czwartek, 11 sierpnia 2022

Obejrzałam ten film, żeby zobaczyć, jak główna bohaterka dostaje po dupie. | "Not Okay"

Poza tym, że chciałam zobaczyć Dylana O'Briena w jego roli w tym filmie, to po trailerze bardziej chciałam zobaczyć, jak główna bohaterka dostaje po dupie za swoje kłamstwa.

Nie oczekiwałam kompletnie niczego po "Not Okay", bo to nawet nie jest mój gatunek filmu. Wiedziałam że to będzie taka sobie o historyjka, o dziewczynie z głupimi pomysłami, która będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów. Chciałam go obejrzeć "kiedyś tam", ale trailer pokrzyżował mi plany i razem z promocją filmu przyciągnęły mnie, by to zrobić trochę wcześniej. 



Film opowiada o Danni Sanders, która próbuje coś tam pisać jakieś artykuły, ale ani szefowa nie jest zadowolona z jej pracy, ani nie widać, że ona się w ogóle do tego nadaje. Chcąc zabłysnąć przed chłopakiem, który jej się podoba, i swoją drogą jest popularny w internecie, Danni palnęła, że jedzie do Paryża. Oczywiście się wkopała, bo nawet nie stać ją na taki wyjazd. Wpada na wspaniałomyślny pomysł i postanawia sfejkować ten wyjazd. Tylko, że w tym czasie, co rzekomo jest w Paryżu, wydarza się atak terrorystyczny. Dziewczyna zauważa, że jest w dupnej sytuacji, ale widząc lajki oraz ogólną atencję, idzie za kolejnym swoim głosem i podaje się za ofiarę tego ataku. 

Po "powrocie" z Paryża Danni na swoim "byciu ofiarą" buduje... właściwie wszystko. Unika zwolnienia z pracy i jeszcze dostaje swoje oddzielne pomieszczenie w biurze, z pomocą poznanej na terapii grupowej Rowan pisze artykuł, który jest dobry, też zaprzyjaźnia się z dziewczyną, dostaje chwilę uwagi od rodziców, czy od Colina, tego chłopaka, co jej się podobał. Można zauważyć, jak przez to, że jest ofiarą ludzie zaczynają ją inaczej traktować, bo przecież jest ofiarą, ona biedna i co ona przeżyła. 

Danni zaczęła od chęci bycia popularną i sfejkowania wyjazdu do Paryża. Potem podając się za ofiarę ataku terrorystycznego chce napisać o tym artykuł, ale żeby wczuć się w rolę idzie na terapię grupową. Tam poznaje Rowan, która przeżyła strzelaninę w szkole, i która okazuje się być popularną aktywistką. Na ten moment Danni postanawia przylepić się do niej, dzięki czemu dostaje trochę atencji internetowej. Jednak w trakcie misji pisania artykułu, czy zyskiwania popularności, poznaje ona bliżej Rowan, zauważa pewne rzeczy i trochę zmieniają się jej poglądy. Tylko że w tym, jakże nieodpowiednim momencie, Danni musi stawić czoła konsekwencjom po tym, jak wychodzi na jaw jej kłamstwo. I wtedy wali się wszystko, co na tym kłamstwie zbudowała, co nie jest dla niej łatwe.



Zabawnym było oglądać, jak Danni wpada na pomysł sfejkowania wyjazdu do Paryża, a potem jest montaż, jak ona ogarnia zdjęcie i tak dalej by były "dowody" tego wyjazdu, a gdy brnęła w swoim kłamstwie i często przy tym była jak "nie mam pojęcia co robię", albo jak było cokolwiek, co ja widziałam, że nie było dobrym pomysłem, to się z tego śmiałam i z tego co robi, i z tego jak się to może skończyć. Muszę powiedzieć, że fajnie to się oglądało. Też spodobała mi się postać Rowan. Tak jak jej strona aktywistki, to tak średnio mi się podobała, w sensie, do samego zjawiska aktywizmu nie jestem zbyt pozytywnie nastawiona, ale reszta była okay. Podobało mi się, jak chciała pomóc Danni, biorąc ją za osobę z traumą (i trochę było takie "auć", wiedząc iż ta nią nie jest). Szkoda mi jej było, kiedy widać było, jak traumatyczne wydarzenia do niej wracają. Albo jak jest scena, gdzie cała grupa z terapii gra w jakąś tam grą i ona, tak jak wszyscy (nawet Danni) mają fun z tego, po prostu nie myśli o tych złych rzeczach. To też jest moment, albo właściwie jeden z momentów, gdzie Danni zauważa, że Rowan jest kimś więcej niż źródłem lajków i atencji internetowej. W takich momentach widać było, że gryzie ją sumienie, co też było zwizualizowane. 

Wbrew pozorom relacja między Danni i Rowan mi się podobała. Bo, fajne było to, że Danni zmieniła do niej podejście, że to nie jest tylko skarbonka lajków, że w pewnym sensie są, można powiedzieć, zaprzyjaźnione i Rowan otwiera się trochę do tej drugiej. Podobało mi się, jak pokazali, jak człowiek może zmienić drugiego człowieka i dlatego strasznie było mi szkoda ich relacji, gdy kłamstwo Danni wyszło na jaw, gdzie dodatkowo ona zmieniła podejście, między innymi, do bycia popularnym. Widać było tutaj małą przemianę postaci.


Też myślałam, że to będzie historia typu, baba sobie sama narobiła problemów, a potem płacze. A tu jednak się okazało, że no nie. Pokazane zostało, co kierowało Danni, a właściwie co powodowało, że wybrała kierunek, jaki wybrała. Pewne rzeczy można było zobaczyć na przykład, gdy Danni była u rodziców. Najpierw po "powrocie" z Paryża, gdzie podejście rodziców było "o, moje biedne dziecko, co ono przeżyło", tylko że widać, że gdyby nie rzekome przeżycie ataku, to nie byłoby takiej gadki. To mogło spowodować dalsze działania bohaterki. A gdy kłamstwo wychodzi na jaw, to jej matka od razu "coś ty zrobiła, jak mogłaś być taka głupia", oczywiście postępowanie Danni nie było dobre, ale też widać po reakcji jej matki, że uważa córkę za nieudacznika. 

Na chwilę jeszcze wrócę do tego, czym zajmowała się Sanders, czyli pisaniem. Bo jak się okazało, ona umie jednak coś tam napisać, tylko musi mieć jakąś motywację, trochę lepszą niż uwiarygodnienie kłamstwa, oraz musi się do tego mocniej przyłożyć, w pisaniu czegokolwiek powinna zaangażować się tak, jak zaangażowała się w szukanie informacji o tym, co czują osoby z traumą. 


Koniec mnie rozczarował, bo myślałam, że skoro Danni trochę się zmieniła, a potem pod koniec filmu słuchała przemówienia Rowan i wyglądała trochę zainspirowana, no i że pokażą, że zaczyna wszystko od początku, tylko lepiej. Wystarczyłby jakiś krótki montaż, nawet mogłaby zacząć lecieć napisy końcowe. No fajnie, jakby człowiek, co to oglądał zobaczył, że faktycznie główna bohaterka się zmieniła. Ale przynajmniej całość pokazała popularne osoby w szczerym świetle, że robią wszystko dla popularności i pieniędzy i że czasem ta popularność trochę kosztuję, nerwów, oraz że nie wszystko co się widzi w internecie jest prawdą.

Film okazał się trochę czymś więcej niż myślałam, całkiem spoko się go oglądało, choć momentami był nudny, ale to mnie nie zdziwiło, przynajmniej momentami można było się pośmiać ze strony komediowej filmu, albo z poczynań głównej bohaterki. Zoey Deutch, odtwórczyni głównej roli, świetnie sobie poradziła ze swoją postacią, a Mia Isaac grająca Rowan, również sobie poradziła w zagraniu postaci po przeżyciach, chowająca się ze swoimi uczuciami, aktywistkę i po prostu dzieciaka, który chciałby normalnie żyć. W scenie, gdzie pokazywane były działania Rowan właśnie jako aktywistki, to Mia dała czadu, bo wydzierała się jak prawdziwa aktywistka i gdybym nie wiedziała, że to film, to pomyślałabym, że to faktycznie aktywistka, było to bardzo przekonywujące wystąpienie, a potem w wyniku pewnych wydarzeń, Rowan miała atak paniki, co też świetnie było zagrane. A co z Dylanem O'Brienem? Bo przecież był jednym z powodów, dlaczego ja w ogóle ten film obejrzałam, a nic o nim do tej pory nie wspomniała. Otóż jego rola nie była wielka, o czym wiedziałam, i fajnie zagrał. Był wiarygodnym, jak sam Dylan powiedział, fuckboyem, ale gdybym spotkała kogoś takiego jak Colin, omijałabym szerokim łukiem. 

Po obejrzeniu "Not Okay" miałam takie "meh" i nie miałam jakiś większych odczuć co do niego, ale jak na film, któremu dałam szóstkę na Filmwebie, to został mi w głowie. A mi jak jakiś film zostaje w głowie, to znaczy, że musiał w sobie coś mieć. I jeszcze ma fajną muzykę, dodaje klimatu.





czwartek, 4 sierpnia 2022

Byłam wirtualnie na koncercie zespołu Luxtorpeda na Pol'and'Rock.

Człowiek nie ma okazji wybrać się na Pol'and'Rock, ale na szczęście są transmisje na żywo w internecie z koncertów.

Dzisiaj rozpoczął się 28 Pol'and'Rock i sprawdziłam, kto gra dzisiaj, kto gra w kolejnych dniach, i zobaczyłam, że dzisiaj gra Luxtorpeda, więc przypilnowałam sobie godziny i byłam obecna przy komputerze, by "być" na tym koncercie. 

Dawno mnie nie było na jakimkolwiek koncercie, i nie dość, że nam zabrali koncerty, to jeszcze przez dwuletnie siedzenie w domu tak mnie zamknęło na jakiekolwiek wyjścia, że nawet jak był jakikolwiek koncert w mieście (a było ich mało), to w sumie sobie nic nie robiłam z tego, że ktoś da koncert. Zaś przed tym dwuletnim zastojem, chyba za każdym razem, gdy Luxtorpeda była w Lublinie, to ja na tym koncercie byłam. W ogóle chyba mi brakuje jednego, by było w sumie ich dziesięć. Wiem, że jak się sytuacja trochę poprawiła, i robiono jakieś koncerty, to był też koncert Luxtorpedy, tylko że ja nawet o nim nie wiedziałam, a ostatecznie został odwołany z powodu małej sprzedaży biletów. Potem był jakiś drugi, ale właśnie sobie go olałam, tak jak te inne koncerty. Teraz jest ogłoszony koncert na jesień, może mi się uda.

W każdym razie, jak zaczął się koncert Luxtorpedy na Pol'and'Rocku i zaczęłam ich słuchać, to poczułam, jak brakuje mi koncertów. Mimo, że rysowałam, to czułam się, jakbym tam była. Wzięłam sobie dość mocno podgłosiłam (ale nie na 100% głośności w komputerze, bo bardzo blisko mam głośniki na biurku 😅) i radowałam się dźwiękami. To była taka energia, taka moc, tyle emocji, tak jak zawsze podczas koncertów Luxtorpedy, że mimo, iż to było wirtualne, to w ogóle tego nie poczułam.

Natomiast urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Otóż, Litza, wokalista zespołu, zaczął źle się czuć. Powiedział do publiczności, po małej przerwie, że ma sztuczne zastawki w sercu (o ile dobrze ja to zapamiętałam) i że przez upał nie chcą mu poprawnie działać. Przy kolejnym utworze było widać, że dokuczają mu te dolegliwości. Dlatego zespół wrzucił na luz i zagrał "Sęk", coś kompletnie nie Woodstock'owego, jak to Litza powiedział, ale podczas tego utworu chciał trochę odpocząć. Mimo niewoodstockowości, ludzie się bawili przy tym utworze. Dodatkowo, jak zespół skończył grać ten utwór, to publiczność zaczęła krzyczeć "jak się czujesz?!". I to było takie rozczulające, tak się mi ciepło w środku zrobiło. Litza docenił i powiedział, że po to są koncerty.

To jest perspektywa w widoku komputera, wiadomo, ale mam wrażenie, że będąc tam z tamtymi ludźmi, to człowiek prawie by się czuł jak u siebie. Nie wiem, jak ja introwertyk bym to zniosła, ale mam wrażenie, że bym wytrzymała. To jak oni się tam bawią, jak przebywają ze sobą, czy robią pogo do muzyki zespołu, którą pierwszy raz słyszą. Prawdopodobnie tam nie czułabym się jak dziwak. Jest taka szansa. 

Ten koncert, mimo, że wirtualny, został u mnie i teraz siedzi w mojej głowie. Tak samo jak ci ludzie krzyczący "jak się czujesz", i ogólnie tak jakoś pozytywnie. Mam też nadzieje, że jak Litza mówił, że mu lepiej, to tak zostało.




poniedziałek, 25 lipca 2022

Teen Wolf: The Movie | Teaser Trailer | Paramount+

Ja zanim się zbiorę do napisania wpisu o "Teen Wolf", to oni nie tylko zdążyli zrobić film, ale i zdążą go wypuścić 😆.

Na początku roku, albo pod koniec zeszłego (już nie pamiętam), poszła wiadomość, że obsada serialu "Teen Wolf" ponownie się spotka, by stworzyć film. Fani serialu przed tym spamowali wszędzie, że "bring Teen Wolf back" i tego typu rzeczami, więc twórcy odpowiedzieli im "We’ve heard your howls, and we’re howling back". Ja, tak samo jak wszyscy fani, ucieszyłam się. No serial ten tak się u mnie odcisnął, że został jak rzep, bohaterowie nie są typowymi bohaterami z serialu dla nastolatków, to jak serial jest stworzony, jak sezon płynnie przechodzi w kolejny sezon (plus sezon potrafi być podzielony na dwa i też są płynne przejścia), a wydarzenia z każdego sezonu mają skutek w kolejnym. No wstrzelił się ten serial u mnie w dziesiątkę. 

Jednak jak trochę ostygłam z radości, to podeszłam do tego racjonalnie. I pomyślałam sobie tak, okay, zrobią ten film, ale jest trochę "ale". Po pierwsze, fani, można powiedzieć, żądali czegoś, więc twórcy postanowili zrobić cokolwiek, plus trochę na tym zarobić. Po drugie, zrobią coś niskobudżetowego, mało ambitnego, tak by ludzie mieli, zamknęli się i jeszcze by na tych ludziach zarobili. Po trzecie, mogli zrobić ten film w taki sposób, że zwyczajnie zrujnują pogląd na serial. No i mnóstwo tego typu rzeczy. Moja głowa produkowała mnóstwo opcji.

Nie mniej jednak, zostałam z takim "no nawet fajnie, że coś robią", ale nie pokładałam na to jakiś większych nadziei. Gdy ogłaszali potwierdzone powroty aktorów, no to fajnie było na to patrzeć, że tak powiem. Ale na horyzoncie czyhała kolejna gorąca dyskusja. Otóż Arden Cho, grająca rolę Kiry Yukimury, nie powróci. Potem ludzie dotarli do tego, że grając w serialu nie dostawała jakiegoś dużego wynagrodzenia, bo grała rolę bardziej drugoplanową, a mimo tego, że jej postać stała się główniejszą postacią, to jej wynagrodzenie w ogóle nie wzrosło. Do tego krążyły głosy, że niektórzy byli do niej uprzedzeni z powodu jej pochodzenia, a za film proponowali jej mniej, niż innym.  Ludzie tak dyskutowali i niektóre twierdzenia, czy teorie były dla mnie kompletnie głupie, że w pewnym momencie przestałam to śledzić. Oczywiście zachowanie w stosunku Arden, jeśli było prawdziwe, nie było dobre, ale ludzie już zaczęli takie głupoty wypisywać. 

Mało tego, odtwórca kluczowej postaci, Dylan O'Brien, wcielający się w Stilesa, również nie powróci. No tutaj to była taka burza, że sama niechcący w nią wjechałam. I nawet mocno się zdenerwowałam z tego powodu i powiedziałam do siostry ciotecznej, że nie obejrzę tego filmu, skoro Stilesa nie będzie. No ale rozsądek wziął młotek i walnął mnie w głowę, żeby myślenie wróciło na swoje tory. To jak zostawiłam te emocje, to stwierdziłam, że  w sumie trochę logiczne jest to, że O'Brien się nie zgodził na powrót. W tym czasie miał na głowie dwa filmy, z tego co widziałam jeszcze jakieś postprodukcje, plus patrząc na to, że niechcący jest na wyższej randze od reszty aktorów z serialu, no że w tym przypadku prawdopodobnie trochę się ceni, pod względem pieniężnym, a dodatkowo pomysł o Teen Wolf filmie wyszedł nagle, ni z gruchy ni z pietruchy z zaskoczenia, że wysokie prawdopodobieństwo jest, że chłop po prostu nie miał na to czasu.

No cóż, na tym etapie miałam podejście, że co będzie, to będzie. Pewnie film obejrzę bardziej z ciekawości, co tam zrobili wymyślili i czy czegoś nie zjebali. Jak mi się spodoba to fajnie, jak nie, to płakać nie będę (chyba, że odjebią coś konkretnie głupiego). Nawet informacja o powrocie postaci Allison, która przecież zginęła, nie ruszyła mnie. To też zależy jak ją "powrócą", mam nadzieję na jakieś w miarę sensowne to zmartwychwstanie 😛. 

Ale niedawno, bo 21 lipca, był San Diego Comic-Con, gdzie pojawili się ludzie z "Teen Wolf: The Movie" i puszczona została tam zapowiedź tego filmu. No jak jak to zobaczyłam, no to kurde zrobiło wrażenie. Na tym etapie to mi się podoba. Zaskoczyli mnie. Jednakże nadal jestem ostrożna, nie chcę robić za dużego hype'u sobie na ten film, bo wiadomo, jak to może być. No ale ta zapowiedź ma klimat. Cokolwiek tam wymyślili, oczywiście wybrali najlepszego villaina. Mam nadzieję, że to będzie chociaż dobre (nie musi być najlepsze,), takie nostalgiczne, i że tego jakoś mocną nie spierdolą. Bo fajnie było ponownie zobaczyć tych wszystkich aktorów na jednym planie, jak za kulisami sobie są i tak dalej. Szkoda by było, jakby zrobili kompletną głupotę. 

Ale czy z tego filmu powstała głupota, to trzeba poczekać na premierę w październiku, żeby się o tym przekonać.




sobota, 23 lipca 2022

Pojechałam kupić książkę podróżnika.

Ostatnio podróżnik Dawid Fazowski, prowadzący kanał na YouTube z nazwą "Przez Świat Na Fazie" opublikował wideo, w którym prosi o zakup jego książki, bo gdyby sprzedał, to co miał w magazynie, bardzo pomogłoby w realizacji jego marzenia, jakim jest stworzenie ośrodku wypoczynkowego. Mówiąc o książce w tym wideo, czy w momencie, kiedy miała swoją premierę, wspominał, że jest napisana w jego stylu, że sposób pisania, tudzież opowiadane historie, czy myśli, mogą powodować ciarki żenady.

Niektórzy podłapali temat, ale głównie tą część, by kupić książkę, i zaczęli się śmiać, szydzić, a na twitterze natknęłam się na zdjęcie z jednej strony książki, śmiejąc się, że "jakie to dzieło". Szkoda tylko, że nie wiedzą, jak Dawid zachowuje się na filmach, na przykład, i przeczytałam fragment tej strony wtedy, i po prostu to brzmiało, jak typowa wypowiedź Fazowskiego.

Za jakiś czas, po tamtym wideo, Dawid wpadł na pomysł, że będzie jeździł po miastach w Polsce i sprzedawał tą książkę, a przy okazji będzie szansa na małe spotkanie z widzami. I sobie pomyślałam, dobry pomysł, pojechałaby, z racji tego, że kupowanie przez internet nie jest mi po drodze, to byłaby okazja idealna. No i udało mu się zorganizować, a pierwszym miastem miał być Lublin. No to chyba było przeznaczenie. 

Z niepewnością, ale zaczęłam planować ten wyjazd. Do Lublina nie mam jakoś daleko, ale jak jest się piwniczakiem, co bardzo rzadko wychodzi z domu, a ostatnie dwa lata nie pomogły, no to trzeba było się nastawić, i coś dodatkowego zaplanować, żeby tak tylko do podróżnika nie jechać, benzyna droga. Ja do końca nie byłam pewna, czy pojadę, bo byłam po zatruciu pokarmowym i się organizm jeszcze zbierał, a dodatkowo zaraz po tym zatruciu złapało mnie przeziębienie i tego dnia jeszcze czułam się tak średnio. Ale się zebrałam i pojechałam. I bardzo cieszę się z tej decyzji.

Auto zostawiłam na (darmowym) parkingu w centrum handlowym, bo tam dalsze plany były, i wyruszyłam, kilometr drogi, do miejsca docelowego. Dobrze, że kupiłam wodę, i jeszcze zdecydowałam się kupić litrową butelkę, bo ona poszła w dwie strony drogi. Gdy doszłam na miejsce, było po 17, akurat w sam raz, bo od tej godziny Fazowski miał tam być. Zauważyłam małą kolejkę, i potem okazało się, że to ta kolejka, co mnie interesuje. Zagadała do mnie obca kobieta, więc był mały chatting. W trakcie stania w tej kolejce działy się śmieszne rzeczy, jak na przykład jedna kobieta łączyła się przez połączenie na kamerce, by ten ktoś z telefonu mógł pogadać chwilę z Fazą i zażyczyć sobie dedykację, albo druga kobieta, co zrobiła to samo i mówi do tego z telefonu "jesteś na głośniku, nie zrób mi siary", po czym robiła sobie zdjęcie z Fazą i z tym ktosiem z telefonu (po prostu trzymała telefon, gdzie była tego kogoś twarz). Dawid skomentował to tylko tak "Tego jeszcze nie grali" 😆. 

Ja sobie cierpliwie stałam, bo i tak dużo nie było ludzi przede mną, przyszłam w sam raz, jak przyszła moja kolej, to kolejka się powiększyła tak z pięć razy tego co było, jak przyszłam, jak nie więcej. No i sobie zakupiłam książkę, dostałam do niej gratisy w postaci naklejki i magnesu, w książce oczywiście dedykacja (w sumie mogło jej nie być, ale chłop chciał napisać, to przecież mu nie zabronię), zrobiłam sobie zdjęcie i jeszcze propsy zgarnęłam za koszulkę Sabatonu. Same plusy.

Nie byłam jakoś długo w tej kolejce, ale ludzie byli pozytywni, nie natknęłam się na żadnych przygłupów. Śmieszne sytuacje, książka i tak dalej. Ale poprowadziłam sobie małe obserwacje i potwierdziło się to, co Dawid mówi o sobie, że jest zwykłym chłopem z Żor, że jest po prostu człowiekiem takim jak wszyscy, nie gwiazdorzy i jest sobą. Widać było, że cieszył się, iż widzowie przychodzą, a to zaś ucieszyło mnie.

Potem, jak już byłam w domu i było już po spotkaniu, Dawid udzielił się na swoim instastory, że cieszy się, że tak dużo osób przyszło i wyraził swoją wdzięczność. Zaś, gdy wrócił z pobytu w trzech miastach (był w Lublinie, Rzeszowie i Katowicach), podzielił się tym, że w każdym z tych miast sprzedał ponad sto książek i to mnie ucieszyło. Mam nadzieję, że jego marzenie się spełni, ośrodek wypoczynkowy, Fazolandia, powstanie. I ogółem tak po tym jest we mnie taka pozytywność.

Tak nawiasem mówiąc, strasznie mi się podoba szata graficzna tej książki, zajebista jest.




poniedziałek, 18 lipca 2022

Playlista 32.

Od początku roku trochę minęło, więc trzeba machnąć playlistę, bo po pierwsze, miały być playlisty co miesiąc 😆, a po drugie nazbierało się muzyki od tamtej pory i jak to pisze, za rogiem są premiery, więc będzie czego słuchać i czym się zachwycać. A że mam robotę nie blogową, ani nie Instagramową (choć jedno może się pojawić, na insta, ale to nie jest głównym celem moich działań), to w międzyczasie na luzie playlistę zrobię. Będzie tu mała chwila przerwy od serialowo filmowych rzeczy i głowa odpocznie od pisania takich wpisów. 


1. Feuerschwanz - Dragostea Din Tei
To moje odkrycie. Pod koniec 2021 roku mi to YouTube wyświetlił. Zrobił mi Sylwestra normalnie. Ja widziałam ten zespół, bo reklama ich nowego wtedy kawałka wyświetlała się sponsorowanie na Instagramie. I miałam sobie zobaczyć, bo nawet mnie zainteresowało, ale się nie złożyło. Dopiero, jak mi YouTube ich wersję "Dragostea Din Tei", to zmotywowałam się. Na ten moment przesłuchałam sobie ich płytę między innymi z tym kawałkiem. No poza tym, że to jest wersja Feuerschwanz tej piosenki, czyli czegoś, co już jest, i jest kultowe i memowe już, ale to tak świetnie zagrali. Ja jak pierwszy raz to puściłam, to bardziej dla mema, no ale to jest tak dobre, że zostało. Na imprezy świetne, ale nie tylko. No i świetny zespół poznałam. Same plusy.




2. Lady Pank - Drzewa
Usłyszane w radiu pod koniec 2021 roku, w momencie, gdy premierę swoją miał na początku roku. Zdenerwowałam się, że radio, które jest u mnie w domu słuchane wcześniej tego utworu w ogóle nie puszczało. To jest pięknie brzmiący utwór, który jak zasłyszałam, tak dzień w dzień słuchałam. Raz dziennie musiał być przesłuchany. Też trochę nostalgia mi się włączyła, bo za dziecka puszczana była mi muzyka Lady Pank, i jak usłyszałam ich w nowym utworze, to ucieszyłam się, że nadal tworzą, i to ma taki ich klimat. Zmotywowało mnie to, by na listę zespołów do przesłuchania wpisać właśnie Lady Pank i w końcu przesłuchać ich dyskografię jako dorosła osoba. Zaś "Drzewa" poza pięknym brzmieniem porusza w tekście bardzo ważny temat depresji.




3. Stromae - L’enfer
Na początku 2022 roku Stromae opublikował nowy singiel, który ma brzmienie kompletnie przeciwne, niż "Santé". Mówi o depresji i myślach samobójczych autora. Utwór zaczyna charakterystyczny chór, potem jest fortepian, a w trakcie refrenu jest taki mocny, elektryczny dźwięk i to wszystko składa się w genialną całość. Po pierwszym przesłuchaniu te elektryczne muzyczne elementy były trochę dla mnie nieswoje, nie koniecznie moje gusta muzyczne idą w tę stronę. Normalnie by mnie irytowały, ale skoro przeżyłam je przy pierwszym odsłuchu, to już chyba zaczynam przyzwyczajać się do takich. Po drugim i kolejnym posłuchaniu "L’enfer"  te dźwięki po prostu nadają jemu klimat.




4. Muse - Won't Stand Down
Muzyczny powrót Muse, pierwszego, którego byłam świadkiem, bo mimo, iż gdzieś tam wcześniej te najpopularniejsze utwory znałam, to z całą ich twórczością zapoznałam się w czasach albumu "Simulation Theory" z 2018 roku. I właśnie znając twórczość zespołu i to do czego są zdolni, to po zapowiedzi "Won't Stand Down" bardzo chciałam usłyszeć nową muzykę. Fajnie, że na YouTube jest funkcja premier, bo można było sobie być na takiej premierze, razem z fanami. Zapowiedź bardzo mnie zaintrygowała, no i z ekscytacją czekałam na premierę, a potem wsłuchiwałam się w utwór. Bardzo podoba mi się, jak się zaczyna z takim (chyba) mocnym basem, refren jest melodyczny, a po drugiej zwrotce i refrenie jest świetna gitarowa solówka. Bardzo mi się podoba, jak jest zbudowany ten utwór, oraz to jak brzmi.




5. Falling In Reverse - Zombified
Falling In Reverse jestem na etapie "muszę poznać ten zespół", ale pierwszy ich utwór, jaki usłyszałam, "Popular Monster", oczarował mnie już po pierwszym jego usłyszeniu. "Zombified" właściwie przypadkowo wypatrzyłam w proponowanych na YouTube, albo w Radarze Premier na Spotify, już nie pamiętam. No i sobie zobaczyłam, bo byłam ciekawa, jak coś nowego od nich brzmi, po tym jak zachwyciłam się "Popular Monster". Okazało się, że "Zombified" to również świetny utwór. Bardzo mi się podoba, jak zaczyna się tak, tak jakby został puszczony przez stare radio, albo szkolny węzeł radiowy, a potem ktoś mówi właśnie takim radiowym głosem "Zombified" i utwór przechodzi w normlane brzmienie. Są też takie chórki, które dodają dramaturgii i klimatu, one przeplatają się przez cały utwór. Oczywiście sfera tekstowa zaczyna się od rapowego recytowania, które jest charakterystyczne, mi się wydaję, w przypadku tego zespołu. Bardzo podoba mi się sposób rapowania wokalisty, oraz śpiewania na refrenie. Jest też świetny breakdown, gdzie wjeżdżają fajne agresywne gitary, jak i agresywny wokal. Tekst jest sprzeciwem wobec cancel culture, gdzie popularne osoby są cancelowane za konkretne czyny, nie ważne jak dawno to było, oraz czy dana osoba się zmieniła od tego czynu.




6. Korn - Worst Is On Its Way
W lutym pojawił się nowy album Korna. Musiałam parę razy go przesłuchać, aby dobrze mi się przyjął, a jednym z najczęściej odtwarzanych utworów z niego jest właśnie "Worst Is On Its Way". Bardzo podoba mi się ten dźwięk na początku, zrobiony chyba gitarą, czy brzmienie gitary przed refrenem. Jest też charakterystyczne dla wokalisty śpiewanie bez słów, co daje Kornowego klimatu. 




7. Bloodywood - Aaj
Kolejna genialna kompozycja od zespołu z Indii. Jest tak skomponowana, że podczas słuchania na premierze wzruszyłam się z powodu tego, jak to brzmi. Zaczyna się spokojnie, z fletem między innymi. Potem jest eksplozja dźwięków od innych instrumentów, po czym melodia się zmienia na taką pod rap, bo właśnie jest rapowy tekst, po czym płynnie przechodzi na metalowy krzyk. No genialne! A to jeszcze nie koniec, bo jest fletowa solówka, czy kobiecy łagodny chórek, przy którym melodia również jest łagodna. To też bez problemu było słuchane codziennie, nawet po kilka razy.




8. Sabaton - The Unkillable Soldier
Sabaton przygotowywał się na premierę swojego nowego albumu. Po "Soldier Of Heaven", koło którego przeszłam trochę obojętnie, bo jakoś mnie mocno nie zachwycił, to zespół chyba czytał mi w myślach i wypuścił taki banger. Bardzo podoba mi się brzmienie tego utworu, refren jest fajny melodyczny. Fajne jest chórkowe "ouuuu ouuuu", czy gitarowa solówka. Zaś historia o żołnierzu, który dostał w oko, stracił rękę, trafiono go w płuco, czaszkę, biodro, czy w nogę i pewnie czegoś nie wymieniła, jest niesamowita. Chłop zmieniał sobie wojska, brał udział w bitwach, a mimo odniesionych ran, on dalej chciał iść wojować i jeszcze powiedział, że on enjoyed the war.




9. Aurora - A Temporary High
Bardzo lubię brzmienie tego utworu. Grają tu fajne klawisze, czy akustyczna gitara. Jak to słyszę, to głowa sama kiwa, a nóżka sama tupie. Taki fajny pozytywnie brzmiący kawałek. 




10. Steve Aoki & grandson - KULT (ft. Jasiah)
Fajne połączenie elektroniki z gitarą elektryczną. Podoba mi się to. Bardzo podoba mi się moment, gdzie grandson śpiewa "We'll see who's laughing", a po pauzie "now".




11. Shinedown - Planet Zero
Świetne uderzenie gitar już od samego początku, a do tego dołącza mocny wokal. Zwrotki są śpiewane trochę tak agresywnie, a refren jest melodyczny. Podoba mi się też dykcja wokalisty w wersach "On your knees or you'll be replaced. Replaced", "So bite your tongue cause it might save your life". Jest też fajny bridge, gdzie jest odliczanie, a towarzyszy mu świetna gitara. Bardzo udany powrót zespołu od ich poprzedniego albumu, "Attention Attention" z 2018 roku, przy którym poznałam Shinedown i całą jego twórczość.




12. Badflower - 24
Utwór stycznia i właściwie tego roku. W tym miesiącu właśnie skończyłam 24 lata, no i przez resztę tego roku muszę żyć z tym licznikiem. Wersy tego utworu do mnie trafiają, a niektóre nawet pasują. Zaczyna się smutną, powolną gitarą. Po pierwszej zwrotce i refrenie melodia się rozwija i dołączają inne instrumenty. Po drugim refrenie jest coś podpisane "interlude" i tu łagodnym głosem śpiewane jest "Breathe", a potem "I was so wonderful" ze zmienioną melodią na taką symfoniczną? tak mi się kojarzy. Świetny utwór.




13. Imagine Dragons - Bones
Jak Imagine Dragons coś wypuści, to nie ma bata, w moich głośnikach, tudzież w słuchawkach, leci to codziennie, nawet po kilka razy. Ten utwór miał premierę w marcu, a ja go teraz odtwarzam, jakby on był świeżo wypuszczony i słuchając go mam taki sam vibe, jak zaraz po premierze. Nic się nie zmieniło. Czasem jest tak, że słuchając czegoś nowego, dzień w dzień, po kilka razy, to po jakimś czasie ten zapał do słuchania ostyga, a czasami już się nie ma ochoty czegoś słuchać, czy wręcz staje się to nudne. Nie w przypadku "Bones". Lubię jak się zaczyna, potem jest pre-chorus, "My patience is waning is this entertaining" i uderzenie dźwięków przy refrenie. Bardzo lubię jak brzmi bridge, "Look in the mirror of my mind...", czy outro, "There goes my mind..".




14. Rammstein - Zeit
Powrót niemieckiej legendy. Emocje takie same, jak przy "Deutchland" po dziesięcioletniej przerwie. A podczas premiery siedziałam nie wiedząc czego się spodziewać, a potem odkrywałam ten utwór. Trzeba było kilka razy go posłuchać, żeby wszedł w krew, ale dzięki temu już z niej nie wyjdzie. Słysząc samo brzmienie i tylko domyślając się o czym jest tekst, pojawiły się mokre oczy ze wzruszenia. Tak na mnie podziałała ta muzyka. Zaczyna się powoli, od fortepianu, po pierwszym refrenie melodia się rozwija i gra piękna gitara. Nadal jest spokojnie. Przed drugim refrenem jest chór, a na refrenie eksplozja dźwięków. Po tym jest chwila dla instrumentów i słychać piękną gitarę. Ponownie na chwilę robi się spokojnie i na końcu pełna akustyka. Głos Tilla Lindemanna brzmi genialnie. Do utworu jest także teledysk podkreślający muzykę. 




15. Labrinth, Zendaya - All For Us
Z początkiem roku obejrzałam "Euphorię". Niechcący w tamtym czasie miałam doła, więc  niechcący wpasowałam się w klimat. Serial był dla mnie nowy, więc z początku musiałam się do niego przyzwyczaić, tak jak i do muzyki, która w serialu jest charakterystyczna. Ale podkreślała ona to, co działo się w serialu i z czasem  do mnie trafiła. A ostatnia scena, w ostatnim odcinku pierwszego sezonu i "All For Us" zrobiło robotę.




16. Extra Terra & Lazerpunk - Synthetic Soul
Vibing cat moment.




17. Masked Wolf - Fallout Feat. Bring Me The Horizon
Fajna nutka z gościnnym udziałem Bring Me the Horizon. Bardzo podobają mi się dźwięki zaczynające ten utwór, a które później się przez niego przewijają. Tekstowo pierwszy wjeżdża Oli Sykes z refrenem. Lubię ta jak brzmi jego głos, w tym momencie, jak i później. Sposób w jaki wjeżdża na drugi refren też mi się podoba, a po nim jest takie przełamanie w linii melodycznej i jest trochę mocniejsza, po czym wraca na chwilę bit z raperem i na ostatnim refrenie wracają mocniejsze brzmienia. Fajny kawałek z postapokaliptycznym klimatem. 




18. Royal Blood - Honeybrains
Bardzo ładnie grające gitary, fajne śpiewanie i akcentowanie "Honeybrains". Kolejne dobre brzmienie od Royal Blood.




19. Harry Styles - As It Was
Powrót Harry'ego Stylesa odbił się szerokim echem po każdym kącie w internecie, przynajmniej tam gdzie zaglądałam. Chłopa coś tam słucham, więc też sobie zobaczyłam, co tam nowego stworzył. A wyszło bardzo fajne brzmienie. Grają fajne klawisze, czy inne syntezatory, a na końcu dzwonki podobne do tych, co na święta grają. Miła, skoczna piosenka, mówiąca o mało miłych rzeczach.




20. White Lies - I Don't Want To Go To Mars
Zasłyszane w radiu. Bardzo podoba mi się gitara, która jest na początku, a która potem się przewija. Podoba mi się też jak brzmi wokal, czy to na zwrotkach, czy to na refrenach. Ogólnie barwa głosu wokalisty jest dość oryginalna i dobrze się go słucha.




Będąc przy końcu tworzenia tej playlisty dorwało mnie takie zatrucie pokarmowe, pierwsze w życiu, albo przynajmniej od bardzo długiego czasu, że wszystkie moje działania, o których na początku wspominałam zostały zapauzowane. Tyle było z moich planów. No cóż, life is life, and it is what it is.

Na dodatek, jak już zaczęłam się lepiej czuć, to wzięło mnie przeziębienie, because why not, więc trochę pracowałam z towarzystwem gorączki. Powoli już i przeziębienie mnie opuszcza, więc trzeba się na nowo w robotę wdrożyć. 


wtorek, 28 czerwca 2022

Do obejrzenia tego zachęcił mnie teledysk z piosenką. | "Arcane"


Jako fan Imagine Dragons, czekałam na premierę ich nowego utworu, skończyłam na obejrzeniu animacji. Tak to czasami bywa. Mi to nie przeszkadza.

Bardzo lubię Imagine Dragons, więc nic dziwnego, że czekałam na ich nową muzykę. Odtwarzając "Enemy", brałam pod uwagę sferę muzyczną właśnie, ale już z początkiem animowanego teledysku moją uwagę przykuła animacja. I oglądając ten teledysk w akompaniamencie z tym świetnym utworem, dało mi taki vibe, że szok. To jak te dwie rzeczy do siebie pasowały, się uzupełniały i świetnie współgrały, to poezja. Kreska animacji świetna. To co teledysk przedstawiał było świetnie zmontowane i to, co się tam działo przyciągnęły moją uwagę. Zaznajomiłam się plus minus z tematem i obejrzałam "Arcane".



Ja w gry nie gram, ja je oglądam, oczywiście te, co mnie zainteresują, czyli nie wszystkie, a "League Of Legends" to w ogóle nie rozumiem, nie wiem o co w niej chodzi, ale gdzieś tam styczność z nią miałam, bo Blondynki Też Grają robiło z nimi rysunki i streamy z rysowania, gdzie o tym gadali, czy też Black Worn Jeans wspominała słownie i rysunkowo o Jinx, a i brat cioteczny próbował mi tę grę wytłumaczyć. A po teledysku do "Enemy", to już w ogóle ta postać Jinx mnie zaintrygowała. Mimo, że "coś tam" słyszałam o tym LOL'u, to za dużo nie wiem o tym, ale mimo wszystko zaryzykowałam i postanowiłam obejrzeć "Arcane". Penie też nie wyłapałam smaczków z gry, czy cokolwiek, ale w sumie to mnie najmniej interesuje.



W pierwszym akcie poznajemy dwie główniejsze postacie, Vi i Powder. Dowiadujemy się co spotkało siostry, gdy były dziećmi, oraz jak trafiły pod opiekę Vandera. Potem, gdy są trochę starsze, obserwujemy, jak muszą sobie radzić, żyjąc w tej gorszej części miasta. Na przykład kradną, w tej lepszej części miasta. Widząc właśnie jedną z akcji ich oraz ich dwóch kumpli, można zauważyć, że siostry trzymają się razem, a Vi wspiera Powder. Jednak podczas tej akcji nie wszystko idzie, tak, jakby się ta czwórka spodziewała. Poza jakimiś łupami ściągają na siebie kłopoty. Udaje im się uciec z miejsca zdarzenia, ale zaczynają się poszukiwania i w ich dzielni zaczyna węszyć tamtejsza policja (minęło trochę czasu, nie wszystko pamiętam, więc mogą być braki w nazewnictwie). Jeden z kumpli obwinia Powder, nie tylko w tej sytuacji, że to jej wina. Vi staje po stronie siostry. Vander próbuje pomóc swoim podopiecznym, ale sprawy się komplikują i zostaje pojmany. Vi razem z kumplami opracowuje plan, by go ratować, a gdy przychodzi do jego realizowania, tym razem nie zabiera ze sobą Powder. Dziewczynka się załamuję, bo do tej pory siostra ją wspierała, i w nią wierzyła, a tu nagle Vi jej mówi, że nie jest gotowa. Dlatego konstruuję swoją kolejną bombę, z tajemniczym kamyczkiem, co ukradła w ich feralnym napadzie. Tymczasem Vi i reszta realizują plan i wszystko idzie dobrze. Przy okazji dowiadujemy się trochę o Vadnderze i o tym typie, co go pojmał. W końcu wszystkie strony się spotykają. Vi z ekipą docierają do Vandera i razem walczą z ludźmi porywacza, a Powder do tej imprezy podrzuca swoją bombę. Tym razem wybuchła. Po wielu niepowodzeniach udało jej się skonstruować bombę, która wybuchła. Niestety, bo wyrządza więcej szkód niż pożytku i kończy się to tragicznie, po tym siostry się rozdzielają.

Dzieje sióstr przeplatane były dziejami Jayce'a, który zainspirowany postacią napotkaną w dzieciństwie, chce przy pomocy nauki stworzyć magię. W swoich działaniach zyskuje kompana, Victora. Postanawiają oni zaryzykować wszystko dla swojego wynalazku. A w międzyczasie jeszcze, kryminalny król testuje potężną substancję. 




W drugim akcie widzimy przemianę Powder, która jest teraz Jinx. Już nie jest niewinną, przestraszoną dziewczynką. Jej bomby wybuchają za każdym razem. Też broi, ale robi problemy Silco, z którym trzyma. Zmiana jest diametralna, A Jinx bardzo szalona.

Poznajemy postać Caitlyn, która jest tamtejszą policjantką. Chce ona wyśledzić Silco, więc idzie do drugiej strony miasta, a za przewodniczkę bierze sobie Vi. I takim sposobem widzimy kontrast między pięknym miastem progresu, a undergroundem, które jest właściwie oddzielnym miastem. Caitlyn wychowywana w tej lepszej części, jest przytłoczona, tym co widzi po drugiej stronie. Przemierzając underground Caitlyn i Vi spotykają Jinx. Vi nie poznaje siostry. Jest w szoku, jak mocno się ona zmieniła. Siostry ucinają sobie pogawędkę, ale znowu zostają rozdzielone.




W trzecim akcie Jayce musi podjąć ważną decyzję co do swojego wynalazku, który okazał się sukcesem, ale też, że jest niebezpieczny. Underground czuje się gorszy i poniżany przez Piltover, dlatego chce zostać niezależnym miastem. Były nawet o tym rozmowy, i nawet szły dobrze, ale coś im przeszkodziło. Jinx ma coraz większy mętlik w głowie. Victor podejmuje tragiczną decyzję. A gdy niektóre sprawy mają swój finał, wydarza się coś niespodziewanego (i wybuchowego).



 
Bardzo podobała mi się fabuła, ale w sumie najbardziej interesowała mnie historia Vi i Powder/Jinx. Jakoś najmocniej mnie obchodziła. Ale inne niektóre postacie, jak na przykład Victor, czy Caitlyn, też budziły zainteresowanie. Spowodowane jest to chyba tym, że zwyczajnie postać Jinx jest intrygująca. Widzimy jaka była przed zmianą. Że jest dzieckiem i chce na przykład pomóc siostrze, ale jaj nie wychodzi, za co jest jej przykro, a krytykujący koledzy tego nie polepszają, mimo, że sama Vi wspierała siostrę. Widzimy jak ta siostrzana więź znika, oraz to co spowodowało przemianę Powder w Jinx (oraz skąd w ogóle ta ksywka). Obserwujemy tą postać i poza szaleństwem widzimy co ona ma w głowie, jak tam jest bałagan, jak ona walczy z własnymi myślami. 

Serial też pokazuje problemy miasta Piltover, które jest podzielone na lepszą i gorszą część. Widać w tych dwóch stronach wielką różnicę. Mimo, że już wcześniej widać było te różnice, to mnie jednak to uderzyło w momencie, gdy Caitlyn z Vi przechodziła i poznawała tamtejsze rejony. 

"Arcane" to pierwsza animacja, taka dla starszej widowni, którą obejrzałam. Do tej pory uważałam, że animacja, jaka by nie była, kojarzy się z tym, że oglądają ją dzieci (no debil), oraz sądziłam, iż animacja nie odda mimiki postaci, czy ogólnie będzie się bardzo różnić od tego, co dostajemy w produkcjach z aktorami. Nie wiem jak w innych (bo oglądałam tylko jedno), ale w "Arcane" było odwrotnie, do tego co uważałam. Mimo, że z początku było tak trochę inaczej, bo człowiek do aktorów przyzwyczajony, to szybko przyzwyczaiłam się do animacji i normalnie oglądałam, jak coś z aktorami. Zapomniałam o tej różnicy, że to animacja. I widać był mimikę postaci, na twarzy Jinx widać było jej szalone emocje, czy jak wpadała w taki swój Jinxowy szał. Byłam zaskoczona, że było widać emocje na twarzach postaci, to przecież animacja (człowiek uczy się całe życie). 

Kreska animacji jest tak świetna, tak mi się podoba, że nic dziwnego, że mnie przyciągnęła. Jako osoba, która coś tam rysuje, gdzieś tam robi zdjęcia i interesują mnie jakieś kreatywne rzeczy, to zwracam na takie treści uwagę. Podoba mi się też kolorystyka, gdzie kolory wyglądają trochę jak sprane, ale jak na przykład coś świeci, to ten kolor jest taki wyraźny. Też doceniam taki szczegół jak zdarty lakier na paznokciach u Jinx.




Do "Arcane" stworzona została muzyka. Nie tylko taka skomponowana, a utwory stworzone przez kilku artystów. Poza Imagine Dragons i ich "Enemy", które nie było tylko w serialu, ale było też openingiem dla serialu, znaleźli się tacy artyści, jak Woodkid, Pvris, Denzel Curry, Bea Miller, czy Sting. Prawie wszystkie te utwory trafiły na moje playlisty, a w serialu podkreślały klimat danej sceny i pasowały do danego momentu. Fajny był moment z "Enemy", gdzie nawet pojawił się animowany zespół. A moment, który najbardziej złapał za emocje, to ostatnie sceny w ostatnim odcinku sezonu w towarzystwie utworu Stinga. Ogółem na początku nawet nie wiedziałam, że to Sting, dopóki nie ogarnęłam sobie wszystkich wykonawców i utworów. I jak odkryłam, że to Sting to nieźle się zdziwiłam, a potem jak się wsłuchałam w "What Could Have Been", to miałam tylko takie "no faktycznie, Sting".

Też warto wspomnieć, że "Arcane" mimo, że powiązany jest z "League Of Legends", to kompletnie tego nie czuć. Oczywiście ci co grają w grę mogą wyłapać trochę więcej, ale taki zwykły śmiertelnik jak ja, też może go obejrzeć. Postacie są przedstawione, ich historie i motywy, oraz poznajemy miasto i jego dwie strony.


To co chciałam chyba napisałam. Wiadomo, że na świeżo, to by było inaczej, na świeżo to żyje się dopiero widzianą historią. Choć przynajmniej się nie rozpisywałam i nie walczyłam z tym, o czym wspomnieć, a o czym nie, żeby mocno nie zaspoilerować 😛. Pamiętam, że po obejrzeniu długo myślałam nad tym, co obejrzałam. Trochę zanurzyłam się w ten świat oglądając filmy na YouTube na ten temat, również od osób znających temat od strony gry, League Of Legends, co pomogło mi zrozumieć parę rzeczy. Z przyjemnością obejrzę kontynuację "Arcane", bo drugi sezon jest zapowiedziany. Jestem ciekawa, co będzie się działo, po tym co się stało w finale pierwszego sezonu, jak to się wszystko potoczy.



czwartek, 9 czerwca 2022

Trzeci film trzeciego Petera Parkera. | "Spider Man: No Way Home"

Było się na dwóch poprzednich, więc i trzeci trzeba było zobaczyć. Choć przy poprzednich dwóch nie miałam jakichś większych oczekiwań, to przy trzecim miałam uczucie, że to może być najlepszy z tych trzech filmów z Tomem Hollandem. 


Nie jestem jakoś fanem filmów Spider-Man z Tomem Hollandem, po prostu w większym, czy mniejszym stopniu mi się podobają, mogą być. Kiedy ogłosili pierwszy film, to miałam takie "Cooo? Znowu od nowa zaczynają?". W końcu byli poprzedni Spider-Many. Ten z Tobey Maguirem się przejadł, bo Polsat za dużo go puszczał, ale pamiętam, że jak go pierwszy raz zobaczyłam (i potem jeszcze kilka razy), to bardzo mi się podobał i wtedy był dla mnie innowacyjny. (Nie wiem jak teraz, bo dawno go nie widziałam). A ten z Andrew Garfieldem jest moim ulubionym, i nigdy nie rozumiałam tego, że ani nie kontynuowani tej serii, ani tego, że ludzie to tak mocno to krytykują (a potem po latach sobie o tym przypominają i żądają kolejnej części). No i jak przyszedł ten z Tomem Hollandem, no to miałam odczucia, że znowu odgrzewają ten temat, znowu zaczynają od początku. No poszło się i zobaczyło. Był fajny, ale głowy nie urwało. Na drugą część też poszłam żeby zobaczyć, czy jest lepsza od pierwszej. No a trzecia realnie mnie zainteresowała.

Zaczynając pisać ten wpis, ogarnęłam, że to już dawno byłam na tym Spider-Manie. Do tej pory raczej wszyscy mniej lub bardziej zainteresowani zdążyli obejrzeć, no ale jeżeli nie, no to gdzieś tam na dole mogą być spoilery. Tak tylko mówię. 


Tak więc w "Spider-Man: No Way Home" wszyscy wiedzą, że Peter Parker to Spider-Man. Z tego powodu on, jak i jego bliscy nie mają łatwo. Chociażby on, MJ i Ned nie mogą dostać się na studia. Peterowi jest ciężko z tym, że odbija się to nie tylko na nim. I mi się go szkoda zrobiło. Złoczyńca z drugiej części nie dość, że ujawnił, że on to Spider-Man, to jeszcze go wrobił w przestępstwo. Ludzie zaczęli mu dokuczać i uważali go za kogoś przeciwnego do bohatera. Afektowało to nie tylko na chłopaku, ale i na osoby wokół niego. Peter się bardzo obwiniał o to, że jego bliscy tracą na znajomości z nim i jak kamera pokazywała jego smutną minę, w której widać, że się obarcza, to aż mi przykro się robiło. 

Dlatego Parker wpada na pewien wspaniałomyślny pomysł. Do tego poszedł się zwrócić o pomoc do Doctora Strange'a. Peter chce, by Strange rzuciła zaklęcie, aby ludzie zapomnieli o tym, że on to Spider-Man. Doctor Strange nie był pewny, a Wong mu to odradzał, ale Doctorowi zrobiło się szkoda chłopaka, przez to ile przeszedł w młodym wieku, więc się zgodził. Jednak Parker podczas robienia zaklęcia przypomniał sobie, że jego przyjaciele i ciotka May też zapomną, a czego nie chciał, więc ich po kolei wymieniał, a Strange wykluczał z zaklęcia, czym za bardzo namieszał w tym zaklęciu i musiał się z tego wycofać. 


Jednak szybko się okazuje, że mimo wycofania się z zaklęcia zdążyło ono trochę nabroić, na skutek czego Peter konfrontuje się z Doctorem Octopusem. Pojawia się również Green Goblin, Electro, Lizard, czy Sandman. Doctor Strange twierdzi, że złoczyńców trzeba wyłapać i odesłać tam, gdzie ich miejsce. Peter robi to i przy okazji poznaje te złe osobistości. Wpada również na kolejny wspaniałomyślny pomysł, by spróbować im pomóc, że skoro trafili do ich świata, a w swoich im nie wyszło, to chce im dać drugą szansę. Z tym pomysłem nie zgadza się jednak Doctor Strange, więc panowie się trochę pokłócili. 

Parker stawia na swoim i zgarnia wszystkich złych gości w jedno miejsce. Mimo, że ci źli na początku dają się Peterowi namówić, to niestety w pewnym momencie coś pęka, dzieją się złe rzeczy, niestety swoje życie traci ciocia May i Peter jest jeszcze bardziej zdołowany, niż przed próbą rzucenia zaklęcia. 

No chłopak sobie sam nagrabił. Mimo, że go rozumiałam, to jednak pomysł o usunięciu ze wspomnień ludzi, że Peter Parker to Spider-Man, był dla mnie głupi. No mieszanie w takich rzeczach nigdy nie jest dobrym pomysłem, wiele filmów i seriali to udowadnia. Zaś jego drugi pomysł, by spróbować dać drugą szansę wszystkim złoczyńcom, co trafili do tamtejszego świata, miał potencjał, choć trochę w niego nie wierzyłam, bo to trochę taka bomba była, która mogła wybuchnąć przy każdym fałszywym ruchu. Nie musiała wybuchnąć, ale mogła. I to niestety się stało. No i znowu było mi Petera szkoda. Znowu się załamał, jeszcze bardziej niż był na początku. Jak tak oglądałam, jak pierwszy ze złoczyńców się wyłamuje i potem wszystko leci jak lawina i Spider-Man z nimi walczy, to tak zrobiło mi się smutno. Bo mimo tego głupiego pomysłu z wymazaniem w ludzi tego, że Peter Parker to Spider-Man i ogólnie narobienie bigosu z zaklęciem, no to Peter był pozytywnie nastawiony. I sprzątanie bałaganu też dobrze szło. No i z takim pozytywnym nastawieniem chciał pomóc grupie czarnych charakterów. A tu nagle musiał się zmierzyć z tymi, co chciał im pomóc. I to był taki breakdown, od tego zaczęło się wszystko walić. Walka ze wszystkimi złymi, co było that's a lot of damage, sam fakt, że na tamten moment jego plan zakończył się fiaskiem, i jeszcze śmierć ciotki May, której się kompletnie nie spodziewałam i tym samym mnie to poruszyło. To wszystko zmieniło coś w Peterze. Ta jego pozytywność została poniekąd zabita, no i przybity Parker ukrył się przed wszystkimi. 


Tymczasem MJ i Ned się o niego zamartwiają. Podczas rozmowy tej dwójki Ned przypadkowo otwiera portal dzięki pierścieniowi, który Peter zabrał Doctorowi Strange'owi. Przez portal dostaje się Peter Parker, ale nie ten, którego MJ z Nedem szukali. Ned otworzył drugi taki portal, przez który wchodzi gość, uważający się za Spider-Mana.

I tu zaczyna się najlepsza część tego filmu. Spełniają się tu niektórych marzenia, niektórych domysły oraz niektórych plotki. Pojawiają się dwa poprzednie Spider-Many. Tobey Maguire i Andrew Garfield zaszczycili nas swoja obecnością, wcielając się ponownie w swoje kreacje Peterów Parkerów. Człowiek niby się domyślał, ale twórcy zrobili to tak fajnie, że jak się pojawiła ta dwójka, to z humorem, z pomysłem i cieplutko się na serduszku zrobiło. Spodziewałam się czegoś w stylu, że Peter Toma Hollanda walczy z tymi złymi i w jakimś krytycznym momencie pojawiają się nagle Peterzy Maguire'a i Garfielda i mu pomagają. Dobrze, że tak, ani podobnie, nie było.

Dwaj gościnni Peterzy chcą pomóc Nedowi i MJ w odnalezieniu ich Petera. Gdy to się udaje trójka Peterów ma wspólną rozmowę i jak się okazuje mają wiele wspólnego. Ogólnie ta rozmowa była wzruszająca. Mieli tyle wspólnego, mieli podobne przeżycia, świetnie siebie rozumieli i nawet kończyli sobie wzajemnie zdania. Bardzo mi się to podobało. Gościnni Peterzy mówią temu trzeciemu, że pomysł, by pomóc tamtym złoczyńcom jest dobry i jest jeszcze szansa, by się on udał. Tak więc trójka Peterów, plus MJ i Ned, trafiają do laboratorium. Tam coś majstrują i przy okazji trochę siebie poznają. Kiedy wyprodukowali, to co mieli wyprodukować idą na tych wszystkich złoczyńców, żeby spróbować im pomóc. 


No i zaczyna się walka z tymi złymi, i walko o tych złych. Podczas tych walk w pewnym momencie MJ spada z wysokości, i jej Peter chcę ją ratować, tylko przeszkadzają mu w tym. Wiec na ratunek rusza jej Spider-Man Andrew Garfielda. No i jak ją łapie i lądują, to chłop spytał się dziewczyny, czy wszystko w porządku i się rozkleił. I tak jak on, tak i my widzowie mieliśmy flashbacki. Kto siedzi w temacie ten wie, że The Amazing Spider-Man nie uratował swej lubej. Nie udało mu się. No i uratowanie MJ było dla niego, jak i dla widza, emocjonalne. Mi się oczy zmoczyły. 

Ostatecznie Spider-Manom udaje się zrealizować plan. Ta dwójka gościnnych Peterów powstrzymuje tego trzeciego od zabicia Green Goblina, co miało być zemstą, mówiąc mu, że będzie tego żałować. Niestety coś złego się działo między światami, na co Doctor Strange próbował zaradzić, ale jak się sam Peter Hollandowy domyślił, trzeba dokończyć sprawy z zaklęciem z początku filmu i wypowiedzieć go poprawnie. Dlatego dzieje się to, co Peter chciał na początku i wszyscy zapominają, że Peter Parker to Spider-Man, co też okazuje się bolesne. 



Cóż, fabuła nie była jakoś wymyślna, nie była jakaś niesamowita i niepowtarzalne, ale nadrobione to zostało innymi rzeczami. Na początku było dużo humoru, a z czasem było go mniej, gdy robiło się coraz poważniej. To tonowanie humoru podkreślało narastającą powagę i dawało to klimat. Sceny ze wszystkimi Spider-Manami były nostalgiczne i rozczulające. Można było przeżyć ponownie filmy z tymi dwoma poprzednimi Spider-Manami. Tak jakby razem z perspektywą Petera Hollanda poznawaliśmy tamtych dwóch, i z perspektywą tamtych dwóch poznawaliśmy Petera Hollanda. Bardzo mi się to podobało. I sceny w laboratorium, i jak te w których wspólnie działają, oglądało się z wielką przyjemnością. Dlatego z tego powodu dałam temu filmowi dziewiątkę na Filmwebie. 

No cóż, nie wiem, czy będą kolejne produkcje z Hollandowym Spider-Manem. Widziałam głosy, że ma być kolejna trylogia. Pewnie będę obserwować sytuacje, a jak coś będzie i zaciekawi, to obejrzę. A tak, to trzeba by było obejrzeć ponownie pierwszą trylogię z Maguirem, żeby zobaczyć, czy się podoba, i zobaczyć dwa filmy z Garfieldem, bo tego Spider-Mana lubię najbardziej.