Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rysunek w kolorze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rysunek w kolorze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2023

Zakończenie trylogii ocznej. | Oko w kolorze.

I oto ostatnie oko w tworzeniu. Tym razem poza ołówkiem w ruch poszły kredki. To ponownie będzie oko na wprost, tylko to drugie, przeciwne temu, co narysowałam ołówkiem. Chociaż jak się później okaże, to nie ma to znaczenia 😆. Oczywiście wszystko zaczyna koło. A z racji tego, że to jest tym drugim, to te zdjęcia, które robiłam krok po kroku temu pierwszemu oku, to zrobiłam u nich lustrzane odbicie i to z moich zdjęć korzystałam, by narysować to oko w kolorze. Przy okazji chciałam utrwalić to, co już przerabiałam. Następnie narysowałam krzywą kreskę, która najniższy punkt ma po prawej stronie, by tam narysować kącik oka.






Potem narysowałam górną powiekę, taki zaokrąglony trapez, i dolną powiekę, gdzie przy okazji widać, że ona jakaś taka, że coś w niej nie pasuje. I tu po prostu pojawia się ten problem, że ta linia dolnej powieki idąca od wewnętrznego (po prawej) kącika tak jakoś dziwnie tam kształtuje to oko. U górnej powieki też coś nie grało i robiłam poprawki. Poza tym narysowałam tą opadającą skórę na górną powiekę i wytarłam koło. 






Następnie narysowałam dwa nieidealne kółka, na tęczówkę i źrenicę. Ten rysunek to trochę taki sprawdzian, czego ja się nauczyłam i widać małe niedoskonałości, jak na przykład te niezbyt równe koła.




Podążając za tutorialem, który pokazywał jak rysować tęczówkę oka, zrobiłam delikatną warstwę kredek. I szczerze mówiąc, to oglądałam to wideo bez głosu, chodziło mi tylko o podążanie za tym co się dzieję na nim i nie wiem dokładnie co ta cienka warstwa miała dać. Przypuszczam, że po prostu taka podkładka do późniejszego nakładania koloru. Taki szkic. Sprawdziłabym zwyczajnie to wideo, ale nie mogę go znaleźć, a sobie go nie zapisałam na playliście, jak te dwa poprzednie. Zamiast zdjęć mam widea tego co robiłam.







A tu zdjęcie z tym co zdziałałam.




Jest też takie robione aparatem, a nie telefonem, tylko zrobione dwa miesiące później. Niechcący miałam taką przerwę od tego rysunku.




Tak jak pokazywane było w tamtym wideo roztarłam tą pierwszą, cienką warstwę kredek, po czym zaczęło się kolorowanie. Zaczęłam warstwować różne kolory, głównie niebieskości, aby przechodziły gładko z jednego, po drugie, aż do trzeciego. Na pierwszym wideo widać, jak robię ciemne miejsca, czy odbicie światła. W drugim robię strukturę tęczówki. Tu było dość sporo roboty, a to była ta prostsza strona tego oka, więc tak naprawdę to był dopiero początek. 






Po powyższym wideo (podzielonym na dwa 😛) przez jakiś czas nie robiłam żadnych nagrań, tylko skupiłam się na tym co robiłam, bo robiło się coraz trudniej i chciałam się nie rozpraszać. Pod koniec tamtego nagrania zaczęło być trochę pod górkę i ciężko mi szła robota. Potem trochę porobiłam i za niedługo zrobiło się to schematyczne i mogłam sobie jakieś nagrywanie włączyć. Ale zanim, to ja byłam bliska rezygnacji, no mały kryzys był. To było dużo roboty, trzeba mi było mieć dużo cierpliwości, a efekty były takie średnie (co z tego, że to był początek roboty, a od tej strony jeszcze nie było dużo szczegółów, bo było tam odbicie światła). Ale zaczynając tą bardziej szczegółową stronę, gdzie było a lot of work, trzeba było coraz więcej kredek używać, powoli pojawiały się efekty i wtedy przez myśl mi przeszło, że coś może z tego będzie.





Rysując tą górną część po mojej prawej stronie, właśnie zaczęłam widzieć sens tej roboty, ale jednocześnie byłam zmęczona. Nigdy w życiu nie nadłubałam się tyle kredkami w jednym miejscu. Ten ostatni portret rysowany kredkami mnie tak nie zmęczył. Mózg mi parował. Będąc coraz bliżej końca, ja się bardzo cieszyłam, że było bliżej niż dalej.




Im bliżej końca byłam, tym większa ulga przychodziła. Poprawiłam to, co rysowałam na początku, bo wtedy robiłam wszystko niepewnie i nieśmiało, więc poprawiłam trochę kolor, żeby był żywszy i dało to lepszy efekt. A zwieńczeniem pracy było zrobienie źrenicy. Na wideo, za którym podążałam, na źrenicę nałożono bordowy, ja tego nie zrobiłam, bo już miałam dość tego oka i zrobiłam to innym kolorem, pewnie którymś niebieskim.




Miałam rysować całe oko, ale ta tęczówka mnie tak wymęczyła, że stwierdziłam pierdziele, skóry trochę rysowałam przy ostatnim portrecie, może sobie poradzę w przyszłości rysowania jakiegoś oka. Rezultat jest całkiem niezły, ostatecznie wyszło całkiem całkiem. Moje nerwy, pot, stres i kupa roboty dały jakiś efekt. Tak jak miałam plan narysować okładkę jednego z singlii od Stromae, to po tym oku mi się lekko odechciało i jeszcze trochę ciemniejszy kolor skóry mnie przestraszył i chwilowo ten pomysł został zawieszony. Może kiedyś się odważę. Na razie do głowy przyszedł mi nowy pomysł i chce się za niego zabrać.

No i trylogia oczna została kolorowo zakończona i ogólnie to tylko jedna rysunkowa praca została mi do opisania, a ona będzie bardziej interesująca niż chyba te wszytstkie oczy (tak i prawie o niej zapomniałam i byłam bliska napisać, że "to by było na tyle, co narysowałam w 2022 roku"). A poniżej dwa zdjęcia, bo nie wiem które lepsze. Jedno robione po narysowaniu, a drugo robione do podsumowania na Instagramie (to ciekawe, jak w ciągu pół roku człowiekowi zmienia się, co mu się podoba, na przykład takie zdjęcia rysunku). Ja ten wpis tu zostawiam i biorę się dalej za robotę (cokolwiek teraz robię 😆).

Adieu.




środa, 7 października 2020

Trzy dni na narysowanie kartki urodzinowej.

Powoli kończąc poprzedni rysunek, fanart do piosenki "Strawberry Lipstick" Yungbluda, napisała do mnie koleżanka, że imprezę urodzinową chce zrobić któregoś dnia w weekend, a pisała o tym, że chce zrobić imprezę jeszcze jakiś czas wcześniej i wtedy byłam przekonana, że urodziny, to ona ma gdzieś na początku października. No coś mi się w głowie poprzełączało. I wtedy myślałam, że mam dużo czasu na cokolwiek. Jakie było zaskoczenie, gdy ona do mnie napisała i okazało się, że mam trzy dni na zrobienie kartki urodzinowej, która jako pierwsza przyszła mi do głowy.

Ostatnimi czasy mam tak, że dużo rzeczy wspominam, i właśnie rysując ten poprzedni rysunek, gdzie w międzyczasie dowiedziałam się o tej imprezie i olśniło mnie, że koleżanka urodziny ma jednak we wrześniu, przypomniało mi się, że na pierwsze urodziny, na które mnie zaprosiła, narysowałam jej właśnie kartkę urodzinową. Tylko to było tak paskudne, że jak sobie przypomnę, to mi wstyd, że coś takiego komuś dałam. Rok później znowu narysowałam kartkę urodzinową, była trochę lepsza, ale nadal nie najładniejsza. I chcąc zrobić właśnie taki trochę throwback do tej pierwszej kartki, i naprawić sytuację tych poprzednich, nie za ładnych kartek, chciałam postarać się i zrobić coś porządniejszego tym razem. Nie wiedziałam, czy w trzy dni uda mi się zrobić tą kartkę, ale postanowiłam chociaż spróbować.


Przygotowania.

Chcąc zrobić coś lepszego od tych poprzednich kartek, postanowiłam jako tako i mniej więcej się przygotować. Patrząc na te wcześniejsze, to na nich leżała na przykład anatomia człowieka, a rysowałam na nich dziewczyny (i aż mi się przypominają źle narysowane plecy 😣).Po wybraniu referencji do nowej edycji kartki urodzinowej, poszukałam podstaw przystosowanych właśnie pod zdjęcie referencyjne. Na tym zdjęciu stała dziewczyna tyłem, więc tak chciałam się przygotować.

Wiem, ze moja nauka rysowania, o ile można to tak nazwać, jest pewnie od dupy strony, jak to się mówi, i pewnie dostałabym zjeby od jakiegoś profesora, no ale to tylko ja, a ja jestem dziwna. What I can do. 

Tak więc, wedle przepisu, na początku narysowałam takiego kanciaka-patyczaka. Zarys głowy, klatki piersiowej, miednicy i kończyn. Potem na podstawie tego próbowałam narysować, tak powieżchownie wszystkie części ciała. Następnie z takiego czegoś, co wygląda jak manekin,wyszczególniłam tego człowieka. I byłam zaskoczona, bo myślałam, że stworzą prawdziwego koślaka, gdzie wszystko krzywe nie na swoim miejscu, a to nie jest takie złe. Znaczy, nie jest to piękne i idealne, ale w porównaniu do moich oczekiwań, wyszło całkiem w porządku, i to jeszcze jako szkic poglądowy. Podejrzewam, że ten poglądowy szkic wygląda lepiej od tego, co stworzyłam na tych poprzednich kartkach urodzinowych 😆. Zaś po każdym etapie pozbywałam się trochę ołówka przed zaczęciem kolejnego etapu, by nie zakłócało to kolejnej warstwy linii ołówka. Wtedy byłby wielki brud i nie wiadomo, o co by chodziło.




Pozytywnie nastawiona po pierwszej próbie, postanowiłam wykonać drugi taki. I ponownie patyczak, manekin i człowiek. Przy tym miałam zagwostkę, bo niby nie wyszło źle, ale jedne rzeczy wyglądały lepiej, inne trochę gorzej. Na przykład stopy mi się tutaj podobają. A i po raz kolejny, mam świadomość, że mogę robić coś źle, nawet przy tym wzorze coś mi nie pasowało, bo na oryginale te pierwsze kreski były potem na środku rąk, nóg, a u mnie były z boku i to mi podpowiadało, że robię coś nie tak. 




Za jednym rozmachem machnęłam jeszcze trzeci taki szkic. Wyszedł całkiem w porządku, tylko mam wrażenie, że ramiona są za szerokie. Zaś dłoni nie rysowałam w ogóle, w żadnym z tych trzech szkiców, bo nie były mi potrzebne, a gdybym je jednak rysowała i by mi nie wychodziły, to ja aby bym się denerwowała i demotywowała i ogólnie traciła czas. Na dłonie też przyjdzie pora. Chciałabym wziąć je na oddzielny warsztat, na spokojnie. Czyli wtedy kiedy będą mi potrzebne do jakiegoś rysunku 😂.




Po trzech takich szkicach stwierdziłam, że mi wystarczy i następny, podobny szkic, będzie już w pozie, jakiej potrzebowałam. Tutaj też ogarnęłam mniej więcej co robiłam nie tak, rysując ramiona i ręce głównie. Zarys głowy jest tutaj za mały do całości, bo w sumie nie zawracałam na nią uwagi, ważniejsze było ciało. Szkic wyszedł w miarę w porządku, więc jako że gonił mnie czas, stwierdziłam, że wystarczy tych szkiców przygotowawczych.



Szkic.

Czas przyszedł, by wykorzystać to, co się wcześniej bazgrało. Patrząc na podstawy, narysowałam wstęp do tego, co chciałam narysować na kartce. Na oryginalnym zdjęciu, dziewczyna stała tyłem do aparatu, a przed sobą miała ognisko, którego światło i dym robiło jako tło na zdjęciu. Światło pochodzące od ogniska oświetlało ten dym oraz dolną partię sukienki dziewczyny. Oczywiście nie chciałam przerysowywać tego jeden do jednego, bo po pierwsze - nie spotrafiłabym, a po drugie - w rysunku nie do końca chodzi o przerysowywanie, szczególnie, gdy dane zdjęcie jest tylko referencją. Moim zamysłem była poza dziewczyny ze zdjęcia referencyjnego ubrana w czerwoną sukienkę, ale ten czerwony widoczny jest mniej więcej tam, gdzie na zdjęciu jest blask ogniska, a reszta sukienki czarna, jako że stoi w mroku i światło tam nie dociera. Jako tło wykorzystałam motyw tego dymu, ale wiedziałam, że dym mi nie wyjdzie, więc byłby do interpretacji.





Tutaj robiłam aby jedną kalkę, bo wszystko opracowałam na tej drugiej, jednej kartce. Niczego skomplikowanego to tu nie było, wystarczyło zrobić dokładny szkic, aby był na gotowo. Pozostał mi aby napis "happy birthday" i o dziwo wyszedł mi za pierwszym razem i przede wszystkim słowo 'birthday' się zmieściło tam gdzie jest, bo myślałam, że ani mi nie wyjdzie ten napis tak szybko, ani to słowo się nie zmieści, tam gdzie sobie go umiejscowiłam. No spodziewaj się niespodziewanego. Chyba tak mocno skupiłam się, ze względu na małą ilość czasu, że mi po prostu wychodziło. 





Red, Black and Yellow.

Z dziewczyną poszło mi szybko, no bo w większości czarnego, to czarny marker i na łączeniu z czerwonym dopiero pojawia się kredka. A jak już przy łączeniu tych dwóch kolorów jestem, to delikatnie inaczej mogłam to zrobić, bardziej w linii prostej, ale w takim zaokrągleniu idąc za tym, jak idzie krawędź sukienki. Do tych czarnych miejsc użyłam znowu pisaka od Faber-Castell z literką B. Czarna i czerwona kredka, jak i pozostałe użyte w tym rysunku, to Koh-I-Noor, większość Polycolor i jeden rodzynek z Mondeluz. Do napisu "happy birthday" wzięłam sobie MICRONa 02.



Tło wyszło mi coś na wzór ognia. Rysowałam je na zasadzie "co wyjdzie, to wyjdzie". Wyszło tak. I teraz po kilkunastu dniach wygląda to dla mnie jak wyblurowany ogień na zdjęciu. No i w sumie fajnie. Też ten 'ogień' mogłam inaczej poprowadzić, ale z pośpiechu machały mi się głupoty, no a na poprawki, to średnio był czas. W czarne miejsca na tle też poszedł pisak z Faber-Castell, a potem między nim, a żółtą kredką była czarna z Polycolor, a jak nią już nie dało się zdziałać, to wzięłam tą z zestawu Mondeluz.



Kartkę kończyłam w dzień imprezy, no i świeżuśka trafiła tam, gdzie trafić miała. Skończyłam tło, nakleiłam całość na czarną kartkę techniczną, złożoną na pół, a w jej środek wkleiłam karteczkę z życzeniami.

Dając ją koleżance, ona miała takie "oooo", i mówi mi, że miała prosić, żebym taką kartkę narysowała, ale zapomniała. Mi przeszło przez głowę, że jaka synchronizacja zaszła, plus, o prezenty się nie prosi. A ja jej mówię, że powspominałam i zmajstrowałam. Fajnie tak, jak coś się zrobić, komuś się daje, a ta osoba się cieszy. Strasznie fajne uczucie. 



Tak wyglądały poprzednie kartki urodzinowe.

Pierwszą kartkę urodzinową zrobiłam znajomej, która zaprosiła mnie na swoje osiemnaste urodziny. Pomyślałam wtedy, że to będzie taki miły dodatek do prezentu. Pamiętam, że się spodobała. Mi też, aż do momentu, w którym postanowiłam odświeżyć pamięć i zobaczyć jak on wygląda, oraz żeby zdjęcie tutaj wstawić. Znaczy, to jeszcze można przetrawić, potem powstało gorsze dzieło, ale zwyczajnie widzę ile tam nieprawidłowości. Teoretycznie można byłoby powiedzieć, że jest to mega uproszczone, no ale bez przesady. Pomysł spodobał się koleżance i chciała, żebym jej też zrobiła kartkę urodzinową, tylko w jej stylu. No i zmajstrowałam... takie paskudztwo, że ja nie mogą. Pamiętam, to też było robione na szybko. Tu się nic nie zgadza. Te widoczne kreski koło napisu "Happy Birthday", ta brzydko narysowana sukienka. I w ogóle ta dziewczyna ma wiele wad. Następnie był rok przerwy i następnym razem znowu zmajstrowałam. Tu już trochę lepiej, ale te włosy, i płaska głowa z lewej strony rysunku. Jedynie sukienka całkiem spoko wygląda. No ogółem Not Great Not Terrible. No i na ostatku wersja 2020. 

Nadal mnie śmieszą te poprzednie kartki. Szczególnie ta druga.

No cóż, to by było na tyle pisania, wspominania, śmiania i wstydu. Podrzucę parę moich rzeczy, kończę ten wpis, przenoszę go na bloga (na szczęście większą połowę mam już napisaną 😛) i biorę się za następny. Pa! 

Facebook | Instagram | Deviantart



środa, 30 września 2020

Zanim ja to narysowałam, to zdążył on dwa utwory wypuścić. | "Strawberry Lipstick" fanart. | Terapia rysunkowa.

Jakiś czas temu zaczęłam rysować portret Seleny Gomez i minęło już chyba kilka miesięcy, a on nadal nie jest skończony. To wiąże się z tym, że podczas rysowania  zapomniałam o jednej dość ważnej rzeczy, czyli nie dłubaniu w jednym miejscu. A ja, ze starymi nawykami, rysowałam w jednym miejscu, w pewnym momencie zaczęło mi nie wychodzić, tak jakbym tego chciała i zamiast po pierwszej próbie odpuścić i iść dalej, a potem wrócić to tego, to ja rysowałam i poprawiałam, rysowałam i poprawiałam, aż w pewnym momencie mój entuzjazm i chęć do rysowania znikły. Z kolejnymi tymi poprawkami traciłam chęci do tego, coraz bardziej zaczynało mi się nie podobać to, co do tamtej pory już narysowałam. Kolejna próba poprawienia czegoś demotywowało mnie i zwieńczyło to wszystko dzień, w którym nie mogłam kontynuować rysowania, a po tym dniu również z rysowaniem nie było mi po drodze, no i rysunek do tej pory leży i czeka na zbawienie.

Strasznie zraziłam się do rysowania i jak sobie o tym rysunku przypomniałam, to robiło mi się smutno. A jeszcze jak zobaczyłam jakiś fajny rysunek na Instagramie, czy gdzieś indziej, to już w ogóle. Jakoś drugiego, abo trzeciego dnia ja zdałam sobie sprawę, że nie powinnam długo dłubać w jednym miejscu na rysunku i aby facepalm mi został. Do tego czasu też w ogóle o tym rysunku nie myślałam, bo nie miałam czasu, ale jak miałam chwilę, usiadłam i minie olśniło, no to yhh. Po chwili dołka, prawie zmobilizowałam się do kontynuowania rysowania, no bo pomyślałam, że będę rysować dalej, w innym miejscu, a kiedyś tam wrócę do tego, co mi nie wyłaziło. Lepiej późno niż wcale. No ale jednak nie. Nie wróciłam do rysowania. Tak długo leżał na biurku ten rysunek, że parę razy musiałam go odkurzyć i nawet kot na niego usiadł (na szczęście rysunek przeżył). Miałam wyrzuty, że nie kończę tego portretu, ani nie rysuję nic nowego. Też jestem przyzwyczajona do tego, że kończę jeden rysunek i dopiero potem rysuję coś kolejnego, ale podczas tego mojego kryzysu doszłam do wniosku (prawdopodobnie kolejne moje olśnienie 😂), że nie zawsze muszę coś kończyć, by coś kolejnego zacząć. No i nadarzyła się okazja.

Jakieś dwa miesiące temu swoją premierę miał utwór "Strawberry Lipstick" od Yungbluda i do teledysku miał zrobionego fajnego takiego jeża na głowie, a dodatkowo ma włosy w dwóch kolorach i to tak świetnie wyglądało, że wpadłam na pomysł zrobienia fanarta. Strasznie chciałam narysować tego dwukolorowego jeża. Odkąd jakiś rok temu, jak nie więcej kupiłam czarno-czerwone krzesło do biurka, mam zajawkę na połączenie tych dwóch kolorów i strasznie mi się to podoba, taki mrok w czerni i taki wyrazisty kolor czerwonego. Dlatego tym bardziej te włosy wpadły mi w oko, a potem pomysł na fanart. No ale zanim się wzięłam za jakiekolwiek prace związane z tym rysunkiem, to Yungblud zdążył wypuścić drugi utwór, "Lemonade", a zanim skończyłam ten fanart, to miał premierę utwór "Obey" od Bring Me The Horizon, w którym się Yungblud udzielił. Także to ja, i w dużej mierze moje niepewność i niezdecydowanie, żeby zacząć cokolwiek rysować.


Pomysł
Chciałam zrobić coś w rodzaju takiego typowego fanarta, co ludzie robią z motywami swoich ulubionych artystów, zespołów, filmów, seriali czy gier, coś luźnego, coś prostego. Pomyślałam, że taki prosty rysunek będzie dobry na moje zrażenie do rysowania. Wpadłam na pomysł, żeby narysować głowę Yungbluda z tymi fajnymi, inspirującymi włosami, ale zamiast elementów twarzy, nosa, oczu, ust, był tytuł piosenki. Jakiś zamysł był, więc zostało znaleźć jeszcze zdjęcie referencyjne. A z tym łatwa nie jest, bo nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale jak wybieram zdjęcie z którego mam rysować, albo z którego mam się wzorować, tak jak w tym przypadku, to ja przez długi czas potrafię wybierać taką referencję. Do tego artu chciałam jakieś najprostsze zdjęcie/kadr z teledysku, żeby jakoś bardziej sobie życia nie utrudniać, bo i tak miałam niezłą rozkminę. Chciałam uniknąć odchylonej głowy, pochylonej pod jakimś dziwnym kątem tej głowy, czy żeby ta głowa nie było ni to z boku, ni to lekko z boku, ale nadal widoczna by była cała twarz, tylko z jakąś tam perspektywą, no i tego typu rzeczy. Postawiłam na prostotę. Proste portretowe zdjęcie. No tylko z tym mały problem był. Ale z racji tego, że nie wiedziałam jak dalej się potoczy to moje rysowanie, to padło na takie, gdzie Yungblud ma przechyloną głowę, ale na którym wydaje się, że ta głowa mogłaby być na wprost, gdyby zdjęcie inaczej było zrobione. Nie wiem, czy faktycznie by tak było, że ta głowa mogłaby być na wprost, czy to tylko złudzenie, ale prosty rysunek z tego można było z tego zrobić.




Projekty i szkice
Pomysł trzeba było przenieść na kartkę. A bez podstaw się nie obejdzie. Jako osoba, która właściwie dopiero co niedawno podstawy bierze pod uwagę, to muszę czasami jeszcze wyciągnąć kartkę z podpowiedziany. Tak żeby nie popełnić błędu. Albo popełnić ich mniej. No i ogólnie wiedzieć na czym się stoi. Ponieważ nie wiedziałam, jak mi to tam pójdzie i jak dokładnie miałoby to wyglądać, chciałam zrobić z tego zdjęcia co wybrałam jako referencje tak jakby portret, w sensie jakby patrzył się na wprost i tej głowy przychylonej ni  miał. Pomyślałam, że na prosto będzie prościej mi to ogarnąć, a potem gotowe łatwiej byłoby mi zrobić tą głowę przychyloną, a jak nie, to by została tak na prosto. No nie wiedziałam, czy będzie przychylona ta głowa jak na zdjęciu, czy zostanie na prosto, tak jak mi lepiej było mi narysować, nie miałam takiego konkretnego planu. Wszystko się mogło wydarzyć. Szkice robiłam na papierze z odzysku, no bo to szkice, lepszego papieru nie trzeba, i na formacie A5, z początku na takim formacie art ten miał być, ale potem okazał się za mały, żeby wyglądał na nim fajnie, ale szkice można było zrobić. też myślałam, że ten art pójdzie bardziej do szkicownika, no ale nie. 



Pierwszy szkic. Nic nie zobowiązujący. Chciałam przypomnieć sobie te podstawy, bo od rysunku miałam długą przerwę, a z podstawami znajomość jest dość świeża. To w ogóle nie wygląda, i oczywiście wyglądać nie miało, bo miałam tylko przypominajkę z podstaw, no i od razu na tym robiłam przymiarki do fanarta. Na tym etapie nie wiedziałam jak dokładnie będzie wyglądać ten art, dlatego narysowałam na przykład usta. Miałam w głowie, że nawet jak mi się nie przydadzą te usta, czy wyrysowane oczy i nos, to pomogą mi w kształtowaniu twarzy, czyli najważniejszej części rysunku. I właściwie te elementy bardzo mi pomogły. Ostatecznie wyszedł taki poglądowy brzydki szkic, żeby sobie zapisać pomysł z głowy i mieć jakiś początek, by potem móc iść dalej.



Drugi szkic był konkretniejszym szkicem. Wyrysowałam twarz, włosy, ponownie uwzględniłam oczy, nos i nawet brwi, wbrew pozorom te elementy mi pomagały, na przykład w orientowaniu się po rysunku tejże twarzy. Na bazie jednego punktu mogłam postawić drugi. Miałam też małą rozkminę przy rysowaniu żuchwy, bo ona trochę inaczej wygląda przy otwartych na maksa ustach, niż jak jest na nich zwykły uśmiech. Teoretycznie to nie było coś skomplikowanego, ale mój mózg musiał to sobie przetworzyć. 



Trzeci. Tu chciałam delikatnie zaokrąglić twarz, ale poszło to trochę za daleko i ta twarz wyszła duża i nieproporcjonalna do tego. Mimo to, pewne rzeczy, które na poprzednim szkicu widziałam, że źle narysowałam, na tym poniższym szkicu wyglądały lepiej. 



Kolejny, przedostatni szkic. Tu uwzględniłam dobre rzeczy z dwóch poprzednich szkiców. No i prawie wyszła mi ostateczna wersja. Rysując coś, mam widok pod skosem, a pod skosem powinno być podłoże na którym się rysuje, wtedy to jest lepsza pozycja do patrzenia, bo ma się rysunek na wprost, nie pod skosem i jest większe prawdopodobieństwo lepszego rysunku. Ja rysuje po prostu na biurku, jeszcze zapominam, żeby czasem spojrzeć na rysunek z góry, albo porównać do referencji, czy wszystko jest okay. Dlatego wkradają się błędy, jak je zauważę, to dobrze, jak nie, no to ups. A tak jeszcze co do szkicu, to kreskowato zarysowałam litery.



Tak zestawiają się wszystkie szkice na A5, a tak, żeby zobaczyć różnice w projektowaniu. Nadal mnie śmieszy ten pierwszy, bo on taki surowy, brzydki 😆. Też można zauważyć, że nie za pierwszym razem, tylko po kilku próbach wychodzi coś dobrego. Mnie to w jakiś sposób fascynuje, bo robię pierwszy szkic, który jest brzydki, a potem robię kolejne i na podstawie nich poprawiam i zmieniam rzeczy i wychodzi ostateczna wersja szkicu, która nadaję się do dalszej pracy. 



Żeby nie marnować czasu, a przede wszystkim nie spartolić całej roboty tego czwartego szkicu, przekalkowałam go. Na kartkę a$, bo widziałam, że na A5 będzie ten fanart słabo wyglądał.



Kiedy przekalkowałam i zaczęłam pracować ołówkiem po po kalkowych liniach, starałam się robić jak najbardziej dokładne kreski. Podczas tego zauważyłam, że ucho po prawej stronie rysunku jest za nisko, się gdzieś machnęłam, więc go poprawiłam. Do poprawy były też niektóre włosy, a litery tytułu piosenki z kresek zmieniłam w grube litery.



Nastąpiła kolejna kalka. Tym razem na czystą kartkę z bloku, by rysować już fanarta. Kontury twarzy, włosów obrysowałam czarnym cienkopisem, literki zaś czerwonym. Zapełniłam też nimi cienkie miejsca w literach, gdzie kredka nie dałaby rady. A jak przy kredce jesteśmy, to zaczęłam dalej kolorować te literki, ale w porę zaprzestałam, zdając sobie sprawę, że ten czerwony może się rozmazywać, gdy wypełniać będę kolorem twarz. I tak uniknęłam prawdopodobnej katastrofy, bo znając mnie, pewnie bym zaczepiła o te literki i rozmazałabym tą czerwoną kredkę.




Kolory
Rysowanie tych jeżowych włosów było przyjemnością. Po twarzy, gdzie budowałam w miarę jednolity kolor, co się trochę zeszło, włosy rysowało mi się z satysfakcją. W końcu w nich więcej się dzieje. Miałam obawy, że coś przy nich spartolę, ale poza tym , że w niektórych miejscach za daleko wyjechałam czarnym, co nie jest czymś koszmarnym, to nic się nie wydarzyło. Tam gdzie był obszar z dużą ilością czarnego, pomogłam sobie mazakiem z Faber-Castell, bo moja kredka była na wykończeniu i mogłaby mi nie styknąć, a z pomocą mazaka mi styknęła. Czarny i  czerwony nakładałam również warstwami, żeby zbudować kolor, a w miejscu łączenie tych kolorów, nakładałam je na przemian, warstwowo, raz jeden, raz drugi, do póki aż kartka dokładnie będzie pokryta tymi kolorami i będzie taka gładka warstwa kredkowa. 





Ponieważ jestem osobą, która w siebie nie wierzy, i do tego co robi ma zawsze jakieś "ale", nie spodziewałam się, że włosy będą przypominały włosy, że uda mi się poprowadzić tak kolory, że fajnie się ze sobą zmieszają. Wyszło to wszystko lepiej niż oczekiwałam. Ogólnie jak coś rysuję, to się nie nastawiam na to, iż wyjdzie mi arcydzieło, bo z doświadczenia wiem, że tym sam sobie robi się nadzieje, a jak coś nie pyknie, to jest rozczarowanie. A tak, na nic się nie nastawiałam, fajnie wyszło i człowiek się raduje. A z czarnej kredki zostało mi tyle, co na poniższym zdjęciu. Przy okazji można zobaczyć jak robiłam i jak wychodziły mi włosy, co mi się podobało. 





A jak temperowało się taką kredkę, by wydobyć z niej jeszcze jakiś naostrzony rysik? Ano używało się czegokolwiek, siły palców, zębów, czy w ruch poszły nawet kombinerki. Przy kolejnym projekcie musiałam używać już noża, temperówka nie dawała już rady 😂.





Przybory
Do rysowania szkiców wzięłam kartki z odzysku, jakieś kserówki jeszcze z czasów szkolnych, ta jedna strona zawsze jest czysta i szkoda mi takie kartki wyrzucać, a tak można na nich chociażby taki szkic. Do wykonania szkiców wzięłam przybory, których mi nie szkoda, a jako polska cebula, chce oszczędzać jak najwięcej, bo i tak kredki poszły tu niemiłosiernie. Tak więc końcówka ołówka z BICa, trzeba było z niego wydusić, tyle ile było można. Jako przedłużkę do owego ołówka robił mi kawał plastiku, w którym kiedyś była kredka i można było ją wysunąć ile się chce, a potem schować z powrotem. Jak widać ołówek był za mały i trzeba było zrobić zabezpieczenie z papierków. No i ołówek do sudoku, który z drugiej strony miał gumkę, którą zużyłam, a teraz trzeba zużyć ołówek. 






Kontury twarzy obrysowałam cienkopisami. Do cieńszych linii wzięłam sobie jeden z zestawu CREADU, chyba 0.3, a do grubszych jeden z zestawu Faber-Castell, prawdopodobnie F, zaś B użyłam do pomocy przy włosach. Do kontur liter wzięłam czerwony cienkopis z BICa, nazwany intensity.






Kredki to oczywiście Koh-I-Noor, czerwona i czarna z zestawu Polycolor, a kolor cielisty z zestawu Mondeluz, z kredki zostało tyle ile widać 😛.






Lekcja cierpliwości. 
Wracamy na chwilę do momentu pokrywania kolorem twarzy. Ponieważ był to spory obszar, to potrzebował on trochę czasu podczas roboty. Przed rozpoczęciem działań nakładania cielistej kredki, postanowiłam sobie, że będę to robić ze spokojem, bez pośpiechu, bo znając mnie, i z doświadczenia, gdybym robiła to szybko, to zaraz by powstały plamy, ja zaczęłabym się irytować i robić to szybciej, co by skutkowało jeszcze większą ilością plam. Wtedy ja bym się zniechęciła, jeszcze bardziej zdołowała, rysunek wyglądałby źle, a to nie o to chodzi. Ja też dłubiąc w jednym miejscu potrafię się zirytować i zdenerwować, więc zapełniając kolorem twarz, tak by na końcu było w miarę jednolita warstwa koloru, no to był trochę test, trochę lekcja cierpliwości. Choć i tak mało się irytowałam, ale jak czułam, że mi starczy tego rysowania, to robiłam sobie przerwę. Chyba moja determinacja do tego, by narysować w miarę coś dobrego była bardzo wysoka po ostatnim, niedokończonym rysunku.




No i koniec.
Oto rezultat mojej pracy. Wyszło mi to nawet całkiem w porządku. To miał być prosty rysunek i taki jest, tu nic nie miało być jakieś szczegółowe i realistyczne. Ujęły mnie czarno-czerwone włosy ułożone na jeża i udało mi się je narysować tak, że mi się podobają. Kocham to połączenie tych dwóch kolorów. Co najważniejsze, terapia rysunkowa się udała, bo potem znowu coś stworzyłam, zaś o tym następnym razem. W tytule wpisu napisałam, że Yungblud zdążył wypuścić dwa utwory, zanim ja narysowałam ten fanart, ale zanim napisałam ten wpis, on zdążył wypuścić jeszcze jeden numer. Także ten 😆.

Yungbluda słucham od dość niedawna, na początku kilka utworów, a potem wszystkie. Chłopak jest rok starszy ode mnie, a jest tak kreatywny i inspiruje, robi tyle rzeczy, robi świetną muzykę, no ja go podziwiam. Obserwując go chociażby na Instagramie widzę, jak on wszystko co robi, robi to z pasją, zawsze gdy coś wypuszcza, coś ogłasza, albo ogólnie odzywa się na instastory, to zawsze jest podekscytowany, skacze z radości, on ma tyle energii, że aż się dziwię, że tyle tej energii można mieć. I jeszcze tą energią zaraża, bo jak ja się na niego napatrzę, to aż mam ochotę coś robić. W momencie, gdy próbuję wyprodukować ten wpis (w wersji papierowej), Yungblud wypuścił teledysk do swojego nowego utworu, "God Save Me, But Don't Drown Me" i tam znowu pojawił się czarno-czerwony motyw, który znowu dał mi zalążek pomysłu, więc kto wie, może znowu coś stworzę.

No cóż, czas to zakończyć. Chciałam jakoś fajnie popisać ten wpis, ale mam wrażenie, że im bliżej końca, tym gorzej idzie mi pisanie (ałtysta jest najlepszym krytykiem dla samego siebie). Jakoś ciężko i trudno mi się skupić na pisaniu. I mając jakieś fajne zdanie, i nawet już go zaczynając zapisywać, to go zdąrze zapomnieć i już to tak fajnie nie brzmi, jak to było w mojej głowie. Może więcej weny i skupienia przyjdzie przy następnym wpisie. Także podrzucę parę moich rzeczy, skończony rysunek i się żegnam.