wtorek, 20 października 2020

Zamość - wycieczka prawie jak za czasów szkolnych.

Pewnego dnia pojechałam z mamą do ciotki, bo tam mieliśmy sprawę dotyczącą babci, którą się zajmujemy, każda po troch w jakimś tam stopniu, i w trakcie rozmowy ciotka pyta się nas "która jedzie na wycieczkę", bo tam było wolne miejsce. Moja mama od razu rzuciła, że ona nie, więc oczy ciotki przeniosły się na mnie. No ja mówię, że nie wiem, a w tym czasie przez kłębiły się myśli introwertyka - "w sumie fajnie by było pojechać, ale LUDZIE", "trochę mi się nie chce, ale może jednak", "trochę chce, a trochę nie" i tym podobne. Jako człowiek nie lubiący przebywać w dużym gronie ludzi, który woli swoje małe grono lubianych ludzi, i który nawet przebywając z rodziną musi potem przejść terapię z samym sobą w pokoju, to dla mnie taka wycieczka była niezłą rozkminą. Jednak podjęłam spontaniczną decyzję, że pojadę. Ciotka trochę mi pomogła, mówiąc o tym, że moja bardzo dobra koleżanka jedzie, dodatkowo pomyślałam sobie, że dawno nigdzie nie byłam, siedzę aby w domu i trzeba by było raz na jakiś czas przerwać tę rutynę.



No to już jak popełniłam to ryzyko i zgodziłam się na tą wycieczkę, no to trzeba było się jakoś przygotować. Aparat i powerbank pod ładowarkę, do sklepu po wodę i jakieś przekąski i w tym momencie poczułam się jak za czasów szkolnych. Oczywiście głównie podstawowej i trochę gimnazjum, bo w technikum to jedynie na Jasnej Górze żeśmy byli, i to w sobotę jechaliśmy (swoją drogą pojechałam tam nie na tak zwaną pielgrzymkę, tylko po to, żeby gdzieś pojechać). Właśnie przed wycieczkami szkolnymi szło się do sklepu z mamą i kupowało się paluszki, krakersy, herbatniki i jakiś napój. Teraz, po tylu latach, wyglądało to podobnie, ale wiek się zmienił i niektóre produkty. Zamiast napoju - woda, bo wodą lepiej się nawodnisz w bardzo ciepły dzień; zamiast krakersów - Bake Rollsy, a paluszki, a paluszki zostały, bo są zajebiste. Też sposób transportu delikatnie się zmienił. Jak wiadomo, czasami rodzic musiał podwieźć dziecko, żeby ciężkiego plecaka nie niosło, u mnie to było tylko w przypadku gimnazjum, bo z podstawówką, to ja sąsiaduje. A teraz sama siebie mogłam podwieźć, tylko samochód się nie zmienił (jeździł nim tata, który jako jedyny miał prawo jazdy w domu, a teraz tym samochodem jeżdżę ja). I właśnie pakując się i szykując do tej wycieczki miałam taki vibe jak za czasów szkolnych, tym samym powspominałam sobie dawne czasy, dziecięce.


w dzień wycieczki pobudka o szóstej, po mniej niż czterech godzinach snu, stawiłam się u ciotki o ustalonej godzinie, no dobra pięć minut później, ale i tak ciotka z wujkiem nie byli gotowi. Ale i tak zdążyliśmy na zbiórkę pod szkołę. Gdy zbliżaliśmy się, już widziałam z jakim przedziałem wiekowym, że tak powiem będę miała do czynienia. No ludzie po pięćdziesiątce. Oni stanowili jedną połowę, zaś drugą połowę stanowiła grupa od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, dzieci i nastolatkowie, razem wziętych. Wycieczka organizowana przez Koło Gospodyń Wiejskich, więc czego się spodziewać. Nie miałam nic do tego, w końcu sama zgodziłam się na tą wycieczkę, dobrowolnie, wiedząc czego można się spodziewać. Pierwsze zaskoczenie było takie, że w ogóle całkiem sporo ludzi jechało (w tym nawet jakaś tam moja rodzina, poza ciotką i wujkiem wcześniej wspomnianych), a drugie moje zdziwienie na tamten moment, to wtedy, gdy zobaczyłam jakim fajnym autokarem będziemy jechać. Duży, z klimatyzacją. Nawet kilka miejsc zostało. Spodziewałam się niewielkiej grupy osób, i małego busika.

Powoli wchodząc do autokaru moje koleżanka do mnie mówi "My wiemy z kim siedzimy", pytając stwierdzając, na co ja "oczywiście".


Kolejnym miłym i pozytywnym zaskoczeniem był przewodnik. Już przejeżdżając przez znajome miejscowości zaczęliśmy słuchać różne ciekawostki. I tak, dojeżdżając do małego miasta Bychawa (którego nie lubię 😛) dowiedziałam się, że tam jest jakaś synagoga oraz to, że to miasto było miastem z największą ilością Żydów, czy w ogóle byli tam sami Żydzi, teraz dokładnie nie pamiętam, ale było ich dużo. Pamięć ludzka słaba jest 😆. I tak przez całą drogę, gdy przejeżdżaliśmy koło czegoś, to przewodnik nam zwracał uwagę i mówił jakąś ciekawostkę, jakieś informacje pokrótce. Już wtedy przekonałam się, że pojechanie na tą wycieczkę było dobrym pomysłem. A to dopiero początek.


Dojechawszy do Zamościa, cieplej się zrobiło na dworze. Oczywiście wjeżdżając do miasta już słyszeliśmy głos przewodnika, opowiadający o rzeczach za oknem. Następnie idąc z autokaru w kierunku zwiedzania, minęliśmy kościół? katedrę? w odbudowie. Nie znam się na tych rzeczach, ja ateista, ale budowla wygląda ładnie. Potem zaś doszliśmy do synagogi o której również trochę posłuchaliśmy.  Teraz niestety za dużo nie pamiętam, bo od wycieczki trochę minęło, ale to co udało mi się zapamiętać to to, że synagoga jest zamknięta pod względem modlitwy i jest tam muzeum. Podczas pisania tego wpisu sprawdziłam sobie tą synagogę i ona została wyremontowana. Przed remontem widać było na budynku czas przemijania. No w końcu na przykład Niemcy podczas II wojny światowej sobie ją zdewastowali i urządzili w niej warsztaty stolarskie. Idąc na przód przez uliczki można było oglądać zwykłe budynki. Właśnie to podobało mi się w Zamościu, kolorowe  zadbane budynki. Pewnie pójdąc gdzieś dalej znalazłoby się takie obskurne miejsca jak w Lublinie, ale na tamten krótki obchód znalazłam chyba tylko dwa takie nie za ładne budynki.


Podczas takiej wycieczki trochę ciężko robi się zdjęcia. No jest to trochę utrudnione. Zawsze to ktoś wejdzie w kadr, trzeba uważać, by komuś przypadkiem nie zrobić zdjęcia, kto wie, może sobie tego nie życzy, do tego słuchanie przewodnika. Teoretycznie to w niczym nie przeszkadza, ale z tyłu głowy mam coś takiego, ze robiąc zdjęcia przewodnik może pomyśleć sobie, że go nie słucham, a ja właśnie go słuchałam, bo ciekawie opowiadał. Potem mi takie uczucie zniknęło, bardziej się rozluźniłam. A na przewodnika trafiliśmy bardzo dobrze, był na luzie, właśnie prosto i ciekawie opowiadał, rzucił jakieś zdanie z humorem, albo jakimś żartem, a co najważniejsze, widać było, że lubi to co robi i faktycznie się tym co mówi interesuje.



Płynnie przeszliśmy na rynek, jeden z wielu, bo jak dobrze pamiętam, to tam było kilka rynków i na każdym kiedyś handlowało się czymś innym plus, założyciel chciał mieć z każdej strony miasta coś reprezentatywnego, żeby godnie przyjąć gości. To można by było rozszerzyć, ale z racji tego, że no minęło trochę czasu i nie wszystko pamiętam, to mogłabym coś poplątać, zgubić się we własnych myślach, a to nie miałoby sensu. W każdym razie na tym rynku mogliśmy zobaczyć delikatnie gorszą stronę Urzędu Miasta. Znaczy nie to, że ona brzydka, bo właśnie nie, ale po drugiej stronie ten budynek jest wypasiony fest. Ale to potem. Kolejnym punktem był pałac i pomnik Zamoyskiego. Oczywiście już nie pełni funkcji pałacu, tylko jest tam Liceum Ogólnokształcące. I jest to... taki paskudny budynek. Niestety. Kiedyś był powodem do chwały, i oczywiście inaczej wyglądał. Został postawiony tak, by był na widoku z głównego rynku, żeby każdy ten pałac zobaczył i żeby przejezdni wiedzieli z kim mają do czynienia. On w ogóle był robiony na wzór zamku, tak na bogatości, bo Zamoyski miał chyba za dużo pieniędzy 😛. Aż szkoda, że teraz jest tak zaniedbanym budynkiem. Nawet przewodnik zwrócił uwagę na to, że przydałby się remont, no ale wiadomo, pieniądze. Z przodu wygląda jak wygląda, a po drugiej stronie wygląda jeszcze gorzej, dosłownie jakby to był opuszczony budynek. 








Pora poświęcić chwilę dla kościoła. Jak wiadomo, w Polsce lubiane są kościoły i jest ich bardzo dużo, aż za dużo. Znaczy, nie to, że mam coś przeciwko kościołowi, no bo ludzie niech sobie wierzą w co chcą, ale jak dla mnie jest ich za dużo. Jak byłam w Krakowie, to tam na każdym kroku był kościół, często na tej samej ulicy, ale te kościoły w jakiś sposób sąsiadowały ze sobą. No ale co na to poradzę. Jeszcze niektóre to pod względem budowniczym były ciekawe, ale niektóre to były takie nijakie, nawet jako budowle nie były interesujące. Bo niektóre, to serio były mocarne, widać było, że projektant, czy inżynier miał niezłą rozkminę. Ale wróćmy do Zamościa. Jeden kościół był w pobliżu pałacu i pomnika Zamoyskiego, do niego poszliśmy w dalszej części wędrówki, a ja złapałam tylko jego dzwonnice gdzieś w międzyczasie przemówienia przewodnika. Gdy obeszliśmy ten pałac, zaszliśmy od drugiej strony ten kościół w na chwilę do niego weszliśmy. No wielka budowla z rozmachem. No a w środku? Bogactwo. Wystarczy spojrzeć na ołtarz. Zdjęcie prześwietlone trochę, bo tam okna są, a nie było czasu, żeby ustawić sobie aparat. Nawet sufit zrobiony jest z dokładnością. Najbardziej podobały mi się organy, mocarnie wyglądają. Złapałam jeszcze na jednym zdjęciu oryginalne drzwi, które były od początku istnienia kościoła, aktualnie nie używane. Gdy szliśmy w stronę Rynku, minęliśmy jeszcze jeden, ale ten był jednym z tych mniej spektakularnych. Gdy wychodziliśmy z miasta w stronę autokary, zrobiłam lepsze ujęcia, lepszej strony tego kościoła cośmy na początku widzieli i z tej strony widać rozmach, bo po tamtej, drugiej stronie, widać było rusztowania. A to nie wszystkie kościoły, bo jeszcze sprawdzając pewne rzeczy do tego wpisu natknęłam się na jeszcze trzy (i pewnie nadal to nie wszystkie), w tym jeden widzieliśmy z daleka też na początku, gdy zaczynaliśmy wędrówkę, który był kiedyś cerkwią, ale zdjęcia nie zrobiłam.

























W drodze do głównego punktu, zobaczyliśmy Bramę Szczebrzeską i ogólnie trochę Twierdzy. Robią wrażenie te czerwone mury. Fajnie na zdjęciach wyglądają na zdjęciach. Swego czasu, gdy miały na celu bronić miasto, były bardzo dobrze rozplanowane i ogólnie była to jedna z lepszych fortyfikacji. Teraz nie pamiętam słowo w słowo co mówił przewodnik, ale pamiętam, że Zamoyski miał łeb i jego mury obronne były zaprojektowane z dobrą strategią. No i w końcu Rynek Wielki, ratusz i kolorowe kamienice. To miejsce pamiętam jak za mgłą, bo byłam na wycieczce jako dziecko w podstawówce. Budynek Ratusza jest charakterystyczny, pewnie to jest jeden ze znaków rozpoznawczych w Zamościu. No jest imponujący. Niestety nie mogłam go sfotografować w pełnej okazałości, bo był tam wtedy jakiś event, coś z winem, i były jakieś namioty, scena, a nawet telewizja (TV***). Rozpoznawalne sa również kolorowe kamienice, które wyglądają pięknie. ^To co mnie zaskoczyło, a o czym nie wiedziałam i powiedział o tym przewodnik, to te kamienice z charakterystycznymi zdobieniami są pozostałością po Ormianach. Żyli sobie oni w Zamościu, a założycie miasta chciał im coś dać, bo szanował ich obecność. Strasznie chciałam ująć te kolorowe kamienice, a że było wtedy mega słońce, to spodziewałam się, że wyjdzie z tego nic ciekawego, ale na szczęście moje obawy się nie potwierdziły. Oczywiście były jednostki do wyrzucenia, ale to co zostało mnie satysfakcjonuje. Pewnie można by było zrobić ciekawsze zdjęcia, ale nie było czasu. I tak próbowałam czasami kombinować jakieś ciekawsze ujęcia. Jakby samemu się przyjechało, to i więcej czasu by było na zdjęcia, i więcej by się zobaczyło, a tak to czas gonił. Ale taki szybki obchód też mi się podobał. 






































Ale to nie koniec przygód. Kolejny punkt naszego tripa był Susiec. A dokładnie mieliśmy zobaczyć progi skalne w Rezerwacie Przyrody Nad Tanwią, który położony jest na obszarze Parku Krajobrazowego Puszczy Solskiej. Pospacerowaliśmy i pooglądaliśmy te małe wodospady, które powstały w wyniku ruchów tektonicznych w trakcie fałdowania Karpat. Tędy też przebiega granica geologiczna dzieląca Europę Zachodnią, fałdową od Europy Wschodniej, płytowej. (Geografia się odzywa 😛). I jest to jedyne takie miejsce, gdzie to jest wyraźne widoczne w Polsce. 

Troszkę sobie tamtędy pochodziliśmy. Podobno wybraliśmy trudniejszą trasę. Obeszliśmy kółko. W połowie zrobiliśmy krótką przerwę, bo w końcu były tam sześćdziesięciolatki 😆. Nie wiem, czy dalej prowadziła ścieżka, nie pamiętam i w sumie chyba nawet się bardzo nie rozglądałam, bo pod nogi trzeba było patrzeć, żeby się na głupi ryj nie wywalić. Najpierw szliśmy po jednej stronie, a potem po drugiej i w momencie tej drugiej części mieliśmy tą przerwę. Ona mi się przydała, bo sobie mogłam odpocząć. W tamtym momencie już delikatniej mocniej odczuwałam głód, no bo nawet śniadania nie jadłam, bo rano nie mam ochoty na jedzenie, w szczególności po małej ilości godzin snu, a od szóstej trochę minęło i brzuch dawał mi znaki. Po tym spacerze był w planie obiad, więc wszystko spoko. Mimo, iż ten spacer nie był jakoś wymagający, to jednak po tej trasie dotknęło mnie zmęczenie. Moje niecałe cztery godziny snu też się odzywały (ale przygotowałam się na to).






















Podczas przerwy obiadowej najadłam się, odpoczęłam, wypiłam energetyka i się trochę zregenerowałam. W miejscu, gdzie mieliśmy ten obiad był też bar, więc niektórzy pozwolili sobie na jedno piwko, a potem pod autokarem co po niektórzy wyciągnęli flaszkę i po kielichu. Już wcześniej mogłam to przyuważyć, ale im więcej się napili tym mniej to ukrywali 😂. A staruszkowie nie powiedzieli ostatniego słowa. Swoją drogą bawiło mnie to, jak ludzie w przedziale (najmłodsi) czterdzieści - sześćdziesiąt lat (i wyżej najprawdopodobniej) zachowywali się jak nastolatkowie, którzy na wycieczkę szkolnej potajemnie piją alkohol na końcu autokaru. Jak jeszcze zza czasów szkoły miałam tą jedyną, większą wycieczkę, która była pielgrzymką, to w drodze powrotnej niektórzy, co siedzieli na końcu autokaru potajemnie właśnie popijali sobie alkohol, mało tego, na postojach na stacjach benzynowych dokupywali sobie. Nieźle sobie radzili będąc niepełnoletnimi. Niektórzy wypili za dużo, i wymiotowali, ale to już ich głupota była 😛. A teraz, kilka lat później, biorę udział w wycieczce, tylko w trochę innych warunkach, ja i większość pełnoletnia, dużo luzu i przede wszystkim to nie wycieczka szkolna, razem ze starszymi od siebie ludźmi, którzy robili to samo. Oczywiście nie miałam nic przeciwko do tego, przynajmniej było śmiesznie, coś się działo i być może sama bym się dołączyła, gdyby nie to, że ja potem samochodem do domu musiałam się podwieźć. 

Najedzeni, napici i po małym odpoczynku, pojechaliśmy do Zwierzyńca. W drodze do kościoła na wyspie, zobaczyliśmy tamtejszy Browar, do którego można sobie pójść wypić piwo i zjeść, bo były tam dostosowane miejsca do tego, i budynek szkoły podstawowej, który kiedyś był budynkiem należącym do całego kompleksu budynków, no bo Zamoyski miał rozmach i nawet okolice pałacu myśliwskiego, który niegdyś stał w miejscu kościoła na wyspie. Zaś kościół na wyspie Św. Jana Nepomucena również kiedyś miałam okazję zobaczyć na wycieczce szkolnej. Fajnie było tak odświeżyć sobie kolejne miejsce, w którym się kiedyś było. Takie fajne uczucie flashbacku miałam. I zdjęcia sobie mogłam porobić.

















Po szybkim zobaczeniu, obejściu i posłuchaniu o kościele, zostaliśmy zawiezieni, by zobaczyć Stawy Echo. Tyle że ledwie było ich widać, bo były wyschnięte. Koników polskich też nie było. Po drodze mogliśmy rzucić na chwilę okiem na Pałac Plenipotenta. Tym samym powoli wycieczka dobiegała końca. Ostatni punkt to ognisko, na które miejsce udostępnił Ośrodek Edukacyjno-Muzealny Roztoczańskiego Parku Narodowego w Zwierzyńcu. Kobitki, które prawdopodobnie były wmieszane w organizację wycieczki, rozkazały niektórym wziąć wcześniej zapakowane do bagażnika autokaru pudła i inne z prowiantem. Wszystko znalazło się w altance przeznaczonej do ognisk. No i dodatkowo ludzie mieli też coś tam swojego. I uwaga, zbliża się najlepsze. Ja jak to zobaczyłam, to miałam niezły ubaw, bo to komicznie wyglądało. Poza kiełbaskami w termicznym opakowaniu i pączkami w papierowych kartonach, ludzie zaczęli wyciągać jakieś swoje sałatki, przekąski, ogórki kiszone, cy inne takie, napoje i... wódkę. I gdy wyciągali swoje trunki to robili to tak, jakby dawno nie pili, albo jak alkoholik, który za długo jest trzeźwy. No to tak śmiesznie wyglądało. Oni natychmiastowo podzielili się plastikowymi kubkami i kieliszkami i zaczęli sobie polewać. To było takie wariactwo. Za niedługo taka jedna pani włączyła muzykę, i to nie byle z czego, tylko z głośnika bluetooth! No zaimponowała mnie tym, ale muzyką jaką zaczęła puszczać już nie. Mieszanka muzyki weselnej i disko polo, to nie najlepsza mieszanka. Rozpętała się niezła impreza. Pili, tańczyli, jedli i się bawili. Pojedli popili, niektórzy, tak jak mój wujek tak konkretnie popili, zrobiła się dziewiętnasta i trzeba było wracać. 

Imprezę kontynuowali, w autokarze.

Fajnie był pojechać na wycieczkę, będąc trochę starszą, dawno po pełnoletności, z pełnoletnimi ludźmi (w większości), mając taki vibe jak za czasów szkoły, tylko wiele okoliczności się zmieniło. 

I tak tylko wspomnę, przewodnik upił się razem z nimi.






środa, 7 października 2020

Trzy dni na narysowanie kartki urodzinowej.

Powoli kończąc poprzedni rysunek, fanart do piosenki "Strawberry Lipstick" Yungbluda, napisała do mnie koleżanka, że imprezę urodzinową chce zrobić któregoś dnia w weekend, a pisała o tym, że chce zrobić imprezę jeszcze jakiś czas wcześniej i wtedy byłam przekonana, że urodziny, to ona ma gdzieś na początku października. No coś mi się w głowie poprzełączało. I wtedy myślałam, że mam dużo czasu na cokolwiek. Jakie było zaskoczenie, gdy ona do mnie napisała i okazało się, że mam trzy dni na zrobienie kartki urodzinowej, która jako pierwsza przyszła mi do głowy.

Ostatnimi czasy mam tak, że dużo rzeczy wspominam, i właśnie rysując ten poprzedni rysunek, gdzie w międzyczasie dowiedziałam się o tej imprezie i olśniło mnie, że koleżanka urodziny ma jednak we wrześniu, przypomniało mi się, że na pierwsze urodziny, na które mnie zaprosiła, narysowałam jej właśnie kartkę urodzinową. Tylko to było tak paskudne, że jak sobie przypomnę, to mi wstyd, że coś takiego komuś dałam. Rok później znowu narysowałam kartkę urodzinową, była trochę lepsza, ale nadal nie najładniejsza. I chcąc zrobić właśnie taki trochę throwback do tej pierwszej kartki, i naprawić sytuację tych poprzednich, nie za ładnych kartek, chciałam postarać się i zrobić coś porządniejszego tym razem. Nie wiedziałam, czy w trzy dni uda mi się zrobić tą kartkę, ale postanowiłam chociaż spróbować.


Przygotowania.

Chcąc zrobić coś lepszego od tych poprzednich kartek, postanowiłam jako tako i mniej więcej się przygotować. Patrząc na te wcześniejsze, to na nich leżała na przykład anatomia człowieka, a rysowałam na nich dziewczyny (i aż mi się przypominają źle narysowane plecy 😣).Po wybraniu referencji do nowej edycji kartki urodzinowej, poszukałam podstaw przystosowanych właśnie pod zdjęcie referencyjne. Na tym zdjęciu stała dziewczyna tyłem, więc tak chciałam się przygotować.

Wiem, ze moja nauka rysowania, o ile można to tak nazwać, jest pewnie od dupy strony, jak to się mówi, i pewnie dostałabym zjeby od jakiegoś profesora, no ale to tylko ja, a ja jestem dziwna. What I can do. 

Tak więc, wedle przepisu, na początku narysowałam takiego kanciaka-patyczaka. Zarys głowy, klatki piersiowej, miednicy i kończyn. Potem na podstawie tego próbowałam narysować, tak powieżchownie wszystkie części ciała. Następnie z takiego czegoś, co wygląda jak manekin,wyszczególniłam tego człowieka. I byłam zaskoczona, bo myślałam, że stworzą prawdziwego koślaka, gdzie wszystko krzywe nie na swoim miejscu, a to nie jest takie złe. Znaczy, nie jest to piękne i idealne, ale w porównaniu do moich oczekiwań, wyszło całkiem w porządku, i to jeszcze jako szkic poglądowy. Podejrzewam, że ten poglądowy szkic wygląda lepiej od tego, co stworzyłam na tych poprzednich kartkach urodzinowych 😆. Zaś po każdym etapie pozbywałam się trochę ołówka przed zaczęciem kolejnego etapu, by nie zakłócało to kolejnej warstwy linii ołówka. Wtedy byłby wielki brud i nie wiadomo, o co by chodziło.




Pozytywnie nastawiona po pierwszej próbie, postanowiłam wykonać drugi taki. I ponownie patyczak, manekin i człowiek. Przy tym miałam zagwostkę, bo niby nie wyszło źle, ale jedne rzeczy wyglądały lepiej, inne trochę gorzej. Na przykład stopy mi się tutaj podobają. A i po raz kolejny, mam świadomość, że mogę robić coś źle, nawet przy tym wzorze coś mi nie pasowało, bo na oryginale te pierwsze kreski były potem na środku rąk, nóg, a u mnie były z boku i to mi podpowiadało, że robię coś nie tak. 




Za jednym rozmachem machnęłam jeszcze trzeci taki szkic. Wyszedł całkiem w porządku, tylko mam wrażenie, że ramiona są za szerokie. Zaś dłoni nie rysowałam w ogóle, w żadnym z tych trzech szkiców, bo nie były mi potrzebne, a gdybym je jednak rysowała i by mi nie wychodziły, to ja aby bym się denerwowała i demotywowała i ogólnie traciła czas. Na dłonie też przyjdzie pora. Chciałabym wziąć je na oddzielny warsztat, na spokojnie. Czyli wtedy kiedy będą mi potrzebne do jakiegoś rysunku 😂.




Po trzech takich szkicach stwierdziłam, że mi wystarczy i następny, podobny szkic, będzie już w pozie, jakiej potrzebowałam. Tutaj też ogarnęłam mniej więcej co robiłam nie tak, rysując ramiona i ręce głównie. Zarys głowy jest tutaj za mały do całości, bo w sumie nie zawracałam na nią uwagi, ważniejsze było ciało. Szkic wyszedł w miarę w porządku, więc jako że gonił mnie czas, stwierdziłam, że wystarczy tych szkiców przygotowawczych.



Szkic.

Czas przyszedł, by wykorzystać to, co się wcześniej bazgrało. Patrząc na podstawy, narysowałam wstęp do tego, co chciałam narysować na kartce. Na oryginalnym zdjęciu, dziewczyna stała tyłem do aparatu, a przed sobą miała ognisko, którego światło i dym robiło jako tło na zdjęciu. Światło pochodzące od ogniska oświetlało ten dym oraz dolną partię sukienki dziewczyny. Oczywiście nie chciałam przerysowywać tego jeden do jednego, bo po pierwsze - nie spotrafiłabym, a po drugie - w rysunku nie do końca chodzi o przerysowywanie, szczególnie, gdy dane zdjęcie jest tylko referencją. Moim zamysłem była poza dziewczyny ze zdjęcia referencyjnego ubrana w czerwoną sukienkę, ale ten czerwony widoczny jest mniej więcej tam, gdzie na zdjęciu jest blask ogniska, a reszta sukienki czarna, jako że stoi w mroku i światło tam nie dociera. Jako tło wykorzystałam motyw tego dymu, ale wiedziałam, że dym mi nie wyjdzie, więc byłby do interpretacji.





Tutaj robiłam aby jedną kalkę, bo wszystko opracowałam na tej drugiej, jednej kartce. Niczego skomplikowanego to tu nie było, wystarczyło zrobić dokładny szkic, aby był na gotowo. Pozostał mi aby napis "happy birthday" i o dziwo wyszedł mi za pierwszym razem i przede wszystkim słowo 'birthday' się zmieściło tam gdzie jest, bo myślałam, że ani mi nie wyjdzie ten napis tak szybko, ani to słowo się nie zmieści, tam gdzie sobie go umiejscowiłam. No spodziewaj się niespodziewanego. Chyba tak mocno skupiłam się, ze względu na małą ilość czasu, że mi po prostu wychodziło. 





Red, Black and Yellow.

Z dziewczyną poszło mi szybko, no bo w większości czarnego, to czarny marker i na łączeniu z czerwonym dopiero pojawia się kredka. A jak już przy łączeniu tych dwóch kolorów jestem, to delikatnie inaczej mogłam to zrobić, bardziej w linii prostej, ale w takim zaokrągleniu idąc za tym, jak idzie krawędź sukienki. Do tych czarnych miejsc użyłam znowu pisaka od Faber-Castell z literką B. Czarna i czerwona kredka, jak i pozostałe użyte w tym rysunku, to Koh-I-Noor, większość Polycolor i jeden rodzynek z Mondeluz. Do napisu "happy birthday" wzięłam sobie MICRONa 02.



Tło wyszło mi coś na wzór ognia. Rysowałam je na zasadzie "co wyjdzie, to wyjdzie". Wyszło tak. I teraz po kilkunastu dniach wygląda to dla mnie jak wyblurowany ogień na zdjęciu. No i w sumie fajnie. Też ten 'ogień' mogłam inaczej poprowadzić, ale z pośpiechu machały mi się głupoty, no a na poprawki, to średnio był czas. W czarne miejsca na tle też poszedł pisak z Faber-Castell, a potem między nim, a żółtą kredką była czarna z Polycolor, a jak nią już nie dało się zdziałać, to wzięłam tą z zestawu Mondeluz.



Kartkę kończyłam w dzień imprezy, no i świeżuśka trafiła tam, gdzie trafić miała. Skończyłam tło, nakleiłam całość na czarną kartkę techniczną, złożoną na pół, a w jej środek wkleiłam karteczkę z życzeniami.

Dając ją koleżance, ona miała takie "oooo", i mówi mi, że miała prosić, żebym taką kartkę narysowała, ale zapomniała. Mi przeszło przez głowę, że jaka synchronizacja zaszła, plus, o prezenty się nie prosi. A ja jej mówię, że powspominałam i zmajstrowałam. Fajnie tak, jak coś się zrobić, komuś się daje, a ta osoba się cieszy. Strasznie fajne uczucie. 



Tak wyglądały poprzednie kartki urodzinowe.

Pierwszą kartkę urodzinową zrobiłam znajomej, która zaprosiła mnie na swoje osiemnaste urodziny. Pomyślałam wtedy, że to będzie taki miły dodatek do prezentu. Pamiętam, że się spodobała. Mi też, aż do momentu, w którym postanowiłam odświeżyć pamięć i zobaczyć jak on wygląda, oraz żeby zdjęcie tutaj wstawić. Znaczy, to jeszcze można przetrawić, potem powstało gorsze dzieło, ale zwyczajnie widzę ile tam nieprawidłowości. Teoretycznie można byłoby powiedzieć, że jest to mega uproszczone, no ale bez przesady. Pomysł spodobał się koleżance i chciała, żebym jej też zrobiła kartkę urodzinową, tylko w jej stylu. No i zmajstrowałam... takie paskudztwo, że ja nie mogą. Pamiętam, to też było robione na szybko. Tu się nic nie zgadza. Te widoczne kreski koło napisu "Happy Birthday", ta brzydko narysowana sukienka. I w ogóle ta dziewczyna ma wiele wad. Następnie był rok przerwy i następnym razem znowu zmajstrowałam. Tu już trochę lepiej, ale te włosy, i płaska głowa z lewej strony rysunku. Jedynie sukienka całkiem spoko wygląda. No ogółem Not Great Not Terrible. No i na ostatku wersja 2020. 

Nadal mnie śmieszą te poprzednie kartki. Szczególnie ta druga.

No cóż, to by było na tyle pisania, wspominania, śmiania i wstydu. Podrzucę parę moich rzeczy, kończę ten wpis, przenoszę go na bloga (na szczęście większą połowę mam już napisaną 😛) i biorę się za następny. Pa! 

Facebook | Instagram | Deviantart



czwartek, 1 października 2020

Problemy z potworami. | LOVE AND MONSTERS Official Trailer

Zważając na to, że nie mam energii na nic (dzięki ci, jesień), to stwierdziłam, że w końcu podzielę się trailerem do fajnie zapowiadającego się filmu, który wisi u mnie w przeglądarce od czasu, gdy pojawił się w internecie (15 wrzesień) i do tej pory nie złożyło się, żebym się za to wzięła 😆.

Jako osoba, która od jakiegoś dłuższego czasu lubi aktora Dylana O'Briena, to obserwuję, czy nie wychodzi jakiś nowy film z jego udziałem. Jest kilka nadchodzących produkcji z jego udziałem i właśnie do sieci wjechał trailer do jednej z nich. Z początku, gdy znany był tylko tytuł roboczy i krótki opis no to jakoś szczerze mnie to nie zaciekawiło. Na tym etapie to było takie meh, i też zresztą dużo wiadomo nie było o tym filmie, więc na nic się nie nastawiałam (w przeciwieństwie do środowiska fanek aktora, które się jarały każdą, nawet niepotwierdzoną informacją 😝). Tak było aż do momentu pojawienia się traileru.

Gdy pojawiła się informacja o tym, że trailer ma ujrzeć światło dzienne, we mnie narodziła się ciekawość. Było mało informacji, więc trailer rozszerzył by horyzonty. I obejrzałam go. Jak ja się pozytywnie zaskoczyłam, to taką miałam radochę, podczas oglądania tego traileru, że nawet sama tego się nie spodziewałam. 

Po pierwsze - JEEP! Kto wie, kto zna, i kto jest wtajemniczony, to będzie wiedział o co chodzi. Pokrótce powiem, że Dylan grał w serialu "Teen Wolf" i tam jeździł właśnie Jeepem, tylko że niebieskim. Nie wiem, czy to było planowane przez twórców, czy to tak zwany easter egg, czy kompletny przypadek, ale ja się uradowałam. W końcu w środowisku serialu "Teen Wolf" Jeep jest kultowy. 

Po drugie - O'Brien zmieszał chyba wszystkie swoje role, przynajmniej te co znam, i wyszła postać Joel Dawsona, jedna z głównych postaci filmu "Love And Monsters". Widać, ze postać Joela da dużo humoru w filmie, a z jego charakterem może być ciekawie.

Dodatkowo ja lubię tematy około po apokalipsowe, no i trochę przemawia do mnie sceneria filmu. Też to będzie trochę nietypowe, bo zazwyczaj w świecie po jakiś dziwnych wydarzeniach, to panuje jakaś zaraza, albo łażą zombie, albo jest radioaktywnie, a w "Love And Monsters" są potwory. Jak to w trailerze powiedzieli, monster uprising. 

Tak więc po 'monster uprising' nasz bohater wyrusza w podróż, by odnaleźć swoją dziewczynę. Po drodze spotyka innych ziomków, potwory, z którymi musi on jak i ci ziomkowie się jakoś uporać, no i psa. Choć jestem pozytywnie nastawiona, to jednak nie robię sobie jakiś wygórowanych nadziei, tak just in case. Też nie spodziewam się jakiegoś Oscarowego filmu, myślę, że to będzie fajny film przygodowy, żeby się wyluzować, obejrzeć coś z humorem i fajnymi przygodami. No umówmy się, takie filmy też są potrzebne. 

Film premierę swoją będzie miał 16 października, ale nie w kinach, tylko w internecie. Nie wiem, czy na Netflixie, czy gdzie, ale pewnie łatwo będzie go znaleźć. Tak więc wtedy zobaczymy, czy trailer mówił prawdę.