Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Art. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Art. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2025

Kto może nazywać się artystą?

Ostatnio siedzą mi w głowie dwa tematy, i jeden z nich nasunął mi się po obejrzeniu filmu Olsikowej. Swoją drogą, próbuje ona drugi raz wrócić na YouTube, i jak są filmy jej co czwartek, o siedemnastej czterdzieści pięć, to mój wewnętrzny małolat się tak cieszy. Olsikowa w tym filmie po części omawiała swoje dramy, które miała swego czasu, gdy była w szczycie swojej popularności i działalności na YouTube, i w sumie internetu. I łoesu, co to były za czasy, dużo kanałów wtedy nagrywało coś na temat Olsikowej, a najboleśniejsze dla mnie, tamtejszej mnie, jak ktoś kogo oglądałam obrywał, albo jak ktoś kogo oglądałam nagrał coś na temat Olsikowej. Wtedy takim kanałem był Blondynki Też Grają. A drugie, bolesne były rozterki, jak zgadzałam się z czymś po jednej stronie, i z czymś po drugiej stronie. To było na zasadzie "o, ten tu ma rację", "o, a tamten tutaj ma rację". No teraz, to zwyczajnie bym wysłuchała tych obu stron, wyciągnęła coś dla siebie, i tyle. Pewnie oglądałabym dalej obie strony. Albo przestałabym oglądać któryś kanał, jeżeli coś zaczęłoby mi w nim nie odpowiadać, ale to by zależało od wielu czynników, tak jak przestałam oglądać kanał Sami. W każdym razie, Olsikowa kiedyś wspominała, że wielu rzeczy żałuje, że wiele decyzji było podejmowanych, w różnych warunkach, że to tak ujmę, i nie były one zgodne z nią. Ogółem wiele kwestii związanych z pewnymi aspektami tamtejszych dram sprzed lat zostało wyjaśnionych. To długa historia, której znam szczątki, czyli tyle, ile sama Olsikowa powiedziała. Może kiedyś ona w pełni ją opowie, a ja to po prostu zostawię. Zostawię też ten temat dram, bo nie o niego mi chodzi, ale w związku z nim Olsikowa poruszyła temat, kto może nazywać się artystą?

Pierwszym zarzutem, o którym Olsikowa wspominała, to to, że ona nie może nazywać się artystą, bo nie ma skończonej szkoły. I to jest taki głupi (co najmniej) argument, ludzi, którzy czują wyższość z posiadania papierka, albo którzy mają ból istnienia, że mając skończoną szkołę nic im nie wychodzi, albo że ci bez szkoły są lepszymi od nich, bo już od pewnego czasu w niektórych dziedzinach posiadanie kwitu z ukończenia jakiegoś wyższego nauczania nic nie znaczy. A tym bardziej w dziedzinie artystycznej, gdzie umiejętności nie koniecznie idą z tym, czego można się nauczyć w jakiejś tam szkole. Znając polskie szkolnictwo, to tym bardziej. Wiele osób po jakimś ASP, czy innym takim, przyznawało, że nic im nie dało chodzenie do jakieś takiej szkoły, na jakieś takie studia, a jedynie co dostali, to kwitek, a nie że się czegoś faktycznie nauczyli. Oczywiście, nie mówię, że wszyscy ludzie po szkole z kwitkiem nie mają żadnych umiejętności, ale to raczej nie dzięki szkole coś umieją. Może szkoła i coś pomogła, ale w całości raczej nie można umiejętności jej przypisać. Są jednak przypadki, gdzie ludzie bez szkoły są lepsi od tych niektórych po szkole. Zazwyczaj takie osoby zdobywają wiedzę na własną rękę, teraz w erze internetu, to łatwizna, jak ktoś chce, to nie tylko darmowy tutorial, ale i kurs można znaleźć. I to zależy też kto ma jakie podejście do tworzenia, bo wiadomo, że osoba, czy po szkole, czy bez szkoły, mające już jakieś umiejętności i nadal się doskonali, mając pasję do tego tworzenia, wiele rzeczy ich inspiruje, i od nich płynie, to co tworzą, to będą trochę lepsi od takich, co tworzą coś od reguły, cały czas coś według jakichś zasad, albo tworzą coś niezrozumiałego, jakąś abstrakcję, czy coś takiego (miałam do czynienia z taką malarką 😅). Też ludzie idący do jakiejś takiej szkoły, interesują się tworzeniem i idą do tej szkoły z nadzieją, że coś z niej wyniosą, i sami mają już jakieś zaplecze, bo skoro się tym interesują, to i sami jakąś wiedze zdobywają. Inni coś tworzą i chcą tylko ten papierek, który być może im się przyda w jakiś sposób, często wiedząc, że raczej dużo nie wyniosą. A jeszcze inni, to w ogóle idą, bo chcą się faktycznie czegoś nauczyć, często od zera, a jeszcze niektórzy tacy to są jeszcze jakimiś fanatykami, powiedzmy takiego malarstwa, i mają tylko ten pryzmat, przez który patrzą, jakieś gwieździste noce, krzyki, słoneczniki, czy inna Mona Lisa. Znaczy, rzecz jasna, interesowanie się, czy podziwianie różnych malarzy i ich dzieł nie jest czymś złym, ale są tacy, co przesadzają i uważają, że to tylko to jest sztuka, i że każdy na przykład powinien znać wszystkich znanych malarzy i to co stworzyli. Nie, nie trzeba znać wszystkich dziel i artystów.

Olsikowa wspominała o dwóch bardzo zbliżonych rzeczach, że hobbysta nie może uczyć innych, oraz nie można robić tutoriali, gdy nie ma się papierka. Można je w sumie kombinować ze sobą. I to też jest bez sensu, bo można mieć umiejętności bez żadnego papierka, i można się dzielić wiedzą, jeżeli się chce. I czy to chodzi o coś płatnego, czy to zwykły tutorial, to chyba widać po osobie i jej pracach, czy to warto, czy to nie warto. Szczególnie, kiedy się kogoś obserwuje, no to wiadomo jakie prace tworzy, i można zdecydować, czy się chce od tego kogoś uczyć, czy nie. Podobno Olsikowa sprzedawała/promowała jakiś kurs, czy coś takiego, tak pisali w komentarzach, ale ja tego nie pamiętam, no nie przypominam sobie, nie mówię, że nie było, nie mówię, że było. Jedynie pamiętam, że Sami miała swoją książkę i ona była kiepska. Z czasem jej twórczość czy to filmowa, czy to rysunkowa, przestała mnie interesować, a ta książka była taką zgnitą wiśnią na zepsutym torcie. Jest możliwe, że to miało jakieś powiązanie z Olsikową, ale nie wiem, czy o to ludziom chodziło. W pewnym momencie przestałam ją obserwować. Nie wiem, czy to było przed, czy po tej książce, ale nie ważne. Gdy pokazywała tą książkę, to w środku tak średnio, przykładowe rysunki nie były zbyt reprezentatywne. To by mnie nawet nie zachęciło, żeby zdobywać wiedzę. Natomiast patrząc na prace wcześniej wspominanych Blondynki Też Grają, albo gościa z Instagrama, Matt Oak art, no to już bardziej człowiek by się pokusił. Wiadomo, że można trafić i na scam, jak z każdą inną rzeczą, co raczej nie jest związane z tym, czy ktoś jest po szkole, czy nie, kto by to nie był, chce zarobić w średnio uczciwy sposób. Najbardziej jednak rozbawiło mnie to, że ktoś przyczepił się tutoriali. Można trafić na te lepsze i na te gorsze, ale nikt nie każe z nich korzystać. Chyba ludzie mają swój rozum. Jak dla mnie tutorial, to luźne pokazanie, jak coś można zrobić, taka podpowiedź. Nie raz z jakiegoś tutorialu korzystałam, albo nie raz jakiś mi pokazał na przykład inny sposób, jak coś narysować, albo inną metodę w tym samym sposobie. Trafiałam też na takie, które nie były dla mnie, albo pokazując coś, nie było to dla mnie jasne. No i zdarzały się takie, co po prostu były gówniane. Nawet jakiś niezobowiązujący tutorial Olsikowej kiedyś mi coś rozjaśnił, i było to coś randomowego, co się wydawało proste i jasne, a jednak wcześniej się tego nie wychwyciło. I jeżeli taki czy inny tutorial może komuś pomóc, to czy ważne, kto je robi? I co jest złego w tym, że ktoś pokarze swój sposób na zrobienie czegoś? Albo sposób, metodę, która jemu pomogła i postanowił się podzielić tym z innymi. Ja lubię i wiele razy mi się przydało obejrzenie kilku perspektyw rysowania stosując tej samej metody, na przykład portretu jakiegoś. W sensie, to wszystko przed samym rysowaniem twarzy, to koło, umiejscowienie części twarzy, i tak dalej. Ale jak szukałam, czy korzystałam z jakiegoś tutorialu, to nie patrzyłam od jakiego artysty, jakiej "kategorii" on jest.

A będąc przy jakichś tam sposobach na naukę rysunku, to Olsikowa wspominała o tym, że ktoś tam uważał, że jest tylko "jeden słuszny sposób na naukę", z którym się ona nie zgadza, że jest on jedyny, i słuszny. Nie sprecyzowała tego, ale domyślam się, że to ponownie może chodzić o Blondynki Też Grają, bo to oni głoszą naukę rysowania "podstaw" (w cudzysłowie, bo w skrócie mówiąc). Olsikowa uważa, że nie ma jednego, słusznego sposobu na naukę rysunku. I, jeśli faktycznie chodzi o "podstawy", to w połowie się zgodzę, a w połowie jednak nie. Bo owszem, są osoby, które rysują z widzenia, jak coś widzą, tak rysują, napatrzą się na coś, wpatrują i tak to rysują i nigdy nie sięgnęły po "podstawy". Wiadomo, że to nie tak od razu, tacy muszą porysować ileś tam czasu, żeby im to jakoś zaczynało wychodzić, ale zdarzają się tacy geniusze. Innym wystarczą jakieś podpowiedzi, może tutoriale, skrawki "podstaw", ale są też i osoby, które mają potencjał, ale bez tych "podstaw" do niczego nie dojdą. I to nie chodzi o to, że ten ktoś nie będzie umiał stworzyć nie wiadomo jakiego dzieła, tylko jego prace będą wyglądały, jakby dziecko rysowało, oczywiście luźny przykład. Sama po sobie wiem, że niektóre "podstawy" ulepszyły moje prace. Wprawdzie ja zaczęłam od tak zwanej dupy strony, bo od portretów, ale o tym kiedy indziej. Ale nawet tak jak ja, co zaczęłam od dupy strony zauważyłam pewne rzeczy, że coś jest zależne od czegoś, że jakaś linia pokazuje, gdzie coś, w moim przypadku, części twarzy, powinno się znajdować. Rysowałam sobie oczy, z różnych perspektyw, i nawet jak robiłam takie ćwiczenie pierwszy raz, i coś tam wyszło, to rozjaśniło mi to kilka kwestii. Oczywiście każdy uczy się inaczej, różne sposoby działają na różnych ludzi, nikt nie jest taki sam. Jeden może uczyć się "podstaw" i będą efekty, a u kogoś ich może nie być i ktoś kto pracuje bez podstaw będzie lepszy, a znowu ktoś bez podstaw może tworzyć świetne prace, albo wręcz przeciwnie, tworzyć bagno, stać w miejscu, lub tworzyć te przysłowiowe dziecięce rysunki. To też idzie za tym podejście, czy ktoś chce się rozwijać, czy nie, i czy robi coś w tę stronę, żeby być lepszy, czy ma wyrąbane. Za to jedni i drudzy korzystają z rzeczy podchodzące pod te "podstawy", chociażby korzystają ze zdjęć referencyjnych, rysują najpierw kanciaki, potem modelują z tego konkretne kształty. Dobra, ale co to te "podstawy". Bo w sumie o nich wspominam, a nic o nich nie napisałam. Otóż, rysuje się trójkąty, kwadraty i inne figury geometryczne, ogólnie bryły, ze światłocieniem, w jakichś różnych konfiguracjach. Można na przykład poukładać sobie jakieś pudła, jakieś rzeczy, i to rysować tak na żywo. W bryły rysuje się też na przykład części twarzy, twarz, czy ogólnie postać ludzką, albo zwierzęcą. To tak w dużym skrócie, bo to jest dość obszerny temat.

Ostatnia kwestia, to nazywanie ludzi początkującymi/zaawansowanymi, hobbyści/artyści. W tym hobbyści/artyści wydaje mi się, że bardziej chodziło o hobbyści/profesjonaliści, albo przynajmniej ja to tak rozdzielam. Olsikowa jest przeciwna takiemu podziałowi wśród ludzi, którzy coś tworzą, bo hobbysta też potrafi wykonać dobrą pracę, albo coś na zamówienia, a początkującym można być cały czas, gdyby regularnie próbowało się czegoś nowego. I to dało mi chyba najwięcej do rozkminiania, bo poniekąd takie podziały faktycznie są nie potrzebne, szczególnie, że dzisiejsze czasy nie jedne granice zacierają. Zawsze ktoś znajdzie się, kto będzie zaczynał dopiero, z czymkolwiek, z jakąkolwiek dziedziną, rysowanie, malowanie farbami jednymi czy drugimi, jakieś markery, węgle, ołówki, kredki, i wiele innych. Więc ktoś taki będzie początkującym. Jednocześnie, ktoś siedzący w którejś z tych dziedzin, próbując coś nowego, będzie w tym początkującym, tyle że już z jakimś zapleczem, bo jednak siedząc w którejś dziedzinie, to już coś nie coś się potrafi, co ułatwia czasem w nauce w nowym temacie. Jest jednak jeszcze kwestia umiejętności, bo można być początkującym i stopniowo nabierać skilla, a można być początkującym i stać w miejscu, nie rozwijać się, tworzyć słabe prace. Tak więc można być początkującym, można być początkującym w danej dziedzinie, można mieć już jakieś umiejętności, ale nie być na tyle dobrym, żeby coś z tego mieć, a można być na tyle wysoko w którymś kunszcie, że mogą na tym zarabiać na przykład. Tak jak ludzie nie są tacy sami, tak umiejętności ludzi nie są takie same, więc równo nie będą traktowani. I jedni będą sobie coś bazgrać, inni będą bazgrać trochę lepiej. Jedni będą tworzyć w porządku prace, a inni będą tworzyć coś naprawdę porządnego. I to nie ważne, czy ktoś tworzy tylko dla siebie, albo dla siebie, ale sobie gdzieś tam to publikuje w mediach społecznościowych, bo na przykład lubi być w społeczności, a dla innych stanie się to w jakiś sposób pracą. A to łączy się z tym podziałem na hobbysta/profesjonalista. Chcąc nie chcąc, to też w pewien sposób działa, bo jednak jak ktoś jakkolwiek coś tworzy, ale tak, jak to się mówi "w domu", dla siebie, no to będzie uskutecznienie hobby, zaś ktoś kto  jakiś sposób coś tworzy i na tym zarabia, ale tak nie jednorazowo, tylko regularnie, może jest gdzieś zatrudniony, albo na stałe gdzieś jest zatrudniony, albo ma stałe kontrakty, no to to już jest bardziej profesjonalne. Jest różnica między kimś, kto sobie coś tam tworzy, i czasem randomowo komuś coś narysuje, a kimś kto pracuje powiedzmy w jakimś studiu animacji. I owszem, hobbysta może zrobić komuś jakieś zamówienie, ale jeżeli to jest coś jednorazowego, albo to jest coś rzadkiego, to jednak jest dalej hobbystą, któremu czasem udaje się na swojej pracy zarobić. I nie, ktoś profesjonalnie zajmujący się tworzeniem nie koniecznie musi być lepszy od takiego hobbysty. Jakiś hobbysta i jakiś profesjonalista mogą być na tym samym poziomie, z różnicą taką, że ten drugi na tworzeniu zarabia. Hobbysta może też zacząć zarabiać i stać się profesjonalistą. Podejrzewam, że są i przypadki, gdzie ta granica między hobbystą, a profesjonalistą jest zatarta, że kogoś nie będzie można przypisać do jednego, ani do drugiego, a być może ktoś będzie jednym i drugim. Pewnie znajdą się jeszcze takie osoby, które uważają, że profesjonalni to są tylko tacy, co malują obrazy, które trafiają na wernisaże, nie wernisaże, wystawy i do innych galerii sztuk, a reszta to tam hobbyści, amatorzy, albo i nie, bo nie wiadomo jak mocno tam się odkleiło. 

Jeżeli ktoś jest początkującym, zaawansowanym, hobbystą, profesjonalistą, no to wszystko w porządku, to nie jest nic złego będąc kimś z tych kategorii, nikt nie powinien się obrażać, ani czuć wstyd, czy coś, gdy zostanie tak nazwany przez kogoś. Tak samo będąc w którejś z tej opcji, albo będąc kompletnym laikiem, amatorem, to nikt nie zabrania takiemu komuś tworzyć. Można dopiero wchodzić w ten świat, być w tym świecie dłuższy czas, i robić progress, albo i nie, bo nie każdy musi, może to być hobby, a może to być sposób na życie, można hobby przekształcić w swoją pracę, albo po prostu można sobie mniej lub bardziej coś tam bazgrać. Niech każdy tworzy co chce, jak chce, czym chce, na jakim poziomie chce, nie ważne, czy to bazgroły gdzieś na boku, czy bazgroły do ćwiczeń, czy to mniej lub bardziej poważne prace, czy to coś dla siebie, czy co coś dla kogoś, czy to coś na zamówienie. Czy to brzydkie, ładne, w swoim stylu, czy wyglądające generycznie, jak każdy inny portret na przykład, albo krajobraz. Tworzenie nie powinno nic powstrzymywać, szczególnie słowa, które określają, czy jest się hobbystą, profesjonalistą, początkującym, uczącym się, czy zaawansowanym, albo czy jest się po jakiejś szkole i ma się z tego papierek, czy się nie było i się niema tego papierka. Tworzenie, sztuka, powinno być wolnością, wyrażaniem siebie, uzewnętrznianiem siebie i inspirowaniem innych. Najlepiej mieć otwarte głowy, nie obrażać się bo "słowa", a to kategoryzowanie nie powinno wpływać na tworzenie.

Adieu.


Komentuję dramę O MNIE 🙈


czwartek, 23 lutego 2023

Moje pierwsze zamówienie na rysunek. | Portret w kolorze.

Tym rysunkiem cofamy się do roku 2021.

Pewnego razu, na jakimś rodzinnym spotkaniu, ciotka spytała mnie, czy narysuję dla niej rysunek, który ma być prezentem. Na co jej odpowiedziałam, że mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję (taka jest moja pewność siebie w tym co robię). Małym haczykiem było to, że miałam to zrobić kredkami. Na koncie miałam tylko te dwa portrety, które są poniżej. 


No moje doświadczenie z kredkami nie jest długie, a szczególnie z portretami. Do tej pory byłam bardziej ołówkowcem. Ale przyjęłam wyzwanie. Szczególnie, że ciotce bardzo zależało na portrecie w kolorze, a jej jak na czymś zależy, to łatwo nie odpuści. Ona jest typem człowieka, że jak czegoś chce, to do tego dąży. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej trochę stresujące dla mnie. Dobrze, bo zrobiłam coś, czego bym przez długi czas nie zrobiła, czyli narysowałam coś kredkami, i to w dodatku portret. Natomiast stresujące, bo mało rysowałam kredkami, a dodatkowo miałam narysować osoby, które znam, czyli brata ciotecznego i jego dziewczynę. No delikatna presja była, żeby to jakoś wyszło. Mając z tyłu głowy, że mam narysować portret, znanych mi osób, kredkami, oraz to, żeby te osoby wyszły podobne do siebie, trzeba było od czegoś zacząć. 


Szkic
W ostatnim rysunkowym wpisie robienie szkiców było całkiem szybkie. To dla równowagi tutaj nie było. Musiałam umieścić dwie osoby, na jednej kartce. W teorii rysowałam już dwoje ludzi na jednej kartce, ale tamten rysunek wymaga poprawy, skończenia i był robiony ołówkiem. Pierwsze szkice były luźne. Trzeba mi było odpowiednio wykadrować portretowane osoby, dobrać odpowiednią wielkość ich głów oraz odpowiedni ich kąt no i jeszcze trzeba było pamiętać o perspektywie i ramce wokół. Pierwszy szkic powiedział, że głowy powinny być niżej. Drugi, że głowa dziewczyny jest za duża i pod złym kątem. A trzeci, że głowa dziewczyny znowu była za duża, więc nawet nie rysowałam chłopaka. 


Ogólnie chłopak nie był tak kłopotliwy, jak dziewczyna. On już na pierwszym szkicu delikatnie był podobny. Możliwe, że to dlatego, że jest na wprost, a dziewczyna jest bokiem i w dodatku na pierwszym planie. W rysowaniu chłopaka był też jeden haczyk, musiałam go wyjąć zza dziewczyny, bo na zdjęciu referencyjnym miał prawie połowę twarzy za głową dziewczyny, a ciotka chciała całą jego twarz. Dlatego musiałam do mojego zdjęcia referencyjnego poszukać dodatkowych zdjęć referencyjnych. Dobrze, że istnieje coś takiego jak Facebook. Jednak za tym kryło się coś jeszcze, z czym musiałam się zmierzyć... ze SŁABĄ JAKOŚCIĄ ZDJĘĆ.


Ileż ja musiałam się wpatrywać, nadwyrężać oczy, że aż jak teraz sobie o tym przypomniałam, to ból powrócił. Musiałam walczyć z pikselozą i z tym co działo się na kartce. Ile czasu musiałam poświęcić na męczenie oczu w te słabe zdjęcia, który mogłam poświęcić bardziej na rysowanie i jeszcze musiałam rzeźbić twarz chłopaka. Musiałam mu dorysować czoło, oko i krawędź twarzy, co mogło pójść nie tak?

[Tu zdjęcia mogą się powtarzać, bo robiłam i telefonem i aparatem, a idę po kolei z folderami]



Z każdym szkicem wchodziłam w coraz głębsze szczegóły. Choć byłam zaskoczona, że cokolwiek wychodzi i że mimo surowej wersji szkicu i braku szczegółów osoby były do siebie podobne. Na poniższym szkicu do ust dodałam im uśmiech, dziewczynie poprawiłam nos, a chłopakowi czoło. Oboje dostali wyłupiaste oczy, zarys włosów, czy ubrań. Potem ten szkic przekalkowałam.


Im dalej w las, tym więcej drzew. Z każdym szkicem zauważałam coraz więcej szczegółów do poprawy. Gdy wysyłałam zdjęcia z update'ami ciotce, która chciała być na bieżąco, to stwierdziła, że od pewnego momentu te szkice wyglądają tak samo. Natomiast ja poprawiłam dziewczynie oko, chłopakowi usta i obojgu linię włosów. Pozbyłam się też kresek konstrukcyjnych, kółek i innych takich, na których budowałam twarze. 


Kolejna kalka i kolejne poprawki. Ponownie jemu i jej poprawiłam oczy i usta. Mimo tych poprawek, no to to jeszcze nie koniec. Ogółem, to ja rozumiem moją ciotkę, co twierdziła, że wszystkie szkice wyglądają tak samo, no bo ja się zajmowałam naprawdę drobnymi rzeczami. Teraz, jak to piszę, to muszę porównywać zdjęcia tych szkiców, żeby pamięć odświeżyć i jakie zmiany zaszły. A w momencie rysowania to pamiętam, że ja widziałam te różnice w tych szkicach.


Pamiętam, że było mnóstwo poprawek. I jak z początku dziewczyna zajmowała mi czas przy szkicowaniu, to potem jak musiałam dorobić twarz chłopakowi, to też chwilę mi się zeszło. Musiałam męczyć się z czołem, bo albo szło za bardzo w kierunku prawego rogu kartki, albo linia była za prosta i jeszcze musiałam kalkulować co powinno być widać, a co nie zza tej głowy dziewczyny. Wyobraźnia musiała działać. Niektóre rzeczy nabrałyby kształtu przy nadaniu koloru, więc trzeba mi było zostawić niektóre rzeczy, żeby przy nich nie grzebać, bo poprawiając je bym sobie zaszkodziła. A poniższy szkic był ostatnim.



Kolor
Po tylu szkicach przyszedł czas na najważniejsze, i najtrudniejsze, czyli kolor. Wyjęłam swój nieużywany zestaw kredek Polycolor, 72 kolorów od KOH-I-NOOR, bo 24 kolory mogły nie wystarczyć. I zaczęłam rozkminiać jakie kolory, które do skóry, bo wiadomo skóra nie jest tylko beżowa, które kolory do włosów, bo włosy nie są w jednym odcieniu, miejscami jest mniej cienia, a miejscami więcej cienia, plus na zdjęciu referencyjnym ta para miała za sobą światło. Na małej karteczce obok robiłam sobie swatche i porównywałam kolory z referencją, który z nich będzie pasować najbardziej. Pierwsze na rozgrzewkę poło ucho. To ucho było właściwie eksperymentem, czy dobrze robię, tak jak było to w mojej głowie, czy moja wyobraźnia dobrze mi mówi, co mam robić. Potem wzięłam się za włosy. Nałożyłam kolory, starałam się wyblendować te odcienie i to miała być taka podkładka do dalszych poczynań, czyli do wyrysowania włosów, zrobić włosową teksturę. 


Po włosach wzięłam się za skórę. I przy niej to jakbym miała dwie lewe ręce. Nie wiedziałam od czego zacząć. Robiłam wszystko powoli i ostrożnie. Poza tym, że zdjęcie nie najlepszej jakości, no to trochę tam za dużo kredki nałożyłam, dużo też tam wycierałam gumką i poprawiałam, więc to też było eksperymentowanie.




Rezultat
No i, co tu dużo mówić, zajebałam się w robocie. Chciałam zdążyć na czas, nie spierdzielić niczego i tak się wciągnęłam w robotę, że o robieniu zdjęć to nawet nie myślałam. Okazało się, że całe rysowanie twarzy chłopaka, to był eksperyment i pod koniec jej robienia zaczynałam ogarniać jak robić, co robić, jak nakładać kolor, jak je mieszać i blendować. Niestety na jego twarzy jest trochę za dużo czerwonego i zdjęcie to jeszcze wybija, bo próbowałam trochę go zgasić białą kredką, albo tą w kolorze skóry. Dlaczego zdjęcia wybijają te złe rzeczy? U dziewczyny były trochę inne odcienie na twarzy, ale zmieniłam aby kredki, a dalej wiedziałam co robić. Z jej włosami też była zabawa. Z początku się gubiłam, gdy zaznaczałam sobie, gdzie jaki kolor powinien być. Mimo, że głównym celem było zaznaczyć te najciemniejsze miejsca, bo potem idzie już łatwiej. Tak jak robiłam to u chłopaka, najpierw zrobiłam kolor, a potem teksturę włosów. Na zdjęciu to tak średnio widać. W ogóle, to na żywo ten rysunek wygląda trochę lepiej, bo ta tekstura włosa jest widoczna, te warstwy kredek tak się nie wybijają i ten czerwony nie jest taki mocny. Już nie raz przekonałam się, że rysując można wszystko, na przykład wysunąć kogoś zza czyjejś głowy, więc wykorzystałam tę moc również przy kurtce i koszulce chłopaka. Przy kurtce nie narysowałam zamka, a przy koszulce wzorów, jakie na niej były. To była po pierwsze, oszczędność czasu, a po drugie, nie chciałoby mi się tego robić, więc oszczędność czasu mnie uratowała. Tam gdzie jest dużo czarnego, to pomogłam sobie markerem, bo kredka szybko by zeszła. Ale i marker postanowił się powoli wyczerpać i ratowałam się ciemno niebieską kredką, żeby pod odpowiednim kątem imitowało to niebo delikatnie oświetlone w nocy.


Portret wyszedł mi całkiem spoko, jak na moje małe konto portretów kredkami. Wiadomo, że są niedoskonałości i tak dalej, ale ja nie spodziewałam się w ogóle, że wyjdzie tak jak to wyszło. Po tym dłuższym czasie, gdy patrzę na ten rysunek, to para wyszła całkiem podobnie i teraz widzę bardziej to podobieństwo. Ja jestem krytyczna do wszystkiego co robię, więc się tym nie zachwycałam jakoś mocno. Zadowolona byłam, że całkiem całkiem wyszło, nie spierdzieliłam i że skończyłam na czas. Ale gdy pokazywałam, i w ogóle oddawałam go ciotce, to ona tak podziwiała, tak wzdychała, tak się wpatrywała i nawet porównywała ze zdjęciem. Przy tym siostra cioteczna była i też jej się podobało. Za niedługo dostałam wiadomość, że ten dla którego był ten rysunek jako prezent, jak i jego brat, to chłop w szoku był. Fajnie było to uczucie, jak ktoś widzi coś w tej twojej robocie. I tak zakończyłam 2021 rok. 




poniedziałek, 11 stycznia 2021

Portret córki koleżanki na jej urodziny.

Jakoś dwa lata temu przyszedł mi do głowy pomysł, by na urodziny koleżanki narysować portret jej córki. Do tej pory tego pomysłu nie zrealizowałam, bo się bałam, że to spartolę, że mnie nie wyjdzie i co wtedy powiem, no i ogólnie wstyd sobie przyniosę. W zeszłym roku podjęłam się wyzwania, bo to było jeszcze w 2020. Jakąś taką mobilizację poczułam. Jak zaczynałam pracę, to byłam pozytywnie nastawiona. Oczywiście nie nastawiałam się, że wyjdzie mi arcydzieło, bo to jeszcze chwila do tego, ale tak trochę bardziej niż zwykle uwierzyłam w siebie, co rzadko mi się zdarza. 


Przybory. 
Papier na szkice pochodzi oczywiście z odzysku. Już powoli takowy mi się kończy, w przypadku tego papieru, który biorę do szkiców, ale dużo tego miałam, to takie pozostałości po szkole. W końcu druga strona kserówki zawsze czysta i można wykorzystać. 




Do szkicowania wzięłam swojego ogryzka z przedłużką oraz ołówek do sudoku. Temu pierwszemu to już skończyłam karierę, no nie wygodnie już się nim operowało. 




Błędne linie i cieniowania usuwałam uśmiechniętą gumką z płatków śniadaniowych, gumką w ołówku i gumką chlebową z Koh-I-Noor. 





Ołówki temperowała mi zwykła metalowa temperówka z któregoś z zestawu ołówków, a do zamiatania paprochów służyła mi miotełka z pędzelka. 




Rysunek na gotowo robiony był ołówkami  Koh-I-Noor, zostaw 8B-2H. Chciałam, by ta praca była rysowana dobrym sprzętem. 




Szkice. 
Jak zwykle przed rysunkiem tworzyłam szkice. Gdy zaczęłam robić szkice, to zauważyłam, że to działa, więc kontynuuję to. Kiedy tworzę szkice, to zwyczajnie widzę złe rzeczy, które staram się poprawiać w kolejnym szkicu i takim sposobem każdy kolejny szkic staję się lepszy, aż dochodzi do tego szkicu ostatecznego. To zależy co się rysuję, więc szkiców może wyjść mniej, a może wyjść więcej. Przy ostatnim rysunku było ich trzy, czy cztery, zaś przy tym portrecie było ich całkiem sporo. 

Na początku mała przypominajka. Jak zwykle musiałam zrobić sobie małą powtórkę z podstaw. To są dla mnie dość świeże rzeczy, więc wole sobie przypominać przed narysowaniem kolejnego rysunku. Przy okazji będzie mi się to utrwalać. Pierwszy szkic to taki podstawowy do portretu, drugi szkic tyczy się kobiety, trzeci mężczyzny i czwarty dziecka. Dziecka nigdy nie rysowałam, więc taki szkic się przyda. Nie ma w nim nic większego odkrywczego, bo to w sumie jest prawie to samo, co przy dorosłych, ale jednak trzeba niektóre rzeczy dostosować pod dziecko, bo są pewne rzeczy charakterystyczne dla dziecka, na przykład duże czoło. Ten szkic bardziej tyczy się niemowlaka, ale dla informacji wolałam zrobić sobie taki szkic, no bo rysuję sześcioletnie dziecko. Nie pamiętam, jak z tym pierwszym szkicem, bo wszystkie robiłam jeszcze w październiku, ale reszta na pewno powstała z pomocą filmów na kanale Proko na YouTube. 




Powoli zaczynałam próbować rysować osobę, którą chciałam sportretować. Na początku zrobiłam jeden na formacie A5, bo poprzednie robiłam na takim, a nie chciałam od razu przenosić się na A4 i się przestraszyć większego formatu. Ogólnie bardzo obawiałam się rysowania dziecka. No bo to dziecko kumpeli, plus, trochę dziwnie zbezcześcić twarz dziecka, gdyby rysunek nie wyszedł. Dodatkowo wybrałam sobie takie zdjęcie z nie do końca dobrą jakością, oraz z pozą dziewczynki, z którą wiązały się trudności. Zaś ja wiedząc o tym i wiedząc o swoich małych umiejętnościach, podjęłam się rysowania z tego zdjęcia. Taka odważna byłam. Dlatego szkiców wyszło dość dużo. 

Pierwsza próba umieszczenia twarzy. Jakby tu powiedzieć, nie wygląda to najlepiej, ale jak na pierwsze rozrysowanie nie jest najgorzej. Wszystko jest takie surowe i widać wszystkie kółka, kreski i pewne błędy. Z resztą, pewnie w każdym szkicu i nawet ostatecznym rysunku będą błędy. 



Z kolejnym szkicem przeniosłam się na format A4. I wydawałoby się, że drugi taki szkic powinien wyjść choć trochę lepiej. No ale nie, u mnie nie. Cytując popularną wypowiedź jedną z rysujących YouTuberek, "tu wszystko jest źle". Pomijając to, że każdy mój szkic i same rysunki nie są do końca poprawne. Ten szkic to zło. Wspomnę tylko o za wysoko umieszczonych oczach. Ja już nawet tam nosa i ust nie rysowałam, bo to nie miało sensu. 



Brzydkich szkiców nie było końca. Tak szybko jeszcze nie dochodzę do tego ostatecznego szkicu. Na szkicu z pierwszego zdjęcia głowa jest za mała, a usta, oczy i nos krzywe, na drugim niby usta, nos i oczy, mimo małej ich krzywizny, są już bardziej na swoim miejscu, tylko wygląda to jak stara babcia, a nie sześcioletnia dziewczynka. Trzeci szkic to już kompletnie inny wymiar, nawet go nie skończyłam, bo widziałam, że to nie wygląda jak trzeba i nie ma sensu. No i czwarty w końcu miał jakiś sens. Tam w miarę wszystko jest w porządku. 




No i powoli zaczynały się konkrety. W końcu coś się działo. Wyszedł mi całkiem spoko szkic. Jedynie usta były delikatnie za wysoko i były za duże. Dlatego to i pewnie parę innych rzeczy poprawiłam w następnym szkicu. Przed ostatnim już. 



Iiii ostatni szkic, na którym powstał już rysunek. Chociaż i tu potem w trakcie portretowania musiałam parę rzeczy pozmieniać. Niestety oczy to nadal moja pięta Achillesa. 



Rysowanie, portretowanie.
Swoją pracę zaczęłam od włosów, czyli jak zwykle. Nie wiem w sumie dlaczego zaczynam zawsze od włosów. Jakoś tak mi wygodnie. Z włosami zazwyczaj jest dużo roboty, więc w sumie fajnie mieć je za sobą. Choć mimo wszystko lubię rysować włosy, a najbardziej lubię efekt skończonych włosów. Jak mi wyjdą oczywiście. Jak rysowałam te włosy, to rysowałam raz jedną stronę tych włosów, raz drugą, ale jeszcze muszę spróbować rysować włosy na przemian z twarzą, albo czymś innym, żeby aby w tych włosach nie siedzieć i być może lepiej będzie mi wszystko wychodzić. 




Rysowałam bardzo wolno, by było jak najmniej poprawek, błędów (spoiler, i tak były) i żeby ta praca była zrobiona jak najlepiej potrafię. Czasami jak miałam gorszy dzień, to potrafiłam postawić dosłownie parę kresek. Do rysowania próbowałam się nie zmuszać, a rysując w miarę codziennie, robiąc nawet po parę kresek. to się cieszyłam, że zrobiłam chociaż tyle. Zawsze to było trochę do przodu. Po to zaczęłam dużo wcześnie pracę nad rysunkiem, by się nie śpieszyć, bo pośpiech to zły doradca i robi się więcej błędów i żeby zrobić w miarę dobrą robotę. Trochę podgoniłam się w robocie, gdy zbliżał się termin, w którym najprawdopodobniej miałyśmy z koleżanką opijać jej urodziny, ale nie było to na zasadzie "szybko, szybko, bo nie zdążę" tylko "pełna mobilizacja i skupienie". 




Używałam najjaśniejszych ołówków, czyli miękkości od B do 3B. Trójką robiłam ciemne partie, ale czasami pomagałam sobie 4B, żeby coś podkreślić i tam gdzie nie chciałam, by się zlewało ze sobą, głównie włosy. Do czwórki dołączyłam 5B i od razu robiłam tło. To było ułatwienie sobie pracy nad włosami, które były jasne na które padało dużo światła słonecznego. Z tego powodu, że wszystko było dość jasne zdecydowałam na ciemne tło, żeby kontrast był. Nie miałam na niego pomysłu, stwierdziłam, że w trakcie roboty wpadnie mi pomysł na tło, albo będę improwizować. 



Po skończeniu twarzy miałam wrażenie, że jest coś nie tak z nią. Jednak stwierdziłam, że to zostawię na czas robienia ubrania i reszty. Po prostu potem ze świeżą głową chciałam wrócić i spojrzeć na tą twarz. Wiedziałam zaś, że policzek po prawej stronie kartki na pewno będzie do poprawy, tu od początku mi nie pasowało, ale wolałam na siłę nie grzebać w miejscu, bo źle by się to skończyło. Z brodą było podobnie, wiedziałam, że nie wyglądało to tak jak chciałam, więc wytarłam ołówek, zostawiłam tak i szłam dalej.



Potem na rozluźnienie porobiłam tło. Na początku nie wiedziałam co dokładnie będzie na tle. Po prostu zapełniałam tło ołówkiem, a w trakcie zobaczyłam, że kreski kształtują takie jakby kratki, taki kratko podobny wzór i mi się to spodobało, zdecydowanie wolałam takie tło, niż jednolity ołówek.



Ubranie rysowałam od lewej, żeby jak najmniej roznosić ołówek po kartce. Widzę różnicę między tym jak to robiłam kiedyś i mimo iż podkładałam coś pod rysującą rękę, to nadal brudziłam kartkę. Teraz podkładka pod dłoń jest bardziej skuteczna podczas mojej pracy i tylko trochę gdzieś tam ołówek delikatnie się przeniósł. W końcu to ołówek. To nie jest najlepiej wykonane ubranie, ale mogło być gorsze, gdybym narysowała je ze szczegółami. Otóż, dziewczynka miała na sobie polar a te często mają taki kępki materiału i ja wiedziałam, że na tym polegnę, dlatego postanowiłam trochę to uprościć, bo i tak wystarczająco kompromitacji przyjdzie, jak pokaże rysunek koleżance. 



Na spokojnie porobiłam sobie jedną część ubrania. Mocno nie zarysowywałam ciemniejszych partii, bo jakby poszło coś nie tak, to dużo byłoby do ścierania i kartka by nie wytrzymała. Potem jak trzeba było, to przyciemniłam niektóre miejsca. Ona miała tam torebkę na ramieniu i w sumie mi się podoba jak wyszedł pasek od niej. Zamek tej bluzy został niepoprawnie narysowany względem zdjęcia referencyjnego, ale lepiej pasuje do tej bluzy, którą ja narysowałam. Po prostu uproszczając tę bluzę trochę się ona pozmieniała. Na początku przeszkadzało mi to, że ten suwak różni się od tego na zdjęciu, ale jak zobaczyłam, że ten mój lepiej pasuje do tego co narysowałam i przestałam sobie wyrzucać, że znowu mi coś nie wyszło. 



Jak trochę porysowałam sobie ubranie i mój wzrok odpoczął od twarzy, do tego porównałam sobie rysunek na zdjęciu ze zdjęciem referencyjnym, no i zauważyłam małe auć. Złe rzeczy zadziały się pod oczami. Dziewczynka była mocno uśmiechnięta, przez co te dolne powieki? no ta dolna część oka była mocno wypuklona. I ja zrobiłam to źle. Pewnie dlatego, że powinnam jeszcze bardziej latać po kartce, robić to tu, to tam, a dodatkowo powinnam częściej porównywać rysunek z referencją. Poprawiłam to, ale to still nie jest dobre, ale kartka była tak przeorana, że ledwo ołówek łaził i zostawiał grafit. Więcej nie dało się zrobić. Poprawiłam też oko, bo mi nie pasowało. Ogólnie oczy to tu trochę tragedia. 



The End.
Czas zakończyć tę przygodę.
Rezultat mojej pracy bardzo mnie ani nie satysfakcjonuje, ani nie raduje, ani nie mam jakichś negatywnych emocji. Praca jest po prostu przeciętna. Najgorsza nie jest, ale i ma swoje mankamenty; trochę rozciągnięta twarz przez to, że patrzę na rysunek po ukosem, a nie z góry, dlatego powinnam robić zdjęcia i sprawdzać, czy wszystko jest okay z referencją, delikatnie za wysoko oczy, a w wielu miejscach ołówek wygląda brudno. Policzek po lewej stronie całkiem fajnie mi wyszedł, ale ten po prawej już nie bardzo, nie widać tego wypuklonego od uśmiechu policzka dziewczynki. Podoba mi się też nos i ucho. Ten koczek też fajnie wyszedł. Usta mogą być, najgorsze nie są. Ojjjj, ale nad oczami mam jeszcze trochę roboty. Chyba czas na ćwiczenia oczne. No i jeszcze będę musiała popracować nad kształtowaniem właśnie policzków na przykład. 

Troszeczkę sama strzeliłam sobie w kolano, bo wybrałam nie wystarczająco wyraźne zdjęcie, gdzie rysowana osoba ma pochyloną głowę i ma wyraźny wyraz twarzy. Powiedziałam sobie, że będę brała zdjęcia, gdzie osoba jest albo na wprost, albo z boku, ogólnie proste rzeczy, a tu wybrałam takie zdjęcie. Ale też w sumie nie miałam wyboru, bo takie było mimo wszystko najlepszej jakości spośród tych, które miałam do wyboru. 

Mam wrażenie, że trochę cofam się w rozwoju rysowniczym. Może trzeba zrobić krok w tył, żeby potem zrobić dwa kroki w przód. Nie wiem. Zobaczymy jak to się potoczy, ale dalej będę próbować, tylko będę trzymać się moich wytycznych co do wybierania zdjęć referencyjnych na przykład. 

No cóż, wyszło nie najgorzej, arcydziełem nie jest. Nie wiem kiedy narysuję coś kolejnego, przydałoby się w końcu skończyć książkę, którą zaczęłam, przeczytać kolejną i tym samym zakończyć pewną serię książek. Kolejny rysunek chciałabym coś lekkiego, na luzie, ale zobaczymy, co wyjdzie. A może ćwiczenia? Nie wiem. Tymczasem parę moich sociali, czy jakoś tak, artistiko zdjęcia rysunku i essa.