środa, 1 grudnia 2021
MyᐸDsmbr
poniedziałek, 15 listopada 2021
To co ja widzę w krótkim filmie Taylor Swift.
czwartek, 11 listopada 2021
Podobnie powinien postąpić pewien raper.
wtorek, 2 listopada 2021
Najpiękniejsza rzecz, jaką dzisiaj zobaczyłam. | Coldplay & Ed Sheeran - Fix You (Live at Shepherd's Bush Empire)
Listopad
poniedziałek, 11 października 2021
Użytkowanie palety MAKEUP REVOLUTION i pierwsze zetknięcie z błyskami.
czwartek, 9 września 2021
Przyjdzie czas ponownie wybrać niebieską, albo czerwoną pigułkę. | The Matrix Resurrections – Official Trailer 1
środa, 1 września 2021
niedziela, 22 sierpnia 2021
Zabawa paletami.
Najpierw nakładałam Mug Cake w załamaniu powieki, potem na resztę powieki nałożyłam Tiramisu, a chcąc rozjaśnić od wewnętrznego kącika wzwyż nałożyłam Peaches. Niestety nie dało to takiego rezultatu, jakiego oczekiwałam. Paletą od RIMMELA by to wyszło i pewnie by wyszło z paletą REVOLUTION, gdybym dobrała inne z niej kolory. Nie takie same tylko podobne, by wyszło coś podobnego. Po prostu są to dwie różne palety, od dwóch różnych firm i działają inaczej. Ale to że mi nie wyszło, to w ogóle mnie nie zdziwiło, liczyłam się z tym, a chciałam sobie po prostu spróbować, byłam ciekawa co się stanie.
Jak dobrze pamiętam plan był taki, żeby ten cielisty był na całej powiece, załamanie powieki przyciemnić tym brązowym, a Peaches rozjaśnić od wewnętrznego kąta delikatnie wzwyż, ale nie wyszło. Jakbym robiła, go teraz, to można by było to uratować i by taki dzienny, lekki makijaż wyszedł, a tak to wygląda jak nieskończony.
I tu może by coś wyszło, ale nastąpił brak umiejętności, no i trochę inaczej powinnam rozmieścić cienie. Być może powinnam wziąć inny odcień niż ten cappuccinowy, bo strasznie razi w oczy. Duży kontrast powstał między nim a czarnym. Podejrzewam, że teraz, robiąc to inaczej, wyszłoby coś z tego. Trochę inaczej właśnie nałożyć cienie, inaczej je zblendować inaczej pokombinować i może by to było całkiem dobre.
poniedziałek, 12 lipca 2021
Pierwszy horror, który mi się spodobał. | "Alone".
Tak jak obserwuje poczynania Dylana O'Briena, tak samo zwracam uwagę na działania na przykład Tylera Posey. Do tej pory nie było nic co by mnie zainteresowało. Raz tylko kumpela wyciągnęła mnie do kina na film "Truth or Dare", który był tragiczny. Pamiętam, że pomysł zły nie był, ale poczynania bohaterów, szczególnie tej głównej żeńskiej postaci, co tam wszystko zaczęła, były tak głupie, że ja podczas seansu miałam tylko "co?" i w głowie tylko był facepalm, jak można być tak głupim. Dlatego dobrze, że pojawiło się coś co mi się spodobało. Tak dla równowagi.
O filmie "Alone" dowiedziałam się przez Instagrama Tylera. Udostępniał on rzeczy związane z tą produkcją. I po obejrzeniu traileru pojawiła się u mnie iskra zainteresowania. Spodobał mi się zarys tego filmu i pomyślałam, że można sprawdzić, czy tego nie spartolili. Zabawny jest fakt, że wyszedł w czasie, kiedy wyszła korona i świat oszalał. I to nie było zamierzone. Filmy kręci się długo przed premierą i jeszcze trzeba go zmontować.
Gdy Aidan ma włączony telewizor, w wiadomościach mówią o chaosie panującym na świecie. Wybuchła pandemia tajemniczej choroby, która zamienia ludzi w zombie. Rozbrzmiewa alarm, zarażeni ludzie wdzierają się do budynku, w którym mieszkanie ma Aidan, oraz pobliskich budynków po drodze zabijając lub zarażając napotkanych przechodniów. Aidan widząc co się dzieje, barykaduje się w swoim mieszkaniu, zasłania okna gazetami i od tej pory próbuje przeżyć, nie robiąc za dużo hałasu, żeby zarażeni go nie usłyszeli.
Kiedy chłopak chce zadzwonić do rodziców okazuje się, że nie ma zasięgu. Gdy na chwilę się pojawił miał szansę odsłuchać wiadomość głosową. Dowiaduje się, iż prawdopodobnie zginęła siostra chłopaka. Przez tą wiadomość, jak i samotność i inne czynniki, pije alkohol, który ma w mieszkaniu. Zaczyna nagrywać wideo dziennik? coś takiego. Prawdopodobnie, by jakoś zabić tą samotność, albo zwyczajna chęć gadania, a że nie miał do kogo, to to potencjalnych ludzi z internetu. Z czasem samotność i izolacja źle działają na psychikę Aidana. W międzyczasie musi bronić się przed zombiakami, bo jeden na przykład, dostał się do jego mieszkania przez szyb wentylacyjny. W końcu powoli kończą mu się zasoby, alkohol też. Przy kolejnym napływie zasięgu odsłuchuje kolejną wiadomość głosową od rodziców, która kończy się w sposób, który sugeruje, iż oni zginęli. Aidena mocno to uderza, a razem z dotychczasowym złym stanie psychicznym doprowadza go do próby samobójczej.
W ostatniej chwili ratuje się z pętli pod sufitem, bo zauważa dziewczynę w mieszaniu w bloku obok. Ekscytacja, że jednak nie jest kompletnie sam, tak jak myślał, uratowała go przed śmiercią. Z dziewczyną skontaktował się poprzez... kartki. Ponieważ musieli być cicho, by żadne zombiaki się do nich nie dostały, porozumiewali się na migi. Aidan na początku miał przygotowane kartki z konkretnymi napisami, a dziewczyna odpowiadała gestami i pomagała sobie tablicą na której pisała markerami. Potem Aidan skombinował krótkofalówki i liny przy okazji, które były pomocne, gdy chłopak podzielił się z dziewczyną wodą butelkowaną, którą miał.
Z czasem musiał wybrać się w poszukiwanie jedzenia. Dlatego musiał po cichu przemieścić się po budynku do innego mieszkania, skonfrontować się z dziwnym facetem nie zombiakiem i oczywiście z zombiakami, gdy uciekał do swojego mieszkania. Potem chłop ruszył na pomoc tej dziewczynie, co poznał przez okno. W ogóle, oni bardzo się polubili. Budynek w którym mieszkała Eva, bo tak ta niewiasta miała na imię, opanowały zombiaki. Ostatecznie misja ratunkowa się udaje. Od tego momentu we dwójkę będą męczyć się z pandemiczną sytuacją. Ale przynajmniej będą mogli normalnie ze sobą rozmawiać.
Film ma prostą fabułę, po prostu opowiada historię człowieka w obliczu jakiejś tragedii. Zazwyczaj horrorowe filmy wiążą się z nawiedzonymi budynkami, jakimiś straszydłami, dziwnymi stworzeniami, wchodzeniem bohaterów w niezalecane miejsca i tak dalej. Zaś "Alone" opowiada o człowieku, jak dana sytuacja wpływa na jego psychikę. W filmie nie ma tych stereotypowych rzeczy horrorowych. Wiemy tylko tyle, że wybuchła jakaś pandemia tajemniczej choroby i ludzie zmieniają się w coś potocznie nazwane zombie.
Po pierwszych ujęciach można sugerować, że Aidan ma frywolne życie. Obok niego leży dziewczyna, która po wybudzeniu zaraz wychodzi, on budzi się z kacem, gdzieś tam stoi gitara, która kojarzy się z tym, że muzycy po zagranym koncercie idą poimprezować. Czyli powiedzmy Aidan byłby dobrym towarzyszem przy dobrej zabawie. I z takiego chłopaka zmienił się w depresyjną osobę. Tu wybuch pandemii, tu przymusowe siedzenie w domu, odcięty od innych ludzi, plus poczucie, że został zupełnie sam i informacja o prawdopodobnej śmierci siostry oraz potem wiadomość głosowa, która sugeruje śmierć rodziców. A zanim zobaczył Evę w oknie myślał, że traci zmysły. Gdy zauważył Evę dotarło do niego, że jednak nie jest sam, a gdy się komunikują widać po obojgu, że dawno z nikim nie rozmawiali, nie mieli kontaktu z drugą osobą, a czego bardzo potrzebowali. Ale do tego czasu można było obserwować jak główny bohater radzi sobie w zaistniałej sytuacji i jak zmienia się od jej początku. Oglądający mógł domyślać się co dzieje się co dzieje się w jego głowie, oraz dało to powód do zastanowienia nad losem głównego bohatera.
Też był tam incydent, gdy Aidan spotkał pewnego pana, który wydawało się, że chce pomóc i ogólnie jest pokojowo nastawiony. W końcu oboje znaleźli się w takiej samej sytuacji. Ogólnie zdawałoby się, że w takiej sytuacji powinni sobie pomagać. No nie do końca. Nie wszyscy są pokojowo nastawieni. Znaczy może ktoś by się znalazł, no ale Aidan nie miał takiego szczęścia. Dobrze, że podczas rozmowy z tym facetem był ostrożny i wszystkiego nie mówił, na przykład, że ma kontakt z Evą. Więc dobrze, że mu nie zaufał do końca. Ale to też daje takie zagadnienia do przemyślenia, że nawet mimo jakiejś tragedii, ludzie nadal mogą być źli, nadal będą dbać o siebie i swój interes, zamiast połączyć siły i jakoś razem przetrwać trudne chwile.
"Alone" skończył się tak, że jakby ktoś chciał, to mógłby zrobić drugą część, która być może by była lepsza. Skoro ten pierwszy film opowiadał o człowieku, to ten drugi mógłby opowiadać co stało się na świecie, i tu wymyślić jakąś fajną historię. Choć wątpię, by zrobili drugą część, sądząc po ocenach na Filmwebie, czy IMDb. Może nie był on wybitny, był prosty, ale mi się podobał, na ocenę "dobrą" zasługuje. Szczególnie zapunktował u mnie, że nie miał tych stereotypowych elementów z horrorów, a bohater nie robił jakichś głupich czynów. Plus fajnie było zobaczyć Tylera Posey w kolejnej roli i w filmie, który mi się spodobał. Trochę flashbacki po "Truth or Dare" wyparowały, więc to na plus. Z miłą chęcią zobaczę go w jakiejś kolejnej produkcji, która mnie zainteresuje.
poniedziałek, 5 kwietnia 2021
Obejrzałam pierwszy film DC. I to czterogodzinny. | "Zack Snyder's Justice League"
Znaczy nie taki pierwszy, bo widziałam wcześniej "Suicide Squad", czy "Joker", ale pierwszy mam na myśli film z superbohaterami, nigdy wcześniej nie oglądałam na przykład filmów z Supermanem, Batmanem i innymi takimi.
Do tej pory z superbohaterami z uniwersum DC nie było mi po drodze, oczywiście z tymi filmowymi, bo seriale niektóre z takowymi oglądałam. Jakoś filmy o Supermanie, albo Batmanie jakoś mnie nie przyciągały. Kiedy pojawił się jakiś trailer, takiego "Aquamana" czy "Justice League" w wersji z 2017 roku i zainteresowałam się filmem, to potem pojawiały się recenzje, opinie i oceny na Filmwebie i okazywało się, że nie były tak fajne jak trailery zapowiadały. I to tak mnie zniechęcało do tego uniwersum. Nawet gdy wyszedł trailer "Wonder Woman", a po premierze zgarniał pochwały, na IMDb ma ocenę 7,4, to się jakoś nie przekonałam się do seansu. Mimo to, iż interesowały mnie jakieś postacie, na przykład Aquamana, ale opinie o filmie odrzuciły mój pomysł o obejrzeniu niego. Podobnie z postacią Flasha, którą chciałam zobaczyć, jak została przedstawiona przez innego aktora, w innej produkcji, ale "Justice League" okazał się według opinii kiepskim filmem.
W filmowym świecie bliżej było mi do Marvela. Choć ostatnim czasem mi się przejadł. Cały czas coś było z tego wypuszczane. Z DC oglądałam jedynie seriale, te z CW. "Arrow", "Flash", "Legend's Of Tomorrow". Jak się pojawiła informacja o tej drugiej wersji Ligi, to gdzieś ponownie obudziło się we mnie jakieś małe zainteresowanie. Gdy już pojawiła się, to zdziwiłam się tymi czterema godzinami, ale i nabrałam ochoty na obejrzenie, bo opinie mówiły, że to bardzo dobry film. Z początku to nawet 9,5 na IMDb było. No i obejrzałam. Szybciej niż serial, który miałam zacząć oglądać, a odciągam to już nie wiem ile (a zaczęło się od "zacznę oglądać za tydzień").
Na początku czułam się trochę dziwnie, gdy zaczynał się film, bo i pierwszy film z DC, ze światem, którego od tej strony nie znałam, i nie widziałam innych filmów z DC, do tego nie lubiłam koncepcji postaci Supermana i Batmana, nie wiem dlaczego, może kiedyś się to zmieni. I pomyślałam sobie, że, cholera, jak "Liga" będzie nawiązywać do poprzednich produkcji, to nie będę w temacie. Na szczęście po kilku minutach, gdy weszłam trochę ten świat, moje dziwne uczucie znikło, a w trakcie oglądania nie odczułam, że czegoś nie wiem. Z racji tego, że właśnie innych filmów nie widziałam, to i nie wiem, czy są nawiązania, czy nie, ale jeżeli są, to ci co oglądali to wiedzą, tacy jak ja nie oglądali nie wiedzę, ale taki random jak ja może sobie "Zack Snyder's Justice League" obejrzeć i wiadomo o co chodzi. Podczas oglądania nie poczułam, że czegoś nie wiem, tak został zbudowany ten film. Znaczy, jak były odniesienia do filmu, w którym był Batman i Superman, to się mniej więcej domyślałam, o co chodzi, bo mimo iż nie oglądałam, to gdzieś tam było mówione. A siedzę w tematach filmowych, interesuje się, więc chcąc nie chcąc obiło się o uczy.
Wpierw powoli wchodziło się w fabułę, coś się dzieje u Amazonek, wysyłają one sygnał, który dotarł do niejakiej Wonder Women. Batman w normalnym ubraniu szuka innych ludzi o supermocach, bo przeczuwa, że coś nadchodzi. W między czasie, gdy przedstawiany jest powoli problem, poznajemy postacie Aquamana, Flasha i Cyborga. Trochę ich poznajemy, trochę ich historię oraz ich motywów. Podobało mi się to, że bez pośpiechu poznałam te postacie. Ogólnie każda z głównych postaci miał swój czas na ekranie. Nie czułam, że kogoś jest za dużo. Nikt mnie nie irytował. Każdy mógł pokazać co potrafi, w szczególności ci, co na czas pierwszej wersji filmu nie mieli swojego.
Bardzo spodobała mi się postać Flasha, i jak tę postać przedstawiono. Tam była jedna cringe'owa scena, ale da się ścierpieć, długa nie była. Nie byłam do niego przekonana, miałam obawy, co pewnie było spowodowane patrzeniem przez pryzmat serialu. Te odczucia zostały mi po obejrzeniu traileru "Justice League" z 2017 roku. Okazało się, iż filmowy Barry Allen to bardzo fajny chłopak z poczuciem humoru. Nawet nie trzeba było go prosić, by dołączył do zbieranej przez Bruce'a Wayne'a ekipy, który nawet nie zdążył się do końca spytać, co on w ogóle chce. Swoją drogą bardzo podobał mi się moment w scenie, gdzie pierwszy raz tamci dwaj rozmawiają i w pewnym momencie Bruce rzuca w kierunku Barry'ego Batmańską rzutką, a speedster używając swych mocy tak się jej przygląda, a potem jak ogarnia, kto do niego przyszedł, łapie ją. Bardzo mi się podobało jak moce szybko biegającego zostały pokazane, nie tylko w tej scenie z resztą. W momencie, gdy go poznajemy jest świetna scena, gdzie pokazana została jego szybkość, on tyle porobił, a dla normalnych ludzi była to chwila. Na końcu filmu Flash miał genialną scenę, która mnie ujęła. Pokazany został speedforce, możliwości, jakie niosą ze sobą moce Barry'ego. W ogóle moment, gdy chłopak jest w swoim mocno przyśpieszonym czasie został tak super pokazany, wszystko wokół jakby włączyło pauzę, a chłopak normalnie się porusza, z piorunami. Pod niektórymi względami ten filmowy Flash bardziej mi się podoba. Chciałabym zobaczyć jego solowy film, bo poczułam świeżość co do tej postaci.
Cyborg sam w sobie trochę mniej mnie zafascynowała, ale jego historia. Ojj, jego historia. To jak się stało, że jest tym Cyborgiem. Ujęło mnie. Nie wiem co chłop, który go stworzył miał w głowie, no ale cóż. Nie dziwię się, że chłopak (o ile można go tak nazwać) nie mógł się pogodzić ze swoim nowym życiem.No było emocjonalnie. I creepy. Podczas seansu okazało się, że Wonder Woman nie irytowała mnie tak, jak się tego spodziewałam. Trochę uprzedzona byłam do niej, ale to spowodowane było tym, że straszny hype na nią wyrósł, bo w końcu jakiś dobry film z DC wyszedł i się ludzie jarali. Jednak oglądając "Justice League" Snydera spodobała mi się ta postać. Przyjemnie mi się oglądało Dianę, pierwsza scena z jej udziałem była bardzo dobra, podobała mi się. I oglądałam porównanie tej sceny, tą z 2017 z tą z 2021. Gdybym obejrzała tą pierwszą, to prawdopodobnie nadal bym tej postaci nie lubiła. Kiepskie to było w przeciwieństwie do tej drugiej wersji. Przez chwilę miałam w myśli, by zobaczyć ten film z 2017 roku, sprawdzić jak bardzo słaby jest, ale patrząc na to porównanie i parę innych, które oglądałam, to chyba jednak nie. Przed obejrzeniem nowej "Ligii" podobne odczucia jak do Wonder Woman miałam do Batmana i Supermana. Ich nie lubiłam. Zaś jak oglądałam film, to te postacie były w porządku, nie odczuwałam jakichś negatywnych emocji. Na razie są dla mnie neutralni. Również przeszło mi przez myśl, by zobaczyć ich filmy, ale zobaczę, co z tym dalej zrobię. A, i jeszcze Aquaman. Chłop jest po prostu zajebisty. Ja się z nim utożsamiam, nie tylko dlatego, że mój znak zodiaku to Aquarius, ale dlatego, że często używa sarkazmu, do rzeczy podchodzi tak na luzie, może nawet z obojętnością. Ja robię tak samo. Szkoda że było go troszeczkę za mało w filmie, mogłoby być go troszkę więcej. Do tego dostał słaby film, który mimo słabizny obejrzałabym dla samego Aquamana.
Gdy cała ekipa została zebrana, zaczęła działać, bo ten zły już nawet nie pukał do drzwi, tylko robił swoje. I to jak oni współpracowali, to aż miło się patrzyło. Jeden coś robił, potrzebował pomocy, drugi to zauważył i ruszył na pomoc. Jedna strona nie prosiła, druga strona nie pytała, czy potrzebna pomoc. Wystarczyło, że w swoich działaniach po prostu siebie obserwowali. Bardzo mi się to podobało. Na przykład Wonder Woman skacze za swoją bronią, by ją złapać. Flash widzi, że nie da rady, więc biegnie jej na pomoc, by te broni jedynie tyknąć palcem. Między bohaterami nie było gwiazdorzenia, nie było czegoś takiego jak "idę sam, bo jestem najlepszy", "zajmę się tym, by reszta nie musiała ryzykować życia", czy inne takie. Częsta w filmach główny bohater aż za bardzo chce pokazać swoją odwagę i heroizm, co dość mocno kuje w oczy. A Liga elegancko płynęła w swoich działaniach.
"Zack Snyder's Justice League" ma wstęp, przedstawienie postaci, rozwinięcie i zakończenie. Na początku pokazali o co się rozchodzi, pokazali postacie z kawałkiem ich historii, by trochę się z nimi zapoznać. Potem rozwinęła się współpraca Ligi razem z rozwinięciem fabuły, gdzie zaczynają się dziać rzeczy, no i na końcu zakończenie całego problemu z tym złym. Koniec sugerował kontynuację, więc jak to będzie ponownie od Snydera, to z miłą chęcią obejrzę.
Film jest tak zbudowany, że wszystko składało się w całość, nie było niedomówień, a te cztery godziny nie były nawet odczuwalne. Tak wszystko płynęło, że bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się oglądało. To dla mnie taka świeżość w filmie o superbohaterach po Marvelu. Pewnie dlatego, że Marvel delikatnie mi się przejadł. Może właśnie obejrzę jakieś wcześniejsze produkcje DC, tak żeby nie siedzieć aby w jednym świecie.
poniedziałek, 8 marca 2021
Obejrzałam serial dla małolatów. | "Girl Meets World"
Zamiast obejrzeć jakiś serial z listy do obejrzenia, to ja jakiś serialik oglądam 😆.
Ja seriale poznaje w różne sposoby. Sprawdzam filmografię jakiegoś aktora/aktorki, widzę reklamę na Twitch - "The Boys" albo "Hunters" często reklamowali, zobaczę może jakąś recenzję lub gdzieś coś usłyszę. Albo... zobaczę jakiś filmik z jakąś komplikacją i coś wpadnie w oko.
Pewnego razu nie mogłam usnąć, pewnie pełnia księżyca była, czy coś, i oglądałam YouTube. Tam zaproponowano mi jakieś wideo, które obejrzałam, a pod tym filmem zaproponowano mi komplikacje najlepszego "czegoś", nie pamiętam, z seriali Disneya. I w tej komplikacji były urywki "Czarodziejów z Waverly Place", "Taniec Rządzi", chyba jakaś "Hannah Montana", a między nimi gdzieś przewijały się sceny z "Girl Meets World". Potem pojawiały mi się kolejne rzeczy z tym serialem, a w tym wszystkim zainteresowała mnie postać Mayi. Spodobał mi się jej charakter. Widać było, że to buntowniczka, lubi rzucić ciętą ripostą, sprytna, cwana dziewczyna. Po prostu wydawała mi się fajną interesującą postacią. I przeszło mi przez myśl, żeby sprawdzić sobie ten serial, bo spodobała mi się ta postać tej dziewczyny i fajnie byłoby zobaczyć chociaż jeden, czy dwa pełne odcinki tego serialu. Pomyślałam, że prosty angielski, to trening językowy, nie będę miała co oglądać, to sobie włączę. A w razie gdyby i się nie spodobało, to zawsze jest "x" w zakładce.
I sobie włączyłam ten serial. Dwa pierwsze odcinki włączyłam właśnie na próbę, żeby zobaczyć, czy to jest oglądalne. Ogółem nowe seriale z Disneya, Nickelodeon, czy czegoś innego nie przemawiają do mnie. Te seriale po "Czarodziejach z Waverly Place", "Hannah Montana" i innych z tego okresu, kompletnie mi się nie podobają, są głupie, ich fabuła jest nijaka, o niczym. Ja rozumiem, że dla młodszej widowni i humor ma być prosty, i fabuła taka adekwatna dla danego wieku, czasami coś takiego lekkiego odmóżdżającego, aby dzieciak się odstresował, ale humor polegający na śmianiu się z papierka po cukierku leżącego na stole, a postacie są głupie i kreowane na brak mózgu, a fabuła nie opowiada o niczym, to nie jest coś, co bym puszczała jakiemukolwiek dziecku. Dlatego byłam ostrożna co do "Girl Meets World", bo właśnie na pierwszy rzut takim serialem się wydawał.
Obejrzałam całe trzy sezony i pozytywnie się zaskoczyłam. Taki prosty Disneyowski serial, w którym dorastająca dziewczyna spotyka się z realiami świata. Wiadomo, że jak jest się w wieku między dziecięcym a nastoletnim, to rzeczy się trochę zmieniają, nie jest się jakoś bardzo dorosłym, ale w sumie dzieckiem też nie za bardzo i nie wiesz, czy możesz bawić się lalkami, czy już nie wypada. A dorastając ma się do czynienia z coraz większą ilością rzeczy, coraz bardziej poznaje się życie i jak działa świat i niektóre rzeczy dotykają mniej, inne bardziej. Z tym wszystkim możemy spotkać się w tym Disneyowskim serialu.
Był mały epizod postaci pani Svorski, mająca własną piekarnię, do której lubił chodzić Auggie, brat Riley. Lubił też pewien żart, który pani Svorski mu opowiadała za każdym razem, gdy przychodził. Brzmiał on "It's not Ukrainian bakery, it's our bakery", to nie Ukraińska piekarnia, to nasza piekarnia. Mogłam dokładnie tego nie zacytować, ale znaczenie nadal jest takie samo. I chyba każdy wie o co chodzi. Ja się tak zdziwiłam, że padł taki żart. W takim serialu, Disneya, amerykańskim, dla małolatów taki żart? pomyślałam. Jasne, iż to mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale Ameryka kojarzy mi się właśnie trochę z tym stereotypem, że amerykanie nie wiedzą gdzie Polska, czy inne, to i się trochę zdziwiłam, że ktoś zdecydował się umieścić taki żart. Będąc przy pani Svorski, to w chyba drugim odcinku z nią, oddaje ona swoją piekarnie matce Riley, a na końcu okazuje się, że pani Svorski zmarła. To bardzo zasmuciła wszystkich, bo do tej piekarni przychodzili wszyscy, ale najbardziej Auggiego i w którymś z kolejnych odcinków było odniesienie do tego, gdy chłopak "rozmawia" przed snem z panią Svorski, mając nadzieję, ze jest w niebie i go słyszy. Miałam takie "oooo", rozczuliło mnie to. Wiadomo, że dzieci, nie wiem ile Auggie miał lat, to jeszcze nie wszystko rozumieją, z takimi "dorosłymi" rzeczami mają pierwszy raz styczność i im trochę ciężej coś wytłumaczyć. I jak Auggie mówi, że gadają do siebie, tak naprawdę gadał do pani Svorski, to delikatnie złapało mnie za emocje.
"Girl Meets World" ma prosty humor pasujący do targetu, i choć zdarzyły się jakieś pojedyncze głupie teksty, to można je zdzierżyć, nie złapałam jakiegoś cringe'u, więc nie było źle. Ja się uśmiałam, szczególnie z tekstów Mayi, albo z dialogów między nią, a Riley. A ponieważ Riley jest trochę dziecinna i tak jak tytuł mówi, poznaje świat, a zszokować ją potrafią nawet proste rzeczy i oczywiste rzeczy, co również powoduje większe i mniejsze wybuch śmiechu. Też niektóre rzeczy specjalnie twórcy zrobili tak, aby się Riley zdziwiła, żeby po prostu było śmiesznie.
A, nie wspominałam o jednej, dość ważnej myślę rzeczy. Chwilę wcześniej pisałam, że w większości odcinków wynoszona była nauka, wynoszony był morał, a to zrobione zostało w fajny sposób. Otóż Riley z Mayą i resztą przyjaciół, chodzi na lekcję histori, gdzie uczy ich jej tata. I to własnie on opowiadając o historii wyciąga z niej przydatne rzeczy. Zazwyczaj odcinki zaczynały się właśnie od lekcji historii i dotyczy jej tematu, w trakcie nich bohaterowie dowiadywali się czegoś, doświadczali czegoś, uczyli się czegoś, dochodzili do jakiegoś wniosków i na końcu jest morał.
Też "Girl Meets World" jest odniesieniem, na Wikipedii pisało, że kontynuacją, serialu "Boy Meets World", i są w nim bohaterowie tego starszego. W "Boy Meets World" głównymi bohaterami byli rodzice Riley, oraz ich przyjaciele. I nie tylko rodzice pojawiali się w tym młodszym tytule, na przykład najlepszy przyjaciel Coreya, taty Riley, Shawn. Też w "Girl..." są ogólne odniesienia do "Boy...", albo nawet wchodzi w jego świat. Bardzo mi się to spodobało.
Podobał mi się serial "Girl Meets World" jak na serial dla małolatów. I docelowy target będzie miał rozrywkę oglądając go, i coś z niego wyniesie. Ja tam obejrzałam go sobie do śniadania, albo ogólnie do jedzenia, ja robiłam sobie od czegoś przerwę, albo jak przetrawiałam koronkę, i miałam rozrywkę, i co obejrzeć takiego niewymagającego i trening angielskiego. Fajnie, że się okazało, iż serial ten nie jest głupkowaty, jak większość tych nowych seriali, z którymi gdzieś tam miałam styczność. Znaczy, nowe... nazywam je tak, bo wyszły po tych serialach, co ja oglądałam i ogólnie po tym jak już się ie interesowałam takimi rzeczami, a "Girl Meets World" to lata 2014-2017 jak dobrze pamiętam i w sumie aż taki nowy nie jest. Pewnie raczej do niego nie wrócę, ale jeżeli ktoś chciałby zobaczyć coś nowszego niż coś z 2006 roku, albo może z nostalgią zobaczyć co takiego nowego Disney ma w swojej ofercie, z ważywszy, że stworzył on kiedyś ulubione seriale z dzieciństwa, no to myślę, że "Girl Meets World" zasługuję na chwilę uwagi, jeżeli ktoś chciałby coś lekkiego do obejrzenia, albo może nie ma weny obejrzeć coś treściwszego, a jednak chciałby coś obejrzeć, to też się nada. Można sobie go włączyć jak telewizor, żeby sobie brzdąkał w tle, bo nad nim nie trzeba nawet mocno skupiać.
I tak się złożyło, że publikuje wpis o dziewczynie w dzień kobiet. Tak o.















































