Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dylan O'Brien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dylan O'Brien. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2022

Obejrzałam ten film, żeby zobaczyć, jak główna bohaterka dostaje po dupie. | "Not Okay"

Poza tym, że chciałam zobaczyć Dylana O'Briena w jego roli w tym filmie, to po trailerze bardziej chciałam zobaczyć, jak główna bohaterka dostaje po dupie za swoje kłamstwa.

Nie oczekiwałam kompletnie niczego po "Not Okay", bo to nawet nie jest mój gatunek filmu. Wiedziałam że to będzie taka sobie o historyjka, o dziewczynie z głupimi pomysłami, która będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów. Chciałam go obejrzeć "kiedyś tam", ale trailer pokrzyżował mi plany i razem z promocją filmu przyciągnęły mnie, by to zrobić trochę wcześniej. 



Film opowiada o Danni Sanders, która próbuje coś tam pisać jakieś artykuły, ale ani szefowa nie jest zadowolona z jej pracy, ani nie widać, że ona się w ogóle do tego nadaje. Chcąc zabłysnąć przed chłopakiem, który jej się podoba, i swoją drogą jest popularny w internecie, Danni palnęła, że jedzie do Paryża. Oczywiście się wkopała, bo nawet nie stać ją na taki wyjazd. Wpada na wspaniałomyślny pomysł i postanawia sfejkować ten wyjazd. Tylko, że w tym czasie, co rzekomo jest w Paryżu, wydarza się atak terrorystyczny. Dziewczyna zauważa, że jest w dupnej sytuacji, ale widząc lajki oraz ogólną atencję, idzie za kolejnym swoim głosem i podaje się za ofiarę tego ataku. 

Po "powrocie" z Paryża Danni na swoim "byciu ofiarą" buduje... właściwie wszystko. Unika zwolnienia z pracy i jeszcze dostaje swoje oddzielne pomieszczenie w biurze, z pomocą poznanej na terapii grupowej Rowan pisze artykuł, który jest dobry, też zaprzyjaźnia się z dziewczyną, dostaje chwilę uwagi od rodziców, czy od Colina, tego chłopaka, co jej się podobał. Można zauważyć, jak przez to, że jest ofiarą ludzie zaczynają ją inaczej traktować, bo przecież jest ofiarą, ona biedna i co ona przeżyła. 

Danni zaczęła od chęci bycia popularną i sfejkowania wyjazdu do Paryża. Potem podając się za ofiarę ataku terrorystycznego chce napisać o tym artykuł, ale żeby wczuć się w rolę idzie na terapię grupową. Tam poznaje Rowan, która przeżyła strzelaninę w szkole, i która okazuje się być popularną aktywistką. Na ten moment Danni postanawia przylepić się do niej, dzięki czemu dostaje trochę atencji internetowej. Jednak w trakcie misji pisania artykułu, czy zyskiwania popularności, poznaje ona bliżej Rowan, zauważa pewne rzeczy i trochę zmieniają się jej poglądy. Tylko że w tym, jakże nieodpowiednim momencie, Danni musi stawić czoła konsekwencjom po tym, jak wychodzi na jaw jej kłamstwo. I wtedy wali się wszystko, co na tym kłamstwie zbudowała, co nie jest dla niej łatwe.



Zabawnym było oglądać, jak Danni wpada na pomysł sfejkowania wyjazdu do Paryża, a potem jest montaż, jak ona ogarnia zdjęcie i tak dalej by były "dowody" tego wyjazdu, a gdy brnęła w swoim kłamstwie i często przy tym była jak "nie mam pojęcia co robię", albo jak było cokolwiek, co ja widziałam, że nie było dobrym pomysłem, to się z tego śmiałam i z tego co robi, i z tego jak się to może skończyć. Muszę powiedzieć, że fajnie to się oglądało. Też spodobała mi się postać Rowan. Tak jak jej strona aktywistki, to tak średnio mi się podobała, w sensie, do samego zjawiska aktywizmu nie jestem zbyt pozytywnie nastawiona, ale reszta była okay. Podobało mi się, jak chciała pomóc Danni, biorąc ją za osobę z traumą (i trochę było takie "auć", wiedząc iż ta nią nie jest). Szkoda mi jej było, kiedy widać było, jak traumatyczne wydarzenia do niej wracają. Albo jak jest scena, gdzie cała grupa z terapii gra w jakąś tam grą i ona, tak jak wszyscy (nawet Danni) mają fun z tego, po prostu nie myśli o tych złych rzeczach. To też jest moment, albo właściwie jeden z momentów, gdzie Danni zauważa, że Rowan jest kimś więcej niż źródłem lajków i atencji internetowej. W takich momentach widać było, że gryzie ją sumienie, co też było zwizualizowane. 

Wbrew pozorom relacja między Danni i Rowan mi się podobała. Bo, fajne było to, że Danni zmieniła do niej podejście, że to nie jest tylko skarbonka lajków, że w pewnym sensie są, można powiedzieć, zaprzyjaźnione i Rowan otwiera się trochę do tej drugiej. Podobało mi się, jak pokazali, jak człowiek może zmienić drugiego człowieka i dlatego strasznie było mi szkoda ich relacji, gdy kłamstwo Danni wyszło na jaw, gdzie dodatkowo ona zmieniła podejście, między innymi, do bycia popularnym. Widać było tutaj małą przemianę postaci.


Też myślałam, że to będzie historia typu, baba sobie sama narobiła problemów, a potem płacze. A tu jednak się okazało, że no nie. Pokazane zostało, co kierowało Danni, a właściwie co powodowało, że wybrała kierunek, jaki wybrała. Pewne rzeczy można było zobaczyć na przykład, gdy Danni była u rodziców. Najpierw po "powrocie" z Paryża, gdzie podejście rodziców było "o, moje biedne dziecko, co ono przeżyło", tylko że widać, że gdyby nie rzekome przeżycie ataku, to nie byłoby takiej gadki. To mogło spowodować dalsze działania bohaterki. A gdy kłamstwo wychodzi na jaw, to jej matka od razu "coś ty zrobiła, jak mogłaś być taka głupia", oczywiście postępowanie Danni nie było dobre, ale też widać po reakcji jej matki, że uważa córkę za nieudacznika. 

Na chwilę jeszcze wrócę do tego, czym zajmowała się Sanders, czyli pisaniem. Bo jak się okazało, ona umie jednak coś tam napisać, tylko musi mieć jakąś motywację, trochę lepszą niż uwiarygodnienie kłamstwa, oraz musi się do tego mocniej przyłożyć, w pisaniu czegokolwiek powinna zaangażować się tak, jak zaangażowała się w szukanie informacji o tym, co czują osoby z traumą. 


Koniec mnie rozczarował, bo myślałam, że skoro Danni trochę się zmieniła, a potem pod koniec filmu słuchała przemówienia Rowan i wyglądała trochę zainspirowana, no i że pokażą, że zaczyna wszystko od początku, tylko lepiej. Wystarczyłby jakiś krótki montaż, nawet mogłaby zacząć lecieć napisy końcowe. No fajnie, jakby człowiek, co to oglądał zobaczył, że faktycznie główna bohaterka się zmieniła. Ale przynajmniej całość pokazała popularne osoby w szczerym świetle, że robią wszystko dla popularności i pieniędzy i że czasem ta popularność trochę kosztuję, nerwów, oraz że nie wszystko co się widzi w internecie jest prawdą.

Film okazał się trochę czymś więcej niż myślałam, całkiem spoko się go oglądało, choć momentami był nudny, ale to mnie nie zdziwiło, przynajmniej momentami można było się pośmiać ze strony komediowej filmu, albo z poczynań głównej bohaterki. Zoey Deutch, odtwórczyni głównej roli, świetnie sobie poradziła ze swoją postacią, a Mia Isaac grająca Rowan, również sobie poradziła w zagraniu postaci po przeżyciach, chowająca się ze swoimi uczuciami, aktywistkę i po prostu dzieciaka, który chciałby normalnie żyć. W scenie, gdzie pokazywane były działania Rowan właśnie jako aktywistki, to Mia dała czadu, bo wydzierała się jak prawdziwa aktywistka i gdybym nie wiedziała, że to film, to pomyślałabym, że to faktycznie aktywistka, było to bardzo przekonywujące wystąpienie, a potem w wyniku pewnych wydarzeń, Rowan miała atak paniki, co też świetnie było zagrane. A co z Dylanem O'Brienem? Bo przecież był jednym z powodów, dlaczego ja w ogóle ten film obejrzałam, a nic o nim do tej pory nie wspomniała. Otóż jego rola nie była wielka, o czym wiedziałam, i fajnie zagrał. Był wiarygodnym, jak sam Dylan powiedział, fuckboyem, ale gdybym spotkała kogoś takiego jak Colin, omijałabym szerokim łukiem. 

Po obejrzeniu "Not Okay" miałam takie "meh" i nie miałam jakiś większych odczuć co do niego, ale jak na film, któremu dałam szóstkę na Filmwebie, to został mi w głowie. A mi jak jakiś film zostaje w głowie, to znaczy, że musiał w sobie coś mieć. I jeszcze ma fajną muzykę, dodaje klimatu.





poniedziałek, 15 listopada 2021

To co ja widzę w krótkim filmie Taylor Swift.

Taylor Swift wydała swoją wersję albumu "RED", a do jednej z piosenek, dziesięciominutowej, zrobiła krótkometrażowy film. I nie zainteresowałabym się tym, gdyby nie to, że występuje tam Dylan O'Brien. Więc łatwo się domyśleć, że nie znam twórczości Taylor Swift, nie orientuje się w ogóle w jej dziejach i jej krótki film obejrzałam jako nie fan i tak go interpretuje. 

Po premierze "Taylor Swift - All Too Well: The Short Film" zrobiło się o tej produkcji głośno. Ludzie zachwycali się historią przedstawioną w filmie. No ja nie jestem typem dziewczyny, która zachwyca się romantycznymi rzeczami. Jak coś romantycznego ma mi się spodobać, to musi być to naprawdę coś unikalnego, a nie kolejna podobna, czy taka sama historia o miłości. 


Historia w "All Too Well: The Short Film" opowiada o pewnej dwójce, i ich miłości. Po wielu dla większości pewnie romantycznych scen dochodzi do rozstania tej dwójki. Następnie widzimy nieszczęśliwą dziewczynę, której serce zostało złamane, a która z czasem wyleczyła się z uczucia do tamtego chłopaka i żyje dalej, a na końcu widzimy ją parę lat później, gdy wydaje książkę, zaś ostatnia scena ukazuje właśnie tego chłopaka, który patrzył się na nią przez okno z zewnątrz budynku. 

Ludzie już zdążyli zrobić przeróbki, że na początku ona zakochana, a jego to nie obchodzi, a potem właśnie na końcu role się odwracają i to jej to nie obchodzi, a on jest zakochany. Zrobili z chłopaka tego złego.

Tyle, że ja widzę to inaczej. 


Do kwestii tego, że dziewczyna z czasem wyleczyła się z miłości i po prostu żyła dalej, nie mam nic przeciwko, ale co do chłopaka... W teorii był jakiś powód, coś musiało się zadziać, że doszło do ich rozstania. Chociażby coś podpowiadałaby scena, gdzie ta dziewczyna zrobiła awanturę, że chłopak podczas spotkania ze znajomymi, nie trzymał jej ręki. Ja jak zobaczyłam tą scenę, to wybuchłam śmiechem i stałam po stronie tego chłopaka. No według mnie są spotkania ze znajomymi, gdzie uwagę skupia się na wszystkich, ale są też te spotkania tylko we dwójkę, gdzie obie osoby w związku dostają uwagę tylko dla siebie.

Co do finału filmu, gdzie dziewczyna zajmuje się, że tak powiem sobą, a chłopak patrzy na nią przez okno z zewnątrz budynku, w którym ona się znajdowała, wielu zinterpretowało to w ten sposób, że on ma ból istnienia, że z nią zerwał. Tyle, że nie. To właśnie pokazało, kto z nich naprawdę bardzo kochał tą drugą osobę. Dziewczyna - najpierw płakała, była zdenerwowana i zdołowana, ale z czasem wyszła na prostą. Zaś chłopak mimo tak długiego czasu jeszcze coś do niej czuje. Przecież to, że z nią zerwał nie oznaczało tego, że jej nie kocha, coś spowodowało u niego taką decyzję, ona nie pojawiła się znikąd.

Oczywiście nie lekceważę uczuć tej dziewczyny, w sensie, nie wątpię, że kochała tego chłopaka. Po prostu kobiety i mężczyźni inaczej znoszą i inaczej radzą sobie w przypadku rozstania. Z własnych obserwacji mogę powiedzieć, że kobieta na początku przeżywa tragedię, ale po płaczu i ogólnym smutku żyje dalej, co więcej, spotyka się z kolejnymi mężczyznami. Zaś mężczyzna po rozstaniu ma żal do siebie, że związek się rozsypał i potrafi rok, albo i więcej, przeżywać to rozstanie. W przypadku osoby, którą znam, było to picie alkoholu dzień w dzień, tak sobie próbował "radzić". I w czasie, kiedy on stał w miejscu, nie ruszał dalej, użalał się nad sobą i przeżywał, tamta dziewczyna zdążyła poznać innego i związać się z nim. 

No cóż, kobiety i mężczyźni się różnią, to normalne, tak nas ewolucja poprowadziła. 




                       Taylor Swift - All Too Well: The Short Film


czwartek, 24 czerwca 2021

"I think i've had some kind of a flashbacks". | "FLASHBACK"

Jako fan Dylana O'Briena obserwuję sobie jego poczynania aktorskie. Ciekawi mnie jak wypadł w innych rolach poza tymi w "Teen Wolf", "Maze Runner" i "American Assassin", bo po obejrzeniu między innymi tych produkcji można stwierdzić, że to zdolny aktor i prawdopodobnie stać go na więcej. Z ostatnich filmów bardziej zainteresował mnie na przykład "Love and Monsters ", do którego nie miałam jakichś wysokich oczekiwań, a okazał się bardzo fajnym, przyjemnym filmem, oraz "The Education of Fredrick Fitzellpóźniej "Flashback", którego trailer mnie zaintrygował, ale spodziewałam się, że ten film może mi się nie spodobać.

Po pojawieniu się pierwszych informacji o tej produkcji, cieszyłam się, że powstaje coś nowego z udziałem Dylana, ale nie ekscytowałam się nadwyraz, bo nie wiadomo było, jak to wyjdzie. Oczywiście opis, to tak średnio coś mówił, tylko jakiś cień został rzucony. Dopiero gdy pojawił się trailer można było się czegoś dowiedzieć. I coś w tym trailerze było, że mimo nie do końca interesujących mnie rzeczy, wzbudził u mnie zainteresowanie, z racji tego, że fabuła przedstawiona była jako tajemnicza. A co jest tajemnicze, to człowieka interesuje. 

Po obejrzeniu traileru, myślałam, że film będzie o tym iż główny bohater w jakiś sposób zainteresuje się zaginioną koleżanką jeszcze ze szkoły, będzie prowadził takie swoje śledztwo, a żeby pomóc sobie zaczyna brać narkotyki, przez co rujnuje sobie życie. No tak to zinterpretowałam, może dokładnie się nie przyjrzałam, a może zwyczajnie trailer dawał takie wrażenie. W każdym razie uważałam to za kiepski pomysł na fabułę. Myślałam wtedy, że będzie ona skomplikowana, pomieszana i że się w niej pogubię. Plus, ogólnie nie lubię za bardzo tematyki narkotykowej, nie lubię zjawiska, że ludzie je biorą i nie podoba mi się, jak ktoś z mojego otoczenia coś bierze (nie spodziewałam się tego, ale znalazła się taka osoba koło mnie). Na szczęście film potoczył się inaczej.

Scena rozpoczynająca film ukazuje głównego bohatera, Fredricka Fitzella, będącego u chorej matki w odwiedzinach. Towarzyszy mu jego partnerka. Następnie widzimy ich w gabinecie lekarskim, gdzie doktor informuje o stanie zdrowia matki Fredricka. Mężczyzna dowiaduję się, że jej rodzicielce nie zostaje dużo czasu. Przygniata go ten fakt i już nawet nie słucha, co medyk ma dalej do powiedzenia. 

Na jednym z kolejnych ujęć widzimy Fredricka jadącego samochodem, Jego wyraz twarzy wyglądał, jakby był zmęczony życiem. Stojąc na czerwonym świetle jakby zniecierpliwiony decyduje się na spontaniczny ruch, który skutkuje w spotkanie znajomej twarzy oraz konfrontację z policją. Potem z jakiegoś powodu powracają do niego wspomnienia zza czasów szkoły, a konkretnie o pewnej dziewczynie. Im więcej wspomnień do niego wraca, tym bardziej chce wyjaśnić, odkryć co się z nią stało. Kontaktuje się ze swoimi dawnymi kolegami, odwiedza swoją dawną szkołę i ogółem prowadzi jakby swoje śledztwo.

Jednak w pewnym momencie wspomnienia mieszają się z rzeczywistością i razem z Fredrickiem oglądającemu wszystko się miesza, nie wie, co jest prawdziwe, a co nie. Im bliżej końca filmu, tym bardziej mieszają się ze sobą te dwie strony. W niektórych momentach, gdy myślałam. że Fredrick jest w swojej teraźniejszości, okazywało się, iż byłam w błędzie. Przy jednych wspomnieniach wyglądało to jakby lunatykował, przy innych jakby był zamyślony, a jeszcze przy innych jakby tracił rozum. 

Ogólnie film skupiał się właśnie na tytułowych flashbackach. Poznajemy Fredricka zza czasów liceum, kiedy to, w sumie przez przypadek, wpada w sidła narkotyku zwanego Mercury. W tymże czasie zadawał się nie tylko ze swoimi dwoma kolegami, ale i z dziewczyną, Cindy, z którą chce się dowiedzieć co się stało. W tamtym czasie często brał Mercury, aż prawie źle się to skończyło. Wtedy też Fredrick i reszta wzięli coś twardszego, co poskutkowało amnezją, przez co ani Fredrick, ani jego koledzy nie pamiętali, co się z Cindy stało. Ten aspekt brania narkotyków powodował, że gdy teraźniejszość przeplatała się z flashbackami było jeszcze bardziej efektowne. pod koniec myślałam, że bohater zwyczajnie nadal bierze te narkotyki i w głowie mu się miesza. 


Na końcu okazuje się, że to wcale nie chodziło o to, by dowiedzieć się co stało się z Cindy. Fakt znania jej, brania narkotyków i ogólnie ta historia z przeszłości Fredricka zostały wykorzystane, tak jakby w jego głowie do zrozumienia pewnych rzeczy, do przetrawienia przykrej sytuacji, przedstawionej na początku filmu. 

Ostatnią sceną była ta, w której Fredrick przytula swoją przed momentem zmarłą mamę. A cała droga do tego momentu i to na ile wszystko zrozumiałam oraz właśnie ta scena, doprowadziła mnie do wzruszenia. To było coś, czego się nie spodziewałam. Tak jak wspominałam na początku, spodziewałam się kompletnie czegoś innego. 

To dość specyficzna produkcja i pewnie nie każdemu podejdzie. W sumie dziwię się, że mi podeszło. Zauważyłam, że często podobają mi się rzeczy, które nie podobają się innym, albo są mało popularne. W tym przypadku nie spodziewałam się nie wiadomo jakiego filmu, myślałam, że będzie inny i chyba zwyczajnie mnie zaskoczył. Zaskoczył mnie tym drugim dnem ujawnionym na końcu. 

Nie można też ominąć kwestii odtwórcy głównej roli, Dylana O'Briena, który jak dobrze grał przestraszonego chłopca w "Love and Monsters", tak dobrze grał naćpanego chłopaka w "Flashback". Oglądając te sceny, gdzie właśnie Fredrick bierze Mercury, czułam się, jakbym widziała faktycznie odurzoną osobę. To było tak wiarygodne, że gdybym jakimś sposobem nie wiedziała, że to film, to naprawdę bym sądziła, że coś brał. Cieszę się, iż zobaczyłam Dylana w kolejnym wcieleniu, w którym pokazał się z innej nowej strony. Do tej pory miał dość podobne do siebie role (biorąc pod uwagę to, co oglądałam), więc zobaczyć co więcej potrafi ten aktor, to czysta przyjemność. 


"Flashback" jest nietypowym filmem. Przynajmniej dla mnie, bo choć widziałam motyw wspomnieni w filmach, czy serialach, to takiego ugryzienia tego motywy nie widziałam. Z początku, tak mniej więcej do połowy, dało się oddzielić wspomnienia od teraźniejszości bohatera. Jednak im dalej poznawało się te wspomnienia, w których Fredrick coraz bardziej wsiąkał w branie narkotyków, to coraz trudniej było rozdzielić te dwie rzeczy. Im bliżej końca filmu, tym trudniej było ocenić. Na końcu to się kompletnie zlewało. Jakie było moje zdziwienie, że te flashbacki, to tak naprawdę myśli głównego bohatera, który próbuje sobie poradzić z trudną dla siebie sytuacją. Podobał mi się ten zabieg. Podziałał na moje emocje. Plus to drugie dno, o które tak naprawdę chodziło. Film mnie zaskoczył. Nie spodziewałam, się, że mi się spodoba, zważywszy na moje inne oczekiwania. Myślę, iż kiedyś zrobię sobie powtórkę z tego filmu, by być może dostrzec jeszcze więcej, zauważyć rzeczy niezauważone przy pierwszym seansie, szczególnie przy tym, co działo się na końcu, bo gdy oglądałam końcówkę, to wszystko działo się szybko i mimo skupienia, mogło mi coś umknąć, w szczególności, że napięcie coraz bardziej wzrastało i byłam ciekawa, jak to się zakończy. Plus, oglądałam po angielsku, więc jako osoba mająca wątpliwości co do swoich umiejętności językowych, zwyczajnie mogłam coś źle zrozumieć. 



wtorek, 3 listopada 2020

Podróż przez świat pełen potworów zjadających ludzi. | "Love and Monsters".

Nawet nie spodziewałam się, że obejrzę ten film tak szybko, dzień po premierze. 

Lubię tematy postapokaliptyczne, około postapokaliptyczne, albo takie, gdzie po jakimś wydarzeniu życie ludzi na Ziemi drastycznie się zmienia, na przykład wybuch jakiejś elektrowni atomowej, tylko na większą skalę, albo gdzieś zachodzi jakaś mutacji i coś się dzieje. Dlatego pomysł z potworami, które opanowały świat przypadł mi do gustu. 

Bardzo spodobał mi się sposób w jaki "Love and Monsters" się zaczął. Animacja stylizowana na łatwe rysunki zobrazowała to co się stało, a narratorem opowieści był Joel, główny bohater filmu w którego wcielił się Dylan O'Brien. Swoją drogą, motyw rysunku i rysowania przewijał się w filmie, bo właśnie Joel rysował, i ten akcent mi się bardzo podobał. I jeszcze spodobał mi się taki zabieg, że była scena przed tą całą rewolucją, jak Joel rysuje swoją dziewczynę, no i nie wychodzi mu najlepiej, ale dziewczyna daje mu szkicownik i kredki (Prismacolor!), a zaraz powraca scena, gdy chłopak sieci w bunkrze i rysuje tymi kredkami, w tym szkicowniku, potwora, przed którym stał z kuszą parę ujęć wcześniej (nie zabił go 😛), a na początku tej sceny było ujęcie na te kredki, które były na wykończeniu. Strasznie spodobał mi się ten moment w filmie. Fajnie zmontowane. Choć nie wiem, jak przez siedem lat starczyło mu to opakowanie kredek 😆. No chyba, że na początku rysował ołówkiem. Oczywiście wiem, że to film, i twórcy tak specjalnie zrobili, pod narrację filmu, ale mnie to rozbawiło. 


Póki nie było jakoś za dużo informacji o tym filmie, tylko jakieś szczątkowe, napotykałam się na różne jego opisy. Ja za bardzo nie ufam takim opisom, w szczególności jak do premiery jest jeszcze daleko. Wiele razy trafiłam na opisy filmów które się nie zgadzały z tym co faktycznie produkcja przedstawia, i to nawet w przypadku filmów, które miały już dawno swoją premierę, a co dopiero w przypadku filmu, który jest dopiero zapowiedziany. Podobnie było z "Love and Monsters". Nie mówię, że opis mówiący, że główny bohater uczy się przetrwać w świecie potworów, jest kłamstwem, bo to jest część fabuły, ale jednak jest trochę niepoprawny, bo głównym punktem jest konkretny cel podróży Joela. 

Po tym, jak potwory przywlekły się na Ziemię, ludzie schowali się do podziemnych bunkrów i tam sobie żyli. Przez siedem lat. Na początku filmu pokrótce poznajemy życie i funkcjonowanie w bunkrze w którym był Joel i kilka innych osób. Fajnie się urządzili tam, choć trochę wygląda to jak prowizorka. Mili radio, żeby się móc skontaktować z innymi, ręcznie robione bronie, wiadomo, żeby się bronić, a nawet krowę. W pewnym momencie jakiś potwór chciał im wbić na chatę, ale chłopy zgarnęły broń i poszły go załatwić. Joel też chciał pójść, no ale ponieważ chłopaki go znały, to kazały mu zostać. Ale tam nadarzyła się okazji i pretekst i wraz Joel poszedł z chęcią pomocy. Tylko, że jak stanął centralnie przed potworem, który swoją drogą chwilę wcześniej pożarł ziomka z bunkra, to tak go zmroził strach, że stał tylko w miejscu i drżał. I jeszcze by go ten potwór pożarł, ale zjawiła się reszta brygady antypotworowej. No Joel był takim bojuchem. Prawdopodobnie idąc na tego potwora chciał przezwyciężyć swoje lęki, no ale na tamtą chwilę mu nie wyszło. Potem sobie rozmawiał z Aimee, dziewczyną z którą był przed monster apokalipsą i w pewnym momencie łącze się zerwało, pewnie za dobrych serwerów tam nie mieli. Joela wzięło na mocne przemyślenia, miał dość ukrywania się pod ziemią, gdzie i tak potwory potrafiły się dostać, wyglądało to trochę jakby dusił się siedząc w tym jednym miejscu i pod wpływem natłoku myśli wybucha pomysłem, że wyrusza w podróż, chce spotkać się z Aimee. Ludzie z bunkru próbowali go zatrzymać, ale im nie wyszło. Dostał porady, na przykład żeby uciekać i chować się przed potworami, do ręki dostał kuszę i wyruszył!



Wychodząc na powierzchnię ziemi, uradowały go promienie słoneczne. Odetchną z ulgą, że jest na świeżym powietrzu, a nie w ciemnym bunkrze pod ziemią. Idąc w swoim kierunku mijał pozostałości po różnych potworach, jak kokony na drzewach, a niektóre, te mniejsze kryły się za drzewami, gdy ten niepozornie sobie przechodził. Po prostu idziemy razem z Joelem w tamtejszy, odmieniony świat, gdzie przyroda wykorzystała nieobecność ludzi i zaczęła przejmować kontrolę. Wszystko porośnięte bluszczami i innymi roślinami. W ogóle podoba mi się, jak został pokazany tamtejszy świat, to wszystko tak ładnie wyglądało, krajobrazy, świetnie wykorzystane Australijskie widoki, piękne. A długo nie było trzeba czekać, aż Joel spotka jakiegoś stwora. Idzie sobie przez jakieś opuszczone podwórko, na którym było oczko wodne, albo basen, w sumie to nie wiem, no coś z wodą w każdym razie i z tego wyszła gigantyczna żaba, która zaczęła na chłopaka polować. Joelowi, który rzecz jasna się przestraszył, udało się uciec, ale to dopiero był początek. Przy okazji poznał nowego, psiego kompana. Piesek trochę pomógł mu z tą wielką żabą, a potem zaprowadził go do swojego domu, gdzie Joel się schował (run and hide - jak powiedział mu kolega z bunkra). Domem był kempingowiec, a na jego ścianie, obok posłania zwierzaka, było jego imię i takim łatwym sposobem chłopak się dowiedział, że pies ma na imię Boy.

No i tak sobie wędrowali we dwóch, aż w pewnej chwili Joel wpada w jakąś dziurę, bo bu się notować zachciało podczas marszu, zamiast notować. I wtedy padło "I feel in a hole". I tu zapaliła się u mnie lampka, jak u typowego fana serialu "Teen Wolf", bo tu wydarzył się taki inside joke właśnie związany z tym serialem. W jednym z odcinków "Teen Wolf" jeden z bohaterów wpadł do dziury w ziemi i również powiedział wers "I feel in a hole". Jest to jeden z bardziej rozpoznawalnych cytatów wśród fanów serialu. Tak więc podczas oglądania filmu uśmiechnęłam się z tego powodu, a tego samego dnia, gdy byłam po obejrzeniu filmu i weszłam na Instagrama, to ludzie też to spostrzegli (bo jakże by inaczej 😆), tyle, że musieli się pochwalić. Na początku filmu też pojawił się element, który od razu wpadł mi w oko jako fanowi "Teen Wolf", on też pojawił się w trailerze, a chodzi o Jeepa. W serialu bohater grany przez Dylana O'Briena jeździ niebieskim Jeepem. Tak to jest, wsiąknąć w jakieś treści. Także Joel będąc w dziurze, chciał się z niej wydostać, ale szybko się okazało, że w małych tunelikach w ścianach tego domu, żyją sobie i mieszkają potworki, które zaczęły go atakować, no i chłopak znowu się przestraszył. I nawet chciał się bronić... kością, ale z pomocą przyszła mu pewna dwójka, trochę nietypowa, dziadek i dziewczynka, którzy po wydostaniu Joela i załatwieniu potworków podśmiewują się z reakcji chłopaka na te stworzenia. Przeważnie dziewczynka jest szczera do bólu. Nowi znajomi, Clyde oraz Minnow, znali się na potworach, życiu w nowym świecie, dlatego Joel postanawia się do nich przyłączyć, w szczególności, że w ich stronę kierował się kolejny potwór.




Na początku Minnow nie do końca była zadowolona z obecności nowego kompana i nie stroniła od złośliwych uwag. Zaś Clyde postanowił chłopaka trochę podszkolić, żeby za szybko nie zginął. W pewnym momencie ich marszu i rozmowy, za plecami Joela ze skały wyłonił się wielki ślimak, który swoją drogą był taki ładny, twórcy tak ładnie go zaprojektowali, zrobili, w ogóle nie wyglądał groźnie, a nawet uroczo bym powiedziała, i ta kamienna muszla, która wyglądała jak część tego lasu, przez który trójka szła. Oczywiście gdy Joel usłyszał od Clyde'a "nie ruszaj się", to zmroził go strach i cały się telepał. W końcu za jego plecami stał wielki potwór. Na szczęście Clyde, spec od tych spraw, poradził sobie z tym, bez konieczności zabijania stwora, a jeszcze zrobił tak, że dzięki ślimakowi ten potwór co szedł za nimi, już iść nie będzie. 

I tak w trakcie podróży Joel uczył się o potworach, notował i rysował je w swoim szkicowniku, czy uczył się strzelania ze swojej kuszy. Pierwsza jego próba wystrzelenia strzały nie była zadowalająca. Podsumowała to delikatnie reakcja Minnow, która przewróciła oczami, robiąc minę "oho, wiadomo z kim mamy do czynienia" oraz "to będzie długa droga", Ogólnie postać tej dziewczynki bardzo mi się podobała. Jak nie lubię dzieci, tak normalnie i tak tak w filmach, póki co to ja tylko dwoje dzieci tylko zaakceptowałam w swojej obecności, i to nie mogą być koło mnie za długo, bo każda cierpliwość się kiedyś kończy, to postać Minnow była tak urocza, z humorem połączonym z taką dziecięcą szczerością, a mała aktorka tak świetnie sobie poradziła, wiarygodność sto procent. Dzięki temu spokojnie można było wczuć się w oglądanie, jakby oglądało się jakąś prawdziwą sytuację w życiu, to dało takiej wiarygodności filmowi. 

I tak przez czas wspólnej wędrówki Joel dowiedział się parę zasad, więcej o potworach, jak sobie z nimi radzić, no i oczywiście, w końcu udało mu się wystrzelić strzałę w środek wyznaczonego punktu. Nawet Minnow się ucieszyła i aż go przytuliła z tego powodu. Jednak doszli do momentu, w którym ich drogi się rozchodziły. Pożegnania są smutne, więc obu stronom było przykro. Miałam wrażenie, że Joel walczy trochę ze sobą, żeby jednak nie pójść za nowymi przyjaciółmi, jednak wygrał cel który sobie postawił. Nawet Minnow, która na początku nie była zbyt uradowana obecnością chłopaka, było jej smutno, ale aby chłopak wyciągną szminkę, którą zgarną gdzieś po drodze dla Aimee, to dziewczynka się uradowała. Jak to dziecko, cieszy się z małych rzeczy. Na pożegnanie Joel dostał granat od Clyde'a, w tym momencie, to chłopak się ucieszył jak dziecko. No i rozeszli się w swoje kierunki.


Zbliżając się do miejsca docelowego, Joel oraz Boy napotykają gigantyczną stonogę. Stonogę? Chba tak, miało to coś mnóstwo nóg. Stwór nieźle przyfasolił chłopakowi i skupił się na piesku. Chłopak widząc, że ta wielka bestia ma ochotę zjeść jego psiego przyjaciela, zmobilizował się i załatwił tę kreaturę. Bać się bał, ale jednak załatwił. Podobał mi się ten moment w filmie. To prosty zabieg, który często widzę w filmach, że u jakiegoż strachliwego bohatera budzi się odwaga, ale tutaj, w "Love and Monsters" podobało mi się jak to zrobili. Zazwyczaj takiego bohatera całkowicie opuszcza strach i trochę gwiazdorzy, a tutaj bohater nadal się bał, tyle że postanowił działać. 

Za niedługo ta dwójka znowu trafia na monstera. Tym razem na takiego co ryje pod ziemią i kieruje się słuchem, więc nasz bohater złapał pieska, przytrzymał mu pyszczek, schował w pniu jakiegoś drzewa i starał się być cicho, dzięki czemu potwór odszedł. Ale niestety pies zauważył coś i wyrwał się, monster powrócił, Joel musiał bronić ich obojga, więc w trakcie skoku do rzeki, rzucił w jego paszczę granat, i gdy wylądował w wodzie, granat sobie wybuchł i po monsterze. Ta scena też mi się bardzo podobała. Też i w trailerze zwróciła moją uwagę. Wszystko fajnie, Joel poczuł się jak Tom Cruise tylko że jak wyszedł tam z tej rzeki, to okazało się, iż na ciele ma zmutowane pijawki. Trochę się zdenerwował i zaczął krzyczeć na pieska, który ucieka. Mam wrażenie, że jego nerwowa reakcja była spowodowana ukąszeniami tych pijawek, że one coś tam mu dały do organizmu przy ugryzieniu, bo potem to on się źle czół. Niby kontynuuje swoją podróż, ale w końcu traci przytomność.


Budzi się w miejscu, do którego wędrował. Jest szczęśliwy, bo widzi się z Aimee. Tamtejsza osada wydaje się być lepszą, nie jest w niej tak ponuro, robi wrażenie bardziej przytulnego miejsca, dodatkowo położonego przy plaży. Tamtejsi ludzie przygotowywali się do podróży do lepszego miejsca. Gdy w końcu Joel ma chwilę porozmawiać z Aimee, okazuje się, że owszem, cieszy się iż widzi się z chłopakiem, ale jednak nie do końca to wszystko poszło po myśli naszego bohatera, co go to trochę zasmuciło. Udało mu się też skontaktować ze swoimi ziomkami z bunkra, pochwalił się, że dotarł na miejsce, i przeżył. Rozmawiali tak zawzięcie, jakby za  sobą tęsknili. Przeważnie jakby Joelowi ich brakowało. Przez chwilę miało się wrażenie, jakby trochę żałował swojej decyzji. Też dowiedział się, że w jego starej miejscówce nie dzieje się najlepiej, na co Joel próbował ich przekonać, żeby wyszli na powierzchnię. W pewnym momencie chłopak skumał się, ze jest coś nie tak, i miał rację. Pewni ludzie okazali się być źli i chcieli zrobić złe rzeczy i nawet nasłali wielkiego kraba na tamtych ludzi. Ale z racji tego, iż Joel był na kursie nauk o potworach, odesłał wielkiego kraba z powrotem do wody, a do tamtych złych karma wróciła. 

Mimo iż nie wszystko było po myśli naszego bohatera, to ostatecznie był on zadowolony, ze podjął decyzję o podróży, bo i wyszedł na powierzchnię, i przezwyciężył swoje lęki, wyznaczył sobie cel i udało mu się go spełnić, przeżył! tą całą podróż, i to dwukrotnie, bo on potem wrócił do swoich ziomeczków z bunkra. Swoją drogą, potem zachęcał przez radio innych ludzi, żeby wyszli na powierzchnię, argumentując, że skoro nawet on przeżył taką podróż, i to do tego dwukrotną, to każdy przeżyje. No i film skończył się pozytywnie, a zakończenie było takie, że jakby chcieli, to by drugą część mogli zrobić. Nie wiem, czy tak się stanie, ale zakończenie jest otwarte. 



Film mnie pozytywnie zaskoczył. Myślałam, spodziewałam się, że to będzie produkcja bardziej skierowana do młodszych widzów, będzie wszystko takie łagodne, coś na poziomie filmów Disneya. Na szczęście nie przesadzili z tą łagodnością, na przykład na początku była pewna scena, gdzie dużo nie pokazali, ale wiadomo o co chodzi, czyli to już taka produkcja bardziej dla wyrośniętych dzieci, że tak powiem. Podobało mi się to, jak wszystko, każdy wątek podróży Joela, zostało równomiernie pokazana. Najpierw chwila dla opowiedzenia historii, co stało się na świecie, potem pokazanie życia w bunkrze, początek podróży Joela, w trakcie której poznaje Clyde'a i Minnow i uczy się różnych rzeczy, no i dotarcie do celu. Niczego nie było ani za dużo, ani za mało. Obejrzałabym rozszerzony moment tego, jak Joel uczył się o tych potworach i tak dalej, bo to by było ciekawe, a tak zostało to tak na szybko pokazane, żeby właśnie w filmie wszystko pasowało i wyszło tak jak wyszło, czyli wszystko dobrze. No, tu waśnie jest takie dziwne uczucie, że wszystko było idealnie wyproporcjowane, ale ten jeden moment można by było jednak zobaczyć w rozszerzeniu, głównie dlatego, że strasznie polubiłam postaci Clyde'a i Minnow. Cała trójka, plus pies była świetnym połączeniem i nawet mi było szkoda jak się rozdzielali, bo mogłabym oglądać ich do końca filmu. Też to była taka barwna produkcja, w sensie na te wszystkie krajobrazy, przerobione na tamten świat, tak przyjemnie się oglądało, wszystko miało piękne kolory, że chciało się patrzeć. Też podobało mi się w jaki sposób zostały stworzone potwory. Chyba w większości to były takie zwyczajne stworzenia, co są w prawdziwym życiu, tylko wyrośnięte i w jakiś sposób odmienione, tak jak na przykład ta żaba, czy krab. Podobało mi się jak zostały stworzone, pomysł i wykonanie. Fajnie się je oglądało. 

Dla mnie to był bardzo dobry i fajny film. Nie miałam jakichś dużych oczekiwań i po prostu pozytywnie mnie zaskoczył. Miła, lekka produkcja z humorem, przygodami i potworami. Niczego nie było ani za mało, ani za dużo. Każdy wątek Joela był równomiernie rozprowadzony po linii czasowej filmu. Zwięźle opowiedziana historia, która wydawałaby się dla dzieci, ale nie koniecznie taka jest, to zależy kto co lubi, no mi się spodobało, a niby jestem już dorosła. Idealny na wieczór, żeby sobie odpocząć, pośmiać się, obejrzeć coś lekkiego, ze znajomymi, albo też samemu, z piwkiem w ręku. No chyba, że jest się nieletnim, to to ostatnie to nie. 

"Love and Monsters" obejrzałam dzień po premierze, to jak na mnie bardzo szybko, bo ja jak czasami się zbieram do obejrzenia czegoś, to się schodzi, tak jak z pisaniem tego wpisu (dla przypomnienia - premiera była 18 października). Pewnie o czymś zapomniałam wspomnieć, no ale cóż, zawsze można obejrzeć film.




czwartek, 1 października 2020

Problemy z potworami. | LOVE AND MONSTERS Official Trailer

Zważając na to, że nie mam energii na nic (dzięki ci, jesień), to stwierdziłam, że w końcu podzielę się trailerem do fajnie zapowiadającego się filmu, który wisi u mnie w przeglądarce od czasu, gdy pojawił się w internecie (15 wrzesień) i do tej pory nie złożyło się, żebym się za to wzięła 😆.

Jako osoba, która od jakiegoś dłuższego czasu lubi aktora Dylana O'Briena, to obserwuję, czy nie wychodzi jakiś nowy film z jego udziałem. Jest kilka nadchodzących produkcji z jego udziałem i właśnie do sieci wjechał trailer do jednej z nich. Z początku, gdy znany był tylko tytuł roboczy i krótki opis no to jakoś szczerze mnie to nie zaciekawiło. Na tym etapie to było takie meh, i też zresztą dużo wiadomo nie było o tym filmie, więc na nic się nie nastawiałam (w przeciwieństwie do środowiska fanek aktora, które się jarały każdą, nawet niepotwierdzoną informacją 😝). Tak było aż do momentu pojawienia się traileru.

Gdy pojawiła się informacja o tym, że trailer ma ujrzeć światło dzienne, we mnie narodziła się ciekawość. Było mało informacji, więc trailer rozszerzył by horyzonty. I obejrzałam go. Jak ja się pozytywnie zaskoczyłam, to taką miałam radochę, podczas oglądania tego traileru, że nawet sama tego się nie spodziewałam. 

Po pierwsze - JEEP! Kto wie, kto zna, i kto jest wtajemniczony, to będzie wiedział o co chodzi. Pokrótce powiem, że Dylan grał w serialu "Teen Wolf" i tam jeździł właśnie Jeepem, tylko że niebieskim. Nie wiem, czy to było planowane przez twórców, czy to tak zwany easter egg, czy kompletny przypadek, ale ja się uradowałam. W końcu w środowisku serialu "Teen Wolf" Jeep jest kultowy. 

Po drugie - O'Brien zmieszał chyba wszystkie swoje role, przynajmniej te co znam, i wyszła postać Joel Dawsona, jedna z głównych postaci filmu "Love And Monsters". Widać, ze postać Joela da dużo humoru w filmie, a z jego charakterem może być ciekawie.

Dodatkowo ja lubię tematy około po apokalipsowe, no i trochę przemawia do mnie sceneria filmu. Też to będzie trochę nietypowe, bo zazwyczaj w świecie po jakiś dziwnych wydarzeniach, to panuje jakaś zaraza, albo łażą zombie, albo jest radioaktywnie, a w "Love And Monsters" są potwory. Jak to w trailerze powiedzieli, monster uprising. 

Tak więc po 'monster uprising' nasz bohater wyrusza w podróż, by odnaleźć swoją dziewczynę. Po drodze spotyka innych ziomków, potwory, z którymi musi on jak i ci ziomkowie się jakoś uporać, no i psa. Choć jestem pozytywnie nastawiona, to jednak nie robię sobie jakiś wygórowanych nadziei, tak just in case. Też nie spodziewam się jakiegoś Oscarowego filmu, myślę, że to będzie fajny film przygodowy, żeby się wyluzować, obejrzeć coś z humorem i fajnymi przygodami. No umówmy się, takie filmy też są potrzebne. 

Film premierę swoją będzie miał 16 października, ale nie w kinach, tylko w internecie. Nie wiem, czy na Netflixie, czy gdzie, ale pewnie łatwo będzie go znaleźć. Tak więc wtedy zobaczymy, czy trailer mówił prawdę.