mógł być, ale to, że nie był jakoś niesamowity, to nie oznacza, że nie miał dobrej muzyki. Podobała mi się ta skomponowana, jak i utwory użyte w nim. Poniższy utwór, to kompozytor plus wokal. Był użyty w momencie, gdy główna bohaterka fejkowała swój pobyt w Paryżu i ma taki humorystyczno głupkowaty wydźwięk, jakby miało to podkreślić to, że to co robiła główna bohaterka nie był dobrym pomysłem. Jest chwytliwy i po obejrzeniu filmu została mi w głowie.




12. Royal & the Serpent - Overwhelmed
To jest druga pozostałość po "Not Okay". Ten utwór nie był chyba w filmie, jak dobrze pamiętam, tylko na playlistach na Spotify. Twórcy w ramach promocji filmu zrobili playlisty dla kilku postaci i reżyserki (chyba) i ten utwór był na którejś z tych playlist. Podoba mi się, w jaki sposób jest śpiewany refren, sam głos wokalistki, czy elektroniczne dźwięki. A i tekst do mnie trafia.




13. Evalyn - A Pill to Crush
Ponownie coś z playlist stworzony przy promocji "Not Okay". Ten utwór ma fajny klimat. Motyw przewodni to chyba gitara i ona mocno zostaje w głowie, trochę taka hipnotyzująca.




14. Cailin Russo - Declaration
Ostatni z "Not Okay" i ten utwór już był w filmie. Też ma taki swój klimat, który mi się podoba. Nastrój tego utworu kojarzy mi się z  "miałem cholernie zły dzień, i jeszcze pada deszcz, kiedy wracam pieszo do domu".




15. Panic! At The Disco - Say It Louder
Panic! At The Disco wypuścili nowy album, który jest całkiem okay, ale jednak tylko parę utworów ze mną zostało. No reszta nie mój vibe, nie dla mnie. Nie brzmi on źle, ale nie dla mnie. I ten poniżej to ten z tych nielicznych, które mi się spodobały. Fajnie się zaczyna, podoba mi się gitara, a przy refrenie jest fajny instrumental i chórki. Ogólnie, tak jak cały album, ten utwór ma trochę taki klimat przypominający muzykę Queen.



16. Imagine Dragons - Love of Mine
Taka perełka z okazji dziesięciolecia "Night Visions", debiutanckiego albumu zespołu. Gdy pierwszy raz go usłyszałam, to się poczułam, jakby przeniesiono mnie do przeszłości, do momentu gdy poznawałam zespół, słuchałam ich pierwszych EPek i właśnie "Night Visions". "Love of Mine" to dosłownie wyciągnięte z tamtych czasów demo i czuć ten klimat początkującego zespołu.




17. 3FORCE - Shape Shifter
Nie pamiętam skąd to mam. Wydaje mi się, że mogłam znowu wpaść do DrDisrespecta na stream, ale ostatnio jakoś często go nie oglądam i mam wątpliwości. W każdym razie słuchając tego cat jam sam się robi i w dodatku czujesz się, jakbyś trafił do innego świata, albo był bohaterem jakiegoś filmu. Mi przy tym utworze wyobraźnia pracuje.




18. DJ Ten - The Inner Voice ft. Trevor Something
Usłyszane na streamie u Putrefy, znanego również jako Kiszak. Dźwięki, zrobione chyba na jakiś klawiszach, i w ogóle wszystkie tutejsze klawisze tak mi zostały w głowie, że przewijałam streama, żeby sprawdzić co to za utwór. Ponownie cat jam włącza się u mnie sam. I wersja instrumentalna też świetna.




19. K.Flay - High Enough
Oglądałam jakiś filmik na YouTube, typu montaż z serialu właśnie z tym utworem. Chyba to był filmik z "Euphorii", ale pewna nie jestem. Lubię tutejszą gitarę, głos i sposób śpiewania wokalistki. Dźwięki i tekst do mnie trafiają. Nastrój tego utworu jest charakterystyczny, w sumie, jak głos wokalistki.




20. Placebo - Happy Birthday In The Sky
Usłyszałam to w radiu i od razu przyciągnął mnie ten utwór. To jak został skomponowany, te gitary, ten wokal, wszystko po prostu płynie i ja razem z tymi dźwiękami. Co ciekawe usłyszałam go mając, obniżony nastrój, że tak to ujmę. Nie wiem jak to się dzieje, ale często w takich momentach trafiam na smutne piosenki.



czwartek, 23 lutego 2023

Moje pierwsze zamówienie na rysunek. | Portret w kolorze.

Tym rysunkiem cofamy się do roku 2021.

Pewnego razu, na jakimś rodzinnym spotkaniu, ciotka spytała mnie, czy narysuję dla niej rysunek, który ma być prezentem. Na co jej odpowiedziałam, że mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję (taka jest moja pewność siebie w tym co robię). Małym haczykiem było to, że miałam to zrobić kredkami. Na koncie miałam tylko te dwa portrety, które są poniżej. 


No moje doświadczenie z kredkami nie jest długie, a szczególnie z portretami. Do tej pory byłam bardziej ołówkowcem. Ale przyjęłam wyzwanie. Szczególnie, że ciotce bardzo zależało na portrecie w kolorze, a jej jak na czymś zależy, to łatwo nie odpuści. Ona jest typem człowieka, że jak czegoś chce, to do tego dąży. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej trochę stresujące dla mnie. Dobrze, bo zrobiłam coś, czego bym przez długi czas nie zrobiła, czyli narysowałam coś kredkami, i to w dodatku portret. Natomiast stresujące, bo mało rysowałam kredkami, a dodatkowo miałam narysować osoby, które znam, czyli brata ciotecznego i jego dziewczynę. No delikatna presja była, żeby to jakoś wyszło. Mając z tyłu głowy, że mam narysować portret, znanych mi osób, kredkami, oraz to, żeby te osoby wyszły podobne do siebie, trzeba było od czegoś zacząć. 


Szkic
W ostatnim rysunkowym wpisie robienie szkiców było całkiem szybkie. To dla równowagi tutaj nie było. Musiałam umieścić dwie osoby, na jednej kartce. W teorii rysowałam już dwoje ludzi na jednej kartce, ale tamten rysunek wymaga poprawy, skończenia i był robiony ołówkiem. Pierwsze szkice były luźne. Trzeba mi było odpowiednio wykadrować portretowane osoby, dobrać odpowiednią wielkość ich głów oraz odpowiedni ich kąt no i jeszcze trzeba było pamiętać o perspektywie i ramce wokół. Pierwszy szkic powiedział, że głowy powinny być niżej. Drugi, że głowa dziewczyny jest za duża i pod złym kątem. A trzeci, że głowa dziewczyny znowu była za duża, więc nawet nie rysowałam chłopaka. 


Ogólnie chłopak nie był tak kłopotliwy, jak dziewczyna. On już na pierwszym szkicu delikatnie był podobny. Możliwe, że to dlatego, że jest na wprost, a dziewczyna jest bokiem i w dodatku na pierwszym planie. W rysowaniu chłopaka był też jeden haczyk, musiałam go wyjąć zza dziewczyny, bo na zdjęciu referencyjnym miał prawie połowę twarzy za głową dziewczyny, a ciotka chciała całą jego twarz. Dlatego musiałam do mojego zdjęcia referencyjnego poszukać dodatkowych zdjęć referencyjnych. Dobrze, że istnieje coś takiego jak Facebook. Jednak za tym kryło się coś jeszcze, z czym musiałam się zmierzyć... ze SŁABĄ JAKOŚCIĄ ZDJĘĆ.


Ileż ja musiałam się wpatrywać, nadwyrężać oczy, że aż jak teraz sobie o tym przypomniałam, to ból powrócił. Musiałam walczyć z pikselozą i z tym co działo się na kartce. Ile czasu musiałam poświęcić na męczenie oczu w te słabe zdjęcia, który mogłam poświęcić bardziej na rysowanie i jeszcze musiałam rzeźbić twarz chłopaka. Musiałam mu dorysować czoło, oko i krawędź twarzy, co mogło pójść nie tak?

[Tu zdjęcia mogą się powtarzać, bo robiłam i telefonem i aparatem, a idę po kolei z folderami]



Z każdym szkicem wchodziłam w coraz głębsze szczegóły. Choć byłam zaskoczona, że cokolwiek wychodzi i że mimo surowej wersji szkicu i braku szczegółów osoby były do siebie podobne. Na poniższym szkicu do ust dodałam im uśmiech, dziewczynie poprawiłam nos, a chłopakowi czoło. Oboje dostali wyłupiaste oczy, zarys włosów, czy ubrań. Potem ten szkic przekalkowałam.


Im dalej w las, tym więcej drzew. Z każdym szkicem zauważałam coraz więcej szczegółów do poprawy. Gdy wysyłałam zdjęcia z update'ami ciotce, która chciała być na bieżąco, to stwierdziła, że od pewnego momentu te szkice wyglądają tak samo. Natomiast ja poprawiłam dziewczynie oko, chłopakowi usta i obojgu linię włosów. Pozbyłam się też kresek konstrukcyjnych, kółek i innych takich, na których budowałam twarze. 


Kolejna kalka i kolejne poprawki. Ponownie jemu i jej poprawiłam oczy i usta. Mimo tych poprawek, no to to jeszcze nie koniec. Ogółem, to ja rozumiem moją ciotkę, co twierdziła, że wszystkie szkice wyglądają tak samo, no bo ja się zajmowałam naprawdę drobnymi rzeczami. Teraz, jak to piszę, to muszę porównywać zdjęcia tych szkiców, żeby pamięć odświeżyć i jakie zmiany zaszły. A w momencie rysowania to pamiętam, że ja widziałam te różnice w tych szkicach.


Pamiętam, że było mnóstwo poprawek. I jak z początku dziewczyna zajmowała mi czas przy szkicowaniu, to potem jak musiałam dorobić twarz chłopakowi, to też chwilę mi się zeszło. Musiałam męczyć się z czołem, bo albo szło za bardzo w kierunku prawego rogu kartki, albo linia była za prosta i jeszcze musiałam kalkulować co powinno być widać, a co nie zza tej głowy dziewczyny. Wyobraźnia musiała działać. Niektóre rzeczy nabrałyby kształtu przy nadaniu koloru, więc trzeba mi było zostawić niektóre rzeczy, żeby przy nich nie grzebać, bo poprawiając je bym sobie zaszkodziła. A poniższy szkic był ostatnim.



Kolor
Po tylu szkicach przyszedł czas na najważniejsze, i najtrudniejsze, czyli kolor. Wyjęłam swój nieużywany zestaw kredek Polycolor, 72 kolorów od KOH-I-NOOR, bo 24 kolory mogły nie wystarczyć. I zaczęłam rozkminiać jakie kolory, które do skóry, bo wiadomo skóra nie jest tylko beżowa, które kolory do włosów, bo włosy nie są w jednym odcieniu, miejscami jest mniej cienia, a miejscami więcej cienia, plus na zdjęciu referencyjnym ta para miała za sobą światło. Na małej karteczce obok robiłam sobie swatche i porównywałam kolory z referencją, który z nich będzie pasować najbardziej. Pierwsze na rozgrzewkę poło ucho. To ucho było właściwie eksperymentem, czy dobrze robię, tak jak było to w mojej głowie, czy moja wyobraźnia dobrze mi mówi, co mam robić. Potem wzięłam się za włosy. Nałożyłam kolory, starałam się wyblendować te odcienie i to miała być taka podkładka do dalszych poczynań, czyli do wyrysowania włosów, zrobić włosową teksturę. 


Po włosach wzięłam się za skórę. I przy niej to jakbym miała dwie lewe ręce. Nie wiedziałam od czego zacząć. Robiłam wszystko powoli i ostrożnie. Poza tym, że zdjęcie nie najlepszej jakości, no to trochę tam za dużo kredki nałożyłam, dużo też tam wycierałam gumką i poprawiałam, więc to też było eksperymentowanie.




Rezultat
No i, co tu dużo mówić, zajebałam się w robocie. Chciałam zdążyć na czas, nie spierdzielić niczego i tak się wciągnęłam w robotę, że o robieniu zdjęć to nawet nie myślałam. Okazało się, że całe rysowanie twarzy chłopaka, to był eksperyment i pod koniec jej robienia zaczynałam ogarniać jak robić, co robić, jak nakładać kolor, jak je mieszać i blendować. Niestety na jego twarzy jest trochę za dużo czerwonego i zdjęcie to jeszcze wybija, bo próbowałam trochę go zgasić białą kredką, albo tą w kolorze skóry. Dlaczego zdjęcia wybijają te złe rzeczy? U dziewczyny były trochę inne odcienie na twarzy, ale zmieniłam aby kredki, a dalej wiedziałam co robić. Z jej włosami też była zabawa. Z początku się gubiłam, gdy zaznaczałam sobie, gdzie jaki kolor powinien być. Mimo, że głównym celem było zaznaczyć te najciemniejsze miejsca, bo potem idzie już łatwiej. Tak jak robiłam to u chłopaka, najpierw zrobiłam kolor, a potem teksturę włosów. Na zdjęciu to tak średnio widać. W ogóle, to na żywo ten rysunek wygląda trochę lepiej, bo ta tekstura włosa jest widoczna, te warstwy kredek tak się nie wybijają i ten czerwony nie jest taki mocny. Już nie raz przekonałam się, że rysując można wszystko, na przykład wysunąć kogoś zza czyjejś głowy, więc wykorzystałam tę moc również przy kurtce i koszulce chłopaka. Przy kurtce nie narysowałam zamka, a przy koszulce wzorów, jakie na niej były. To była po pierwsze, oszczędność czasu, a po drugie, nie chciałoby mi się tego robić, więc oszczędność czasu mnie uratowała. Tam gdzie jest dużo czarnego, to pomogłam sobie markerem, bo kredka szybko by zeszła. Ale i marker postanowił się powoli wyczerpać i ratowałam się ciemno niebieską kredką, żeby pod odpowiednim kątem imitowało to niebo delikatnie oświetlone w nocy.


Portret wyszedł mi całkiem spoko, jak na moje małe konto portretów kredkami. Wiadomo, że są niedoskonałości i tak dalej, ale ja nie spodziewałam się w ogóle, że wyjdzie tak jak to wyszło. Po tym dłuższym czasie, gdy patrzę na ten rysunek, to para wyszła całkiem podobnie i teraz widzę bardziej to podobieństwo. Ja jestem krytyczna do wszystkiego co robię, więc się tym nie zachwycałam jakoś mocno. Zadowolona byłam, że całkiem całkiem wyszło, nie spierdzieliłam i że skończyłam na czas. Ale gdy pokazywałam, i w ogóle oddawałam go ciotce, to ona tak podziwiała, tak wzdychała, tak się wpatrywała i nawet porównywała ze zdjęciem. Przy tym siostra cioteczna była i też jej się podobało. Za niedługo dostałam wiadomość, że ten dla którego był ten rysunek jako prezent, jak i jego brat, to chłop w szoku był. Fajnie było to uczucie, jak ktoś widzi coś w tej twojej robocie. I tak zakończyłam 2021 rok. 




wtorek, 21 lutego 2023

"Teen Wolf: The Movie" | Laurka dla fanów serialu.

Pięć lat temu włączyłam sobie serial, "Teen Wolf", żeby leciało coś w tle. I tak niechcący znalazłam swój ulubiony serial.

Ale o serialu kiedy indziej, kiedyś na pewno pojawi się elaborat tutaj na ten temat, który będzie powstawał tak długo, jak wpis o książkach Jamesa Dashnera.

Znam się z serialem te pięć lat, nawet nie wiem kiedy to zleciało, ale wiem, że są osoby znające go o wiele dłużej, na przykład od jego początku (no logiczne, serial miał swoją premierę w 2011 roku), więc można powiedzieć, że jestem takim świeższym fanem. Jednak wystarczył ten jeden, pierwszy raz, gdy obejrzałam go, aby wsiąknąć w jego świat, w jego treści. Serial skończył się na szóstym sezonie ze stoma odcinkami. Jakiś czas temu, pod koniec 2020 roku fani zrobili akcję, żeby serial powrócił i na przykład pisali komentarze pod postami na profilach na portalach społecznościowych, żeby "bring teen wolf back", co z resztą mi się średnio podobało, o czym też pisałam. No i prawie rok później został ogłoszony film. Czy ta akcja fanów pomogła w tym? Nie wiem, ale wystarczyło to ogłoszenie, by zawrzało. Za niedługo ponownie zawrzało, gdy okazała się, że filmie nie będzie brał udziału, między innymi, odtwórca jednej z ważniejszych ról, Dylan O'Brien, wcielający się w Stilesa. Ludzie byli z tego powodu oburzeni. Mi też się to z początku nie podobało (już prawie pisałam wpis, jaka ja oburzona), ale jak ta informacja usiadła w głowie, to doszłam do wniosku, że w sumie to jest wytłumaczalne, jest to do zrozumienia, bo postać Stilesa miała skończony wątek w serialu tak, że można go zostawić w spokoju. No smutno, ale cóż. O'Brien w wywiadach podczas promocji któregoś z filmu, w którym grał, powiedział, że propozycja przyszła niespodziewanie i że prace nad tym filmem kolidowały z jego kalendarzem. To też jest zrozumiałe, bo właściwie, ten film wyszedł tak spontanicznie i teoretycznie każdy z aktorów mógł mieć zajęty grafik. Potem były jakieś afery wśród fanów, czasem walczyli nawet między sobą i to o nic, ale ja tylko spojrzałam może kątem oka i się dalej nie zagłębiałam, bo czasem to były takie pierdoły, że szkoda czasu było marnować. 

Ja tym filmem się trochę stresowałam, bo tak samo, jak mogło wyjść coś fajnego, to tak samo mogła wyjść kompletna klapa. A po szóstym sezonie, a dokładniej po jego drugiej części, to miałam obawy, bo mi się nie podobała, no niestety ten fragment serialu nie przypadł mi. No, poza ostatnim odcinkiem. Bałam się, że film zrobią na siłę, że zrobią cokolwiek, by ci fani co tak krzyczeli coś mieli i się odczepili, no i ogólnie, że zrobią jakieś gówno i zniszczą renomę serialu. Sobie pomyślałam "kurwa, jak oni mi zrobią coś takiego, jak druga połowa szóstego sezonu, albo nawet coś gorszego, to będę zawiedziona". Gdy nadchodziła premiera filmu, zaczęły pojawiać się materiały promocyjne, dzięki którym hype sam rósł, co mi się nie podobało, bo te materiały na mnie działały, tego hype'u trochę łapałam, czego nie chciałam, no bo miałam te swoje przeczucia co do filmu, i w razie czego, nie chciałam się bardzo rozczarować. W dzień premiery miałam takiego stresa przed oglądaniowego. Zaczęły się pojawiać dobre opinie, co się nawet zdziwiłam. Postanowiłam jednak poczekać, żeby chociaż ten stres przed oglądaniowy mi minął. Poczekałam dwa dni, żeby emocje opadły i w sobotni wieczór sobie "Teen Wolf: The Movie" obejrzałam.



Po wciśnięciu przycisku play, i gdy zaczęły pojawiać się pierwsze ujęcia, to złapała mnie taka ekscytacja, zmieszana z ciekawością, co zobaczę. Początkowe sceny przedstawiały bohaterów, a właściwie przypominały widzowi, bo większość fani znali. Bardzo fajnie było zobaczyć postacie po latach, co one robią, jako dorośli ludzi, czy w jakim miejscu były te starsze postacie, co nie były nastolatkami. Również fajnie było poznać dwie nowe postacie, choć może to za dużo powiedziane, syna Dereka, Eli'ego, oraz kitsune Hikari. Pokazany też został zalążek problemu, który będzie w filmie.

Scott MaCall zaczyna mieć zwidy i widzi swoją pierwszą miłość, Allison, która nie żyje. Przychodzi do niego jej ojciec, Chris Argent i opowiada czego doświadczył w ostatnim czasie. Obaj wymieniają się informacjami, łączą fakty i postanawiają sprawdzić pewne dziwne okoliczności. Ich kierunek to Beacon Hills. Tam Scott udaje się w miejsce, gdzie Allison zginęła. Zjawia się też Lydia, na jego prośbę, by mu pomóc. Potem to, czego się dowiedzieli, wskazuje na to, że muszą odnaleźć Nemeton. W tym pomaga im Malia i, niechcący, Eli. Po jego odnalezieniu dzieją się supernaturalne rzeczy, po których pojawiła się Allison. Ku zdziwieniu, jej powrót został całkiem sensownie wytłumaczony. Nie będę tu nic zdradzać co i jak, bo i tak wszystko działo się szybko, a fajnie się oglądało, jak oni do wszystkiego dochodzili. Bałam się, że Allison weźmie się znikąd, ni z gruchy, ni z pietruchy i ogólnie twórcy wymyślą jakieś niestworzone rzeczy, żeby aby ta postać powróciła. Więc jeden z niepokoi mogłam pożegnać. 

Allison wróciła, wszyscy w szoku, ale ona nic nie pamięta. Natomiast kojarzy, że poluje na wilkołaki i właśnie jednego z nich, Dereka Hale'a, chce zabić. Ten, kto oglądał serial, to wie do którego sezonu jest to nawiązanie, oraz w jakim miejscu była ta postać. Plus, była ona kuszona przez starego znajomego z trzeciego sezonu, czyli Nogitsune. Scott i Malia lecą na pomoc Hale'owi, i to samo zrobił Liam ze swoją dziewczyną Hikari. W międzyczasie policja sprawdza kolejne podpalenie, z serii podpaleń i pojawiają się Oni. 



Lydia, Jackson, Liam i Hikari sprawdzają ciało zamordowanego policjanta na komendzie, a w trakcie rozmyślania dochodzą do wniosku, że wszystko co się dzieje (Allison, podpalenia, ten martwy policjant...) jest ze sobą połączone. Scott ratuje syna Dereka przed Allison, bo Eli mimo, że jest wilkołakiem, to mu nie działa szybkie wracanie do zdrowia, a ma uszkodzoną nogę. Jak już McCall pomógł chłopakowi, to go wygania do domu, a sam bierze na siebie Allison, bo chce spróbować do niej dotrzeć, by ta sobie przypominała, właściwie całe życie.

No i tak, Scott i Allison sobie rozmawiają, jego mama Melissa, jej tata Chris, czy Peter Hale próbują pomóc, Lydia razem z Jacksonem i Malią prowadzą śledztwo, a Nogitsune i Oni sobie grasuję i polują. Wkrótce sprawy się wyjaśniają, Allison się polepsza, wszyscy stają do walki i zły zostaje załatwiony, co wymagało poświęcenia.



Fabuła była prosta. Z początku mi to przeszkadzało, ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że jakby wymyśleli coś głupiego, bez sensu, to w sumie dobrze, że nie jest jakaś wymyślna. Z uwagi na referencję z serialu, to fani będą dokładnie wiedzieć o co chodzi. Wiele razy odczuwałam, że wiedza z serialu się przydaje. Swoją drogą, poza supernaturalną wiedzą, jest wiele smaczków z serialu, co dla mnie, fana, było fajnym akcentem i w zależności co to było, to w głowie miałam "o, to było w tym, czy tamtym odcinku" i sobie przypominałam okoliczności. Był też aspekt zagadki, nad którą główkowała między innymi Lydia. Nie było to coś obszernego, skomplikowanego, niesamowitego, było to raczej małe odniesienie, że w serialu też bawili się w detektywów (tylko trochę lepiej 😛). W ogóle w wątku Lydii znalazło się miejsce, by wspomnieć o Stilesie, z racji tego, że koniec pierwszej połowy szóstego sezonu sugeruje, że te dwie postacie są razem. Sugeruje, bo tak naprawdę ten związek nie był pokazany. Ja się ucieszyłam, że Stiles został wspomniany, chociaż taka cząstka tej postaci była w filmie.

Przez cały film przewijało się mnóstwo postaci, powiedziałabym, że za dużo. Jedynie dobrze, że każda z nich miała swoje miejsce i właściwie większość była drugoplanowa. Choć szkoda, że niektóre postacie nie miały trochę większej roli, jak na przykład Liam, jako że jest betą Scotta (wiadomo, kto oglądał serial, wie o co chodzi), mógł częściej pojawić się na ekranie. Albo Hikari, która jest nową postacią i wiemy tylko to, że jest kitsune oraz dziewczyną Liama. Trochę mam wrażenie, że ona została wprowadzona do filmu tylko po to, bo fabuła tego potrzebowała, a konkretnie wątek antagonisty. Szczególnie, że drugiej nowej postaci, jaką jest Eli, poświęcono więcej czasu i można było go poznać jako tako. W ogóle co do ilości tych postaci, to również mam wrażenie, że niektóre są, bo są, bo były w serialu i fani upominaliby się o tego, czy o tamtego. Film skupił się na postaci Scotta, Allison i Lydii, czyli od tych, od których się zaczęło w serialu, więc tyle dobrze.

Ale jak już jest tyle postaci, to fajnie było je zobaczyć po latach. I do tego jak swobodnie mogą sobie przekląć na przykład. Dobrze też, że pokazali chociaż cząstkę zmartwień wewnętrznych niektórych postaci. Malia nadal ma problem z odczytywaniem swoich uczuć i emocji, Scott jest trochę samotny, a Eli ma problem ze swoją wilkołaczą stroną i relacjami z ojcem. Pod względem zmiany w postaciach, które były w serialu nastolatkami, a w filmie są dorosłymi, no to bardzo nie ma, po prostu są swoimi starszymi wersjami. Choć bardzo mi się spodobały postacie Scotta i Allison w wersji filmowej, że tak to ujmę. Pod koniec serialu Scott czasem mi się nie podobał, a Allison momentami mnie irytowała. No a w filmie tego nie odczuwałam, na szczęście. No i Allison wiadomo, musiała być trochę inaczej zagrana, bo ona nic nie pamięta, za uchem ma Nogitsune, a jak coś jej świta lub sobie coś przypominam to ma mętlik w głowie. Natomiast Scott czy został tak zagrany, czy został tak napisany, czy jedno i drugie, to bardzo przypadło mi do gustu. To trochę mieszanka Scotta z początków serialu, paru cech pozbieranych z różnych momentów serialu i z dorosłymi cechami w filmie.


Podoba mi się, jak ten film został nakręcony, dobrze mi się na niego patrzyło wizualnie. Niektóre sceny zostały dobrze zrealizowane. I fajnie było też zobaczyć świecące się oczy w lepszej jakości. Oczywiście było też trochę słabego CGI, czy małe pomyłki w ujęciach jednej sceny, ale to i tak na tak dość krótki czas kręcenia, jakieś dwa miesiące, i pewnie budżet nie był jakiś wysoki, to całkiem nieźle się postarali. Przed obejrzeniem bałam się, że zrobią coś w stylu efektów wyciągniętych z 2011 roku. Ogółem w moim czarnym scenariuszu stawiałam na to, że zrobią ten film na odwal się i ujęcia będą byle jakie, ale jednak się tak nie stało. Podobnie było z charakteryzacją. W serialu zdarzały się różne kwiatki, że jak jakaś postać była w swojej charakteryzacji, no to zdarzało się mi parsknąć śmiechem na niektórych. W filmie charakteryzacja była całkiem dobra. Nie pokazali też tego na czym mogliby polegnąć, czyli jak te wilkołaki zmieniają się w wilkołaki, chociaż to bardziej w temacie CGI. Nogitsune dobrze wyglądał, Oni też nie najgorzej, choć w ich przypadku najlepiej wyglądali w ciemnej scenerii, bo w jasnych to trochę było widać plastikowość niektórych elementów.

Moje przewidywania co do tego filmu były pół na pół, jednakże miałam trochę więcej tych negatywnych myśli. Różnie to bywa w robieniu na nowo filmów, które już są, robieniu kolejnej części do serii filmów, która istnieje i miała być zakończona, i tak dalej i tak dalej. Na szczęście twórcy nie poszli w tą złą stronę. Robiąc ten film byli ostrożni, nie zrobili jakiejś wymagającej fabuły, tylko wzięli właściwie to co mieli i wykorzystali to na nowo w inny sposób. Dlatego historia nie jest jakaś porywająca, wymagająca i jakaś niesamowita, ale dla fanów (na przykład mi) ona będzie wystarczać, bo dodatkowo ma tą otoczkę z serialu, wspomnień i nostalgii. Twórcy próbowali zrobić trochę straszny klimat, albo dodać dramaturgii, tak jak było w serialu, ale na mnie to nie działało. Ja trochę jestem grupo skórna na emocje, musi być coś naprawdę mocnego. Pomimo to, muszę przyznać, że czasem udało im się zbudować napięcie, szczególnie w pewnej scenie, gdzie Allison polowała na Dereka. Nogitsune i Oni (kurde, po angielsku to o wiele lepiej brzmi) nie straszni, jak w serialu, ale przynajmniej budowali wokół nich klimat. Ogólnie wszystko działo się bardzo szybko, wiadomo, że serial ma na wszystko więcej czasu, no a w filmie to czas jest ograniczony. Jeszcze jakby robili na nowo jakąś historię i nie byłoby tyle postaci, to też inaczej by praca wyglądała. Film ma dużo odniesień do serialu i jak sama nazwa wskazuje oraz jakie było założenie jego powstania, jest on przeznaczony dla jego fanów. Do nowo/starej historii wzięli Nogitsune, dark spirit z trzeciego sezonu. I lepiej nie mogli zwrócić mojej uwagi, gdy do sieci wleciał pierwszy teaser, bo trzeci sezon jest moim ulubionym. Do mojej siostry i kumpeli, które są w temacie serialu, powiedziałam w żartach, że widać, który sezon najlepszy, gdy wszystkie byłyśmy zaznajomione z tym teaserem.


Reżyser pozbierał bardzo dużo postaci, jak pokemony, i wsadził do filmu. Owszem, było ich za dużo, ale jak już były, no to fajnie było ich zobaczyć w wersji "po latach". Wiadomo, że człowiek cieszył się najbardziej z ponownego ujrzenia Scotta, Lydii i Allison, bo oni to wszystko zaczęli. Dobrze też, że głównie na nich się skupiono, a reszta postaci była w tym filmie symbolicznie. Bo jakby pozaczynali jakieś wątki, czy cokolwiek, to mogliby się pogubić, albo po drodze coś spartaczyć i wtedy moja prognoza by się spełniła. Mały smuteczek był, bo z wielkiej czwórki nie było Stilesa, no ale cóż, Dylana przynajmniej można zobaczyć w innych produkcjach i coś tam jeszcze kręci. 

Mimo niedoskonałości podobał mi się ten film. Sam fakt, że nie zburzyli tego, co serial zbudował, to już jest coś. Może historia dużo emocji nie dała, ale ta cała otoczka wokół niego już tak. Powiedziałabym, że jest to lużny film, taka laurka dla fanów. Jednakże jest też szansa, ze komuś się nie spodoba, nawet największemu fanowi serialu. Ja ten film potraktowałam lekko, w sensie, że jest to lekki film na wieczór. Obsada w wywiadach była pozytywnie nastawiona, gdyby miało powstać coś jeszcze w świecie Teen Wolfa. Gdyby miał powstać samodzielny film, nie oparty na serialu, byłabym za tym. Tylko musieliby nad nową nazwą pomyśleć, bo teen wolf już nie jest teen 😛.