Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2018

Eurowizja dzieci, którą Polska WYGRAŁA!

Ja tam jakoś za Eurowizją i tego typu rzeczami, to nie przepadam. Jest to sobie jest. No ale ostatnio YouTube pokazywało mi coraz więcej materiałów kanału Junior Eurovision, że złapała mnie ciekawość ludzka, no to zobaczyłam tam te piosenki uczestników, którzy startują w tej Eurowizjii. Moje odczucia w większości były takie w rodzaju 'o, dzieci śpiewają sobie o miłości, bardzo nie fascynujące', 'o, dziecko śpiewa w typowo imprezowej nucie', albo 'o, dzieci śpiewają smutne piosenki', czekaj, co? No właśnie. Według mnie dzieci powinny śpiewać wesołe piosenki, takie o przyjaciołach, rodzinie i ogólnie takich no, wesołych rzeczach, a nie o jakiś smutach. Ale żeby nie było, ja wiem, że niektóre dzieci może nie koniecznie mają o czyś wesołym śpiewać, bo wiadomo, że nie każde dziecko jest wychowywane w luksusach, to jednak po uczestnikach jakoś tego nie widziałam. No, jeżeli taką smutniejszą piosenkę zaśpiewa trzynasto-, czternastolatek, to jeszcze przejdzie, bo często takie osoby potrafią być dorosłe, no ale takie poniżej tego wieku, to powinny śpiewać o takich nie dołujących rzeczach. Mimo to, że piosenki w większości jakoś mnie nie porwały, to muszę powiedzieć że niektórzy mieli naprawdę całkiem dobre głosy, bo przecież piosenka może być zła, ale wokal osoby śpiewający tą piosenkę może być dobry. 


Przeglądając sobie Facebooka trafiłam na post jednej YouTuberki jaką oglądam i zachęcała ona w tym poście do głosowania na Polską reprezentantkę w tej Eurowizji. A ja, pół żartem pół serio, weszłam i postanowiłam zagłosować na nasz kraj. Jak patriota. Pomyślałam sobie 'a kij, zagłosuję, może w końcu coś wygramy'. A słyszałam piosenkę Eurowizyjną od Roksany Węgiel, i wydaje się być całkiem spoko, może nie jest to jakieś wybitne, ale pasuje do wieku tej młodej wokalisty, więc też stwierdziłam, że w sumie to najlepsza opcja ze wszystkich piosenek i że faktycznie mamy szansę na wygraną.


Jak człowiek się pokusił i kliknął raz, to potem mi się rzeczy z tego kanały znowu wyświetlały, no a ja po raz kolejny z ciekawości znowu klikałam. Na przykład weszłam w Stream Junior Eurovision i sobie oglądałam kontem oka tą transmisję na żywo. Oczywiście Polska była na końcu, ale mniejsza z tym. Podczas tego słuchania/oglądania niektóre piosenki w sumie nie były złe, przynajmniej nie drażniły moich uszu, może nawet miło się słuchało, niektóre dzieci serio miały dobre głosy. Te występy utwierdziły mnie też,że polska kandydatka ma sporą przewagę nad innymi uczestnikami. 

Ogółem oglądałam sobie to na luzie, bo jakoś nazbyt mnie to nie interesowało, włączyłam to tylko z ciekawości i żeby sobie grało w tle, ale, jak przyszedł czas wyników, to tak nagle moje zainteresowanie wzrosło, nawet sama się tego nie spodziewałam, że jakiekolwiek większe, nawet minimalnie zainteresowanie się u mnie pojawi. No i jak już były podawane punkty od widzów, gdy podawane były państwa najwyżej punktowane, to coraz bardziej moja ciekawość wzrastała, i jak już zostało tylko pięć pozycji, to ja tylko sama do siebie mówiłam inne państwa, żeby aby nie Polska. Najbardziej mi się takie coś włączyło, jak zostały dwa państwa, nasza Polska i Francja. To ja tylko do siebie mówiłam "oby Francja, oby Francja", no i jak tak się stało, to wzbudziła się ciekawość, ile Polska ma punktów, i czy da radę przebić innych. No i jak tam ten pan zaczął mówić o naszym kraju, że ma najwięcej punktów i typowo dla takich imprez, zaczął przeciągać i budzić coraz większe napięcie, to faktycznie to napięcie u mnie się pojawiło, bo mój kraj był przecież takim wyróżnionym w sumie. Z niecierpliwością czekałam, aż ten pan prowadzący w końcu to wykrztusi, ile mamy punktów. I kiedy już zostało to wypowiedziane, i kiedy już było wiadomo, że Polska wygrała, to ja się ucieszyłam. Kompletnie nie wiem dlaczego, bo przecież na początku prawie w ogóle mnie to nie interesowało. Wtedy stwierdziłam, że Polska to potęga! I wiecie co? Mimo, że to tam tylko Eurowizja, w dodatku dla dzieci, ale jestem dumna, i ze zwyciężczyni i z Polaków, co na nią głosowali.

Tak więc trzeba pogratulować Roksanie Węgiel, bo w sumie szacun się należy, bo dziewczyna ma 13 lat z tego co wiem, a dała radę wygrać tą Eurowizję dla Polski, a chyba to jest ogółem pierwsza wygrana w jakiejkolwiek Eurowizji, tak więc, no, elegancko.

A poniżej można sobie zobaczyć najważniejsze momenty, czyli występ Roksany i rozdawanie punktów 😉.






poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Warszawa | Dzień 2 | Koncert Eda Sheerana !

W niedzielę, drugiego dnia naszego krótkiego wyjazdu, wstałyśmy z przyjaciółką gdzieś koło dziewiątej. Spokojnie sobie zjadłyśmy śniadanie, wyczesałyśmy, zrobiłyśmy makijaż i wyszłyśmy z hostelu pod Stadion Narodowy na czuwanie. O jedenastej byłyśmy na miejscu, a tam pod naszą bramą numer 4 już trochę ludzi się nazbierało. Ku mojemu zdziwieni, co w ogóle nie wyglądało, było tam już ponad sto osób. No i tak koczowałyśmy pod stadionem razem z innymi. 

Organizatorzy wiedzieli jak ma iść ta kolejka, ale oczywiście jej nie przypilnowali i jak był fałszywy alarm, dokładnie nie wiem co i kto, nagle wszyscy zaczęli wstawać i się wpierdzielać w kolejkę. Na szczęście nie byłyśmy na złej pozycji, bo w sumie to i tak byłyśmy na początku tej kolejki, co sięgała od czwartej bramy aż do szóstej. Trochę nas to zdenerwowało, szczególnie tych co długo czekali, a tacy co przyszli o wiele później się wepchali, ale właśnie ja mimo to doszłam do wniosku, że i tak nie stoimy jakoś bardzo daleko, tylko w tym takim korytarzu z bramek, więc źle nie było. Najgorzej, że mieliśmy godzinę do przestania. Tę godzinę 'umiliło' nam  pewne zdarzenie. Otóż, stoję sobie, gadam, albo i nie, z przyjaciółką, a tu słyszę pisk opon i pierwsza bam a zaraz drugie bam a jak się odwróciłam, to tylko spadającą lampę drogową widziałam. Zaraz obok zobaczyłam samochód, który miał wgniecenie w masce o średnicy właśnie tej lampy. Wyglądało na to, że pan sobie za szybko jechał i nie chcąc pierdyknąć samochodu przed nim wolał wjechać w lampę, na oczach policji, która tam się zebrała, by pilnować terenu koło stadionu przed, podczas i po koncercie. Ogółem to ja się dziwiłam, że po takim czymś kolesiowi się nic nie stało, tylko dzwoniąc do ubezpieczyciela, czy gdzieś z żalem patrzył na to bardzo duże wgniecenie. Wątpię, że tym autem gdzieś dalej pojedzie, nawet po naprawie. W sumie, nie było czego tam naprawiać. Ja jestem dziwna, więc się z tego śmiałam, przed tym jednak byłam chwilę przestraszona, bo to tak znienacka uderzyło. 

Wkrótce nadszedł czas na otwarcie bramy. W końcu! Plan był taki: wbijamy, przechodzimy przez kontrolę oczywiście, sprawdzenie danych na bilecie, sprawdzenie bagażu i po założeniu specjalnej opaski na rękę, idziemy na merch, kupujemy szybko to co chcemy, wizyta w toalecie i jazda na płytę. Gdzieś w międzyczasie założyłyśmy Edowe koszulki. Wbijamy czym prędzej razem z innymi ludźmi na płytę, patrzymy, a tam tylko garstka ludzi, czaicie? To my aby przyśpieszyłyśmy krok. I wiecie co? Stałyśmy przed sceną, normalnie prawie pod nią. Jak ja tam już byłam, to ja nie mogłam uwierzyć normalnie. Ja byłam na granicy płaczu, bo ja wybierałam się na ten koncert ze świadomością, że Eda to ja zobaczę jako mróweczkę i to ledwo widoczna, a tu taka niespodzianka. Jak bardzo się myliłam!

Kiedy ekscytacja zajebistą miejscówką opadła, a zdjęcia były porobione, nadszedł czas na kolejne czekanie. Taaak, czekania tego dnia było sporo, ale i było warto! Jednak stanie dało mi się we znaki i w połowie tych czterech artystów musiałam siąść na płycie, między ludźmi, pewnie im przeszkadzając, ale nie miałam wyboru, bo nie wystałabym do końca, a tak napierdzielał mnie kręgosłup, że pod koniec drugiego supportu ja już ledwo stałam. Te pół godziny siedzenia wiele dało, na szczęście. Jeszcze szybko wspomnę, że te dwa supporty, po których sobie siadłam, czyli BeMy i Jamie Lawson grali całkiem fajnie, nie mój typ muzyki, ale dało się tego słuchać, że tak powiem i fajnie umilało czas czekania. 






Dość dużym jak dla mnie zaskoczeniem był występ Anne-Marie, bo okazała się ona być kobietą o dużej ilości energii i niektóre jej piosenki nawet fajnie brzmiały, dlatego dwie sobie znalazłam i dodałam do playlisty. Artystka była otwarta dla swoich fanów, jak i dla wszystkich którzy tam byli, często do nas mówiła i była zaskoczona, że jakaś tam część ludzi, która była pod sceną, znała jej piosenki. Podczas wykonywania piosenki "Then" rozpłakała się, a przed ostatnim utworem ktoś przyniósł jej na scenę taką ładną reklamówkę. W między czasie mówi, że to ostatni koncert na trasie Europejskiej, a że ten koncert jest w Polsce, to trzeba go uczcić po polsku. Po wniesieniu tej reklamówki ładnej mówi do nas "Wy nie wiedzie co się teraz stanie", a za chwilę wyciąga z tej reklamówki... Wyborową. Tak, wódkę, i wypiła po dwa kieliszki razem ze swoim zespołem. To było świetne. Tak mnie zaskoczyła pozytywnie, a jak to zobaczyłam, jak ona powoli wyciągała tą flaszkę, to ja od razu w śmiech. Z resztą, nie tylko ja wybuchałam śmiechem, chyba wszyscy, czy tam większość to zrobiła. Oczywiście nie zrobił na mnie wrażenia fakt, że ona piła tą wódkę, tylko, że była taką na luzie babką i nie gwiazdorzyła.  



Ale kiedy wszedł Ed, kiedy on wszedł, to ja nic nie słyszałam, bo ilość decybelów od pisków i krzyków była taka, że ja słyszałam trzeszczenie w uszach. Ale kiedy ja go zobaczyłam, kiedy on zaczął grać, to ja nadal nie dowierzałam, i tak jak myślałam, zaczęłam płakać. Ale się otrząsnęła, bo mimo, że to łzy szczęścia były, to i tak to był czas na radowanie się, czerpanie radości z tego co się właśnie działo, czerpanie radości z muzyki na żywo i dobrze się bawić. Oczywiście pierwszym zagranym utworem był "Castle On The Hill". Pierwszy koncert, pierwszy utwór ze świetnym tekstem, opowiadającym historię, który kocham właśnie za tekst i mega emocje. A te emocje nie opadały, a wręcz wzrastały i dochodziła jeszcze ekscytacja, gdy nadszedł czas na drugi utwór, którym był "Eraser", czego się nie spodziewałam kompletnie, więc tym bardziej się ucieszyłam, kiedy zaczął go grać, bo ten utwór również należy do moich ulubionych, więc usłyszenie go na żywo było wielką przyjemnością. A jeszcze poprzedniego dnia, robiąc serca na akcję koncertową i słuchając Eda, powiedziałam do przyjaciółki, że ten utwór fajnie by było usłyszeć na żywo. Marzenia spełniają się szybciej niż myślałam. 

Wejście Eda na scenę


"Castle On The Hill"

"Eraser"


Potem było "Don't", a po nim wręcz genialne "Bloodstream", które wielbię w wykonaniu na żywo, a które widziałam na nagraniach na YouTube, które z resztą podziwiałam, to miałam szansę usłyszeć ten utwór na żywo, ale będąc osobiście na koncercie! To było genialne, to była potęga po prostu. Przed "Bloodstream" Ed wygłosił małe przemówienie skierowane głównie do ojców, którzy musieli przyjść na koncert ze swoimi córkami, i do chłopaków, którzy musieli przyjść na koncert ze swoja dziewczyną i w obu przypadkach nie jest to przyjemność, a przymus być na takim koncercie i którzy raczej nie koniecznie lubią jego muzykę i niekoniecznie dobrze się bawią. Ed powiedział, że ma tego świadomość i że robią to dla swoich bliskich, powiedział, że to docenia i podziękował im. Nie zaliczam się do żadnej z grup, ale mimo to zrobiło mi się ciepło na sercu, po tych jego słowach. Przy okazji zdałam sobie sprawę, że znajomość angielskiego się jednak przydaje, chociażby zrozumieć co mówi artysta na którym koncercie jesteś, a który mówi właśnie po angielsku. 

"Bloodstream"


Niestety w tym momencie zaczyna się moja skleroza i nie pamiętam jak dalej dokładnie z chronologią szła lista wykonanych utworów. No ale cóż, ja nie robot, ja człowiek, dodatkowo przy takiej ilości emocji i ekscytacji to można pozapominać, a i tak w sumie kolejność nie jest ważna. W każdym razie. Jak dla mnie dość dużym zaskoczeniem był utwór "Nancy Mulligan". Nie wiem dlaczego, ale jego się nie spodziewałam, ale w sumie była to dla mnie miła niespodzianka, tym bardziej, że na żywo został świetnie wykonany, świetnie brzmiał i zasiał taką radość na koncercie. Podobnie było z numerem "Galway Girl". Oba utwory są takie wesołe, energiczne i taneczne, co dało świetną atmosferę na koncercie.

Wpośród tych energicznych i tanecznych kawałków znalazł się czas na te spokojniejsze jak "Photograph", "Tenerife Sea", "Dive", "Thinking Out Loud", "Perfect" przy którym para stojąca całkiem niedaleko ode mnie zaręczyła się i "I See Fire", gdzie Ed pięknie zmieszał z piosenką "Feeling Good" która w oryginale należy do Michaela Bublé. On tak pięknie połączył te dwa utwory, że wyszło kolejne arcydzieło z pod jego ręki, i gitary. 

"Perfect"


"I See Fire/Feeling Good"


Oczywiście nie mogło jeszcze zabraknąć takich utworów jak "Sing", "Shape Of You", czy "You Need Me, I Don't Need You", które na żywo wykonane jest po prostu majsersztykiem. I dodatkowo górne elementy sceny, takie tak jakby trójkąty, zsuwały się po linach do prawie samej tej dolnej szczeny, na której stąpał Ed, ze tak powiem. To było genialne. Jak ja to zobaczyłam, to byłam zaskoczona co się dzieje na scenie, bo w tamtym momencie akurat jakaś grupa osób wychodziła i mnie trochę zdezorientowała. Ta scena zrobiła na mnie mega wrażenie. I jeszcze podczas tego utworu Ed był ubrany w polską koszulkę, którą podarowali mu fani i machał naszą Polską flagą ! To były emocje. 

"Sing"

"Shape Of You"


Podsumowując. Ja od razu po zakończeniu koncertu, od razu po "You Need Me, I Don't Need You", jak z resztą do teraz, nie mogę wyjść z podziwu, jak jeden człowiek może rozwalić system, w sensie, jak jeden człowiek może dać taki zajebisty koncert w pojedynkę używając tylko gitary, loopera i swojego głosu. To jest po prostu niesamowite! Dodatkowo, zazwyczaj kiedy jestem na jakimś koncercie, to muzycy wykonują utwory według oryginału, jak numery są nagrane na płycie, tylko oczywiście to jest na żywo, a na koncercie Eda prawie tego nie było ! On dodawał jakieś dźwięki, efekty dźwiękowe do kawałków, których nie było w oryginale, a używał do tego, jak wcześniej wspominałam, tylko swojego głosu, gitary i loopera, albo jak miesza swoje piosenki z innymi kawałkami, jak w przypadku "I See Fire". To jest jeden z argumentów, dlaczego ja nigdy nie zapomnę tego koncertu. Widać po Edzie Sheeranie, że robi muzykę, bo kocha to robić, z tego powodu też koncertuje przy okazji dawając przyjemność swoim fanom. On jest szczęśliwy, przez to że jego fani są szczęśliwi. Chyba nie ma takich muzyków jak on. Ed Sheeran jest po prostu zwykłym, skromny, nieśmiałym chłopakiem, który przez swoją miłość do muzyki zdobył takie szerokie grono fanów na całym świecie. 

"You Need Me, I Don't Need You"


Fragmenty innych utworów: 


"Tenerife Sea"


"Galway Girl"





piątek, 17 sierpnia 2018

Warszawa | Dzień 1 | Chodzenie i błądzenie oraz dziwna pogoda

Warszawska przygoda zaczęła się od tego, że bus który był zarezerwowany na dwie osoby, okazało się, że jednak był zarezerwowany na jedną, bo ktoś coś pochrzanił. Trochę się wkurzyłyśmy z przyjaciółką, z którą właśnie jechałam, ale w sumie miałyśmy szczęście, bo za czterdzieści minut był kolejny kurs i tam się władowałyśmy bez żadnej rezerwowania, bo tak można było zrobić i pojechałyśmy. Podczas drogi pogoda jeszcze bardziej się zbuntowała i zaczął padać deszcz, a dotarłszy do Warszawy, to już lało. Przed deszczem uciekłyśmy do Złotych Tarasów i sobie trochę po nich połaziłyśmy. Przy okazji robiąc małe zakupy spożywcze. Miałyśmy iść do jakiegoś fastfooda, ale były takie kolejki, że uznałyśmy to za bezsensowne. Centrum handlowe jak centrum handlowe, nic ciekawego, takie same, jak każde inne. No może trochę większe. Po obejściu go, za oknem pogoda się nie zmieniła, więc razem z przyjaciółką stwierdziłyśmy, że pojedziemy poszukać hostelu. 


Nasze poszukiwanie zaczęły się od poszukiwań odpowiedniego przystanku, oznaczony numerem siedem. Trochę nam to zajęło i przy okazji namęczyłyśmy się z walizkami ciągnąc je i dźwigając. Ale jak przystanek został już odnaleziony, to nadszedł czas na kupno biletów w automacie. Wszystko by było proste, gdyby nie to, że ten automat się buntował i przez deszcz i panującą wilgoć jego ekran dotykowy nie działał tak jak powinien, plus nie czytał karty płatniczej przyjaciółki. Ostatecznie wygrały moje monety, bo jako nie pracujący człowiek nie mam karty płatniczej i nie mam takiej władzy wyciągania owej karty i płacenia na każdym kroku. Wsiadłyśmy do tramwaju numer siedem i miałyśmy nadzieję, że dotrzemy na miejsce. Ale nie. Tak nie było, bo kierowca tramwaju ZAPOMNIAŁ SKRĘCIĆ. My wszyscy w tym tramwaju takie 'serio?' no i musieliśmy wysiąść. No i musiałyśmy znowu szukać przystanku, ale tu poszło całkiem szybko i nawet ogarnęłyśmy sobie numer tramwaju, który jedzie w naszą stronę. Szczęście nie trwało długo jednak, bo przejechaliśmy tym tramwajem jeden przystanek i okazało się, że NIE MA PRĄDU. A my po raz drugi 'serio?'. Wtedy bardzo wkurzone (żeby nie przeklinać), postanowiłyśmy, że pójdziemy pieszo, bo do tego hostelu piętnaście minut drogi pieszo. Za przewodnictwem Google Maps i po kolejnym błądzeniu w końcu znalazłyśmy nasz hostel, ale gdyby nie miły chłopak z osiedla, to byśmy tam nie trafili, bo przeszliśmy szyld i wejście w bramę, gdzie ten hostel był. W ogóle z przyjaciółką byłyśmy lekko zdziwione, że ten około trzynastoletni chłopak wrócił się do nas, bo mijaliśmy go, i nam pomógł. 

Ucieszone, że mamy już pokój i gdzie spać, chwilę odpoczęłyśmy, zjadłyśmy coś i akurat jak przyszłyśmy tam, to zaczęło świecić słońce. No i nasze 'serio?' po raz trzeci. Więc po odpoczynku i zjedzeniu czegoś, oraz po pozbyciu się z plecaków zbędnego ciężaru wróciłyśmy do centrum i zaczęłyśmy zwiedzać. A jeszcze co do pokoju, to nas pozytywnie zaskoczył, bo było czysto, nic nie śmierdziało, jak czasami się zdarza, w pokoju było pomieszczenie z toaletą i prysznicem i ogółem był ten pokój zadbany. Byłyśmy zachwycone. Mimo, że nie był duży, bo w sumie większego na dwie noce do spania nam trzeba nie było.





Tak wiec przy słońcu, na spokojnie zobaczyłyśmy sobie Pałac Kultury I Nauki, a nawet obeszłyśmy go dookoła. Przy okazji obczaiłyśmy sobie, gdzie stacjonuje nasz bus, którym miałyśmy wracać w poniedziałek z rana. Potem pojechałyśmy na Stare Miasto i stamtąd był niezły widok na Stadion Narodowy i most Świętokrzyski. Potem poszłyśmy wzdłuż tak jakby alei tego starego miasta, a po drodze okazało się, ze prawie co drugi budynek to KOŚCIÓŁ, no ileż można. Mało tego w większości tych kościołów był ślub. No ja tam nie narzekałam na te śluby, bo przy którymś ładny Mercedes stał. Swoją drogą, jak zobaczyłam jakiś stary samochód, to za każdym razem mówiłam "ooo, stary samochód!", no cóż, lubię je, ale moja przyjaciółka już chyba miała dość tego zdania, bo go lekko nadużywałam. Małą niespodzianką był Pałac Prezydencki, bo w sumie żadna nie wiedziała, że właśnie tam znajduje się siedziba naszego prezydenta. No cóż, nie wszystko się wie. Poza, jak dobrze policzyłam, czterema kościołami zobaczyłyśmy skwer Adama Mickiewicza i jego pomnik, pomnik Mikołaja Kopernika na przeciwko Polskiej Akademii Nauk, bramę do Uniwersytetu Warszawskiego, trochę zamku królewskiego i kolumnę Zygmunta III Wazy. Zamku mogłyśmy zobaczyć więcej, ale tam za dużo ludzi było więc się tam nie wpakowywałyśmy, no i ogółem można by było więcej tam pozwiedzać, ale po pierwsze nie miałyśmy ani mapy, ani jakiegoś obeznania, co się gdzie znajduje, plus kończył nam się czas. 
















































































































Mając w kieszeni chwilę, postanowiłyśmy w drodze powrotnej do hostelu pójść pod PGE Narodowy. Obeszłyśmy go dookoła, zobaczyłyśmy go i porobiłyśmy zdjęcia, plus zobaczyłyśmy gdzie jest nasza brama. I akurat blisko naszej bramy stał... BUS EDA SHEERANA! Jak my się z przyjaciółką wydarłyśmy, to aż normalni przechodnie się obejrzały na nas i się śmiali przy okazji. No cóż, busa Eda Sheerana nie widzi się na co dzień, a poza tym, ciekawe jak oni by się zachowali, gdyby zobaczyli coś swojego ulubionego wykonawcy. Trwały już koncerty, a konkretnie grał support, Anne-Marie grała swój koncert, więc szybko się stamtąd ewakuowałyśmy, żeby nie trafić na Eda i się nie ekscytować. Co z resztą nie przyniosło skutku, bo jego koncert słyszałyśmy przez otwarte okno w pokoju hostelowym... I się ekscytowałyśmy. Już na tamtym etapie wiedziałam, że będę płakać...  Będąc już w pokoju, gdzie sobie odpoczęłyśmy, wzięłyśmy prysznic, i ekscytowałyśmy się słysząc koncert z okna, zrobiłyśmy koncertowe trzykolorowe serca na akcję koncertową. 

Na dzień pierwszy to by było na tyle. Z racji tego, że drugi dzień ma już ustalony temat, wspomnę, że trzeciego dnia nic konkretnego się nie działo, poza zmęczeniem po tylko pięciu godzinach snu i ogólnie dzień polegał tylko na powrocie do Lublina, do domu i opowiadania jak było na wyjeździe między innymi rodzicom, oraz ratowaniem się kawą, więc nic ciekawego.