Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 grudnia 2021

MyᐸDsmbr

No i mamy początek końca roku.

Miesiąc ciemności, pizgawicy, padającego śniegu (który zaraz topnieje) i wszechobecnego last christmas.

Już niedługo wszyscy zaczną podsumować w każdym możliwy sposób ten rok, będą ustalać swoje postanowienia (które i tak oleją), na YouTube będą pojawiać się tak zwane vlogmasy, które często z vlogmasami nie mają nic do czynienia, a i tak ten rok nie różnił się niczym od poprzedniego.



poniedziałek, 15 listopada 2021

To co ja widzę w krótkim filmie Taylor Swift.

Taylor Swift wydała swoją wersję albumu "RED", a do jednej z piosenek, dziesięciominutowej, zrobiła krótkometrażowy film. I nie zainteresowałabym się tym, gdyby nie to, że występuje tam Dylan O'Brien. Więc łatwo się domyśleć, że nie znam twórczości Taylor Swift, nie orientuje się w ogóle w jej dziejach i jej krótki film obejrzałam jako nie fan i tak go interpretuje. 

Po premierze "Taylor Swift - All Too Well: The Short Film" zrobiło się o tej produkcji głośno. Ludzie zachwycali się historią przedstawioną w filmie. No ja nie jestem typem dziewczyny, która zachwyca się romantycznymi rzeczami. Jak coś romantycznego ma mi się spodobać, to musi być to naprawdę coś unikalnego, a nie kolejna podobna, czy taka sama historia o miłości. 


Historia w "All Too Well: The Short Film" opowiada o pewnej dwójce, i ich miłości. Po wielu dla większości pewnie romantycznych scen dochodzi do rozstania tej dwójki. Następnie widzimy nieszczęśliwą dziewczynę, której serce zostało złamane, a która z czasem wyleczyła się z uczucia do tamtego chłopaka i żyje dalej, a na końcu widzimy ją parę lat później, gdy wydaje książkę, zaś ostatnia scena ukazuje właśnie tego chłopaka, który patrzył się na nią przez okno z zewnątrz budynku. 

Ludzie już zdążyli zrobić przeróbki, że na początku ona zakochana, a jego to nie obchodzi, a potem właśnie na końcu role się odwracają i to jej to nie obchodzi, a on jest zakochany. Zrobili z chłopaka tego złego.

Tyle, że ja widzę to inaczej. 


Do kwestii tego, że dziewczyna z czasem wyleczyła się z miłości i po prostu żyła dalej, nie mam nic przeciwko, ale co do chłopaka... W teorii był jakiś powód, coś musiało się zadziać, że doszło do ich rozstania. Chociażby coś podpowiadałaby scena, gdzie ta dziewczyna zrobiła awanturę, że chłopak podczas spotkania ze znajomymi, nie trzymał jej ręki. Ja jak zobaczyłam tą scenę, to wybuchłam śmiechem i stałam po stronie tego chłopaka. No według mnie są spotkania ze znajomymi, gdzie uwagę skupia się na wszystkich, ale są też te spotkania tylko we dwójkę, gdzie obie osoby w związku dostają uwagę tylko dla siebie.

Co do finału filmu, gdzie dziewczyna zajmuje się, że tak powiem sobą, a chłopak patrzy na nią przez okno z zewnątrz budynku, w którym ona się znajdowała, wielu zinterpretowało to w ten sposób, że on ma ból istnienia, że z nią zerwał. Tyle, że nie. To właśnie pokazało, kto z nich naprawdę bardzo kochał tą drugą osobę. Dziewczyna - najpierw płakała, była zdenerwowana i zdołowana, ale z czasem wyszła na prostą. Zaś chłopak mimo tak długiego czasu jeszcze coś do niej czuje. Przecież to, że z nią zerwał nie oznaczało tego, że jej nie kocha, coś spowodowało u niego taką decyzję, ona nie pojawiła się znikąd.

Oczywiście nie lekceważę uczuć tej dziewczyny, w sensie, nie wątpię, że kochała tego chłopaka. Po prostu kobiety i mężczyźni inaczej znoszą i inaczej radzą sobie w przypadku rozstania. Z własnych obserwacji mogę powiedzieć, że kobieta na początku przeżywa tragedię, ale po płaczu i ogólnym smutku żyje dalej, co więcej, spotyka się z kolejnymi mężczyznami. Zaś mężczyzna po rozstaniu ma żal do siebie, że związek się rozsypał i potrafi rok, albo i więcej, przeżywać to rozstanie. W przypadku osoby, którą znam, było to picie alkoholu dzień w dzień, tak sobie próbował "radzić". I w czasie, kiedy on stał w miejscu, nie ruszał dalej, użalał się nad sobą i przeżywał, tamta dziewczyna zdążyła poznać innego i związać się z nim. 

No cóż, kobiety i mężczyźni się różnią, to normalne, tak nas ewolucja poprowadziła. 




                       Taylor Swift - All Too Well: The Short Film


czwartek, 11 listopada 2021

Podobnie powinien postąpić pewien raper.

W ostatnim czasie głośno jest o tym, co stało się na festiwalu Astroworld, na którym w wyniku masowego zaduszenia, lub po angielsku crowd crush, zginęło osiem osób, u jedenastu osób doszło do zatrzymania akcji serca i około 300 osób zostało rannych.

W pierwszym momencie, gdy powoli do sieci trafiały pierwsze informacje o tym zdarzeniu, byłam zdezorientowana, że 'jak to ludzie zginęli na koncercie'. W głowie miałam myśl, no jak to możliwe.

Gdy czytałam co działo się na tym festiwalu, jak zachowywali się ludzie, którzy dosłownie jak bydło wbiegało na teren koncertu, potykając się o bramki, siebie i własne nogi, wywracając te bramki, czy w ogóle całe ogrodzenie, byłam w szoku, a to nie był koniec. Następnym o czym przeczytałam, było to co działo się na samym występie Travisa Scotta, który zapauzował na chwilę, gdy wynosili zakrwawionego chłopaka, a potem kontynuował, jak gdyby nigdy nic swoje show, ignorując ludzi, którzy krzyczeli "stop the show". 

Ludzie tam sami siebie zgniatali. Z relacji, które widziałam na YouTube, był tam taki ścisk, że ludzie nie mogli swobodnie rękoma poruszać. Niektórzy nawet gdy nie chcieli, to skakali, bo podnosili ich ludzie, którzy ściskali. Niektóre historie naprawdę przerażające. Jeden opowiadał, że czasem nawet nie stał na ziemi, bo go ludzie trzymali w ścisku, a obok widział jak chłopak aż zsiniał i trzymany był jedynie przez ludzi, którzy ściskali. Wiele osób opowiadało, że zwyczajnie nie mogli oddychać, bo nie było miejsca, tak ludzie byli blisko siebie, były porównania nawet do sardynek. A do tego jeszcze dwaj idioci skaczący po pojeździe medyków.

Wiele osób udzielających się w internecie jest oburzonych, dlaczego Travis Scott nie reagował, dlaczego organizatorzy nie reagowali. Fani odwracają się od Scotta, a cały koncert określają jako horror. Wiele myślało, że nie przeżyje.

To co ja tam widziałam, to brak odpowiedniej organizacji, a następnie reakcji na to co się dzieje wśród tłumu. Organizatorzy polegli na, nomen omen, organizacji, a Travis Scott okazał się nie do końca takim idolem jak każdy jego fan myślał. 

Ja raperów podobnych do Travisa Scotta uważam za nie do końca dobry kierunek muzyczny, zły materiał na bycie jego fanem lub mieć jego za idola. Ogółem ten raperski świat jest dla mnie toksyczny, teksty cały czas o tym samym, bity wszystkie do siebie podobne, a ci co zajmują się taką muzyką mają na celu aby zarobić. 



YouTube, jako wspaniała platforma, po tym jak oglądałam widea dotyczące Astroworld, najwyraźniej skojarzyła sobie inne wideo, które mi zaproponowała i był to właśnie poniższy film, gdzie zespoły zatrzymują koncert, by pomóc swoim fanom.

I jak się okazuje, zatrzymanie na moment koncertu nie jest takie trudne, skomplikowane, a gdy już wszyscy mają się w porządku można grać dalej. 

Oczywiście nie każda sytuacja jest taka sama, ale bezpieczeństwo ludzi powinno być najważniejsze. Jak na przykład na Knotfest w Meksyku, chyba dwa lata temu, przerwali występy, bo bramki oddzielające publiczność i scenę się rozszczelniły, a że nikt tego nie zdołał naprawić, to odwołali  dwa ostatnie występy. (Zachowanie ludzi zostawię bez komentarza). 

Nawet niedawno była akcja, że fani Slipknota rozpalili sobie całkiem niezłe ognisko. Wtedy przerwali na pół godziny koncert, zgaszony został ogień i koncert był kontynuowany, aby zespół nie wykonał dwóch utworów, bo przez te półgodzinną przerwę mieli opóźnienie i zastała ich cisza nocna.


Sprawą Astroworlda zajęła się i policja i FBI, rodziny ofiar składają pozwy do sądu i trzeba czekać na wyniki śledztwa.



                       When Bands Stop Concerts to Save Fans


wtorek, 2 listopada 2021

Najpiękniejsza rzecz, jaką dzisiaj zobaczyłam. | Coldplay & Ed Sheeran - Fix You (Live at Shepherd's Bush Empire)

Chyba każdemu czasem przeszło przez myśl i wodze wyobraźni, że jakiś artysta mógłby wystąpić/nagrać piosenkę z jakimś innym artystą. Ja tak mam i chociażby niespodziewane dla mnie collabo Bring Me The Hotizon i Yungbluda zrobiło na mnie wrażenie, bo się właśnie tego nie spodziewałam, ale gdzieś przez myśl mi przeszło, że fajnie by było ich razem usłyszeć.

Jak to się mówi, spodziewaj się niespodziewanego.

Niedawno obiegło internet zdjęcie, gdzie Ed Sheeran dołączył do zespołu Coldplay na scenie. Zauroczyło mnie to, a dzisiaj, czego też się nie spodziewałam wyszło wideo z tego wydarzenia.

I, jakie to jest piękne. Nie dość, że zespół, który lubię, artysta którego lubię, to jeszcze jeden z moich ulubionych utworów, "Fix You". I wyszło piękniej, niż można by było się tego spodziewać. Świetny utwór, śpiewający ludzie, zespół grający na żywo i gość, który wpada na scenę. 

Uwielbiam "Fix You" wykonywane na żywo. Ma wtedy jeszcze więcej magii w sobie. Do tej pory, gdy widziałam nagrania z koncertów właśnie z tym utworem urzekało mnie to, jak brzmi na żywo. Do tego publiczność, która śpiewała tekst i robiła trochę jako taki chór dla zespołu, co oczywiście świetnie brzmiało i oczywiście to samo jest na poniższym nagraniu. Wokalista na żywo pięknie operuje głosem. Przy drugiej zwrotce wchodzi gość, Ed Sheeran, który się świetnie komponuje z zespołem swoim głosem i gitarą. A gdy zaczyna się partia instrumentalna, gdzie Ed razem z gitarzystą zespołu grają oko w oko na swoich instrumentach, aż Chris, wokalista, się uśmiechną, spowodowało uśmiech i u mnie. 

Całe to wykonanie aż mnie wzruszyło.



Listopad

No i mamy listopad.
Zaraz boże narodzenie, sylwester, nowy rok i aby do wielkanocy 😆.

A tak na serio, to ten rok tak mi szybko spierdolił, jakbym tylko mrugnęła 😳.


PS. Nadal czekam aż mój zastój twórczy minie. Nie jest łatwo 😐.


poniedziałek, 11 października 2021

Użytkowanie palety MAKEUP REVOLUTION i pierwsze zetknięcie z błyskami.

Pierwszy wpis makijażowy:

Drugi wpis:

Trzeci:

Czwarty:


Z racji tego, że mam zastój twórczy, we wszystkim, i nie mogłam skończyć rysunku w ostatnim czasie, bo byłam przeziębiona, to przyszło mi do głowy skończyć serię pięciu wpisów o makijażu. Ich zamysłem było przedstawić jak zaczęło się moje zainteresowanie makijażem, jak szło mi jego wykonywanie, jak się zafascynowałam tematem i tak dalej. Te pięć wpisów to trochę tak jakby jeden, tylko podzielony na części, żeby to jakoś masakrycznie długie nie było i każdy zgrupował jeden zbiór. Temat będę kontynuowała kolejnymi wpisami, a ta seria pięciu była takim wstępem. Makijaże robione były w 2019 roku, wpisy spisałam trochę w zeszłym, trochę w tym roku, a od tego czasu trochę się zmieniło. Przy okazji fajnie sobie popisać coś na luzie, gdzie nie muszę czegoś cały czas sprawdzać, bojąc się o pomyłkę (choć mimo to mam wrażenie, że i tak coś przekręcam).


Poniższe makijaże robione były paletką z MakeUp Revolution, o której już wspominałam wiele razy we wcześniejszych wpisach. Przez pewien czas miałam fazę na robienie ognistych makijaży. Bardzo podobał mi się pomarańczowy, bordowy i taki pomarańczowy zbliżony do czerwonego. Często powtarzałam jakieś połączenia i sposób nakładania cieni. Albo coś było sprawdzone i powtarzałam to, gdy nie miałam dużo czasu na robienie makijażu, lub chciałam coś udoskonalić, bo wiedziałam, że da się lepiej. Robiłam tak samo z resztą cieni. I tak dwa pierwsze makijaże oka są podobne, jak nie takie same tylko robione w innym czasie.

Ten pierwszy został zrobiony nie wiem na jaką okazję. Prawdopodobnie był to test przed zrobieniem go w docelowy dzień, w którym chciałam się pomalować. Chciałam zobaczyć jak połączyć cienie, jak je ułożyć na powiece, dowiedzieć się czego nie robić lub wpaść na pomysł jak coś zrobić lepiej. Makijaż wydaje się trochę niedbały, ale jeżeli dobrze myślę, że on był taki próbny, no to mogło pójść coś nie tak. Plus, to były moje początki, większość makijaży taka była. Widzę też, że zaszło coś, co nawiedza mnie do dziś (choć na dzień dzisiejszy, jest coraz lepiej), czyli jedno oko pomalowane delikatnie inaczej od drugiego. 




Drugi był robiony w dzień ostatniego koncertu zespołu COMA, na który szłam, a makijaż dopasowany był do koszulki. Ja pamiętam, że nie byłam z niego wtedy zadowolona, ale patrząc teraz, to to jest całkiem niezłe, jak na tamte czasy. Podoba mi się. Nawet blendowanie jest całkiem niezłe. Poszły tu dwa pomarańczowe cienie, a kącik przyciemniłam bordowym.




Kolejny makijaż to zło. Miało to potencjał, ale pomarańczowy (którego prawie nie widać) w ogóle nie zblendował się z tym bordowym. Dodatkowo tak wyszłam z cieniowaniem poza cieniowanie powieki i zrobiła się plama. I gdyby nie ta plama, to by uszło. Ale od wewnętrznego kącika oka też coś się podziało. No cóż, bywa i tak. 




Następny też nie jest za bardzo udany. Słabo zblendowałam cienie, zrobiło się plamiście i jeszcze cieniowanie zakończone tak mocno, a nie jakąś chmurką delikatną. Trochę słabe zdjęcie, ale chyba tu poszły trzy kolory - pomarańczowy, bordowy i czarny. Dużo robiłam takich makijaży. Podobały mi się kolory i ich ułożenie. Chciałam wyćwiczyć blendowanie i nakładanie cieni, bo według mojej teorii mogło to wyglądać dobrze, gdyby było w miarę dobrze zrobione. I niektóre mi wyszły, ale na pewno nie ten poniżej. 




I nadchodzi on. Pierwszy błysk. Do tamtej pory nie używałam błyszczących cieni, bo nie widziałam u mnie ich zastosowania. Plus chciałam najpierw trochę bardziej okiełznać maty. Ale przyszedł Sylwester, do tego byłam po obejrzeniu serialu "The Witcher", gdzie podobały mi się makijaże jednej z bohaterek i zainspirowałam się. Nie miałam zielonego matowego wtedy, więc wzięłam błyszczący. Jak na pierwszy raz wyszło całkiem nieźle. Jedynie ten czarny mógłby być trochę bardziej chmurką i w wewnętrznym kąciku inaczej poprowadzony. Błysk nakładałam raz palcem, raz płaskim zbitym pędzelkiem, bo nie wiedziałam, jak będzie mi wygodniej. Odkryłam zaś, że przyciskając cień palcem wydobywa się lepszy błysk, lepszy jego efekt. I tak spodobał mi się błysk na oku. 





Po obserwacjach podczas wykonywania tamtego makijażu, przy następnym już zrobiłam to lepiej. Blendowanie czerni wyszło chmurkowo, nie powstała mi taka czarna plama, jakbym miała siniaka. Tym razem jednak wzięłam inny błysk z palety, taki miedziany. Bardzo ładny. Tylko jedno zdjęcie, bo tylko jedno się ostało z serii porobionych zdjęć na prędko. 



Potem przez dłuższy czas żadnego makijażu nie dokumentowałam. Chciałam po prostu nabrać doświadczenia. Przez ten czas na przykład doszła mi nowa paleta, dwa pędzelki (a miały mi starczyć tylko dwa) i pewnie coś do ust. Postanowiłam do makijażu używać tego co mam i jak najbardziej je wykorzystywać, na różne sposoby, w różnych kombinacjach. I używałam, albo kolorów z jednej paletki, albo z dwóch paletach, ale głównie to pierwsze. Też jakoś dużo się nie malowałam, bo przyszedł ten czas, gdzie się siedziało w domu (sadge). Mogę zauważyć, iż jakieś postępy robię. Wychodzi raz lepiej, raz gorzej. Jak wyjdzie coś spoko, to się cieszę, jak coś pójdzie nie do końca po mojej myśli, to albo wiem co, albo staram się znaleźć w głowie rozwiązanie, by następnym razem to powtórzyć i lepiej zrobić. No cóż, wsiąkłam w ten makijaż. Polubiłam to. W szczególności, gdy rzadko wychodzę, i dodatkowo się nie wychodziło w ogóle przez rok, to chcę jakoś fajnie wyglądać. Zobaczymy, gdzie to zajdzie. Choć patrząc na to, że miały mi starczyć tylko dwa pędzle, a już mam ich trochę więcej, to o czymś świadczy.

czwartek, 9 września 2021

Przyjdzie czas ponownie wybrać niebieską, albo czerwoną pigułkę. | The Matrix Resurrections – Official Trailer 1

Gdy rozchodziły się pierwsze plotki o powstaniu kolejnej części "Matrixa", trochę mi się nie chciało w to wierzyć. No bo po co miałby ktoś ruszać serię filmów, która jest już skończona? Nawet, kiedy pojawiały się zdjęcia niby z planu zdjęciowego, to nadal podchodziłam do tego z dystansem. 

Ostatnio sprawdzałam co teraz leci w kinie, i co zapowiadają, i na grudzień zauważyłam zaplanowanego nowego "Matrixa". Zdziwiłam się mocno w tamtym momencie, bo do tej pory nie było kompletnie nic, żadnej zapowiedzi, sneak peeku, plakatu, żadnej kampanii promocyjnej, jak to potrafią robić przy filmach, no kompletnie nic. Aż moim oczom ukazała się informacja o trailerze na Facebooku Warner Bros. Pictures, a za dwa dni pojawił się pierwszy trailer do czwartego "Matrixa".

Muszę powiedzieć, że jestem bardzo ciekawa tego filmu mimo wstępnych obaw i niechęci. Trailer bardzo mi się spodobał i zrobił na mnie duże wrażenie. Mam tylko nadzieję, że tego nie spartolili, że nie popsują wrażenia z poprzednich trzech filmów i że fabuła będzie tak dobra jak brzmi w opisach. Bo w czwartej części Thomas Anderson nie pamięta Matrixa, ani tego, że jest Neo. Czuje, że ze światem jest coś nie tak i ma sny, które nie są snami oraz zastanawia się, czy przypadkiem nie zwariował. Gdy spotyka Trinity oboje siebie nie pamiętają. W końcu zjawia się tajemniczy gość, który oferuje mu czerwoną pigułkę. No i wszystko ponownie się zaczyna. Dla mnie to wszystko brzmi bardzo spoko i dlatego wielka szkoda by była, jakby poszło coś nie tak. Owszem, trailer mi się podobał, ale z pełnym filmem może być różnie. 

Do głowy mi też przyszło, że jaki skok technologiczny tu zaszedł. Z ciekawości nawet zobaczyłam trailery trzech poprzednich filmów, bo nigdy ich nie widziałam i był to niezły wehikuł czasu. Z dzisiejszymi technologiami robienia filmów, nowy "Matrix" powinien być naprawdę niezłym widowiskiem. Na "The Matrix: Resurrections" trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać, aż do premiery 17 grudnia.


niedziela, 22 sierpnia 2021

Zabawa paletami.

Początek. Pierwszy wpis makijażowy.

Rozwinięcie początku. Drugi wpis.

Najnowszy wpis.

Ten wpis będzie trochę taką kontynuacją poprzedniego wpisu. Ponownie mowa będzie o paletce z MAKEUP REVOLUTION. 

Tym razem wpadłam na pomysł, by zrobić makijaż podobny jaki robiłam z cieniami paletki od RIMMELA. Dlatego porównałam te dwie paletki i wyszukałam podobne kolory w tej od REVOLUTION. To trudne nie było. Znalazłam taki ciepły brązowy, taki jaśniejszy brązowy oraz taki zbliżony do koloru skóry zmieszany z różem. 





Najpierw nakładałam Mug Cake w załamaniu  powieki, potem na resztę powieki nałożyłam Tiramisu, a chcąc rozjaśnić od wewnętrznego kącika wzwyż nałożyłam Peaches. Niestety nie dało to takiego rezultatu, jakiego oczekiwałam. Paletą od RIMMELA by to wyszło i pewnie by wyszło z paletą REVOLUTION, gdybym dobrała inne z niej kolory. Nie takie same tylko podobne, by wyszło coś podobnego. Po prostu są to dwie różne palety, od dwóch różnych firm i działają inaczej. Ale to że mi nie wyszło, to w ogóle mnie nie zdziwiło, liczyłam się z tym, a chciałam sobie po prostu spróbować, byłam ciekawa co się stanie. 

Wtedy tragicznie zdjęcia robiłam. Były krzywe, nieostre, prześwietlone, niedoświetlone i tak dalej. Ale tak to jest jak nie ma się podglądu na to co robię i wtedy jeszcze nie było w domu statywu, który by ułatwiał trochę to zadanie. 

Ogółem makijaż jakoś masakrycznie źle nie wygląda, ujdzie. Z boku jak się patrzy to wygląda nawet, nawet. Nałożenie cieni idealne nie jest, no ale na tym etapie, to ja się dopiero uczyłam czegokolwiek. No jak oko było otwarte, to jakoś to wyglądało. 



Mimo poprzedniego mini failu, postanowiłam zrobić to samo, ale z drugą paletką, od Lovely, Choco Bons. Tym razem chciałam znaleźć podobne kolory z Lovely w palecie z REVOLUTION i zrobić nimi makijaż. Ogólnie pomysł wziął się stąd, że po zakupie paletki z REVOLUTION, chciałam cieniami z niej zrobić makijaże, które robiłam tymi paletami, które miałam przed nią. Więc tak jak poprzednio, najpierw znalazłam podobne kolory, taki zbliżony do cielistego, taki jasny i ciepły brązowy i znowu w szeregi wszedł ten z nazwą Peaches. 




Jak dobrze pamiętam plan był taki, żeby ten cielisty był na całej powiece, załamanie powieki przyciemnić tym brązowym, a Peaches rozjaśnić od wewnętrznego kąta delikatnie wzwyż, ale nie wyszło. Jakbym robiła, go teraz, to można by było to uratować i by taki dzienny, lekki makijaż wyszedł, a tak to wygląda jak nieskończony. 






No to przyszedł czas, gdy moja głowa wpadła na pomysł, by zrobić podobny makijaż do tych co robiłam paletkami z Lovely, czy RIMMEL, tylko wybrać nie takie same kolory, ale takie co będą odpowiednikami w palecie REVOLUTION, no i powinny lepiej zadziałać. Tak więc wybrałam trzy kolory. Taki cappuccino, ciemno brązowy i czarny. 



Najpierw nałożyłam brązowy, od załamania powieki w górę.


Ten brązowy przyciemniłam czarnym, a na resztę powieki nałożyłam ten cappuccinowy odcień. 


I tu może by coś wyszło, ale nastąpił brak umiejętności, no i trochę inaczej powinnam rozmieścić cienie. Być może powinnam wziąć inny odcień niż ten cappuccinowy, bo strasznie razi w oczy. Duży kontrast powstał między nim a czarnym. Podejrzewam, że teraz, robiąc to inaczej, wyszłoby coś z tego. Trochę inaczej właśnie nałożyć cienie, inaczej je zblendować inaczej pokombinować i może by to było całkiem dobre.




Na ten moment to koniec moich makijażowych podróży. powoli będę przypatrywać się moim kombinacjom, eksperymentom i postępom i się zobaczy, co to będzie z tego.


poniedziałek, 12 lipca 2021

Pierwszy horror, który mi się spodobał. | "Alone".

Tak jak obserwuje poczynania Dylana O'Briena, tak samo zwracam uwagę na działania na przykład Tylera Posey. Do tej pory nie było nic co by mnie zainteresowało. Raz tylko kumpela wyciągnęła mnie do kina na film "Truth or Dare", który był tragiczny. Pamiętam, że pomysł zły nie był, ale poczynania bohaterów, szczególnie tej głównej żeńskiej postaci, co tam wszystko zaczęła, były tak głupie, że ja podczas seansu miałam tylko "co?" i w głowie tylko był facepalm, jak można być tak głupim. Dlatego dobrze, że pojawiło się coś co mi się spodobało. Tak dla równowagi. 

O filmie "Alone" dowiedziałam się przez Instagrama Tylera. Udostępniał on rzeczy związane z tą produkcją. I po obejrzeniu traileru pojawiła się u mnie iskra zainteresowania. Spodobał mi się zarys tego filmu i pomyślałam, że można sprawdzić, czy tego nie spartolili. Zabawny jest fakt, że wyszedł w czasie, kiedy wyszła korona i świat oszalał. I to nie było zamierzone. Filmy kręci się długo przed premierą i jeszcze trzeba go zmontować. 

Na wstępie widzimy głównego bohatera, Aidana, który chce popełnić samobójstwo, ale w odpowiednim momencie jest cięciu i nie dowiadujemy się, czy tego dokonał, czy nie, tylko wracamy do początku tej historii. Dlatego w kolejnej scenie widzimy go w swoim codziennym życiu, które sugerując po butelkach po wypitym alkoholu, leżącej obok chłopaka dziewczynie i gitarze gdzieś tam stojącej, wydaje się być prowadzone bardzo luźno. 

Gdy Aidan ma włączony telewizor, w wiadomościach mówią o chaosie panującym na świecie. Wybuchła pandemia tajemniczej choroby, która zamienia ludzi w zombie. Rozbrzmiewa alarm, zarażeni ludzie wdzierają się do budynku, w którym mieszkanie ma Aidan, oraz pobliskich budynków po drodze zabijając lub zarażając napotkanych przechodniów. Aidan widząc co się dzieje, barykaduje się w swoim mieszkaniu, zasłania okna gazetami i od tej pory próbuje przeżyć, nie robiąc za dużo hałasu, żeby zarażeni go nie usłyszeli. 

Kiedy chłopak chce zadzwonić do rodziców okazuje się, że nie ma zasięgu. Gdy na chwilę się pojawił miał szansę odsłuchać wiadomość głosową. Dowiaduje się, iż prawdopodobnie zginęła siostra chłopaka. Przez tą wiadomość, jak i samotność i inne czynniki, pije alkohol, który ma w mieszkaniu. Zaczyna nagrywać wideo dziennik? coś takiego. Prawdopodobnie, by jakoś zabić tą samotność, albo zwyczajna chęć gadania, a że nie miał do kogo, to to potencjalnych ludzi z internetu. Z czasem samotność i izolacja źle działają na psychikę Aidana. W międzyczasie musi bronić się przed zombiakami, bo jeden na przykład, dostał się do jego mieszkania przez szyb wentylacyjny. W końcu powoli kończą mu się zasoby, alkohol też. Przy kolejnym napływie zasięgu odsłuchuje kolejną wiadomość głosową od rodziców, która kończy się w sposób, który sugeruje, iż oni zginęli. Aidena mocno to uderza, a razem z dotychczasowym złym stanie psychicznym doprowadza go do próby samobójczej. 

W ostatniej chwili ratuje się z pętli pod sufitem, bo zauważa dziewczynę w mieszaniu w bloku obok. Ekscytacja, że jednak nie jest kompletnie sam, tak jak myślał, uratowała go przed śmiercią. Z dziewczyną skontaktował się poprzez... kartki. Ponieważ musieli być cicho, by żadne zombiaki się do nich nie dostały, porozumiewali się na migi. Aidan na początku miał przygotowane kartki z konkretnymi napisami, a dziewczyna odpowiadała gestami i pomagała sobie tablicą na której pisała markerami. Potem Aidan skombinował krótkofalówki i liny przy okazji, które były pomocne, gdy chłopak podzielił się z dziewczyną wodą butelkowaną, którą miał. 

Z czasem musiał wybrać się w poszukiwanie jedzenia. Dlatego musiał po cichu przemieścić się po budynku do innego mieszkania, skonfrontować się z dziwnym facetem nie zombiakiem i oczywiście z zombiakami, gdy uciekał do swojego mieszkania. Potem chłop ruszył na pomoc tej dziewczynie, co poznał przez okno. W ogóle, oni bardzo się polubili. Budynek w którym mieszkała Eva, bo tak ta niewiasta miała na imię, opanowały zombiaki. Ostatecznie misja ratunkowa się udaje. Od tego momentu we dwójkę będą męczyć się z pandemiczną sytuacją. Ale przynajmniej będą mogli normalnie ze sobą rozmawiać. 

Film ma prostą fabułę, po prostu opowiada historię człowieka w obliczu jakiejś tragedii. Zazwyczaj horrorowe filmy wiążą się z nawiedzonymi budynkami, jakimiś straszydłami, dziwnymi stworzeniami, wchodzeniem bohaterów w niezalecane miejsca i tak dalej. Zaś "Alone" opowiada o człowieku, jak dana sytuacja wpływa na jego psychikę. W filmie nie ma tych stereotypowych rzeczy horrorowych. Wiemy tylko tyle, że wybuchła jakaś pandemia tajemniczej choroby i ludzie zmieniają się w coś potocznie nazwane zombie. 

Po pierwszych ujęciach można sugerować, że Aidan ma frywolne życie. Obok niego leży dziewczyna, która po wybudzeniu zaraz wychodzi, on budzi się z kacem, gdzieś tam stoi gitara, która kojarzy się z tym, że muzycy po zagranym koncercie idą poimprezować. Czyli powiedzmy Aidan byłby dobrym towarzyszem przy dobrej zabawie. I z takiego chłopaka zmienił się w depresyjną osobę. Tu wybuch pandemii, tu przymusowe siedzenie w domu, odcięty od innych ludzi, plus poczucie, że został zupełnie sam i informacja o prawdopodobnej śmierci siostry oraz potem wiadomość głosowa, która sugeruje śmierć rodziców. A zanim zobaczył Evę w oknie myślał, że traci zmysły. Gdy zauważył Evę dotarło do niego, że jednak nie jest sam, a gdy się komunikują widać po obojgu, że dawno z nikim nie rozmawiali, nie mieli kontaktu z drugą osobą, a czego bardzo potrzebowali. Ale do tego czasu można było obserwować jak główny bohater radzi sobie w zaistniałej sytuacji i jak zmienia się od jej początku. Oglądający mógł domyślać się co dzieje się co dzieje się w jego głowie, oraz dało to powód do zastanowienia nad losem głównego bohatera.

Też był tam incydent, gdy Aidan spotkał pewnego pana, który wydawało się, że chce pomóc i ogólnie jest pokojowo nastawiony. W końcu oboje znaleźli się w takiej samej sytuacji. Ogólnie zdawałoby się, że w takiej sytuacji powinni sobie pomagać. No nie do końca. Nie wszyscy są pokojowo nastawieni. Znaczy może ktoś by się znalazł, no ale Aidan nie miał takiego szczęścia. Dobrze, że podczas rozmowy z tym facetem był ostrożny i wszystkiego nie mówił, na przykład, że ma kontakt z Evą. Więc dobrze, że mu nie zaufał do końca. Ale to też daje takie zagadnienia do przemyślenia, że nawet mimo jakiejś tragedii, ludzie nadal mogą być źli, nadal będą dbać o siebie i swój interes, zamiast połączyć siły i jakoś razem przetrwać trudne chwile.

"Alone" skończył się tak, że jakby ktoś chciał, to mógłby zrobić drugą część, która być może by była lepsza. Skoro ten pierwszy film opowiadał o człowieku, to ten drugi mógłby opowiadać co stało się na świecie, i tu wymyślić jakąś fajną historię. Choć wątpię, by zrobili drugą część, sądząc po ocenach na Filmwebie, czy IMDb. Może nie był on wybitny, był prosty, ale mi się podobał, na ocenę "dobrą" zasługuje. Szczególnie zapunktował u mnie, że nie miał tych stereotypowych elementów z horrorów, a bohater nie robił jakichś głupich czynów. Plus fajnie było zobaczyć Tylera Posey w kolejnej roli i w filmie, który mi się spodobał. Trochę flashbacki po "Truth or Dare" wyparowały, więc to na plus. Z miłą chęcią zobaczę go w jakiejś kolejnej produkcji, która mnie zainteresuje.



poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Obejrzałam pierwszy film DC. I to czterogodzinny. | "Zack Snyder's Justice League"

Znaczy nie taki pierwszy, bo widziałam wcześniej "Suicide Squad", czy "Joker", ale pierwszy mam na myśli film z superbohaterami, nigdy wcześniej nie oglądałam na przykład filmów z Supermanem, Batmanem i innymi takimi.

Do tej pory z superbohaterami z uniwersum DC nie było mi po drodze, oczywiście z tymi filmowymi, bo seriale niektóre z takowymi oglądałam. Jakoś filmy o Supermanie, albo Batmanie jakoś mnie nie przyciągały. Kiedy pojawił się jakiś trailer, takiego "Aquamana" czy "Justice League" w wersji z 2017 roku i zainteresowałam się filmem, to potem pojawiały się recenzje, opinie i oceny na Filmwebie i okazywało się, że nie były tak fajne jak trailery zapowiadały. I to tak mnie zniechęcało do tego uniwersum. Nawet gdy wyszedł trailer "Wonder Woman", a po premierze zgarniał pochwały, na IMDb ma ocenę 7,4, to się jakoś nie przekonałam się do seansu. Mimo to, iż interesowały mnie jakieś postacie, na przykład Aquamana, ale opinie o filmie odrzuciły mój pomysł o obejrzeniu niego. Podobnie z postacią Flasha, którą chciałam zobaczyć, jak została przedstawiona przez innego aktora, w innej produkcji, ale "Justice League" okazał się według opinii kiepskim filmem.

W filmowym świecie bliżej było mi do Marvela. Choć ostatnim czasem mi się przejadł. Cały czas coś było z tego wypuszczane. Z DC oglądałam jedynie seriale, te z CW. "Arrow", "Flash", "Legend's Of Tomorrow". Jak się pojawiła informacja o tej drugiej wersji Ligi, to gdzieś ponownie obudziło się we mnie jakieś małe zainteresowanie. Gdy już pojawiła się, to zdziwiłam się tymi czterema godzinami, ale i nabrałam ochoty na obejrzenie, bo opinie mówiły, że to bardzo dobry film. Z początku to nawet 9,5 na IMDb było. No i obejrzałam. Szybciej niż serial, który miałam zacząć oglądać, a odciągam to już nie wiem ile (a zaczęło się od "zacznę oglądać za tydzień"). 

Na początku czułam się trochę dziwnie, gdy zaczynał się film, bo i pierwszy film z DC, ze światem, którego od tej strony nie znałam, i nie widziałam innych filmów z DC, do tego nie lubiłam koncepcji postaci Supermana i Batmana, nie wiem dlaczego, może kiedyś się to zmieni. I pomyślałam sobie, że, cholera, jak "Liga" będzie nawiązywać do poprzednich produkcji, to nie będę w temacie. Na szczęście po kilku minutach, gdy weszłam trochę ten świat, moje dziwne uczucie znikło, a w trakcie oglądania nie odczułam, że czegoś nie wiem. Z racji tego, że właśnie innych filmów nie widziałam, to i nie wiem, czy są nawiązania, czy nie, ale jeżeli są, to ci co oglądali to wiedzą, tacy jak ja nie oglądali nie wiedzę, ale taki random jak ja może sobie "Zack Snyder's Justice League" obejrzeć i wiadomo o co chodzi. Podczas oglądania nie poczułam, że czegoś nie wiem, tak został zbudowany ten film. Znaczy, jak były odniesienia do filmu, w którym był Batman i Superman, to się mniej więcej domyślałam, o co chodzi, bo mimo iż nie oglądałam, to gdzieś tam było mówione. A siedzę w tematach filmowych, interesuje się, więc chcąc nie chcąc obiło się o uczy. 

Wpierw powoli wchodziło się w fabułę, coś się dzieje u Amazonek, wysyłają one sygnał, który dotarł do niejakiej Wonder Women. Batman w normalnym ubraniu szuka innych ludzi o supermocach, bo przeczuwa, że coś nadchodzi. W między czasie, gdy przedstawiany jest powoli problem, poznajemy postacie Aquamana, Flasha i Cyborga. Trochę ich poznajemy, trochę ich historię oraz ich motywów. Podobało mi się to, że bez pośpiechu poznałam te postacie. Ogólnie każda z głównych postaci miał swój czas na ekranie. Nie czułam, że kogoś jest za dużo. Nikt mnie nie irytował. Każdy mógł pokazać co potrafi, w szczególności ci, co na czas pierwszej wersji filmu nie mieli swojego. 

Bardzo spodobała mi się postać Flasha, i jak tę postać przedstawiono. Tam była jedna cringe'owa scena, ale da się ścierpieć, długa nie była. Nie byłam do niego przekonana, miałam obawy, co pewnie było spowodowane patrzeniem przez pryzmat serialu. Te odczucia zostały mi po obejrzeniu traileru "Justice League" z 2017 roku. Okazało się, iż filmowy Barry Allen to bardzo fajny chłopak z poczuciem humoru. Nawet nie trzeba było go prosić, by dołączył do zbieranej przez Bruce'a Wayne'a ekipy, który nawet nie zdążył się do końca spytać, co on w ogóle chce. Swoją drogą bardzo podobał mi się moment w scenie, gdzie pierwszy raz tamci dwaj rozmawiają i w pewnym momencie Bruce rzuca w kierunku Barry'ego Batmańską rzutką, a speedster używając swych mocy tak się jej przygląda, a potem jak ogarnia, kto do niego przyszedł, łapie ją. Bardzo mi się podobało jak moce szybko biegającego zostały pokazane, nie tylko w tej scenie z resztą. W momencie, gdy go poznajemy jest świetna scena, gdzie pokazana została jego szybkość, on tyle porobił, a dla normalnych ludzi była to chwila. Na końcu filmu Flash miał genialną scenę, która mnie ujęła. Pokazany został speedforce, możliwości, jakie niosą ze sobą moce Barry'ego. W ogóle moment, gdy chłopak jest w swoim mocno przyśpieszonym czasie został tak super pokazany, wszystko wokół jakby włączyło pauzę, a chłopak normalnie się porusza, z piorunami. Pod niektórymi względami ten filmowy Flash bardziej mi się podoba. Chciałabym zobaczyć jego solowy film, bo poczułam świeżość co do tej postaci. 

Cyborg sam w sobie trochę mniej mnie zafascynowała, ale jego historia. Ojj, jego historia. To jak się stało, że jest tym Cyborgiem. Ujęło mnie. Nie wiem co chłop, który go stworzył miał w głowie, no ale cóż. Nie dziwię się, że chłopak (o ile można go tak nazwać) nie mógł się pogodzić ze swoim nowym życiem.No było emocjonalnie. I creepy. Podczas seansu okazało się, że Wonder Woman nie irytowała mnie tak, jak się tego spodziewałam. Trochę uprzedzona byłam do niej, ale to spowodowane było tym, że straszny hype na nią wyrósł, bo w końcu jakiś dobry film z DC wyszedł i się ludzie jarali. Jednak oglądając "Justice League" Snydera spodobała mi się ta postać. Przyjemnie mi się oglądało Dianę, pierwsza scena z jej udziałem była bardzo dobra, podobała mi się. I oglądałam porównanie tej sceny, tą z 2017 z tą z 2021. Gdybym obejrzała tą pierwszą, to prawdopodobnie nadal bym tej postaci nie lubiła. Kiepskie to było w przeciwieństwie do tej drugiej wersji. Przez chwilę miałam w myśli, by zobaczyć ten film z 2017 roku, sprawdzić jak bardzo słaby jest, ale patrząc na to porównanie i parę innych, które oglądałam, to chyba jednak nie. Przed obejrzeniem nowej "Ligii" podobne odczucia jak do Wonder Woman miałam do Batmana i Supermana. Ich nie lubiłam. Zaś jak oglądałam film, to te postacie były w porządku, nie odczuwałam jakichś negatywnych emocji. Na razie są dla mnie neutralni. Również przeszło mi przez myśl, by zobaczyć ich filmy, ale zobaczę, co z tym dalej zrobię. A, i jeszcze Aquaman. Chłop jest po prostu zajebisty. Ja się z nim utożsamiam, nie tylko dlatego, że mój znak zodiaku to Aquarius, ale dlatego, że często używa sarkazmu, do rzeczy podchodzi tak na luzie, może nawet z obojętnością. Ja robię tak samo. Szkoda że było go troszeczkę za mało w filmie, mogłoby być go troszkę więcej. Do tego dostał słaby film, który mimo słabizny obejrzałabym dla samego Aquamana. 

Gdy cała ekipa została zebrana, zaczęła działać, bo ten zły już nawet nie pukał do drzwi, tylko robił swoje. I to jak oni współpracowali, to aż miło się patrzyło. Jeden coś robił, potrzebował pomocy, drugi to zauważył i ruszył na pomoc. Jedna strona nie prosiła, druga strona nie pytała, czy potrzebna pomoc. Wystarczyło, że w swoich działaniach po prostu siebie obserwowali. Bardzo mi się to podobało. Na przykład Wonder Woman skacze za swoją bronią, by ją złapać. Flash widzi, że nie da rady, więc biegnie jej na pomoc, by te broni jedynie tyknąć palcem. Między bohaterami nie było gwiazdorzenia, nie było czegoś takiego jak "idę sam, bo jestem najlepszy", "zajmę się tym, by reszta nie musiała ryzykować życia", czy inne takie. Częsta w filmach główny bohater aż za bardzo chce pokazać swoją odwagę i heroizm, co dość mocno kuje w oczy. A Liga elegancko płynęła w swoich działaniach. 

"Zack Snyder's Justice League" ma wstęp, przedstawienie postaci, rozwinięcie i zakończenie. Na początku pokazali o co się rozchodzi, pokazali postacie z kawałkiem ich historii, by trochę się z nimi zapoznać. Potem rozwinęła się współpraca Ligi razem z rozwinięciem fabuły, gdzie zaczynają się dziać rzeczy, no i na końcu zakończenie całego problemu z tym złym. Koniec sugerował kontynuację, więc jak to będzie ponownie od Snydera, to z miłą chęcią obejrzę. 

Film jest tak zbudowany, że wszystko składało się w całość, nie było niedomówień, a te cztery godziny nie były nawet odczuwalne. Tak wszystko płynęło, że bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się oglądało. To dla mnie taka świeżość w filmie o superbohaterach po Marvelu. Pewnie dlatego, że Marvel delikatnie mi się przejadł. Może właśnie obejrzę jakieś wcześniejsze produkcje DC, tak żeby nie siedzieć aby w jednym świecie. 


poniedziałek, 8 marca 2021

Obejrzałam serial dla małolatów. | "Girl Meets World"

Zamiast obejrzeć jakiś serial z listy do obejrzenia, to ja jakiś serialik oglądam 😆. 

Ja seriale poznaje w różne sposoby. Sprawdzam filmografię jakiegoś aktora/aktorki, widzę reklamę na Twitch - "The Boys" albo "Hunters" często reklamowali, zobaczę może jakąś recenzję lub gdzieś coś usłyszę. Albo... zobaczę jakiś filmik z jakąś komplikacją i coś wpadnie w oko. 

Pewnego razu nie mogłam usnąć, pewnie pełnia księżyca była, czy coś, i oglądałam YouTube. Tam zaproponowano mi jakieś wideo, które obejrzałam, a pod tym filmem zaproponowano mi komplikacje najlepszego "czegoś", nie pamiętam, z seriali Disneya. I w tej komplikacji były urywki "Czarodziejów z Waverly Place", "Taniec Rządzi", chyba jakaś "Hannah Montana", a między nimi gdzieś przewijały się sceny z "Girl Meets World". Potem pojawiały mi się kolejne rzeczy z tym serialem, a w tym wszystkim zainteresowała mnie postać Mayi. Spodobał mi się jej charakter. Widać było, że to buntowniczka, lubi rzucić ciętą ripostą, sprytna, cwana dziewczyna. Po prostu wydawała mi się fajną interesującą postacią. I przeszło mi przez myśl, żeby sprawdzić sobie ten serial, bo spodobała mi się ta postać tej dziewczyny i fajnie byłoby zobaczyć chociaż jeden, czy dwa pełne odcinki tego serialu. Pomyślałam, że prosty angielski, to trening językowy, nie będę miała co oglądać, to sobie włączę. A w razie gdyby i się nie spodobało, to zawsze jest "x"  w zakładce. 

I sobie włączyłam ten serial. Dwa pierwsze odcinki włączyłam właśnie na próbę, żeby zobaczyć, czy to jest oglądalne. Ogółem nowe seriale z Disneya, Nickelodeon, czy czegoś innego nie przemawiają do mnie. Te seriale po "Czarodziejach z Waverly Place", "Hannah Montana" i innych z tego okresu, kompletnie mi się nie podobają, są głupie, ich fabuła jest nijaka, o niczym. Ja rozumiem, że dla młodszej widowni i humor ma być prosty, i fabuła taka adekwatna dla danego wieku, czasami coś takiego lekkiego odmóżdżającego, aby dzieciak się odstresował, ale humor polegający na śmianiu się z papierka po cukierku leżącego na stole, a postacie są głupie i kreowane na brak mózgu, a fabuła nie opowiada o niczym, to nie jest coś, co bym puszczała jakiemukolwiek dziecku. Dlatego byłam ostrożna co do "Girl Meets World", bo właśnie na pierwszy rzut takim serialem się wydawał. 

Obejrzałam całe trzy sezony i pozytywnie się zaskoczyłam. Taki prosty Disneyowski serial, w którym dorastająca dziewczyna spotyka się z realiami świata. Wiadomo, że jak jest się w wieku między dziecięcym a nastoletnim, to rzeczy się trochę zmieniają, nie jest się jakoś bardzo dorosłym, ale w sumie dzieckiem też nie za bardzo i nie wiesz, czy możesz bawić się lalkami, czy już nie wypada. A dorastając ma się do czynienia z coraz większą ilością rzeczy, coraz bardziej poznaje się życie i jak działa świat i niektóre rzeczy dotykają mniej, inne bardziej. Z tym wszystkim możemy spotkać się w tym Disneyowskim serialu.


Główną bohaterką jest Riley, ale oczywiście zahaczane są inne postacie, jak na przykład jej najlepsza przyjaciółka Maya, przyjaciele Lucas i Farkle, czy brat z rodzicami. Zaś właśnie Riley poznaje świat i to ona najczęściej ma jakiś problem, że to tak ujmę. Z większości odcinków można coś wynieść. Od takich prostych morałów, jak nie należy kłamać, że powinno się być sobą i nie upodabniać do kogoś innego, bo gdyby wszyscy ludzie byli tacy sami to na świecie byłoby monotonnie, plus sam fakt, że nie byłoby się sobą. Albo jeżeli podejmuje się zadania młodszego brata, to trzeba być odpowiedzialnym, lub trzeba trzymać się zasad, bo bez nich byłby chaos. Natomiast poruszane są również poważniejsze tematy, jak brak jednego z rodziców i nienajlepsze relacje z tym drugim rodzicem, zmiana klimatu, jakieś wydarzenia z czasów wojny, komunizm na przykład, czy nawet śmierć. W większości przypadków wynoszona była jakaś lekcja, przenoszenie czegoś z przeszłości, nawet jakiejś sytuacji z wojny, jako przykład w dzisiejszym świecie, że to tak ujmę. Oni wzięli jakąś sytuację podczas wojny i przełożyli na teraźniejszość. 

Był mały epizod postaci pani Svorski, mająca własną piekarnię, do której lubił chodzić Auggie, brat Riley. Lubił też pewien żart, który pani Svorski mu opowiadała za każdym razem, gdy przychodził. Brzmiał on "It's not Ukrainian bakery, it's our bakery", to nie Ukraińska piekarnia, to nasza piekarnia. Mogłam dokładnie tego nie zacytować, ale znaczenie nadal jest takie samo. I chyba każdy wie o co chodzi. Ja się tak zdziwiłam, że padł taki żart. W takim serialu, Disneya, amerykańskim, dla małolatów taki żart? pomyślałam. Jasne, iż to mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale Ameryka kojarzy mi się właśnie trochę z tym stereotypem, że amerykanie nie wiedzą gdzie Polska, czy inne, to i się trochę zdziwiłam, że ktoś zdecydował się umieścić taki żart. Będąc przy pani Svorski, to w chyba drugim odcinku z nią, oddaje ona swoją piekarnie matce Riley, a na końcu okazuje się, że pani Svorski zmarła. To bardzo zasmuciła wszystkich, bo do tej piekarni przychodzili wszyscy, ale najbardziej Auggiego i w którymś z kolejnych odcinków było odniesienie do tego, gdy chłopak "rozmawia" przed snem z panią Svorski, mając nadzieję, ze jest w niebie i go słyszy. Miałam takie "oooo", rozczuliło mnie to. Wiadomo, że dzieci, nie wiem ile Auggie miał lat, to jeszcze nie wszystko rozumieją, z takimi "dorosłymi" rzeczami mają pierwszy raz styczność i im trochę ciężej coś wytłumaczyć. I jak Auggie mówi, że gadają do siebie, tak naprawdę gadał do pani Svorski, to delikatnie złapało mnie za emocje.

"Girl Meets World" ma prosty humor pasujący do targetu, i choć zdarzyły się jakieś pojedyncze głupie teksty, to można je zdzierżyć, nie złapałam jakiegoś cringe'u, więc nie było źle. Ja się uśmiałam, szczególnie z tekstów Mayi, albo z dialogów między nią, a Riley. A ponieważ Riley jest trochę dziecinna i tak jak tytuł mówi, poznaje świat, a zszokować ją potrafią nawet proste rzeczy i oczywiste rzeczy, co również powoduje większe i mniejsze wybuch śmiechu. Też niektóre rzeczy specjalnie twórcy zrobili tak, aby się Riley zdziwiła, żeby po prostu było śmiesznie. 

A, nie wspominałam o jednej, dość ważnej myślę rzeczy. Chwilę wcześniej pisałam, że w większości odcinków wynoszona była nauka, wynoszony był morał, a to zrobione zostało w fajny sposób. Otóż Riley z Mayą i resztą przyjaciół, chodzi na lekcję histori, gdzie uczy ich jej tata. I to własnie on opowiadając o historii wyciąga z niej przydatne rzeczy. Zazwyczaj odcinki zaczynały się właśnie od lekcji historii i dotyczy jej tematu, w trakcie nich bohaterowie dowiadywali się czegoś, doświadczali czegoś, uczyli się czegoś, dochodzili do jakiegoś wniosków i na końcu jest morał. 

Też "Girl Meets World" jest odniesieniem, na Wikipedii pisało, że kontynuacją, serialu "Boy Meets World", i są w nim bohaterowie tego starszego. W "Boy Meets World" głównymi bohaterami byli rodzice Riley, oraz ich przyjaciele. I nie tylko rodzice pojawiali się w tym młodszym tytule, na przykład najlepszy przyjaciel Coreya, taty Riley, Shawn. Też w "Girl..." są ogólne odniesienia do "Boy...", albo nawet wchodzi w jego świat. Bardzo mi się to spodobało. 

Podobał mi się serial "Girl Meets World" jak na serial dla małolatów. I docelowy target będzie miał rozrywkę oglądając go, i coś z niego wyniesie. Ja tam obejrzałam go sobie do śniadania, albo ogólnie do jedzenia, ja robiłam sobie od czegoś przerwę, albo jak przetrawiałam koronkę, i miałam rozrywkę, i co obejrzeć takiego niewymagającego i trening angielskiego. Fajnie, że się okazało, iż serial ten nie jest głupkowaty, jak większość tych nowych seriali, z którymi gdzieś tam miałam styczność. Znaczy, nowe... nazywam je tak, bo wyszły po tych serialach, co ja oglądałam i ogólnie po tym jak już się ie interesowałam takimi rzeczami, a "Girl Meets World" to lata 2014-2017 jak dobrze pamiętam i w sumie aż taki nowy nie jest. Pewnie raczej do niego nie wrócę, ale jeżeli ktoś chciałby zobaczyć coś nowszego niż coś z 2006 roku, albo może z nostalgią zobaczyć co takiego nowego Disney ma w swojej ofercie, z ważywszy, że stworzył on kiedyś ulubione seriale z dzieciństwa, no to myślę, że "Girl Meets World" zasługuję na chwilę uwagi, jeżeli ktoś chciałby coś lekkiego do obejrzenia, albo może nie ma weny obejrzeć coś treściwszego, a jednak chciałby coś obejrzeć, to też się nada. Można sobie go włączyć jak telewizor, żeby sobie brzdąkał w tle, bo nad nim nie trzeba nawet mocno skupiać.

I tak się złożyło, że publikuje wpis o dziewczynie w dzień kobiet. Tak o.



wtorek, 2 marca 2021

"Fate: The Winx Saga". Fajnie było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla dużych dzieci.

W ostatnim czasie miałam okazję zobaczyć bardzo kontrololowersyjną produkcję Netflixa powstałą w oparciu i popularny serial animowany. Jeszcze przed rozpoczęciem produkcji Netflixowego tworu, na podstawie wstępnych informacji, przecieków i plotek, wylał się różnorodny tak zwany hejt, jak ta produkcja obraża prawie wszystkie grupy ludzi, że nie będzie jakichś postaci z wersji kreskówkowej. Ja do całej sprawy podchodziłam chłodno. Na nic się nie nastawiałam, nie miałam żadnych oczekiwań. Z jednej strony pomyślałam, ze fajnie by było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla bardziej starszego towarzystwa, ale z drugiej strony wolałam się nie nakręcać, w razie gdyby twórcom coś nie wyszło. 

Swego czasu, będąc dzieckiem, serial animowany "Winx Club" był moim ulubionym. Miałam na jego punkcie obsesję. Rysowanie postaci z niej, zbieranie karteczek, oglądanie po kilkadziesiąt razy odcinków, zabawa z innymi dziećmi wcielając się w bohaterki, nawet jakieś opowiadania pisałam. Jakiś czas temu nawet obejrzałam sobie ten serial jako dorosła osoba, bo chciałam go obejrzeć po angielsku, trochę taki trening językowy. Napisałam nawet wpis dotyczący tego, ale go ni opublikowałam do tej pory, bo się jakoś nie złożyło,a do tego pisałam wpis o najnowszym wtedy sezonie tego serialu, którego nie skończyłam. Jedyna różnica między oglądaniem jako dziecko, a oglądaniem jako dorosła, to to, że zmieniła mi się ulubiona bohaterka. Za dzieciaka moim autorytetem była Bloom, zaś jako dorosła wolę postać Layli/Aishy. Zwyczajnie charakter mi się zmienił i inne postacie do mnie docierają. A tak to tych samych momentów nie lubię i te same momenty mnie cringe'ują.


Gdy rozniosła się informacja o pomyśle stworzenia serialu aktorskiego w oparciu o animację "Winx Club", to się zainteresowałam, w końcu byłam wielką fanką oryginału. Jak już wspominałam, nie nastawiałam się na nic. Czasami środowisko kreskówki, które nie mogło pogodzić się z brakiem transformacji, postaci Tecny, zmianą imienia dla wróżki z mocami natury i innymi rzeczami, które miały być inne niż w animacji, nakręcało mnie negatywnie, ale na szczęście młotek mojego samodzielnego myślenia uderzył i mi przeszło. 

"Fate: The Winx Saga" zaczyna się wraz z nowym rokiem nauczania w Alfei, szkoły dla czarodziejek, specjalistów i innych takich. Swoją drogą niektórym przeszkadzał fakt, że w Alfei uczą się wszyscy, a nie tylko wróżki jak w kreskówce. Dla mnie to jest jakieś urozmaicenie. Dzięki temu jest więcej możliwości, mi się wydaje. No więcej będzie się dziać między różnymi uczniami, niż tylko między czarodziejkami. Za to jak w kreskówce (prawie) do szkoły przychodzi o imieniu Bloom. Ona taka zagubiona na dziedzińcu szkoły w pewnym momencie spotyka pewnego chłopaka o blond włosach. Chwilę pogadali i Bloom skontaktowała się z dziewczyną o imieniu Stella, która miała ją wdrążyć w nową dla niej sytuacje. Brzmiało to tak, jakby wcześniej się nie spotkały i tylko możemy się domyślać, jak trafiły na siebie. W kreskówce one się poznały i Stella zabrała Bloom do Alfei (to jest kolejna rzecz, do której niektórzy mogliby, albo nawet się przyczepili).


Kiedy Bloom trafia do swojego pokoju, my widzowie poznajemy resztę towarzystwa. Dzieląca z nią pokój Aisha, czarodziejka wody. W drugim pokoju wspólnego apartamentu jest Terra, czarodziejka natury, oraz Musa, która swoje myśli zagłusza muzyką. Zaś trzeci pokój należy do Stelli, czarodziejki światła, która jako jedyna ma pokój tylko dla siebie. Był to pierwszy odcinek, to i pierwsze wrażenie co do bohaterów. Bloom była w moim spostrzeżeniu taką cichą, zagubioną dziewczyną, która nie odsłania za szybko swoich kart o sobie. Ma podejście, że sama sobie ze wszystkim poradzi i nie chce angażować innych. Aisha jest takim stanowczym głosem. Z początku wydawała mi się trochę wredna, ale potem okazuje się taką wspierającą osobą, która trzyma się zasad. Terra mimo że jest nieśmiała, to jest strasznie gadatliwa, a tak ogółem jest taką empatyczna osobą, która jak się potem okazuje, umie wyciągnąć pazury. Musa to taka dziewczyna na ludzie. Jej moce to moce umysłu, w głowie słyszy uczucia innych, aby od nich odpocząć, zakłada słuchawki i słucha muzyki. Z początku tego nie wiemy, ale gdy rozmawia w pewnym momencie z Terrą przyznaje się to tego. Spodobał mi się ten motyw. Bo widać było po postaci, że z czymś się boryka, jednocześnie miało się wrażenie, że olewa swoją współlokatorkę, a tu było trochę zakrywanie swoich problemów. Stella jest taką scwaną bestią, ma się wrażenie. Jakby to powiedziały pewne influerserki, bad bitch, boss bitch, rich bitch. Dziewczyna nie daję sobie w kaszę napluć i to ona rozstawi wszystkich po kątach. 


Bloom jest zagubiona w nowej rzeczywistości. Posiada magiczne moce, których nie rozumie i nie panuje nad nimi. Jest w nowym miejscu, między ludźmi, których nie zna. Dodatkowo pewna nieprzyjemna i trochę mroczna historia ją prześladuje, a przez którą dziewczyna zdecydowała się pójść do Alfei i coś zrobić ze swoją tajemniczą, magiczną stroną. Oczywiście próbuje działać na własną rękę, co kończy się na przykład podpaleniem lasu i straceniu kontroli nad sobą, z czego ratuje ją Aisha swoimi wodnymi mocami. I właśnie ze swoją współlokatorką zaprzyjaźnia się jako pierwsza. Zrozumiałe, dzielą ze sobą pokój Swoją drogą na początku były znajomości między współlokatorkami, a potem poznawały się one między pokojami. Co było fajnie, bo stopniowo zawierały znajomość, a nie wszystko na raz i od razu wszyscy są przyjaciółmi. No jedynie ze Stellą było trochę inaczej, bo ona i ma pokój tylko dla siebie, i chodzi bardziej swoimi ścieżkami. 

Idąc z wątkiem głównym, który poniekąd tyczył się Bloom, poznajemy tę postać. Twórcy jednak nie zapomnieli o pozostałych postaciach i zarysowali pozostałe cztery czarodziejki z głównej piątki, kilki chłopaków i tą jedną złą dziewuchę. Niektóre postacie można określić, czy je się lubi, czy nie, ale dla niektórych jednak było za mało czasu, bo serial ma mało odcinków. Kreskówka ma wszystko takie ugrzecznione, bo wiadomo, jest skierowana do młodszych widzów, ale w aktorskim serialu, dla starszej widowni, mogli śmiało pokazać jacy faktycznie są nastolatkowie, którzy nie zawsze są grzeczni, korzystają z internetu, imprezują, zakochują się, czy mają swoje jakieś problemy i kompleksy.


Bardzo spodobała mi się Musa. W serialu animowanym dość często ta postać potrafiła mnie irytować, czasami nie podobały mi się jej zachowanie, ale to już bardziej kwestia gustu. w "Fate" Musa była wyluzowaną dziewczyną, a jej styl bycia przypominał mi, że "eee, easy". Bardzo podobała mi się kreacja tej postaci. Stella jest podobna do animowanej wersji, lecz takie smaczki jak dumne chodzenie z podniesioną głową, widoczną pewnością siebie i wypowiedzianą ciętą ripostą, gdy jest takie zapotrzebowanie. Część z tych zachowań pod koniec jest wytłumaczone i okazuje się, że dziewczyna, która wydawała się bez uczuć, jednak te uczucia ma. Kolejną postacią, która pasowała do siebie, była postać Rivena. To taki typowy łobuz, namawiający innych do różnych rzeczy, lubiący zapalić sobie papieroska, czy nie patrzeć na reguły i zasady. Zaś dla odmiany jego przyjaciel, Sky, był jego przeciwieństwem. Ale szczerze powiedziawszy ta postać jak dla mnie jest taka nijaka. No do mnie nie przemawia. O wiele bardziej wolę postać Sama, sympatycznego chłopaka, który nigdzie się nie wychyla i nie jest ani szkolnym łobuzem, ani szkolnym przystojniakiem. Też stronę nauczycielską pokazali w sposób, jaki mi się podoba. Poza nauczaniem, byciem jakimś wzorcem i ogólnie dawania dobrego przykładu, też lubią sobie usiąść i wyluzować przy szklaneczce whisky. No i ta zła, co jest impostorem w Alfei. Beatrix. Ona jest fajną złą postacią, taką mroczną i tajemniczą i w sumie nie wiadomo jaki ma cel, jakie ma zamiary. Mimo to, ja jej nie lubię. No niestety ja już tak mam, że irytują mnie złe postacie swoim zachowaniem i intrygami. No ale bez takich charakterów się nie obejdzie. Bez nich nie byłoby filmów i seriali. 


Fabuła jest prosta. Do Alfei przychodzą osoby chcące się nauczyć magii, którą zostali obdarzeni. Za barierą chroniącą teren szkoły, pojawiają się "the burned ones", po polsku spaleni, ale ja preferuję angielską wersję. Z tego powodu wraz z nasileniem zagrożenia, dyrektorka szkoły trenuje uczniów do walki, nie mówiąc im o co chodzi, ale i tak wkrótce się dowiadują. W niektóre rzeczy Bloom jest wmieszana, o czym sama dowiaduje się razem z widzem. Ogólnie Bloom dowiaduje się dużo o sobie. A że ci co wiedzą coś więcej o niej, nie chcą nic jej powiedzieć, uwalania ona pewną kobietę, która chce jej coś zdradzić, ale przy okazji powoduje tym inne problemy. Zaś to skutkowało szokującym zakończeniem. Znaczy to, co zrobili, było proste, ale i tak mnie zaskoczyło. Szczęka mi opadła, bo było sobie spokojnie, a tu bum! zaskoczyli. 

Bardzo spodobał mi się ten(nie)zwyczajny świat, w którym używanie magii styka się z używaniem telefonu i internetu. Podobało mi się też to, ze w uczniach nie było podziału, tak jak to było w kreskówce, gdzie chłopcy uczęszczali do szkoły dla specjalistów, a dziewczęta albo do szkoły dla czarodziejek, albo do szkoły dla wiedźm. W "Fate" w gronie specjalistów są też dziewczyny, a wśród tych czarujących można znaleźć chłopców. Nawet jeżeli zrobiliby, tak jak było w oryginale, to też byłoby fajnie, Te dwa punkty wyjścia są równie dobre, jak dla mnie, i oba byłyby dobrym rozwiązaniem. 


Tak jak zostały przedstawione postacie Stelli, Musy i Rivena pasowało do tego, jak wyobrażałam sobie te postacie, jeszcze przed ogłoszeniem powstania "Fate", gdy pewnego razu przyszło mi do głowy, że taki aktorski serial mógłby powstać. Pozostałe postacie też były w porządku, ale to te trzy były najbardziej takie wybijające się. W sumie do tego grona dołączę dyrektorkę Alfei, bo ona w sumie też została przedstawiona tak jak sobie ją wyobrażałam. W jednych momentach była stanowcza, w innych pokazywała wiarę w uczniów, a w jeszcze innych sytuacjach potrafiła być na luzie babką. A kiedy nasza piątka czarodziejek coś zmajstrowała, co nie było w teorii odpowiednie, to dyrektorka dała im ochrzan, a jak się plecami do nich odwróciła, to się uśmiechnęła, sugerując, że w sumie cieszyła się z tego co zrobiły.

Pierwszy sezon był krótki. To taka próbka i sprawdzenie, czy ludziom się to w ogóle spodoba. Myślę, że w zapowiedzianym drugim sezonie będzie się więcej działo, zobaczymy więcej potworów, więcej magii. Jedne tajemnice się rozjaśnią, a drugie się pojawią. Bardziej poznamy postacie, by w końcu stwierdzić, którą z nich najbardziej się nie lubi. Ja tak mam, że w każdym serialu jest jakaś postać, nieważne czy dobra czy zła, która zawsze mnie irytuje i denerwuje. Mam nadzieję, iż będzie działo się jeszcze więcej, jeszcze bardziej poznamy tamten świat. Moim zdaniem ma to potencjał, ma to duże możliwości, aby tego twórcy nie spartolili. Jakby to był Filmweb, dałabym 7 lub 7,5 na 10 dla tego sezonu. A teraz byle do drugiego sezonu.