poniedziałek, 5 lutego 2024

Pierwszy i ostatni rysunek w 2023 roku.

W zeszłym roku miałam wielkie plany wykonania co najmniej dwa rysunki. A że w szkicowniku dawno mnie nie było, to zrobiłam w nim rysuneczek zaznaczający 2023 rok, po nim miały być te dwa rysunki. Narysowałam jeden i kończyłam go w Sylwestra... Więcej nic nie planuje. 

Cóż, czasem tak bywa. W każdym razie no chociaż ten jeden wykonałam. Inspiracja do niego pojawiła się w 2022 roku na Instagramie. Jest to zdjęcie Maggothy, streamerki z Twitcha. Ma ona również podcast kryminalny. Bardzo podoba mi się jej styl, jest to goth dziewczyna, więc jej kolor to czarny, a ja lubię czarny, więc wszystko się zgadza. Lubię też styl zdjęć, jakie publikuje, co są stylizowane na czarno białe. Bardzo podoba mi się jej estetyka. Gdy pojawiło się poniższe zdjęcie, to od razu przyszło mi na myśl, że jest świetne do zrobienia jakiegoś rysunku.

Jak zwykle nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od ćwiczenia. Pewnie gdybym rysowała częściej, to bym nie musiała robić ćwiczeń, a tak to muszę chronić się przed strachem przed pustą kartką. Do tego mam taką niepewność, czy w ogóle dam radę coś narysować. Pierwszym takim szkiecem ćwiczeniowym, to coś co już kiedyś rysowałam, czyli portret trochę z boku. Referencje do tego znalazłam na Pintereście, i tam to było tak pomnożone, że ja nie ogarniam kto stoi za oryginałem, z resztą ja nie do końcam ogarniam Pinteresta więc... Też go tu podżucę, a potem moje krok po kroku. Niby ja to rysowałam, chyba ze dw czy trzy razy, ale mimo to, zawsze coś tam nowyego wyłapie. Przy tym najnowszym zauważyłam, że mimo już je rysowałam, to otworzyła mi się jakaś mała dodatkowa szufladka i z nowym podejściem na to patrzyłam. Może to przez to, że rysowałam odbicie lustrzane, nie wiem, ale fajne uczucie, że wie się więcej, nawet jeżeli jest to drobnostka. 










Drugi szkic dla ćwiczenia, to głowa skierowana do dołu. Wiedziałam, że rysując swój rysunek, nie będzie ta głowa aż tak schylona, ale to było bardziej dla mojej głowy, żeby wyobraźnia trochę potrenowała i by było mi łatwiej przy tworzeniu. Pomoc naukową znalazłam na kanale YouTube, Bradwynn Jones, i wideo też podrzucę gdzieś tam poniżej. Robotę zaczęłam od narysowania koła, które podzieliłam na trzy części, według tego jak podpowiadają części twarzy, że tak to ujmę. Pierwsza wyznacza czoło, druga umiejscowienie brwi, a trzecia nosa. Dorysowałam czwartą kreskę pod tymi trzema, w takiej samej odległości, jak tamte były od siebie i ta będzie wyznaczać miejsce brody.



Między drugą a trzecią linią, czyli po środku, rysowałam kanciasty nos. Zawsze rysując mam ten problem, żeby najpierw narysować kanciasty zarys nosa, czy oczu, ust i uszu. Ja od razu chce wszystko rysować tak jak jest na zdjęciu. A jak rysowałam inne takie ćwiczeniowe rysunki krok po kroku i najpierw rysowałam wszystko kanciaste, to zauważyłam, że potem lepiej mi było narysować taki nos. Trza mi nas tym popracować chyba.


Po jednej stronie są linie, a po drugiej stronie narysowałam koło, które jest bokiem głowy. Drugą linię ukształtowałam jakoby to była brew, to też zaznacza kant twarzy. A koło podzieliłam krzyżykiem, którego linie są odzwierciedleniem tego jak głowa jest ustawiona. Chyba ta pozioma najbardziej pokazuje nachylenie głowy. 



Na podstawie tego co miałam na kartce, narysowałam żuchwę. Jej linia po prawej stronie kartki zaczyna się od tej drugiej linii co dzieliła koło, i kończy na tej ostatniej. Druga linia żuchwy również zaczyna się na poziomie drugiej linii na kole, ale bardziej konkretnie od poziomej kreski tego krzyżyka w kole. Idzie w dół ku końcowi tego koła, tak w kąt z tą pionową kreską, a za tą trzecią linią, która jest też końcem koła narysowanego na początku, linia żuchwy się zagina i leci do brody.


Na tym co już miałam zaczęłam budować twarz. Pod nosem narysowałam łuk kupidyna. Pod spodem przy tej samej linii pionowej przedzielająca dwie połówki twarzy narysowałam kreseczkę szyi, no z racji perspektywy w jakiej była no i zarys koszulki. Na tej drugiej linii, co przedzielała koło, narysowałam brwi, a pod nimi oczy. I powieki nie są zamknięte, tylko tak głowa jest pochylona, to też rozjaśniło mi rysowanie twarzy z takiej perspektywy. No i zarys włosów też się pojawił.


W kanciasty zarys żuchwy wpisałam żuchwę, narysowałam również usta, czy policzek. Niektóre zbędne kreski wytarłam, w jednej części tego podzielonego krzyżykiem kółka narysowałam ucho. Tam było wyznaczone miejsce dla niego. Trochę poprawiłam też zarys koszulki/bluzki, niby to tylko szkic, ale mnie to gryzie takie coś i musiałam poprawić, plus poprawić nie zaszkodzi.



Znowu parę kresek wytarłam i narysowałam linie włosów przy czole, no i potem jakiś zarys włosów. A na końcu wszystkie techniczne kreski, które były już nie potrzebne, zostały wytarte i została twarz.




How to Draw Faces Looking Down || Loomis Method Monday Ep 3



No i w końcu przyszedł czas na pierwszy szkic ku mojemu rysunkowi. Te pierwsze szkice są jak zwykle brzydkie. Ale trzeba od czegoś zacząć i przy pierwszym szkicu moja głowa próbowała przelać wszystko co wie w połączeniu ze zdjęciem referencyjnym na kartkę. Widziałam, że idzie to w złą stronę więc nawet nie kontynuowałam.


Na drugim brzydkim szkicu pojawiła się cała twarz, wprawdzie wszystko jest krzywe, nieproporcjonalne i niepoprawne. Nie ma o czym mówić przy tym 😆.


Wszystko wyżej to początek czerwca, a do rysowania wróciłam... w październiku. Kolejny szkic to już coś więcej. Więcej szkicu, więcej kresek, więcej krzywości i więcej brzydoty. Mimo, iż ten szkic również jest mocno niepoprawny, to luźno zahacza o zarys tego co chciałam narysować. Wspomniałam wcześniej, że zamiast na początku rysować wszystko uproszczone, kanciaste, to ja od razu chce rysować tak jak jest na zdjęciu, i wychodzi to tak, jak te oczy na poniższym szkicu. Mimo wszystko, to było już coś nad czym można było pracować.


Stwierdziłam, że będę pracować na tym poprzednim szkicu i zobaczę co z tego wyjdzie. Przekalkowałam go i zaczęłam jako tako poprawiać... wszystko. Mimo, iż to nie wyglądało, widziałam w tym nutkę potencjału. Nadal to wszystko jest niekształtne i niepoprawne. To jest etap trust the process. 


Znowu miałam przerwę od tego i wróciłam z początku listopada. Ten poprzedni szkic też przekalkowałam i tak samo starałam się poprawić. Można powiedzieć, że do tej pory to było rysowane od nowa z tym, że miało się trochę taką podpowiedź i wiedziało się mniej więcej czego nie robić. Ja też każdemu szkicowi robiłam zdjęcie, głównie telefonem, bo łatwo mi było szybko przerzucić na Dysk Google i porównać z referencją na monitorze komputera. Na bieżąco wyświetlałam szkice i referencje koło siebie i patrzeć to na jedno, to na drugie, co trzeba poprawić, w którą stronę iść, a w którą nie. I ku mojemu niespodziewaniu, wyszło to poniżej. Zdjęcie zaraz po wykonaniu i zdjęcie lepszej jakości zrobione później.



Po poprzednim szkicu przyszło mi do głowy, że jednak coś niecoś potrafię. Chwilę to trwało, ale doszłam powoli do celu. Choć w sumie nie do końca, bo mając już ten zarys twarzy, najbliższy do zdjęcia referencyjnego trzeba było popracować nad szczegółami. Pierwsze co trzeba było poprawić, to policzek po prawej stronie kartki, ten bardziej schowany. Musiałam go schować jeszcze bardziej. Wydawało mi się to ważnym aspektem, bo od tego zależały włosy, oko, czy usta. Co też z resztą poprawiałam. Skoro zmieniłam lekko policzek, to i włosy delikatnie trzeba było zmienić. Usta trzeba było powiększyć. Odrobinę poprawiłam nos, choć to nie koniec z nim. Ucho też trzeba mi było powiększyć. Drobne zmiany zrobiłam z brodą, włosami pod nią na szyi, czy naszyjnikiem, Pozostałymi rzeczami bardzo się nie zajmowałam, bo uznałam, że są w miarę okay, a nad tą twarzą jednak trzeba było trochę posiedzieć. Zdjęcia to ponownie jedno zaraz po skończeniu, a drugie takie trochę lepsze. 



Kolejna kartka, kolejna kalka i kolejne poprawki. Ponownie małe poprawki oczu, brwi, ust, nosa, czy ucha. Próbowałam ulepszyć włosy oraz brodę. Poświęciłam też chwilę nad naszyjnikami. Przy ustach nie wiem dokładnie w którym momencie, próbowałam je narysować tak, jak są naturalnie, no bo one są obrysowane pomadką, ale w pewnym momencie stuknęłam się w głowę narysowałam je tak, jak są obrysowane, bo przecież miał być to prosty rysunek. Z dokładnym rysowaniem ust będę męczyć się przy portretach. Pierwsze zdjęcie zrobiłam, bo myślałam, że już nic nie będę robić. Jednak potem jeszcze dłubałam i widać to na tym lepszym zdjęciu.



Ostatni szkic. Poprawki dotyczyły tych samych rzeczy. Starałam się, aby linie były w miarę cienkie, były pojedyncze, żeby było jak najczyściej na kartce. Zajęłam się na koniec naszyjnikiem, czy włosami koło szyi, bo tam drobne poprawki trzeba było zastosować. A i ucho ulepszyłam. Po przyglądaniu się na ten szkic i zdjęcie referencyjne, stwierdziłam, że nic więcej nie zdziałam i zostawiłam to tak.


Ostatni szkic przekalkowałam do miejsca docelowego, czyli do szkicownika. Nie poprawiałam już tego ołówkiem, tylko od razu jechałam cienkopisami po tych kalkowych liniach.


Robotę cienkopisem zaczęłam od obrysowania wszystkiego. Wybrałam najcieniej piszący cienkopis i obrysowałam kontury, narysowałam brwi oraz włosy przy przedziałku, wypełniłam te cienkie elementy, jak rzemyk, czy eyeliner. Zaczynając nie wiedziałam co i jak zrobię z niektórymi rzeczami, więc takie obrysowanie na początek było w sam raz. 


Chciałam, żeby ten rysunek był prosty, ale też chciałam, żeby były takie elementy, jak odbicie światła. I nie wiedziałam, czy zostawię po prostu białą plamę, albo zamarzę całość i zrobię refleksy czymś białym, albo pójdę w to, co efekty widać na rysunku i zobaczę co się stanie, w razie co miałam to zamalować kompletnie czarnym i wykorzystać tą opcję, że zrobię refleksy czymś białym. Jak widać wyszło całkiem spoko, co mnie cieszy, bo widać strukturę cienkopisa i nie jest to takie płaskie, jak niektóre efekty grafiki komputerowej. Jeden z naszyjników, ten czarny pasek, nie wiedziałam co z nim zrobić, nie chciałam, żeby był cały czarny, chciałam żeby coś tam w sobie miał, a nie, był czarna plamą. I znowu złapałam się na ty, że myślałam nad tym rysunkiem realistycznie. Ponownie stuknęłam się w głowę, że nie muszę robić tutaj niczego dokładnie jak jest na zdjęciu, że miało być prosto i że mogę sobie zrobić co chcę, więc zrobiłam tak, by było widać szwy. A ten wisiorek chciałam zrobić tak jakby 3D, w sensie na zdjęciu widać jego grubość, więc zrobiłam takie pogrubione linie pod spodem, odpowiednio pod jakim kątem ten wisiorek był. Jak się popatrzy na referencje, to wiadomo o co chodzi. Cienie twarzy, czy cienie do powiek zrobiłam ołówkiem, oczy też. No i usta... Nie podoba mi się, jak to zrobiłam. Wyglądają, jakby dolna warga była większa od górnej, a jest odwrotnie. Próbowałam różnych rozwiązań na tych ustach, ale nic nie wyglądało dobrze i narobiłam tylko warstw, że kartka już nic nie chciała przyjmować. Zrobiłam jak zrobiłam i tak zostawiłam. Po czasie mnie olśniło, że gdybym zrobiła odwrotnie, to by o wiele lepiej to wyglądało, gdyby ten biały był przy granicy warg, ale na górnej. Ja mam tak, że jak kończę rysunek, to już po czasie w nim nic nie robię. Jak uznałam, że koniec, rysunek skończony, to już nic nie poprawiam. Też po czasie zobaczyłam kilka rzeczy, co mogłabym poprawić. Ważne, że je zobaczyłam. 


Czy twarz, którą narysowałam, jest podobna do referencji? Nie wiem, ja to rysowałam i jakieś podobieństwo widzę, choć to nie jest jednoznaczne. Rysując z tego zdjęcia referencyjnego właściwie nie zależało mi na podobieństwie, po prostu podobało mi się zdjęcie, jego klimat i jak nie będzie podobieństwa, to będzie po prostu jakaś dziewczyna. Podeszłam do tego tak, że lekko powątpiewałam iż będzie jakiekolwiek podobieństwo, ale gdyby wyszło, to bym się nie obraziła.


Narysowanie tego rysunku tknęło we mnie coś takiego, że uświadomiłam sobie, iż kiedyś rysowałam więcej. Niby to rysowanie jest koło mnie, ale rysuje w bardzo dużych odstępach czasu. I trochę zatęskniłam za większą częstotliwością rysowania. Potem miałam tyle różnych rozkmin, przeróżnych i przy nich wpadł mi pomysł na rysunki. Jest w kolejce jeszcze jeden, ten drugi, do szkicownika co planowałam w zeszłym roku, więc najpierw trzeba będzie się nim zająć. Będę musiała się zebrać. Zmobilizowałam się do robienia ćwiczeń jak na WFie i wytrzymałam trzy tygodnie, to może i z rysowaniem uda mi się to damo uczynić 😅. 





Na koniec ciekawostka, co stało się z ostatnim szkicem. Otóż wykożystałam go do sprawdzania przyborów, co jak zrobić, co robić, a czego nie robić, tak żeby nic nie spartolić w rysunku. To by było na tyle.

Adieu.



środa, 17 stycznia 2024

Zbiorczo 7.

1. Zapowiedź filmu "Code 8 part II"
Film "Code 8" miał premierę w 2019 roku. Ja się o nim dowiedziałam poprzez aktora, Stephena Amella, którego znam z serialu "Arrow". "Code 8" mnie zainteresował, a po obejrzeniu spodobał. Pamiętam, że nie był idealny, ale koncepcja była dla mnie interesująca, to było coś nowego. Pomysł ze światem, gdzie ludzie z supermocami są prześladowani mi się spodobał. Może to prześladowanie, ludzie z supermocami, motywy głównego bohatera nie były jakieś bardzo oryginalne, ale podejście do tego, jak to zostało zrobione w tym filmie było kompletnie świeże w porównaniu to tego co w filmach i serialach z postaciami mające supermoce widziałam. Dużo o "Code 8" nie wiedziałam, ale wyglądał mi na film zrobiony "po fanowsku", w przenośni mówiąc. W sensie żadna duża firma tego nie robiła, tylko ktoś zrobił film ze swojej kieszeni. Dopiero po zapowiedzi drugiego filmu, gdzie była podpowiedź, sprawdziłam sobie i okazało się, że film ten został stworzony dzięki zbiórce pieniędzy. Patrząc na rezultat, pieniądze niewyrzucone w błoto, wystarczy popatrzeć na te policyjne roboty na przykład.

Zaskoczyłam się, gdy pewnego dnia pojawił się teaser do drugiego filmu. Ja jeszcze wtedy jakoś czasu nie miałam, nie przeglądałam internetu na bieżąco, a jak już to na szybko i byłam lekko zdezorientowana. Zainteresowałam się tym, mimo, że to nie była długa zapowiedź. Zwróciłam uwagę na to, że waśnie pierwszy film został stworzony dzięki fanom, a co mnie zaskoczyło, ten drugi zrealizował Netflix. Jestem ciekawa, jak to właśnie Netflix zrobił, czy tego nie spartoli, czy zrobi coś dobrego. Ciekawi mnie, jak zostanie rozwinięty ten świat, co się wydarzy, co będzie działo się z bohaterami.

Code 8 Part II | Official Teaser | Netflix


2. Tulia w soundtracku do "Cyberpunk 2077: Phantom Liberty"
Ja w gry nie gram, ja gry oglądam i streamy, albo zapisy z nich oglądam, jak kolejne odcinki serialu. Oczywiście gra musi mnie jakoś zaciekawić i "Cyberpunk" miał czym. Przy premierze nie obejrzałam do końca, no bo gra miała problemy, ale soundtrack był słuchany. Gdy w zeszłym roku wyszedł dodatek, "Phantom Liberty", temat ponownie zawrzał, u mnie i w internecie, więc było co oglądać. W trakcie pierwszego gameplay'u od razu moją uwagę przykuła muzyka, a im dalej w grze, tym coraz bardziej epicka. Świetnie oglądało się dodatek z tą muzyką, potem było mi mało i obejrzałam podstawę.

Soundtrack w podstawie był fenomenalny, w dodatku również, a jego motywem przewodnim były takie chórki, nazwałam je w przenośni cybernetyczne chórki. One zostawały mi w głowie i powodowały, że musiałam sobie włączyć dany utwór. Przez długi czas się tym zachwycałam, jakie to jest fenomenalne, jaki ma klimat, no mistrzostwo. Trochę czasu minęło, mi ta "faza" przeszła, choć nadal co jakiś czas klikałam coś na temat gry, bo mi się pojawiały, YouTube podsuwał. I pewnego razu wyświetlił mi się poniższy wywiad z Tulią. I od razu przeszła mi myśl, czy to one są tym "chórkiem"? Kliknęłam i obejrzałam. Ja się jakoś nimi nie interesuje, jedynie gdzieś tam się obiło o uszy, ale naprawdę dobrą robotę zrobiły, więc to takie pozytywne.

Zespół Tulia: Zaśpiewałyśmy w soundtracku do gry komputerowej Cyberpunk 2077


3. Nowy film "Karate Kid"
Kolejną zaskakującą informacją, która pojawiła mi się na Facebooku, to powstanie kolejnego filmu z tytułem "Karate Kid". Samo powstanie filmu nie było zaskoczeniem, bo on w planach był dawno, ale zaskakujący był duet zapowiadający, czyli Jackie Chan i Ralph Macchio. Niezłe combo. Filmy z tym drugim panem wszyscy znają, film z tym pierwszym ludzie znają, ale nie wszyscy lubią. Ja lubię historie z jednym i drugim. Jestem ciekawa co wyjdzie z połączenia tych dwóch panów w jednym filmie. Z jednej strony się ucieszyłam, że fajnie, ale po chwili pojawiły się wątpliwości, bo wiadomo jak to bywa z kontynuacjami filmów, które uznawane były za zakończone, robienie czegoś na nowo i tak dalej, i czy oby na pewno nie będzie to crap. Mam nadzieję jednak, że nic nie zostanie spartolone i wyjdzie coś fajnego. Filmy z Macchio bardzo lubiłam i kojarzą mi się z dzieciństwem, kiedy to w weekendy, głównie chyba w niedzielę, w telewizji były puszczane. Natomiast ten film z 2010 roku to czasy, kiedy to zaczynałam się interesować filmami, i lubiłam oglądać filmy z Jackim Chanem i wtedy cieszyłam się z nowoczesnej wersji. Dobrze by było, aby powstała tak nowoczesna wersja, dobra historia karate kida w teraźniejszości.

THE KARATE KID - Global Casting Search


4. Nowy film z gliniarzem z Beverly Hills
Ostatnio powroty do produkcji filmowych, których seria nie była kontynuowana, jest popularne i teraz powrócili do "Gliniarza z Beverly Hills". Ja te wcześniejsze produkcje bardzo lubiłam, lubiłam akcję i humor, więc się wpasowało. Też szczerze mówiąc w pierwszej kolejności były filmy "Bad Boys", a "Gliniarz" mi się z nim kojarzył. Też te filmy dla mnie były podobne, miały podobny vibe i często w telewizji były puszczane koło siebie. To trochę było tak, że bardzo lubiłam "Bad Boys", a że były dwa filmy, to "Gliniarza" oglądałam. Różnie to bywa z tymi powrotami do takich filmów. Nie oglądałam jeszcze czwartego filmu "Matrix", ale widziałam opinie o nim, no i ludzie tak średnio byli zadowoleni w większości. Do tego nowego "Bad Boys" też nie mogę się zebrać, choć w tym przypadku nie widziałam, żeby ludzie coś mówili. Teraz są takie możliwości do robienia filmów, co nie wszyscy umieją wykorzystać. Fajnym by było zobaczyć "Gliniarza" z fajną historią w dzisiejszym świecie, co by nie zniszczyło spojrzenia na te starsze produkcje.

Beverly Hills Cop: Axel F | Official Teaser Trailer | Netflix


5. Młode gwiazdy
Ostatnio naszła mnie rozkmina, na temat dzieci robiących kariery po tym całym "The Voice Kids". Zaczęło się od tego, że wyświetliła mi się piosenka do tego nowego Pana Kleksa, a w niej śpiewa Carla Fernandes. No i samoczynnie sprawdziłam sobie co u niej, wiadomo, ciekawość ludzka rzecz. No i kanał YouTube pokazywał, że najnowsza muzyka była opublikowana rok temu. No wiadomo, muzyka to nie moje klimaty, nie moje gusta, choć nie była ona zła, zwyczajnie nie jestem targetem, a Carla ma taki charakterystyczny głos. Moja uwaga przeszła bardziej na teledyski, a jak teledyski to przeróżne stroje. No i niektóre outfity bazowały na biustonoszu. I do głowy przyszła mi pewna myśl. Z teledysków przeszłam na Instagrama, no bo teledyski to trochę inny świat i ma swoje prawa. I na tym Instagramie było już więcej takiego odsłaniającego ubioru. No ja ogólnie nie lubię czegoś takiego u dziewczyn, że ubierają krótkie rzeczy, mocno odsłaniające. Ja nie mówię, że mają chodzić w spódnicach do kostek, ubrane jak zakonnice, ale często te ubiory są przesadzone. Ja nie lubię, ale każdy robi co chce, nic mi do tego. Wracając, spojrzałam sobie w komentarze pod zdjęciami Fernandes. Tam ludzie pozytywnie reagowali, gdzieś tam pojawił się jakiś "hejt" albo głupi komentarz, wiadomo, tego się nie uniknie w sieci, ale przeważały te pozytywne.


Od samego początku tej wędrówki miałam z tyłu głowy na myśli miałam Roksanę Węgiel i Viki Gabor, dlatego po Instagramie Fernandes przeszłam na profil Węgiel i powchodziłam w podobne zdjęcia. I to była diametralna zmiana. Tam ludzie ochoczo wyrażali swoje "nie podoba mi się" w mniej lub bardziej kulturalny sposób. Często czepiali się... wszystkiego, nic im się nie podobało, ubiór, makijaż, poza, niektórzy czepiali się czegokolwiek niezwiązanego nawet ze zdjęciem czy osobą nim, aby tylko dokuczyć.


Potem weszłam na profil Viki Gabor o tam było to samo. Do tego ludzie bardzo zwracają uwagę na jej wiej. Nie ukrywam, że niektóre trendy makijażowe i mi nie przypadają do gustu, na przykład te obrysowane mocno usta, jakie nosi Viki, ale nie chodzę po internecie i nie obrażam nikogo z tego powodu. Ludzie się oburzali i śmiali z tego, że szesnastolatka wygląda na trzydzieści lat. No dobra, wygląda na starszą, bo dziewczyny w jej wieku lubią wyglądać na starsze i skoro tak chce, to niech tak wygląda, co komu do tego. Do tego ostatnio Gabor miała wpadkę podczas sylwestra, a jakby tego było mało, widziałam, że ludzie śmiali się z jakiegoś wywiadu, którego ja nie widziałam. 


Następnie weszłam na profil Sary James i tam był spokój, mimo, że kombinuje ona z włosami, czy ubiorem, ale nie widziałam, żeby ktoś się czepiał, przynajmniej ja nie trafiłam na taki komentarz. Potem wpadłam jeszcze do Aniki Dąbrowskiej, czy Zuzy Jabłońskiej i u nich też było spokojnie. Tam tylko u Zuzy trafił się jakiś idiota. Moje gdybania na tym zakończyłam, bo moja znajomość uczestników "The Voice Kids" się na tym kończy. Jeżeli ktoś ma chociażby takie zaznajomienie w temacie jak ja, to wie, że Roksana i Gabor są najbardziej rozpoznawalne. Telewizja brała je do różnych występów, obie były na dziecięcej Eurowizji, ludzie zaangażowali w ich kariery i cały czas było o nich słychać muzycznie, ale też dzięki różnego rodzaju artykułom mniej lub bardziej wątpliwej jakości, w których używano clickbaity i robiono aferę z niczego. A tymczasem pozostałe dziewczyny miały więcej spokoju, choć o Sarze też było gadane, bo coś tam jakaś Ameryka i tak dalej, ale jakiś gówno artykułów nie widziałam. 




I tak rozkminiając doszłam do bardzo nie odkrywczej konkluzji, że te dwie dziewczyny zostały przedstawione bardzo dużej ilości ludzi i teraz im się obrywa cokolwiek nie zrobią, natomiast te pozostałe toczą spokojne życie w swoim tempie i mają spokój. I te dwie dziewczyny są wystawiane na świeczniku, czego nie zrobią, to są wystawione na opinie ludzi, a często jest to krytyka, czy to nazywane hejtem. To co chodziło mi po głowie, to było coś oczywistego. Przecież wiadomym jest, że ludzie rozpoznawalni, popularni, nie zależnie od wieku, są podziwiane, mają fanów, ale równocześnie właśnie krytykowane i wyśmiewane, wyzywane i tym podobne. Często z negatywnością ci dorośli muszą się uporać, często mają tego dość, a czasem rodzi to u nich problemy pod względem psychiki. To co dopiero dzieci, czy bardzo młode osoby.

Skupię się na chwilę na Roksanie Węgiel. Jej kariera zaczęła się, gdy miała trzynaście lat, no dzieckiem była. Wygrała to całe "The Voice", po tym telewizja brała ją gdzie chciała. I, ja telewizji nie oglądam, ale mam wrażenie, że telewizja zrobiła sobie trochę z niej kukiełkę. Ja rozumiem, dziewczyna wygrała program, to ją pokazywali, ale mam wrażenie, że telewizja aż za przesadnie ją brała do wszystkiego. I cokolwiek ona nie zrobiła podczas tych wystąpień, to zdarzało się, że ludzie się czegoś czepili, czy przyczepiali się na siłę, czy nie, to obrywało się Roksanie. Mi się kojarzy, ale nie pamiętam czego to się tyczyło, ale pamiętam taką sytuację, że coś tam się raz wydarzyło, wylało się szambo na nią, a ja tak popatrzyłam i pomyślałam, że to nawet nie jej wina, tylko produkcja, organizacja, przyczyniła się do tej wpadki. Jak się pojawiały, tak się nadal pojawiają artykuły z clickbaitem w tytule. Raz było coś o dziecku, dali tytuł sugerujący, że to o Roksanę chodzi, a to chodziło o jej mamę i że będzie miała brata. Też jednym z większych problemów takich dziecięcych gwiazd jest to... że one dorastają. Takiej trzynastolatce nie dużo brakuje do szesnastu lat, gdzie to w takim wieku się dorasta no i dziewczyny lubią wyraźnie odciąć się od dziecka, moja siostra cioteczna na przykład lubiła pokazywać, że nie jest już dzieckiem, tylko prawie dorosłą, czyli nastolatką. To jest burzliwy czas dla takiej osoby, a co dopiero, gdy takową obserwuje mnóstwo ludzi. I nie dość, że taka osoba ma mętlik w głowie, to dochodzi do tego ta kariera i ludzie gadają co wypada, a czego nie wypada. W teorii, gdy kończona jest pełnoletność, to powinien być spokój, Otóż nie, bo tak jak w przypadku Roksany, większość ludzi traktuje ją jak dziecko, nadal widzą ją jaką tą trzynastoletnią dziewczynkę. Natomiast to prowadzi do tego, że dziewczyna chce odciąć się od wizerunku dziecka. Z tego co zauważyłam, to Roksana jakoś zaraz po skończeniu osiemnastu lat zaczęła publikować odważniejsze zdjęcia, pokazywać się w kreacjach dużo odkrywających, albo zwyczajnie podkreślającą jej figurę, a do tego zaczęła współpracę z marką bieliźnianą, co było z resztą mocno komentowane. I było coś w stylu "o, ledwie osiemnaście skończyła, a już się goła pokazuje". Żyjemy w czasach, gdzie dziewczyny lubią pokazywać siebie, ze tak to ujmę, ale mimo to, być może gdyby Roksana miała spokojniejsze życie, to nie musiałaby udowadniać, że nie jest już dzieckiem zdjęciami dużo pokazującymi.

Roksana i Viki Gabor były bardzo porównywane do siebie, te artykuły w internecie niebezpośrednio nastawiały te dziewczyny przeciwko siebie, albo może bardziej ich fanów. Robiona była konkurencja przez internautów, która jest lepsza i robili bitwy piosenkę, szczególnie, jak wychodziły piosenki jednej i drugiej w podobnym czasie, albo jak występowały i ich występy porównywali. Teraz tego jest mniej, albo zwyczajnie nie jestem w temacie. W każdym razie to Viki była faworyzowana, pewnie dlatego, że Roksana nie była już takim dzieckiem, a Viki była młodsza i jeszcze jakieś osoby odpowiadające za jej karierę tą karierą sterowały i dziewczyna robiła co jej mówiono. Ale teraz, to i jej się obrywa, bo tak samo jak Roksana, zaczyna dorastać, też nie jest już dzieckiem, tylko nastolatką. I zauważam tu podobieństwo co do sytuacji Roksany, widać, że Viki zaczyna powoli odcinać się od tego wizerunku dziecka tym mocnym makijażem chociażby. I jest możliwe, że dalej potoczy się podobnie jak u Węgiel. I to już nie chodzi o te makijaże, i ubiory, bo czy Roksana, czy Viki chcąc odciąć się od ego wizerunku dziecka mogą zrobić jakąś głupotę, której będą żałować i która może odbijać się czkawką przez całą karierę. Wiele jest gwiazd, które zaczęła bardzo wcześnie swoje kariery i żałowały pewnych decyzji, lub są takie co zrobiły kiedyś jakąś głupotę i jest im do tej pory wypominana.

No i mamy Roksanę Węgiel i Viki Gabor, które są wystawione na opinie ludzi i może być to dla nich nie zawsze pozytywne, i mamy Carlę Fernandes, Zuzę Jabłońską, czy Anikę Dąbrowską, które spokojnie sobie żyją, a swoją karierę toczą w swoim tempie i nie mają na sobie takiej dużej presji na sobie. I właśnie taka była moja rozkmina. Spisałam ją i już nie będzie latać mi po głowie.

Adieu.


piątek, 29 grudnia 2023

Mój pierwszy koncert Łydki Grubasa.

Zespół Łydka Grubasa pierwszy raz zobaczyłam i usłyszałam na Juwenaliach w Lublinie w 2019 roku. No i też przewijał mi się w proponowanych na YouTube, ale to ignorowałam. Pamiętam, że z bratem wtedy poszliśmy tam, żeby zobaczyć jakiś zespół, tak o, po prostu, z ciekawości, plus przy okazji zobaczyć, jak inne zespoły grają. To był dzień, w którym nie było nic co stricte słuchaliśmy z bratem, a chcieliśmy wyjść, tak orientacyjnie właśnie zobaczyć, jak występujące tego dnia zespoły grają. Akurat gdy weszliśmy na teren imprezy, grała właśnie Łydka Grubasa, o ile dobrze pamiętam. Byłam na samym tyle publiczności, przystanęłam i posłuchałam. Usłyszałam komiczne wersy z melodią, w której grały gitary i czasem brzmiała jak muzyka z wesela. Utwory o płonącym ZUSie, kiszeniu ogórków, gender, kebabie, MTV, o ukradzionym krzyżu, czy z ambitnym tytułem "Rapapara". Niektóre teksty mnie rozbawiły, wokalista również powiedział coś zabawnego parę razy i ogólnie było pozytywnie. Pamiętam, że przykuło moją uwagę parę rzeczy. Poza słyszalnym humorem z utworem tudzież ze słów wokalisty, to na przykład melodia piosenki o krzyżu, była taka znajoma, teksty o MTV i rapapara mi się spodobały, czy w jednym utworze byłe znajome elementy od innych znajomych mi zespołów, jak "Uła a a a" wokalisty zespołu Disturbed. Zainteresował mnie ten zespół i w domu sobie go sprawdziłam. I słuchając sobie całych płyt po trochu zaczęła mi się podobać ich zawartość. No i od tamtej pory Łydka Grubasa jest sobie na moich playlistach.

Od tamtego czasu trochę minęło, a przez pewne trzy lata działy się różne, dziwne rzeczy, przez co długo nie było koncertów, a jak już mogły się odbywać, to w Lublinie było tego mało, plus zostały zamknięte dwa kluby. Jakiś czas później okazało się, że jeden splajtował, a drugi zburzyli (a dokładnie budynek w którym się znajdował, bo teraz budują tam coś nowego i niedawno go przenieśli do innej lokalizacji i taki też był plan). Łydka jak mogła, to zaczęła grać koncerty. Dokładnie nie pamiętam, jak to było, ale chyba była trasa, potem druga. To było coś takiego, że to koncertowanie zaczęło się spokojnie, potem jak się rozkręciło, to grafik mieli zajęty fest. Niestety nie trafili oni do Lublina. Choć chyba ogólnie to byli gdzieś w tym Lubelskim, lub obok, gdzieś blisko. Jednak w tym roku, któregoś letniego dnia, Łydka ogłosiła trasę jesienną i był tam Lublin! Ja się uradowałam. (Teoretycznie) mała rzecz, a cieszy. Gdy miała być sprzedaż biletów, to ja pilnowałam, byłam na stronie ze sprzedażą biletów, kiedy było odliczanie do rozpoczęcia sprzedaży, a jak ta sprzedaż już była, to byłam jedną z pierwszych osób, która bilet zakupiła (i to po tańszej cenie, cebula wewnętrzna zaspokojona). Ogólnie ja z tej strony, co były bilety sprzedawane mam powiadomienia SMS, gdy na pojawia się wydarzenie, które może mnie zainteresować i dostałam wiadomość, gdy się pojawił koncert Łydki, ale nie rzuciłam się na ten bilet, bo zespół jeszcze nic nie wspominał o sprzedaży ani nic i się bałam. I dobrze zrobiłam, bo jak któregoś razu zajrzałam ponownie na to wydarzenie, to pisało, że bilety niedostępne na dany moment Będzie spoiler. Ten koncert był moim pierwszym i lepszego nie mogłam sobie zażyczyć.


Z domu wyjechałam jakoś trochę przed osiemnastą. A o dziewiętnastej mieli zaczynać wpuszczać do lokalu. Więc na wpuszczenie musiałam czekać pół godziny, bo do Lublina mam piętnaście minut, a do Fabryki Kultury Zgrzyt od wjazdu do miasta jest nie długi kawałek. I ja nie byłam tam tak wcześnie, bo zostałam psychofanką, tylko chciałam na spokojnie się zaparkować. To jest takie miejsce, że ciężko z parkingiem. Jest całkiem duży plac, ale on potrafi się szybko zapełnić. I on nawet chyba do klubu nie należy. W każdym razie, z doświadczenia wiem, że jak się jedzie w tamtą okolicę, to ten parking lubi być oblegany i warto przyjechać wcześniej. Do tego, jak byłam rok temu na koncercie Luxtorpedy, no to wyjechałam za późno, a przynajmniej nie wzięłam pod uwagę mojej wizyty w Biedronce, która miała być szybka, ale niechcący wyszło, nie z mojej winy, że nie była szybka i miejsca parkingowego nie było. Dosłownie fartownie udało mi się wbić, bo ktoś akurat wyjechał. Do tego była duża kolejka do wejścia, organizacja przewidziała pół godziny na wpuszczanie ludzi i jak już wchodziłam, to zespół już zaczął grać. Dodatkowo nie było supportu. Wiadomo, że na Luxtorpedę może przyjść więcej osób, a organizacja może być inna w przypadku koncertu Łydki, ale wolałam dmuchać na zimno. Mnie szybko lubi łapać stres, więc wolę tego unikać, jeżeli mogę. Już wolę być sporo wcześniej i być pierwszą oczekującą osobą, tak jak w tym przypadku, niż jakby miał mnie opanować stres, że nie mam gdzie zaparkować i spóźnię się na koncert. 


Przed Łydką Grubasa zagrał zespół HOOK, którego nie znam. Jednakże w trakcie kiedy grał, okazało się, że parę numerów kojarzyłam. Zagrali parę numerów pod rząd i tylko mówiłam do siebie, że "o, znam to z radia", "o, to też znam z radia", "uu, to też w radiu słyszałam". Takie miłe zaskoczenie. Też ucieszyłam się, ze w naszym lokalnym radiu, studenckim, Akademickie Radio Centrum, puszczają nie tylko popularne, klasyczne, czy nowe utwory. Kojarzone z radia utwory, to "Kim Jesteś", "Cień", czy "WychOFFanie". Zespół zaczął grać od czegoś lekkiego i pierwsza myśl jaka mi przyszła, to że chyba nie będzie mój klimat. Pod jego koniec natomiast zrobili przejście, takie gładkie, do bardziej poważnego utworu, co mi się bardzo spodobało, i z lekka się nie spodziewałam. Ja dopiero po chwili ogarnęłam, że grają kolejny utwór. Przy pierwszym utworze śpiewał wokalista, a przy tym drugim odezwał się gitarzysta, to było pierwsze zdziwienie, a drugie zdziwienie, to jaki chłop ma głos! Poza tymi luźniejszymi, czy tymi, jak to się mówi, smutnymi, były też takie utwory mocno gitarowe, ciężkie, co też mnie zaskoczyło. Ja się wiele razy zaskoczyłam, zespół swoim graniem zwrócił moją uwagę i po koncercie powierzchownie rzuciłam okiem na jego muzykę, ale w wolnej chwili będę chciała przyjrzeć się bliżej i na spokojnie posłuchać jego twórczości. A poniżej podrzucam jeden ich numer. Sama nic nie nagrywałam, bo nie mam w zwyczaju nagrywać zespołu, którego nie znam 😛.

03. HOOK - Cień (Oficjalny Odsłuch Albumu)



Po supporcie na Łydkę nie trzeba było długo czekać (idealna przerwa to była na toaletę 😆). Pierwszym pozytywnym aspektem było intro, gdzie użyte zostało moje kochane "Arrival to Earth" skomponowane przez Steve'a Jablonsky do filmu "Transformers" z 2007 roku.  To było takim fajnym zbiegiem, że całkiem niedawno obejrzałam całą serię filmów "Transformers" i przy tych trzech pierwszy uderzyła mnie nostalgia, dlatego tak bardziej ciepło odebrałam to intro. Z resztą lepszego utworu na intro nie można było wybrać. Gdy zespół wyszedł na scenę i rozbrzmiał pierwszy dźwięk gitary, zagrany został fragment "Master of Puppets", wiadomo, Metallica, podczas którego płynnie przeszli do grania swojego kawałka, "Nie Lubię To". Takie zapoczątkowanie bardzo mi się spodobało. Tam chyba podczas grania "Mastera" gitarzyście nie do końca tam poszło podczas zaczepiania strun, ale to mi nie przeszkadzało, w sumie to zauważyłam to gdy przeglądałam te moje widea, co je robiłam. 

Łydka Grubasa - Intro [Lublin, 14.10.2023]

Głównym tematem była wtedy nadchodząca płyta "ĘĆ". Zespół nagrał utwory z pierwszej i drugiej płyty na nowo, a do tego z gośćmi. Płyta z okazji dwudziestolecia, a zwrot "ęć" to po łydkowemu "dziękuję". Swoją drogą, jak teraz sprawdzałam, w momencie pisania, żeby nie palnąć jakiejś głupoty, to nie mogłam uwierzyć, że to dwudziestolecia, aż w Wikipedię weszłam i sprawdziłam rok założenia, to zdałam sobie sprawę, że rok dwa tysiące i koło dwutysięcznych są w okolicach dwudziestu lat. Kurde, mój brat cioteczny, to rocznik dwa tysiące. No cóż, feeling old. Ale wracając. Zespół zagrał utwory właśnie z tej nowej płyty. A że płyta wtedy jeszcze nie wyszła, to kilka utworów było przedpremierowo tak jakby. Ja po premierze porównałam sobie stare i nowe wersje utworów, no i mnie kupiły te nowe. Ja już tak mam, że często pierwsze płyty jakiegoś zespołu mi się nie podobają i wolę nowszą muzykę. Choć trza przyznać, że te stare wersje utworów Łydki mają taki swój klimat, że tak zaczynali ze swoją muzyką. Poza "Nie Lubię To" zostały wykonane takie utwory jak "Moja Fujara", "Wędzarnia", "Wzięli zamknęli mi klub", "Była", czy "Świnia". Były również, jak to się mówi, hity, "Rapapara", "Adelajda", oraz specjalnie dla nas, bo nie było tego na liście, "Gdzie jest krzyż". To było sympatyczne, że nie mieli tego utworu w planach, i na życzenie publiczności, na spontanie zagrali dla nas ten świetny kawałek. A przed nim wokalista walnął przemową, która była mocna, dla niektórych pewnie jakże kontrololowersyjna, z którą się zgadzam.

Łydka Grubasa - Moja Fujara [Lublin, 14.10.2023]

Ale parę słów było mówione też przed innymi utworami. Wiadomo, że zazwyczaj ogółem artyści przed utworami coś o nich mówią, o czym opowiadają teksty, w jakich okolicznościach zostały napisane i inne różne anegdotki. Ja to lubię i nawet kulisy takich humorystycznych kawałków są dla mnie ciekawe i interesujące, szczególnie, że niektóre brzmią jak podtekst, ale mówią o czym innym. Niestety to była sobota przed wyborami i ten temat został poruszony. Nie miałam nic przeciwko co było powiedziane ze sceny, ale zwyczajnie nie lubię tematu polityki. Choć i tak długo wstrzymywano się z poruszeniem tego tematu. Po prostu w trakcie koncerty poszło takie flow i wokalista powiedział, co mu tam na ślinę się rzuciło. I niechcący podczas "Gender" oberwało się Kai Godek (wcale mi jej nie szkoda), a gdzieś między utworami był spontaniczny wierszyk, który wokalista zaczynał, a publiczność kończyła. Niestety nie nagrałam tego oraz nie ma takiego nagrania w internecie. Ale bardzo fajny wierszyk.
Teraz przyszło mi do głowy, że mogłam go spisać 😂.

Łydka Grubasa - Adelajda [Lublin, 14.10.2023]

Starałam się jakoś dużo nie nagrywać, żeby nie stać jak ten debil z ręką w górze trzymając telefon. Od pewnego czasu mam tak, że nie nagrywam dużo, a jak już to robię to nagrywam niedługie fragmenty. Chce być bardziej obecna na takim koncercie, czerpać z niego jak najwięcej. Dlatego część zostanie w mojej głowie, tak jak ten wierszyk, ale czasem udaje się coś złapać, takiego humorystycznego, jak przy "Gender", gdy wokalista zapomniał tekstu.

Łydka Grubasa - Gender [Lublin, 14.10.2023]

Łydka Grubasa - Gender [Lublin, 14.10.2023]

Ogólnie ten koncert, to była wielka pozytywna bomba. Teksty, jak i sama muzyka są pozytywne, humorystyczne. Zespół, głównie wokalista, ma bardzo dobry kontakt z publicznością i lubią sobie żartować między sobą na scenie, czy wokalista rzuci jakąś anegdotką, żarcikiem, sucharkiem. Ja wyszłam z tego koncertu uśmiechnięta od ucha do ucha, z naładowanymi bateriami pozytywności. Ludzie publiczności również byli fajni. I ku mojemu zdziwieniu ludzie byli w bardzo różnym wieku, od dzieci, po uczniów (niegdyś) gimnazjum, tudzież liceów i innych takich, aż po ludzi czterdzieści/pięćdziesiąt lat i starsi. Koło mnie była para, prawdopodobnie małżeństwo, co zachowywało się, jak młodzieńcza para, miziali się, on ją klepał po tyłku. Właśnie tak. A inny pan tak się wyluzował, że chyba z lekka przesadził, bo jego kolega musiał go wynosić, bo trochę popił. Ale też była "chwila grozy", jakby napisało to jakieś WP, Onet, czy inne. Otóż nagle wokalista ze sceny zaczął mówić podniesionym głosem wnosząc alarm. Okazało się, że jakiś koleś miał nóż. Nie wiadomo, co autor miał na myśli, ale serio lekki dreszczyk był. Przez takich ludzi niedługo będziemy przeszukiwani nawet przed wejściem do takiego niedużego klubu... 🙄

Łydka Grubasa - MTV [Lublin, 14.10.2023]

Łydka Grubasa - MTV [Lublin, 14.10.2023]

"Rapapara" to musiałam sobie nagrać w całości, bo z tym utworem mam zażyłą relację. A to z tego powodu, że ja z moim rodzeństwem ciotecznym na naszych imprezach bardzo często puszczamy ten kawałek i trochę stał się naszym hymnem. Też po koncercie zdecydowałam się na zakup koszulki zespołu. Miałam dwie propozycję i nawet przeszło mi przez myśl, żeby dwie wziąć, ale mało gotówki miałam przy sobie. Ale doszło do szybkiej eliminacji, bo koszuli z trasy nie było w moim rozmiarze, więc wzięłam z napisem "Keep calm and Rapapara". Jestem dumna z tego zakupu.

Łydka Grubasa - Rapapara [Lublin, 14.10.2023]

Cieszę się, że mogłam być na tym koncercie i mam nadzieję, że uda mi się wpaść jeszcze na koncert Łydki. Wydawałoby się, że to zwyczajny koncert zespołu, który ma "głupkoatwe" piosenki, ale szczerze mówiąc, to ja dawno nie doświadczyłam takiej czystej zabawy na koncercie. Wiadomo, że nie każdy koncert taki musi być, to zależy od wykonywanej muzyki danego zespołu, ale koncert Łydki Grubasa zdecydowanie wypełnił swe przeznaczenie.

No, teraz czekam na Juwenalia, gdzie będzie wiele zespołów, które lubię 😛, w tym łydka Grubasa. A tymczasem Adieu.

Łydka Grubasa - Gdzie jest krzyż  [Lublin, 14.10.2023]



O, wyrobiłam się przed końcem roku... 😅


Playlista 39.

Te playlisty miały być regularnie, ale ten, ekhem... NIEWAŻNE.

Przenosimy się do początku tego roku na mojej liście muzycznej, czy to na Spotify, czy to na YouTube. Na przykład na YouTube mam playlistę, na której dodaje utwory poznane w ostatnim czasie, żeby mieć je pod ręką, że tak powiem i sobie je odtwarzać, wiadomo, świeże utwory często się odtwarza, często na okrągło, a dodatkowa ta playlista miała pomagać mi na tworzenie tych playlist na blogu. No i tak regularnie robiłam te playlisty na blogu, że się tego lekko nazbierało 😆. Ale teraz przynajmniej sobie tak wrócę do tych utworów. One nadal przewijają się na odtwarzanych playlistach, ale po poznaniu ich to były dużo częściej odtwarzane, często właśnie na okrągło, mniej lub bardziej. Ja bardzo lubię wałkować jedne i te same kawałki, aż w pewnym momencie mam ich dość, albo pojawia się coś nowego, co zwraca moją uwagę. Też ja mam tak jakby dwa tryby słuchania muzyki. Pierwszy, to nie mam ochoty słuchać czegoś konkretnego i słucham na przykład playlistę na Spotify, gdzie jest zbór wszystkich utworów, które mi się podobają (jest ich ponad pięć tysięcy 😆) i nie zwracam bardzo uwagi na to co leci, czasem sobie przewinę, jak naprawdę nie mam ochoty na coś. Do tego słucham cały czas te nowo poznane utwory i wałkuje je, dopóki właśnie nie pojawi się coś nowego. Zazwyczaj jest tak, że tych nowych utworów jest kilka i tworzy się taka grupka. Słucham tej grupki, dopóki nie pojawi się znowu kilka nowych utworów. Dosłownie jest tak, że jak słucham takiej grupy i za jakiś czas pojawi się nowa grupa, to ja o tej poprzedniej kompletnie zapominam i zajmuje się tą nową 😂. Drugi tryb słuchania, to nachodzi mnie ochota do posłuchania czegoś. Na przykład przypominam sobie o jakimś utworze i sobie go odtwarzam, a potem często mam ochotę na inne utwory danego zespołu/artysty, lub nawet na ich jakąś całą płytę. Coś na tej zasadzie. Albo mam tak, że "o mam ochotę na ten utwór" i sobie go zwyczajnie włączam, rozbrzmi mi w głowie jakiś kawałek, włączam go, i tak dalej. Również włączam sobie płyty zespołów, które chce poznać (wiadomo, nie robię tego przy pierwszym trybie). No i w tym roku miałam ten tryb pierwszy. Trochę nie przepadam za nim, bo mam wrażenie, że stoję muzycznie w miejscu i ruszam się tylko wtedy, kiedy pojawi się nowy utwór od zespołu/artysty, którego słucham ("Radar Premier" na Spitify się przydaje 😛), a lista zespołów do przesłuchania nie ruszona stoi w miejscu. Tak więc sobie wrócę do większości z tych utworów, co wałkowałam na początku roku 😛.

Playlisty układałam sama, ale to za długo trwało, bo główkowałam, który utwór wziąć najpierw, a który następny. Bardzo często to było bezsensowne, szczególnie, że nie chciałam robić listy w stylu od najlepszego, do tego najmniej. Dlatego zaczęłam korzystać z funkcji odtwarzania losowego na YouTube. Zbieram ileś tam utworów na jedną listę i odtwarzam ją losowo. I w taki sposób idzie to trochę szybciej 😛. Choć przy pierwszym numerze na tej playliście chciałam wziąć właśnie ten utwór, który pod tym numerem się znajduje.

1. Linkin Park - Lost
Nie mogło być inaczej. Reszta jest ułożona trybem losowym, ale ten utwór musiał być jako pierwszy. Kiedy zespół zaczął zwiastować, z początku nie wiedziałam o co może chodzić. Nie robiłam sobie nadziei na nowy utwór, że wydadzą coś nowego po śmierci Chestera Benningtona, choć widziałam, że ludzie spekulowali. Przy premierze "Lost" okazało się, że to utwór zza czasów "Meteory" i z okazji dwudziestolecia tej płyty ten utwór został wypuszczony, a jednocześnie zwiastował on jubileuszową edycję tej płyty. Po usłyszeniu "Lost" towarzyszyło mi mnóstwo emocji. To był nowo stary utwór, stworzony podczas pracy nad "Meteora", a opublikowany teraz, ponownie można było usłyszeć głos Chestera Benningtona, który można powiedzieć, był zamrożony w czasie. Utwór bardzo w klimacie "Meteory", słychać że jest z tamtego czasu, podobny do "Numb", a dodatkowo kwestia moich wspomnień oraz sentyment do tego zespołu, który jest moim pierwszym ulubionym. Do tego to, że długo nie słuchałam Linkin Park po śmierci Benningtona. Były małe powroty i próby słuchania, ale dopiero po "Lost" i jubileuszowej edycji "Meteory" wróciłam do muzyki tego zespołu, oswoiłam się z nią i odkrywałam na nowo. To ważny utwór dla mnie i zapewne dla wielu fanów zespołu. "Lost" zostało odrzucone z racji tego, że gdy zespół stworzył listę stworzonych utworów na płytę, wybrał te trzynaście pierwszych, a "Lost" było czternastym no i się nie załapało. Dodatkowym aspektem było to podobieństwo do "Numb". Ciekawe jest też to, że za animowany teledysk odpowiada polski artysta, Maciej Kuciara. "Lost" mi się bardzo podoba, a Spotify mi ostatnio powiedział, że to jest utwór najczęściej odtwarzany przeze mnie.




2. Falling In Reverse - Watch The World Burn
Odkąd poznałam ten zespół, to przekonuje się o tym, że gdy coś wypuszcza, to to jest świetne. Ja od "Popular Monster" mam przekonanie z tyłu głowy, że czegoś lepszego, lub równie dobrego co dany utwór nie uda im się wypuścić i przy każdym nowym utworze się mylę. "Watch The World Burn" jest równie dobre co jego poprzednicy. Bardzo podoba mi się budowa tego utworu. Przy rapowych wersach jest pasujący bit, część rapowa jest zakończona bardzo szybkim rapowaniem i utwór przepływa w tą gitarową część, a do tego jest brakedown, jakie lubię w utworach tego zespołu i całemu utworowi towarzyszą chórki. Ten utwór brzmi, jakby miał być motywem przewodnim dla jakiegoś bohatera w filmie/serialu, który wyrusza z zemstą.




3. Placebo - Happy Birthday In The Sky
Ten utwór usłyszałam w radiu. Zauroczyła mnie melodia, a w szczególności grająca w niej gitara. To ona przykuła moją uwagę, gdy usłyszałam pierwszy raz ten utwór w radiu. Wokal również jest piękny. Całość to taka magia melancholii. Bardzo mi się podoba. To jest taki utwór, który podoba się od pierwszego usłyszenia.




4. Skillet - Psycho in my Head
Z muzyką Skillet ostatnio mam tak, że gdy pojawiło się coś nowego, to posłuchałam, co mi się podobało dodałam do playlisty ze zbieraniną wszystkich utworów, które mi się podobają, a niektóre poszły pewnie na inne playlisty, tam gdzie pasowały i potem zapominałam o temacie. To było na zasadzie, no że podobały mi się te utwory, ale jakoś dłużej z nimi nie zostawałam, w momencie, gdy niektóre kawałki wałkowałam w kółko. One przewijały się na Spotify, ale sama z siebie ich nie włączałam. I któregoś razu, jak tryb losowy włączył "Psycho In My Head", to zwrócił on moją uwagę i  mimo, iż go nie dużo słuchałam, to głowa zaczęła się gibotać w rytm. Musiałam zerknąć na ekran telefonu, bo nie wiedziałam jaki to tytuł, a przez myśl mi przeszło "jakie to jest dobre". I po tym ten utwór wrócił do mych łask. Oczywiście najbardziej chwytliwy jest melodyczny i energiczny refren, ale podoba mi się też, jak zrobione są zwrotki, czy fajny breakdown pod koniec.




5. Teya&Salena - Who the Hell Is Edgar?
Mnie też dosięgnęła Eurowizja. Tradycyjnie wśród crapu i oklepanych piosenek, znalazło się coś wartego uwagi. Wprawdzie "Who The Hell Is Edgar" nie jest też jakieś niesamowite i odkrywcze, ale swoją kompozycją, to jak utwór jest zrobiony, zwrócił moją uwagę w przeciwieństwie do reszty (która mi się nie podobała). Jest to od razu wpadający w ucho kawałek, (pisząc to, tytuł sam rozbrzmiał mi w głowie), dynamiczny, taneczny, a "Poe Poe Poe, Poe Poe Poe Poe" zostaje w głowie. Podoba mi się, jak zaczyna się ten utwór, czyli dialogiem, sposób w jaki śpiewane są zwrotki, czy chórowe zaśpiewanie pre-chorus.




6. Eva Grace - Always Be A Fan
Napotkane w jednym z shortsów na YouTube. W tamtym czasie wyświetlały mi się rzeczy robione, prawdopodobnie, przez fanów Seleny Gomez, albo przynajmniej przeciwników Hailey Bieber. Montowali te shortsy tak, żeby przedstawić Hailey w złym świetle. Przedstawiali ją jako naśladowcę Seleny, że zaczynała jako fan i Seleny, i Justina Biebera, dzięki ojcu spotkała się z Bieberem no i dążyła do tego, by z nim być, tudzież według niektórych, zastąpić Selenę. Dlatego używali tego utworu, "you always be a fan". W część tych rzeczy można by było uwierzyć, ale część wydawała mi się naciągana. W każdym razie, za pierwszym razem wpadł mi w ucho, a po kilku kolejnych shortsach tym bardziej. I włączyłam sobie pełną wersję. Brzmi, jakby miał przygrywać jakiejś kobiecej postaci, która wspina się ku swojemu wyznaczonemu celowi.




7. The Weeknd - After Hours
Ja i The Weekend? A no tak wyszło. Ogólnie nie przepadam za jego muzyką, a szczególnie tych utworów, które są popularne i wszyscy je puszczają. Natomiast na początku roku YouTube z jakiegoś powodu proponował mi i shortsy i widea z editami z serialu "Daredevil". Prawdopodobnie przez to, że słuchałam utworu "Matt Murdock". Wspaniały ten algorytm YouTube'a. Z jakiegoś powodu większość używała "After Hours" do tych editów. Serialu "Daredevil" nie znam, gdzieś mi się obił jedynie o uszy, a po obejrzeniu tych editsów zainteresował mnie i nabrałam ochotę na jego obejrzenie. Czy obejrzałam? Oczywiście, że nie, bo się do tego nie zabrałam. Jak do wielu rzeczy. Tak czy owak, "After Hours" ma taki klimat, że człowiek jakby leciał, dryfował gdzieś w kosmosie. To jak w tym memie co się lata po kosmosie z utworem "Shooting Stars", tylko wolniej, pod rytm "After Hours". Poznałam ten kawałek w innej wersji, ale tą, oryginalną też odtworzyłam i również ze mną została. To też jak widać, czasem choć jeden utwór artysty, za którym się nie przepada, może się spodobać.




8. Myslovitz - Szklany człowiek
To złoto usłyszałam na początku roku na jakiejś transmisji na żywo u jakiegoś streamera, puścił to na zakończenie streama. I oczywiście utwór ten trafił w mój nastrój wtedy. To jest piękny utwór. Człowiek znał zespół z nazwy i popularnych utworów puszczanych w radiu, a tu takie złoto. Uwielbiam wszystkie melodie zawarte w tym utworze. Bardzo lubię gitarę na początku, czy gitary w refrenie. Również delikatnie brzdękające klawisze dają taki klimat, smutny. Dodatkowo tekst utworu jest taki, życiowy, utożsamiam się z nim.




9. ThxSoMch - Spit In My Face!
Również, tak jak w przypadku The Weekend, zasłyszane w jakimś shortsowym edicie, już nie pamiętam z czego. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu ten utwór kojarzy mi się z TikTokiem. Jak ja nawet TikToka nie mam i nie wiem co tam jest. Ale przynajmniej z tego powodu mam złudne uczucie odmłodzenia, bo przecież TikToka przeglądają głównie młode osoby. W każdym razie nutka mi się spodobała.




10. Måneskin - Gasoline
To jest znowu przypadek, w którym nie przepadam za zespołem, ale trafił się jeden utwór, co mi się spodobał. W gruncie rzeczy, to ja nie mam nic do Måneskin, pod względem muzycznym, ja tylko po prostu nie lubię rzeczy, które są popularne i jest na nie hype. Na fragment "Gasoline" trafiłam gdzieś w internecie. Zainteresował mnie, bo brzmiał trochę inaczej niż to, co puszczają w radiu. Spodobała mi się gitara, chyba basowa na początku oraz taki trochę agresywny ton. Gdy szukałam pełnej wersji się okazało, że utwór ten jeszcze nie wyszedł. A gdy już wyszedł, to posłuchałam i zostawiłam. Lubię brzmienie gitary między wersami, a pre-chorusem i na końcu jest fajna solóweczka. Wokal, tak jak cały utwór, ma taki pazur w sobie. Tekst mówi krytycznie o Putinie i utwór był częścią projektu "Stand Up for Ukraine".




11. The Weeknd - After Hours (slowed+reverb)
Na tą wersję tego utworu trafiłam jako pierwszą. Nie znam pochodzenia i celu tego slowed+reverb, ale w tym przypadku i w moim przypadku, to ta wersja to taki mood. Gdy to usłyszałam pasował mi do mojego moodu i teraz, jak to pisze, również mi pasuje. Jak się ma nastrój, że się nie ma dobrego nastroju, to jest idealne.




12. Gorillaz - Silent Running ft. Adeleye Omotayo
Gdy pierwszy raz usłyszałam ten utwór, to go z lekka zignorowałam. Jednak Spotify dało mi go na playlistę "Radar Premier" i z każdą sekundą coraz bardziej włączał mi się vibing cat. On Ma taką spokojną, przyjemną melodię. W moim przypadku, jest on dla mnie smutny, a jednocześnie wesoły, w sensie, w zależności od tego, jaki mam humor, to tak go interpretuje. Przez to pewnie, że on ma przyjazną melodię, no a tekst nie jest już taki pozytywny, bym powiedziała.




13. Mike Shinoda / Kailee Morgue - In My Head
Jedna piąta Linkin Park stworzyła utwór do filmu "Scream VI" w współpracy z Kailee Morgue. I to jest ten utwór z tych, co nie są jakieś nie wiadomo jakie, tylko są po prostu fajnym kawałkiem, łatwo wpadającym w ucho. Lubię go, choć wiem, że Mike'a Shinodę stać na więcej (dużo później okazało się, że mam rację). Na przykład jego utwór "Fine" bardziej do mnie przemawia i też jest do jakiegoś filmu. No ale, "In My Head"też często zostawało in my head.




14. Kordhell - Murder In My Mind
Kolejny z cyklu "usłyszałam w jakimś edicie" i "kojarzy mi się z TikTokiem". Dobrze buja.




15. Myslovitz - Chciałbym Umrzeć Z Miłości
Wracamy do tego zespołu i kolejnego jego majstersztyku. Może ja bym nie chciała umrzeć z miłości, uważam, że są lepsze sposoby, ale smutek i melancholia się zgadza. Uwielbiam tą spokojną gitarę akustyczną, brzdękającą elektryczną, czy pojedyncze, powtarzające się dźwięki cymbałek.




16. Farben Lehre - Na zdrowie
Szczerze mówiąc zainteresował mnie tytuł. Gdzieś w internecie pisali o nowym utworze tego zespołu i pomyślałam "a zobaczę", no i nie pożałowałam. Świetny kawałek, idealny na imprezę, i nie tylko. Głowa sama się kiwa.




17. Zodivk - Devil Eyes
To brzmi jak soundtrack do niszczenia czegoś/kogoś, albo dla postaci, która staje się villainem. Chyba najlepszy z tego gatunku, przynajmniej na tej playliście.




18. Käärijä - Cha Cha Cha 
Ponownie Eurowizja. Ten utwór jako pierwszy zwrócił moją uwagę. Ta mieszanka elektroniki z metalem mnie zaintrygowała i stylówa chłopa była taka wybijająca. Pomyślałam, że to chyba nie dla mnie, jednak po kilku odtworzeniach nie tylko zostało w mojej głowie, ale i na playlistach. To jest coś unikalnego. Moim zdaniem zwycięzca tej edycji Eurowizjii, mimo, że mam w nią wyrąbane i wiadomo, że nie o samą muzykę w niej chodzi. 




19. Disturbed - Bad Man (Kordhell Remix)
Niedługo po poznaniu tego rodzaju muzyki, pojawił się ten remix. Po pierwszym przesłuchaniu mnie nie ruszyło, ale słuchając na słuchawkach, coś tam robiąc, to jakoś wpadło mi w ucho. Trochę nie spodziewałam się takiej kolaboracji, a sam "Bad Man" w takiej wersji okazał się być fajną mieszanką.




20. 3Force - Shape Shifter
Pojawiło się na mojej playliście "Radar Premier" na Spotify i ja coś robiłam słuchając tego pierwszy raz, nie pamiętam co to było, ale ten kawałek dał taki vibe, że urozmaiciło w ciekawy sposób to pewnie codzienną jakąś czynność. Świetny kawałek.




21. Grandson - Eulogy
Kolejna piosenka dla smutnych ludzi. Kolejny utwór wpisujący się nie raz w mój nastrój. Bardzo lubię sposób śpiewania, tak jakby nic go już w życiu nie interesowało. Fajnie grająca gitara na początku i nie tylko oraz takie skrzeczące dźwięki, a co dają takiego klimatu, beznadziejności. Utwór zapowiadał nowy album Grandsona.




22. Let 3 - Mama ŠČ!
Na początku traktowałam to jako satyrę. Jednak to się zmieniło w normalnie słuchany kawałek. Kompozycja nie taka zwyczajna, kreatywna, a tekst to takie naśmiewanie się i krytyka Rosji.




23. Mareux - The Perfect Girl(Retrowave/Syrthwave cover)slowed
Czysty vibe. <cat jam emoticon>. Z tym widziałam edity chyba z wszystkiego. Posłuchałam tego też w oryginale i to nie jest to samo.




24. Fall Out Boy - Love From The Other Side
Ojj jak ja się z tego cieszyłam. To tak udany był powrót Fall Out Boy, że moje gitarowe serce się radowało. Fajnie się zaczyna taką trochę symfoniczną melodią, po czym uderza potęga gitarowa. Energiczny kawałek, jak to się mówi, "jak stary dobry Fall Out Boy".




Koniec. Może się wyrobię do końca roku 😛.
Trzeba spróbować wrócić do pisania o czymś, co było w październiku 😆. Mam nadzieję, że wena już mnie nie opuści 😆.

Adieu.