poniedziałek, 18 lipca 2022

Playlista 32.

Od początku roku trochę minęło, więc trzeba machnąć playlistę, bo po pierwsze, miały być playlisty co miesiąc 😆, a po drugie nazbierało się muzyki od tamtej pory i jak to pisze, za rogiem są premiery, więc będzie czego słuchać i czym się zachwycać. A że mam robotę nie blogową, ani nie Instagramową (choć jedno może się pojawić, na insta, ale to nie jest głównym celem moich działań), to w międzyczasie na luzie playlistę zrobię. Będzie tu mała chwila przerwy od serialowo filmowych rzeczy i głowa odpocznie od pisania takich wpisów. 


1. Feuerschwanz - Dragostea Din Tei
To moje odkrycie. Pod koniec 2021 roku mi to YouTube wyświetlił. Zrobił mi Sylwestra normalnie. Ja widziałam ten zespół, bo reklama ich nowego wtedy kawałka wyświetlała się sponsorowanie na Instagramie. I miałam sobie zobaczyć, bo nawet mnie zainteresowało, ale się nie złożyło. Dopiero, jak mi YouTube ich wersję "Dragostea Din Tei", to zmotywowałam się. Na ten moment przesłuchałam sobie ich płytę między innymi z tym kawałkiem. No poza tym, że to jest wersja Feuerschwanz tej piosenki, czyli czegoś, co już jest, i jest kultowe i memowe już, ale to tak świetnie zagrali. Ja jak pierwszy raz to puściłam, to bardziej dla mema, no ale to jest tak dobre, że zostało. Na imprezy świetne, ale nie tylko. No i świetny zespół poznałam. Same plusy.




2. Lady Pank - Drzewa
Usłyszane w radiu pod koniec 2021 roku, w momencie, gdy premierę swoją miał na początku roku. Zdenerwowałam się, że radio, które jest u mnie w domu słuchane wcześniej tego utworu w ogóle nie puszczało. To jest pięknie brzmiący utwór, który jak zasłyszałam, tak dzień w dzień słuchałam. Raz dziennie musiał być przesłuchany. Też trochę nostalgia mi się włączyła, bo za dziecka puszczana była mi muzyka Lady Pank, i jak usłyszałam ich w nowym utworze, to ucieszyłam się, że nadal tworzą, i to ma taki ich klimat. Zmotywowało mnie to, by na listę zespołów do przesłuchania wpisać właśnie Lady Pank i w końcu przesłuchać ich dyskografię jako dorosła osoba. Zaś "Drzewa" poza pięknym brzmieniem porusza w tekście bardzo ważny temat depresji.




3. Stromae - L’enfer
Na początku 2022 roku Stromae opublikował nowy singiel, który ma brzmienie kompletnie przeciwne, niż "Santé". Mówi o depresji i myślach samobójczych autora. Utwór zaczyna charakterystyczny chór, potem jest fortepian, a w trakcie refrenu jest taki mocny, elektryczny dźwięk i to wszystko składa się w genialną całość. Po pierwszym przesłuchaniu te elektryczne muzyczne elementy były trochę dla mnie nieswoje, nie koniecznie moje gusta muzyczne idą w tę stronę. Normalnie by mnie irytowały, ale skoro przeżyłam je przy pierwszym odsłuchu, to już chyba zaczynam przyzwyczajać się do takich. Po drugim i kolejnym posłuchaniu "L’enfer"  te dźwięki po prostu nadają jemu klimat.




4. Muse - Won't Stand Down
Muzyczny powrót Muse, pierwszego, którego byłam świadkiem, bo mimo, iż gdzieś tam wcześniej te najpopularniejsze utwory znałam, to z całą ich twórczością zapoznałam się w czasach albumu "Simulation Theory" z 2018 roku. I właśnie znając twórczość zespołu i to do czego są zdolni, to po zapowiedzi "Won't Stand Down" bardzo chciałam usłyszeć nową muzykę. Fajnie, że na YouTube jest funkcja premier, bo można było sobie być na takiej premierze, razem z fanami. Zapowiedź bardzo mnie zaintrygowała, no i z ekscytacją czekałam na premierę, a potem wsłuchiwałam się w utwór. Bardzo podoba mi się, jak się zaczyna z takim (chyba) mocnym basem, refren jest melodyczny, a po drugiej zwrotce i refrenie jest świetna gitarowa solówka. Bardzo mi się podoba, jak jest zbudowany ten utwór, oraz to jak brzmi.




5. Falling In Reverse - Zombified
Falling In Reverse jestem na etapie "muszę poznać ten zespół", ale pierwszy ich utwór, jaki usłyszałam, "Popular Monster", oczarował mnie już po pierwszym jego usłyszeniu. "Zombified" właściwie przypadkowo wypatrzyłam w proponowanych na YouTube, albo w Radarze Premier na Spotify, już nie pamiętam. No i sobie zobaczyłam, bo byłam ciekawa, jak coś nowego od nich brzmi, po tym jak zachwyciłam się "Popular Monster". Okazało się, że "Zombified" to również świetny utwór. Bardzo mi się podoba, jak zaczyna się tak, tak jakby został puszczony przez stare radio, albo szkolny węzeł radiowy, a potem ktoś mówi właśnie takim radiowym głosem "Zombified" i utwór przechodzi w normlane brzmienie. Są też takie chórki, które dodają dramaturgii i klimatu, one przeplatają się przez cały utwór. Oczywiście sfera tekstowa zaczyna się od rapowego recytowania, które jest charakterystyczne, mi się wydaję, w przypadku tego zespołu. Bardzo podoba mi się sposób rapowania wokalisty, oraz śpiewania na refrenie. Jest też świetny breakdown, gdzie wjeżdżają fajne agresywne gitary, jak i agresywny wokal. Tekst jest sprzeciwem wobec cancel culture, gdzie popularne osoby są cancelowane za konkretne czyny, nie ważne jak dawno to było, oraz czy dana osoba się zmieniła od tego czynu.




6. Korn - Worst Is On Its Way
W lutym pojawił się nowy album Korna. Musiałam parę razy go przesłuchać, aby dobrze mi się przyjął, a jednym z najczęściej odtwarzanych utworów z niego jest właśnie "Worst Is On Its Way". Bardzo podoba mi się ten dźwięk na początku, zrobiony chyba gitarą, czy brzmienie gitary przed refrenem. Jest też charakterystyczne dla wokalisty śpiewanie bez słów, co daje Kornowego klimatu. 




7. Bloodywood - Aaj
Kolejna genialna kompozycja od zespołu z Indii. Jest tak skomponowana, że podczas słuchania na premierze wzruszyłam się z powodu tego, jak to brzmi. Zaczyna się spokojnie, z fletem między innymi. Potem jest eksplozja dźwięków od innych instrumentów, po czym melodia się zmienia na taką pod rap, bo właśnie jest rapowy tekst, po czym płynnie przechodzi na metalowy krzyk. No genialne! A to jeszcze nie koniec, bo jest fletowa solówka, czy kobiecy łagodny chórek, przy którym melodia również jest łagodna. To też bez problemu było słuchane codziennie, nawet po kilka razy.




8. Sabaton - The Unkillable Soldier
Sabaton przygotowywał się na premierę swojego nowego albumu. Po "Soldier Of Heaven", koło którego przeszłam trochę obojętnie, bo jakoś mnie mocno nie zachwycił, to zespół chyba czytał mi w myślach i wypuścił taki banger. Bardzo podoba mi się brzmienie tego utworu, refren jest fajny melodyczny. Fajne jest chórkowe "ouuuu ouuuu", czy gitarowa solówka. Zaś historia o żołnierzu, który dostał w oko, stracił rękę, trafiono go w płuco, czaszkę, biodro, czy w nogę i pewnie czegoś nie wymieniła, jest niesamowita. Chłop zmieniał sobie wojska, brał udział w bitwach, a mimo odniesionych ran, on dalej chciał iść wojować i jeszcze powiedział, że on enjoyed the war.




9. Aurora - A Temporary High
Bardzo lubię brzmienie tego utworu. Grają tu fajne klawisze, czy akustyczna gitara. Jak to słyszę, to głowa sama kiwa, a nóżka sama tupie. Taki fajny pozytywnie brzmiący kawałek. 




10. Steve Aoki & grandson - KULT (ft. Jasiah)
Fajne połączenie elektroniki z gitarą elektryczną. Podoba mi się to. Bardzo podoba mi się moment, gdzie grandson śpiewa "We'll see who's laughing", a po pauzie "now".




11. Shinedown - Planet Zero
Świetne uderzenie gitar już od samego początku, a do tego dołącza mocny wokal. Zwrotki są śpiewane trochę tak agresywnie, a refren jest melodyczny. Podoba mi się też dykcja wokalisty w wersach "On your knees or you'll be replaced. Replaced", "So bite your tongue cause it might save your life". Jest też fajny bridge, gdzie jest odliczanie, a towarzyszy mu świetna gitara. Bardzo udany powrót zespołu od ich poprzedniego albumu, "Attention Attention" z 2018 roku, przy którym poznałam Shinedown i całą jego twórczość.




12. Badflower - 24
Utwór stycznia i właściwie tego roku. W tym miesiącu właśnie skończyłam 24 lata, no i przez resztę tego roku muszę żyć z tym licznikiem. Wersy tego utworu do mnie trafiają, a niektóre nawet pasują. Zaczyna się smutną, powolną gitarą. Po pierwszej zwrotce i refrenie melodia się rozwija i dołączają inne instrumenty. Po drugim refrenie jest coś podpisane "interlude" i tu łagodnym głosem śpiewane jest "Breathe", a potem "I was so wonderful" ze zmienioną melodią na taką symfoniczną? tak mi się kojarzy. Świetny utwór.




13. Imagine Dragons - Bones
Jak Imagine Dragons coś wypuści, to nie ma bata, w moich głośnikach, tudzież w słuchawkach, leci to codziennie, nawet po kilka razy. Ten utwór miał premierę w marcu, a ja go teraz odtwarzam, jakby on był świeżo wypuszczony i słuchając go mam taki sam vibe, jak zaraz po premierze. Nic się nie zmieniło. Czasem jest tak, że słuchając czegoś nowego, dzień w dzień, po kilka razy, to po jakimś czasie ten zapał do słuchania ostyga, a czasami już się nie ma ochoty czegoś słuchać, czy wręcz staje się to nudne. Nie w przypadku "Bones". Lubię jak się zaczyna, potem jest pre-chorus, "My patience is waning is this entertaining" i uderzenie dźwięków przy refrenie. Bardzo lubię jak brzmi bridge, "Look in the mirror of my mind...", czy outro, "There goes my mind..".




14. Rammstein - Zeit
Powrót niemieckiej legendy. Emocje takie same, jak przy "Deutchland" po dziesięcioletniej przerwie. A podczas premiery siedziałam nie wiedząc czego się spodziewać, a potem odkrywałam ten utwór. Trzeba było kilka razy go posłuchać, żeby wszedł w krew, ale dzięki temu już z niej nie wyjdzie. Słysząc samo brzmienie i tylko domyślając się o czym jest tekst, pojawiły się mokre oczy ze wzruszenia. Tak na mnie podziałała ta muzyka. Zaczyna się powoli, od fortepianu, po pierwszym refrenie melodia się rozwija i gra piękna gitara. Nadal jest spokojnie. Przed drugim refrenem jest chór, a na refrenie eksplozja dźwięków. Po tym jest chwila dla instrumentów i słychać piękną gitarę. Ponownie na chwilę robi się spokojnie i na końcu pełna akustyka. Głos Tilla Lindemanna brzmi genialnie. Do utworu jest także teledysk podkreślający muzykę. 




15. Labrinth, Zendaya - All For Us
Z początkiem roku obejrzałam "Euphorię". Niechcący w tamtym czasie miałam doła, więc  niechcący wpasowałam się w klimat. Serial był dla mnie nowy, więc z początku musiałam się do niego przyzwyczaić, tak jak i do muzyki, która w serialu jest charakterystyczna. Ale podkreślała ona to, co działo się w serialu i z czasem  do mnie trafiła. A ostatnia scena, w ostatnim odcinku pierwszego sezonu i "All For Us" zrobiło robotę.




16. Extra Terra & Lazerpunk - Synthetic Soul
Vibing cat moment.




17. Masked Wolf - Fallout Feat. Bring Me The Horizon
Fajna nutka z gościnnym udziałem Bring Me the Horizon. Bardzo podobają mi się dźwięki zaczynające ten utwór, a które później się przez niego przewijają. Tekstowo pierwszy wjeżdża Oli Sykes z refrenem. Lubię ta jak brzmi jego głos, w tym momencie, jak i później. Sposób w jaki wjeżdża na drugi refren też mi się podoba, a po nim jest takie przełamanie w linii melodycznej i jest trochę mocniejsza, po czym wraca na chwilę bit z raperem i na ostatnim refrenie wracają mocniejsze brzmienia. Fajny kawałek z postapokaliptycznym klimatem. 




18. Royal Blood - Honeybrains
Bardzo ładnie grające gitary, fajne śpiewanie i akcentowanie "Honeybrains". Kolejne dobre brzmienie od Royal Blood.




19. Harry Styles - As It Was
Powrót Harry'ego Stylesa odbił się szerokim echem po każdym kącie w internecie, przynajmniej tam gdzie zaglądałam. Chłopa coś tam słucham, więc też sobie zobaczyłam, co tam nowego stworzył. A wyszło bardzo fajne brzmienie. Grają fajne klawisze, czy inne syntezatory, a na końcu dzwonki podobne do tych, co na święta grają. Miła, skoczna piosenka, mówiąca o mało miłych rzeczach.




20. White Lies - I Don't Want To Go To Mars
Zasłyszane w radiu. Bardzo podoba mi się gitara, która jest na początku, a która potem się przewija. Podoba mi się też jak brzmi wokal, czy to na zwrotkach, czy to na refrenach. Ogólnie barwa głosu wokalisty jest dość oryginalna i dobrze się go słucha.




Będąc przy końcu tworzenia tej playlisty dorwało mnie takie zatrucie pokarmowe, pierwsze w życiu, albo przynajmniej od bardzo długiego czasu, że wszystkie moje działania, o których na początku wspominałam zostały zapauzowane. Tyle było z moich planów. No cóż, life is life, and it is what it is.

Na dodatek, jak już zaczęłam się lepiej czuć, to wzięło mnie przeziębienie, because why not, więc trochę pracowałam z towarzystwem gorączki. Powoli już i przeziębienie mnie opuszcza, więc trzeba się na nowo w robotę wdrożyć. 


wtorek, 28 czerwca 2022

Do obejrzenia tego zachęcił mnie teledysk z piosenką. | "Arcane"


Jako fan Imagine Dragons, czekałam na premierę ich nowego utworu, skończyłam na obejrzeniu animacji. Tak to czasami bywa. Mi to nie przeszkadza.

Bardzo lubię Imagine Dragons, więc nic dziwnego, że czekałam na ich nową muzykę. Odtwarzając "Enemy", brałam pod uwagę sferę muzyczną właśnie, ale już z początkiem animowanego teledysku moją uwagę przykuła animacja. I oglądając ten teledysk w akompaniamencie z tym świetnym utworem, dało mi taki vibe, że szok. To jak te dwie rzeczy do siebie pasowały, się uzupełniały i świetnie współgrały, to poezja. Kreska animacji świetna. To co teledysk przedstawiał było świetnie zmontowane i to, co się tam działo przyciągnęły moją uwagę. Zaznajomiłam się plus minus z tematem i obejrzałam "Arcane".



Ja w gry nie gram, ja je oglądam, oczywiście te, co mnie zainteresują, czyli nie wszystkie, a "League Of Legends" to w ogóle nie rozumiem, nie wiem o co w niej chodzi, ale gdzieś tam styczność z nią miałam, bo Blondynki Też Grają robiło z nimi rysunki i streamy z rysowania, gdzie o tym gadali, czy też Black Worn Jeans wspominała słownie i rysunkowo o Jinx, a i brat cioteczny próbował mi tę grę wytłumaczyć. A po teledysku do "Enemy", to już w ogóle ta postać Jinx mnie zaintrygowała. Mimo, że "coś tam" słyszałam o tym LOL'u, to za dużo nie wiem o tym, ale mimo wszystko zaryzykowałam i postanowiłam obejrzeć "Arcane". Penie też nie wyłapałam smaczków z gry, czy cokolwiek, ale w sumie to mnie najmniej interesuje.



W pierwszym akcie poznajemy dwie główniejsze postacie, Vi i Powder. Dowiadujemy się co spotkało siostry, gdy były dziećmi, oraz jak trafiły pod opiekę Vandera. Potem, gdy są trochę starsze, obserwujemy, jak muszą sobie radzić, żyjąc w tej gorszej części miasta. Na przykład kradną, w tej lepszej części miasta. Widząc właśnie jedną z akcji ich oraz ich dwóch kumpli, można zauważyć, że siostry trzymają się razem, a Vi wspiera Powder. Jednak podczas tej akcji nie wszystko idzie, tak, jakby się ta czwórka spodziewała. Poza jakimiś łupami ściągają na siebie kłopoty. Udaje im się uciec z miejsca zdarzenia, ale zaczynają się poszukiwania i w ich dzielni zaczyna węszyć tamtejsza policja (minęło trochę czasu, nie wszystko pamiętam, więc mogą być braki w nazewnictwie). Jeden z kumpli obwinia Powder, nie tylko w tej sytuacji, że to jej wina. Vi staje po stronie siostry. Vander próbuje pomóc swoim podopiecznym, ale sprawy się komplikują i zostaje pojmany. Vi razem z kumplami opracowuje plan, by go ratować, a gdy przychodzi do jego realizowania, tym razem nie zabiera ze sobą Powder. Dziewczynka się załamuję, bo do tej pory siostra ją wspierała, i w nią wierzyła, a tu nagle Vi jej mówi, że nie jest gotowa. Dlatego konstruuję swoją kolejną bombę, z tajemniczym kamyczkiem, co ukradła w ich feralnym napadzie. Tymczasem Vi i reszta realizują plan i wszystko idzie dobrze. Przy okazji dowiadujemy się trochę o Vadnderze i o tym typie, co go pojmał. W końcu wszystkie strony się spotykają. Vi z ekipą docierają do Vandera i razem walczą z ludźmi porywacza, a Powder do tej imprezy podrzuca swoją bombę. Tym razem wybuchła. Po wielu niepowodzeniach udało jej się skonstruować bombę, która wybuchła. Niestety, bo wyrządza więcej szkód niż pożytku i kończy się to tragicznie, po tym siostry się rozdzielają.

Dzieje sióstr przeplatane były dziejami Jayce'a, który zainspirowany postacią napotkaną w dzieciństwie, chce przy pomocy nauki stworzyć magię. W swoich działaniach zyskuje kompana, Victora. Postanawiają oni zaryzykować wszystko dla swojego wynalazku. A w międzyczasie jeszcze, kryminalny król testuje potężną substancję. 




W drugim akcie widzimy przemianę Powder, która jest teraz Jinx. Już nie jest niewinną, przestraszoną dziewczynką. Jej bomby wybuchają za każdym razem. Też broi, ale robi problemy Silco, z którym trzyma. Zmiana jest diametralna, A Jinx bardzo szalona.

Poznajemy postać Caitlyn, która jest tamtejszą policjantką. Chce ona wyśledzić Silco, więc idzie do drugiej strony miasta, a za przewodniczkę bierze sobie Vi. I takim sposobem widzimy kontrast między pięknym miastem progresu, a undergroundem, które jest właściwie oddzielnym miastem. Caitlyn wychowywana w tej lepszej części, jest przytłoczona, tym co widzi po drugiej stronie. Przemierzając underground Caitlyn i Vi spotykają Jinx. Vi nie poznaje siostry. Jest w szoku, jak mocno się ona zmieniła. Siostry ucinają sobie pogawędkę, ale znowu zostają rozdzielone.




W trzecim akcie Jayce musi podjąć ważną decyzję co do swojego wynalazku, który okazał się sukcesem, ale też, że jest niebezpieczny. Underground czuje się gorszy i poniżany przez Piltover, dlatego chce zostać niezależnym miastem. Były nawet o tym rozmowy, i nawet szły dobrze, ale coś im przeszkodziło. Jinx ma coraz większy mętlik w głowie. Victor podejmuje tragiczną decyzję. A gdy niektóre sprawy mają swój finał, wydarza się coś niespodziewanego (i wybuchowego).



 
Bardzo podobała mi się fabuła, ale w sumie najbardziej interesowała mnie historia Vi i Powder/Jinx. Jakoś najmocniej mnie obchodziła. Ale inne niektóre postacie, jak na przykład Victor, czy Caitlyn, też budziły zainteresowanie. Spowodowane jest to chyba tym, że zwyczajnie postać Jinx jest intrygująca. Widzimy jaka była przed zmianą. Że jest dzieckiem i chce na przykład pomóc siostrze, ale jaj nie wychodzi, za co jest jej przykro, a krytykujący koledzy tego nie polepszają, mimo, że sama Vi wspierała siostrę. Widzimy jak ta siostrzana więź znika, oraz to co spowodowało przemianę Powder w Jinx (oraz skąd w ogóle ta ksywka). Obserwujemy tą postać i poza szaleństwem widzimy co ona ma w głowie, jak tam jest bałagan, jak ona walczy z własnymi myślami. 

Serial też pokazuje problemy miasta Piltover, które jest podzielone na lepszą i gorszą część. Widać w tych dwóch stronach wielką różnicę. Mimo, że już wcześniej widać było te różnice, to mnie jednak to uderzyło w momencie, gdy Caitlyn z Vi przechodziła i poznawała tamtejsze rejony. 

"Arcane" to pierwsza animacja, taka dla starszej widowni, którą obejrzałam. Do tej pory uważałam, że animacja, jaka by nie była, kojarzy się z tym, że oglądają ją dzieci (no debil), oraz sądziłam, iż animacja nie odda mimiki postaci, czy ogólnie będzie się bardzo różnić od tego, co dostajemy w produkcjach z aktorami. Nie wiem jak w innych (bo oglądałam tylko jedno), ale w "Arcane" było odwrotnie, do tego co uważałam. Mimo, że z początku było tak trochę inaczej, bo człowiek do aktorów przyzwyczajony, to szybko przyzwyczaiłam się do animacji i normalnie oglądałam, jak coś z aktorami. Zapomniałam o tej różnicy, że to animacja. I widać był mimikę postaci, na twarzy Jinx widać było jej szalone emocje, czy jak wpadała w taki swój Jinxowy szał. Byłam zaskoczona, że było widać emocje na twarzach postaci, to przecież animacja (człowiek uczy się całe życie). 

Kreska animacji jest tak świetna, tak mi się podoba, że nic dziwnego, że mnie przyciągnęła. Jako osoba, która coś tam rysuje, gdzieś tam robi zdjęcia i interesują mnie jakieś kreatywne rzeczy, to zwracam na takie treści uwagę. Podoba mi się też kolorystyka, gdzie kolory wyglądają trochę jak sprane, ale jak na przykład coś świeci, to ten kolor jest taki wyraźny. Też doceniam taki szczegół jak zdarty lakier na paznokciach u Jinx.




Do "Arcane" stworzona została muzyka. Nie tylko taka skomponowana, a utwory stworzone przez kilku artystów. Poza Imagine Dragons i ich "Enemy", które nie było tylko w serialu, ale było też openingiem dla serialu, znaleźli się tacy artyści, jak Woodkid, Pvris, Denzel Curry, Bea Miller, czy Sting. Prawie wszystkie te utwory trafiły na moje playlisty, a w serialu podkreślały klimat danej sceny i pasowały do danego momentu. Fajny był moment z "Enemy", gdzie nawet pojawił się animowany zespół. A moment, który najbardziej złapał za emocje, to ostatnie sceny w ostatnim odcinku sezonu w towarzystwie utworu Stinga. Ogółem na początku nawet nie wiedziałam, że to Sting, dopóki nie ogarnęłam sobie wszystkich wykonawców i utworów. I jak odkryłam, że to Sting to nieźle się zdziwiłam, a potem jak się wsłuchałam w "What Could Have Been", to miałam tylko takie "no faktycznie, Sting".

Też warto wspomnieć, że "Arcane" mimo, że powiązany jest z "League Of Legends", to kompletnie tego nie czuć. Oczywiście ci co grają w grę mogą wyłapać trochę więcej, ale taki zwykły śmiertelnik jak ja, też może go obejrzeć. Postacie są przedstawione, ich historie i motywy, oraz poznajemy miasto i jego dwie strony.


To co chciałam chyba napisałam. Wiadomo, że na świeżo, to by było inaczej, na świeżo to żyje się dopiero widzianą historią. Choć przynajmniej się nie rozpisywałam i nie walczyłam z tym, o czym wspomnieć, a o czym nie, żeby mocno nie zaspoilerować 😛. Pamiętam, że po obejrzeniu długo myślałam nad tym, co obejrzałam. Trochę zanurzyłam się w ten świat oglądając filmy na YouTube na ten temat, również od osób znających temat od strony gry, League Of Legends, co pomogło mi zrozumieć parę rzeczy. Z przyjemnością obejrzę kontynuację "Arcane", bo drugi sezon jest zapowiedziany. Jestem ciekawa, co będzie się działo, po tym co się stało w finale pierwszego sezonu, jak to się wszystko potoczy.



czwartek, 9 czerwca 2022

Trzeci film trzeciego Petera Parkera. | "Spider Man: No Way Home"

Było się na dwóch poprzednich, więc i trzeci trzeba było zobaczyć. Choć przy poprzednich dwóch nie miałam jakichś większych oczekiwań, to przy trzecim miałam uczucie, że to może być najlepszy z tych trzech filmów z Tomem Hollandem. 


Nie jestem jakoś fanem filmów Spider-Man z Tomem Hollandem, po prostu w większym, czy mniejszym stopniu mi się podobają, mogą być. Kiedy ogłosili pierwszy film, to miałam takie "Cooo? Znowu od nowa zaczynają?". W końcu byli poprzedni Spider-Many. Ten z Tobey Maguirem się przejadł, bo Polsat za dużo go puszczał, ale pamiętam, że jak go pierwszy raz zobaczyłam (i potem jeszcze kilka razy), to bardzo mi się podobał i wtedy był dla mnie innowacyjny. (Nie wiem jak teraz, bo dawno go nie widziałam). A ten z Andrew Garfieldem jest moim ulubionym, i nigdy nie rozumiałam tego, że ani nie kontynuowani tej serii, ani tego, że ludzie to tak mocno to krytykują (a potem po latach sobie o tym przypominają i żądają kolejnej części). No i jak przyszedł ten z Tomem Hollandem, no to miałam odczucia, że znowu odgrzewają ten temat, znowu zaczynają od początku. No poszło się i zobaczyło. Był fajny, ale głowy nie urwało. Na drugą część też poszłam żeby zobaczyć, czy jest lepsza od pierwszej. No a trzecia realnie mnie zainteresowała.

Zaczynając pisać ten wpis, ogarnęłam, że to już dawno byłam na tym Spider-Manie. Do tej pory raczej wszyscy mniej lub bardziej zainteresowani zdążyli obejrzeć, no ale jeżeli nie, no to gdzieś tam na dole mogą być spoilery. Tak tylko mówię. 


Tak więc w "Spider-Man: No Way Home" wszyscy wiedzą, że Peter Parker to Spider-Man. Z tego powodu on, jak i jego bliscy nie mają łatwo. Chociażby on, MJ i Ned nie mogą dostać się na studia. Peterowi jest ciężko z tym, że odbija się to nie tylko na nim. I mi się go szkoda zrobiło. Złoczyńca z drugiej części nie dość, że ujawnił, że on to Spider-Man, to jeszcze go wrobił w przestępstwo. Ludzie zaczęli mu dokuczać i uważali go za kogoś przeciwnego do bohatera. Afektowało to nie tylko na chłopaku, ale i na osoby wokół niego. Peter się bardzo obwiniał o to, że jego bliscy tracą na znajomości z nim i jak kamera pokazywała jego smutną minę, w której widać, że się obarcza, to aż mi przykro się robiło. 

Dlatego Parker wpada na pewien wspaniałomyślny pomysł. Do tego poszedł się zwrócić o pomoc do Doctora Strange'a. Peter chce, by Strange rzuciła zaklęcie, aby ludzie zapomnieli o tym, że on to Spider-Man. Doctor Strange nie był pewny, a Wong mu to odradzał, ale Doctorowi zrobiło się szkoda chłopaka, przez to ile przeszedł w młodym wieku, więc się zgodził. Jednak Parker podczas robienia zaklęcia przypomniał sobie, że jego przyjaciele i ciotka May też zapomną, a czego nie chciał, więc ich po kolei wymieniał, a Strange wykluczał z zaklęcia, czym za bardzo namieszał w tym zaklęciu i musiał się z tego wycofać. 


Jednak szybko się okazuje, że mimo wycofania się z zaklęcia zdążyło ono trochę nabroić, na skutek czego Peter konfrontuje się z Doctorem Octopusem. Pojawia się również Green Goblin, Electro, Lizard, czy Sandman. Doctor Strange twierdzi, że złoczyńców trzeba wyłapać i odesłać tam, gdzie ich miejsce. Peter robi to i przy okazji poznaje te złe osobistości. Wpada również na kolejny wspaniałomyślny pomysł, by spróbować im pomóc, że skoro trafili do ich świata, a w swoich im nie wyszło, to chce im dać drugą szansę. Z tym pomysłem nie zgadza się jednak Doctor Strange, więc panowie się trochę pokłócili. 

Parker stawia na swoim i zgarnia wszystkich złych gości w jedno miejsce. Mimo, że ci źli na początku dają się Peterowi namówić, to niestety w pewnym momencie coś pęka, dzieją się złe rzeczy, niestety swoje życie traci ciocia May i Peter jest jeszcze bardziej zdołowany, niż przed próbą rzucenia zaklęcia. 

No chłopak sobie sam nagrabił. Mimo, że go rozumiałam, to jednak pomysł o usunięciu ze wspomnień ludzi, że Peter Parker to Spider-Man, był dla mnie głupi. No mieszanie w takich rzeczach nigdy nie jest dobrym pomysłem, wiele filmów i seriali to udowadnia. Zaś jego drugi pomysł, by spróbować dać drugą szansę wszystkim złoczyńcom, co trafili do tamtejszego świata, miał potencjał, choć trochę w niego nie wierzyłam, bo to trochę taka bomba była, która mogła wybuchnąć przy każdym fałszywym ruchu. Nie musiała wybuchnąć, ale mogła. I to niestety się stało. No i znowu było mi Petera szkoda. Znowu się załamał, jeszcze bardziej niż był na początku. Jak tak oglądałam, jak pierwszy ze złoczyńców się wyłamuje i potem wszystko leci jak lawina i Spider-Man z nimi walczy, to tak zrobiło mi się smutno. Bo mimo tego głupiego pomysłu z wymazaniem w ludzi tego, że Peter Parker to Spider-Man i ogólnie narobienie bigosu z zaklęciem, no to Peter był pozytywnie nastawiony. I sprzątanie bałaganu też dobrze szło. No i z takim pozytywnym nastawieniem chciał pomóc grupie czarnych charakterów. A tu nagle musiał się zmierzyć z tymi, co chciał im pomóc. I to był taki breakdown, od tego zaczęło się wszystko walić. Walka ze wszystkimi złymi, co było that's a lot of damage, sam fakt, że na tamten moment jego plan zakończył się fiaskiem, i jeszcze śmierć ciotki May, której się kompletnie nie spodziewałam i tym samym mnie to poruszyło. To wszystko zmieniło coś w Peterze. Ta jego pozytywność została poniekąd zabita, no i przybity Parker ukrył się przed wszystkimi. 


Tymczasem MJ i Ned się o niego zamartwiają. Podczas rozmowy tej dwójki Ned przypadkowo otwiera portal dzięki pierścieniowi, który Peter zabrał Doctorowi Strange'owi. Przez portal dostaje się Peter Parker, ale nie ten, którego MJ z Nedem szukali. Ned otworzył drugi taki portal, przez który wchodzi gość, uważający się za Spider-Mana.

I tu zaczyna się najlepsza część tego filmu. Spełniają się tu niektórych marzenia, niektórych domysły oraz niektórych plotki. Pojawiają się dwa poprzednie Spider-Many. Tobey Maguire i Andrew Garfield zaszczycili nas swoja obecnością, wcielając się ponownie w swoje kreacje Peterów Parkerów. Człowiek niby się domyślał, ale twórcy zrobili to tak fajnie, że jak się pojawiła ta dwójka, to z humorem, z pomysłem i cieplutko się na serduszku zrobiło. Spodziewałam się czegoś w stylu, że Peter Toma Hollanda walczy z tymi złymi i w jakimś krytycznym momencie pojawiają się nagle Peterzy Maguire'a i Garfielda i mu pomagają. Dobrze, że tak, ani podobnie, nie było.

Dwaj gościnni Peterzy chcą pomóc Nedowi i MJ w odnalezieniu ich Petera. Gdy to się udaje trójka Peterów ma wspólną rozmowę i jak się okazuje mają wiele wspólnego. Ogólnie ta rozmowa była wzruszająca. Mieli tyle wspólnego, mieli podobne przeżycia, świetnie siebie rozumieli i nawet kończyli sobie wzajemnie zdania. Bardzo mi się to podobało. Gościnni Peterzy mówią temu trzeciemu, że pomysł, by pomóc tamtym złoczyńcom jest dobry i jest jeszcze szansa, by się on udał. Tak więc trójka Peterów, plus MJ i Ned, trafiają do laboratorium. Tam coś majstrują i przy okazji trochę siebie poznają. Kiedy wyprodukowali, to co mieli wyprodukować idą na tych wszystkich złoczyńców, żeby spróbować im pomóc. 


No i zaczyna się walka z tymi złymi, i walko o tych złych. Podczas tych walk w pewnym momencie MJ spada z wysokości, i jej Peter chcę ją ratować, tylko przeszkadzają mu w tym. Wiec na ratunek rusza jej Spider-Man Andrew Garfielda. No i jak ją łapie i lądują, to chłop spytał się dziewczyny, czy wszystko w porządku i się rozkleił. I tak jak on, tak i my widzowie mieliśmy flashbacki. Kto siedzi w temacie ten wie, że The Amazing Spider-Man nie uratował swej lubej. Nie udało mu się. No i uratowanie MJ było dla niego, jak i dla widza, emocjonalne. Mi się oczy zmoczyły. 

Ostatecznie Spider-Manom udaje się zrealizować plan. Ta dwójka gościnnych Peterów powstrzymuje tego trzeciego od zabicia Green Goblina, co miało być zemstą, mówiąc mu, że będzie tego żałować. Niestety coś złego się działo między światami, na co Doctor Strange próbował zaradzić, ale jak się sam Peter Hollandowy domyślił, trzeba dokończyć sprawy z zaklęciem z początku filmu i wypowiedzieć go poprawnie. Dlatego dzieje się to, co Peter chciał na początku i wszyscy zapominają, że Peter Parker to Spider-Man, co też okazuje się bolesne. 



Cóż, fabuła nie była jakoś wymyślna, nie była jakaś niesamowita i niepowtarzalne, ale nadrobione to zostało innymi rzeczami. Na początku było dużo humoru, a z czasem było go mniej, gdy robiło się coraz poważniej. To tonowanie humoru podkreślało narastającą powagę i dawało to klimat. Sceny ze wszystkimi Spider-Manami były nostalgiczne i rozczulające. Można było przeżyć ponownie filmy z tymi dwoma poprzednimi Spider-Manami. Tak jakby razem z perspektywą Petera Hollanda poznawaliśmy tamtych dwóch, i z perspektywą tamtych dwóch poznawaliśmy Petera Hollanda. Bardzo mi się to podobało. I sceny w laboratorium, i jak te w których wspólnie działają, oglądało się z wielką przyjemnością. Dlatego z tego powodu dałam temu filmowi dziewiątkę na Filmwebie. 

No cóż, nie wiem, czy będą kolejne produkcje z Hollandowym Spider-Manem. Widziałam głosy, że ma być kolejna trylogia. Pewnie będę obserwować sytuacje, a jak coś będzie i zaciekawi, to obejrzę. A tak, to trzeba by było obejrzeć ponownie pierwszą trylogię z Maguirem, żeby zobaczyć, czy się podoba, i zobaczyć dwa filmy z Garfieldem, bo tego Spider-Mana lubię najbardziej.



poniedziałek, 30 maja 2022

"We kidnapped you rozumiesz? You are our hostage now rozumiesz to?" | "Hawkeye"

Swego czasu Marvel poogłaszał trochę swoich seriali. Moją uwagą na tamten moment zwrócił "Hawkeye". Lubię postacie strzelające z łuku, plus jakoś po Avengersach miałam niedosyt postaci Clinta Bartona. W sensie, został przytłoczony przed inne postacie, a wydawało mi się, że postać Bartona jest na tyle spoko, że fajnie by się ją oglądało solo. Nie lubię porównań tego typu, ale to tak jak Green Arrow miał swój serial, to tak mniej więcej. Pomyślałam, że dobrze by było obejrzeć Marvelowego, takiego przyziemnego bohatera, bo wielu jest takich co latają, mają zbroję, supersiłę, a niewielu takich, co mogą polegać na swojej zwykłej człowieczej sile i swoich umiejętnościach. 



I właśnie w świecie Marvela znalazł się ktoś, kto zauważył niezwykłość w zwykłym człowieku z łukiem. Kiedy Kate Bishop była dzieckiem została uratowana przez Hawkeye'a (czasy filmu "Avengers" 2012). Dlatego jest on po tym wzorem do naśladowania dla dziewczyny. Kate uczy się na przykład szermierki, czy właśnie strzelania z łuku. Gdy ma dwadzieścia dwa lata jest typem buntownika. Nie lubi, jak jej się coś każe, albo pouczania typu "tobie to nie wypada", czy "dziewczynie tak nie wypada" i nie do końca lubi nowego partnera swojej matki. 

Pewnego razu Kate musi uczestniczyć w jakiejś tam imprezie, organizowanej przez jej matkę, podczas której zauważa coś podejrzanego. Włącza jej się wewnętrzny superbohater i wydarzenia toczą się tak, że struga bohatera i ściąga na siebie kłopoty po ubraniu stroju Ronina. O "powrocie" Ronina  zrobiło się głośno, więc doszło to do Clinta Bartona, który rzucił rodzinne, świąteczne plany i postanowił coś z tym zrobić.

Ronin dla Clinta jest przeszłością, z której nie jest dumny i chce zamknąć ten rozdział na amen. A przy okazji pomóc Kate. Jednak sprawy się komplikują i robi się coraz poważniej. Na Bartona poluje dwoje ludzi. To co on robił jako Ronin do niego wraca, z czym musi się uporać, szczególnie w swojej głowie. Clint konfrontuje się z  jednym zamachowcem, a w przypadku drugiego, wychodzi na jaw, kto go zatrudnił i jak wiąże się to z Kate. Zostaje pokazana sytuacja trzech postaci, w tym Clinta, dzięki czemu bardziej te postacie rozumiemy, a Kate poznaje sekret swojej matki. 


Choć na początku Clint chce pomóc Kate, a potem chce działać sam, bez pomocy dziewczyny, mimo iż ta pali się, by trochę postrzelać z łuku, to w trakcie okazuje się, że oboje wzajemnie się potrzebują i w sumie są zgranym zespołem. Przez ten czas poznajemy obie te postacie, ich historie, ich motywy działania. Szczególnie Bartona, który swoje przeszedł, wydarzenia z "Avengers: Infinity War" (a konkretnie pstryknięcie Thanosa) i "Endgame" dość mocno się na nim odcisnęli i dużo miał do przepracowania w swojej głowie pod tym względem. 

Postać Kate Bishop bardzo polubiłam. Mimo, iż ta postać jest prosta i podobne można łatwo znaleźć gdzie indziej, to jakoś ta prostota mi nie przeszkadza. To też chyba dzięki aktorce, która wciela się w tą postać, fajnie ją zagrała. Kiedy Bishop spotyka swój autorytet, czyli Clinta, to zachowywała się jak typowa fanka jakiegoś artysty (na przykład Eda Sheerana) i nie mogła uwierzyć, że go spotkała, potem była zafascynowana, że mogła być koło Bartona, postrzelać z łuku razem z nim, a jak dostała jakąś wypasioną strzałę, to się cieszyła, jak pewna dziewczyna, co się cieszyła, że dotknęła ręki Justina Biebera. Było to fajne humorystyczne.

A skoro jesteśmy przy humorze, to już wszędzie w internecie można było zobaczyć nawet krótkie urywki z Tracksuit Mafią, w której była postać grana przez naszego Polaka, rodaka, papieża, Piotra Adamczyka. Oczywiście cała Tracksuit Mafia, to kupa śmiechu, patrząc jak oni są czasem nieporadni, ale ta postać Adamczyka, to taki fajny smaczek, i poza tym, że to nasz Polski aktor, to to wyszło tak świetnie, tak komicznie, że cieszą się, iż Piotr Adamczyk pokazał się gdzieś zagranicą, nawet w małej roli i jeszcze w tym serialu zostawił parę polskich słów. Ale oczywiście Tracksuit Mafia nie była jedynym źródłem humoru, bo od innych postaci humor również wypływał. Tak samo z różnych dialogów, scen, sytuacji. 



"Hawkeye" to kolejny serial, którego oglądałam na bieżąco, tak jak wychodziły odcinki. Ostatnio wolę oglądać seriale, jak już są skończone, bo nie muszę pilnować nowych odcinków. Trochę bardziej to się tyczy takich dłuższych seriali, co mają po kilka sezonów. Przed obejrzeniem "Hawkeye", czy wcześniej "Only Murders In The Building" miałam podejście takie, że zobaczę pierwszy odcinek, zobaczę, jak mi się spodoba i wtedy zobaczę, jak mocno będę na bieżąco. W obu przypadkach spodobało mi się, no i śledziłam na bieżąco. Jeden i drugi był dla mnie świeży. Plus były dość krótkie. Chyba po prostu za bardzo się naoglądałam tych seriali z CW, "The Flash", "DC's Legends Of Tomorrow", "Charmed", które są zbudowane praktycznie tak samo, i jak się zobaczyło coś poza nimi, i "Teen Wolf" 😆, no to robi wrażenie. Choć "Hawkeye" nie jest czymś odkrywczym, jest po prostu dobrym, fajnym serialem, który sobie można na luzie obejrzeć z piwem i chipsami, i mózgu nie trzeba jakoś mocno wytężać i zwyczajnie można dobrze się bawić, jeśli są to czyjeś klimaty. 

W sumie nigdzie nie widziałam, albo po prostu mnie ominęło, czy będzie drugi sezon. Koniec trochę sugerował, jakby to nie był koniec. Spokojnie obejrzałabym ten drugi sezon, może być trochę dłuższy. Zobaczyłabym, jak Kate i Clint dalej ze sobą współpracują, ich kolejne przygody. Zrobił się z tej dwójki fajny duet, mistrz i uczennica.



niedziela, 22 maja 2022

Powiew świeżości w superbohaterskim świecie. | "Eternals"

Po zobaczeniu traileru do filmu "Eternals", trochę nie poczułam, że to produkcja Marvela. A to dlatego, że to co zobaczyłam, było kompletnie odmienne od tego, co widziałam do tej pory. Początkowo miałam mieszane odczucia, właśnie przez tą inność, ale po obejrzeniu jeszcze raz tego traileru, a potem, drugiego traileru, gdy się pojawił, to pomyślałam sobie, no to może być ciekawe, dobre. No i udało się wybrać do kina.


Wraz z początkiem filmu, widzimy początek świata. Tylko po Marvelowsku. I to mi się bardzo podobało. To dało taką otoczkę, że wkracza się do tego świata. Dzięki temu można było poczuć, że to Marvelowskie. Widzimy poszczególne wydarzenia z historii, a w nich grupę Eternals, nieśmiertelnych istot, którzy zostali zesłani na ziemię, by bronić ludzi przez stworzeniami, zwanymi Deviantami i żyli oni normalnie między ludźmi, tym samym widzieli, jak społeczeństwo się rozwija na przestrzeni wieków. Niektórzy chcieli się wtrącić, by ludzkość się szybciej rozwijała, ale nie wolno im było wtrącać się do życia ludzi.

Gdy przenosimy się do współczesności, śledzimy Sersi i towarzyszącą jej Sprite. Swoją drogą imię tej drugiej początkowo mnie bawiło, a co najmniej widziałam ten napój Sprite przed oczami, gdy wymawiane było jej imię (ale polubiłam tą postać). Od bardzo długiego czasu nie było Deviantów, a nasi Eternalsi zajęli się życiem, jak zwykły człowiek, dlatego Sersi pracuje w muzeum, a co z resztą to nie wiadomo (na tamten moment), bo dawno się nie widzieli, od ostatnich Deviantów.

Tylko że, nieoczekiwanie pojawiają się ci Devianci. Sersi i Sprite starały się z nimi poradzić, ale w samą porę zjawił się Ikaris i Deviantów pozamiatał. Gdy trójka Eternalsów rozmawia o przebudzeniu Deviantów, domyślają się, że coś się dzieje i postanawiają pozbierać resztę i zająć się tą sprawą.


Kiedy Eternalsi zbierają Eternalsów, widzimy, iż oni faktycznie żyją sobie, jak normalni ludzie i możemy zobaczyć te życia. Niechętnie wracali oni do roli, do której zostali stworzeni. Thena miała (swego rodzaju) problemy zdrowotne, Phatos miał swoją rodzinę, a Druig nie zgadzał się z zasadami na nich nałożonych (choć w sumie nie tylko on). 

Kompletnie nie dziwiło mnie podejście takiego Druiga, który mając takie możliwości jakie mieli Eternalsi, poszczególne moce i nieśmiertelność, nie mogli nic więcej zrobić w momencie, gdy ludzie wojowali między sobą. Owszem ratowali ludzi podczas tych wojen, ale to tylko tyle, a przecież mogliby polepszyć życie tych ludzi i przyczynić się do tego, żeby tych wojen w ogóle nie było. Jednak Eternalsi nie mogli wtrącać się w życie ludzi, mieli głównie bronić ich przed Deviantami, a mając takie moce, jakie mieli, a jednocześnie niemoc, by zrobić coś więcej, to frustracja Druiga była zrozumiała. 

Idąc po ostatniego do zebrania do grupy odkrywane są kolejne karty. Z powodu jednej sytuacji jedno z nich przejmuje jakby dowództwo i przy okazji dowiadują się, czego tak naprawdę chce od nich ich stwórca, Arishem. Prawie wszyscy nie zgadzają się z tym, do czego naprawdę byli potrzebni i sprzeciwiają się Arishemowi. Jedno z nich staje się wrogiem dla reszty. Ostatecznie Eternals ratują ludzkość i obyło się bez konsekwencji. Choć po ostatniej scenie, czy oby na pewno? 



Film rozkręca się powoli, ale mimo to, dzięki opowiadającej historii Eternalsów, początkach świata i tak dalej, oglądałam z zainteresowaniem. To dzięki temu, że bohaterowie byli nowi, świeży, nieznani, nigdzie nie widziani i różnią się od tych typowych bohaterów Marvela. Też to nie był taki typowy film superbohaterski. Bohaterowie są stworzone na wzór bogów z mitów, no tak mi się kojarzy. Właśnie fajnie pokazali, jak Eternalsi żyli sobie wśród ludzi, w różnych epokach. Widzimy, jak oni chronią ludzi przed Deviantami, czy ratowali życia, chociażby takiemu dziecku, podczas, gdy wojowali między sobą, a jednocześnie nie mogli zrobić czegoś więcej, bo nie mogli się wtrącać i mieli zostawić ludzkie decyzje w spokoju. Przy tym niektórzy czuli lekki bezsens, bo mimo swoich mocy nie mogą nic zrobić.

Stroje Eternalsów również były czymś oryginalnym, świeżym i nowym, świetnie wyglądały. Mimo, że wszystkie były podobne, to jednak każdy miał swój krój, oraz swój kolor,  i ponownie, kompletnie się różniły od tych strojów reszty superbohaterów Marvela. 

Fajnie też było zobaczyć Angelinę Jolie, czy Salmę Hayek w swoich rolach w tym filmie. Bardzo one mi się podobały w kreacjach postaci, jakie odtwarzały. W postaciach Theny i Ajak wyglądały dla mnie majestatycznie. Widziałam parę filmów Angeliny i świetnie było znowu ją zobaczyć, jako Thena. I choć Salmę widziałam o wiele rzadziej, niż Angelinę, to jakoś mam podobne odczucie. Dobre było jeszcze to, że w grupie Eternals byli różni ludzie, że tak powiem. Mamy Pakistańczyka, który w swojej roli był gwiazdą Bollywood. Mamy postać Phastosa, który jest gejem i ma partnera oraz syna. Jest też Makkari, która jest niesłysząca, tak samo, jak aktorka, która odgrywa tą rolę.



Spotkałam się z opiniami, że fabuła za wolno się rozkręca. Mi to nie przeszkadzało, a nawet pasuje do tego filmu. Chyba większość filmów rozkręca się dość szybko, ale w przypadku "Eternals" by to nie pasowało. Przynajmniej jak dla mnie. Wytłumaczenie stworzenia tych nieśmiertelnych istot trochę zajęło, ale mi się wydaje, że to wytłumaczenie było potrzebne, a zrobienie tego na spokojnie mi kompletnie odpowiadało. Nieśpiesznie rozwijająca się fabuła też pasuje mi do tych głównych bohaterów. 

Całość to powiew świeżości w filmach Marvela. Jakoś mocno nie nastawiałam się na ten film, a z kina wyszłam bardzo zadowolona i na nowo zafascynowana w Marvelowskim świecie. Ostatnia scena sugeruje, że będzie kontynuacja, więc jestem ciekawa, jak to dalej się rozwinie, jak dalej potoczą się losy Eternalsów i ogółem, co będzie się dalej działo. To może pójść, ponownie, w świeżą stronę i ja z miłą chęcią bym potowarzyszyła Eternalsom w dalszych ich dziejach. 




środa, 11 maja 2022

W grudniu wrócimy na Pandorę.

Po tylu latach zapowiadania nie tylko drugiej części, a kolejnych filmów z tytułem "Avatar", po trzynastu latach w końcu pojawiła się jakaś zapowiedź. 

Nie do końca chciało mi się wierzyć, ale widziałam to, będąc w kinie. Poszłam z kumpelą na drugiego "Doctora Strange'a" i oczywiście przed filmem leciało mnóstwo reklam. I gdy pojawiły się na ekranie znajome istoty z filmu z 2009 roku, w pierwszej chwili myślałam, że to pewnie jakaś reklama gry. Ale szybko zdążyłam zauważyć, że to ma za dobrą grafikę na grę. I włączyła mi się fascynacja tym, co widziałam na ekranie.

Chyba ja, jak i reszta ludzi w kinie podczas tego seansu, byliśmy jednymi z pierwszymi, którzy zobaczyli zapowiedź nowego Avatara, bo to był dzień, w którym dopiero "Doctor Strange" wchodził do kin, a parę dni później zapowiedź ta pojawiła się w internecie. W tej zapowiedzi widzimy krajobrazy Pandory, główną rolę gra woda. Widzimy też bohaterów, oraz pozostałe postacie i towarzyszące im stworzenia. Pada tylko jedno zdanie, a całości towarzyszy piękna muzyka. 

I, nie wiedzieć czemu, po obejrzeniu tej zapowiedzi, się wzruszyłam. Nie wiem dlaczego i o co chodzi, no ale tak zareagowała moja głowa. Jest możliwe, że to przez to, że pierwszy "Avatar" był też jednym z pierwszych filmów w kinie, chyba pierwszy, jaki oglądałam w 3D i pierwszy z takim stworzonym własnym światem. Pierwszy film mnie oczarował i choć dawno go nie widziałam, to myślę, że nadal oglądało by się go z przyjemnością. Więc tak pomyślałam sobie nostalgicznie, że ponownie zobaczymy Avatarowy świat, stworzony dzięki nowszej technologii, co sprawi, że efekt będzie jeszcze lepszy.

Mam nadzieję, że to będzie równie dobry film, jak ten pierwszy. Mam też nadzieję, że wybiorę się na nowego Avatara do kina. 




niedziela, 1 maja 2022

Troje sąsiadów detektywów. | "Only Murders in the Building"

Zastanawiałam się, jak ugryźć ten temat. Kompletnie wyłączył mi się mój tryb pisania. Próbowałam trochę się uruchomić z pisaniem w dwóch ostatnich większych wpisach, w paru mniejszych pisanych na spontanie, bez planu, no i na boku też coś tam pisałam. Ale nadal muszę się próbować uruchomić. Może po tej przerwie mi się uda.



Już trochę czasu minęło od mojego obejrzenia "Only Murders in the Building", i na ten moment, jak zaczynam to pisać, już został zapowiedziany drugi sezon. A dokładnie data jego premiery. Choć w sumie może to i dobrze, że dopiero po dłuższym czasie chcę o nim pisać, bo zapewne od razu po obejrzeniu za bardzo w szczegóły bym wchodziła. Pamiętam, jak ten serial został ogłaszany, albo może bardziej udział Seleny Gomez w nim, bo obserwowałam jej działania. Z jakiegoś powodu myślałam, że to było dawno, a to było w 2020. Przez tytuł myślałam, że będzie to serial o tym, że w jednym budynku będzie mieszkało kilku morderców, czy coś podobnego. No w końcu only murders in the building. Ja jestem prosty człowiek, idę po najprostszych rozwiązaniach. I wtedy jakoś mocno ten serial mnie nie zainteresował. Też było mało informacji o nim. Ale gdy pierwszy sezon był zapowiedziany, wyszedł trailer i pojawił się krótki opis, to wiedziałam, że muszę zobaczyć ten serial. I nawet nie spodziewałam się, że obejrzę go od razu po premierze, a potem czekałam na kolejne odcinki, co się co tydzień pojawiały. Ogółem od pewnego czasu wole, jak serial, jego sezon, sezony, jest w komplecie, żeby nie czekać na jego odcinki właśnie (to chyba przez oglądanie "The Flash", czy "DC's Legends Of Tomorrow"), ale jak świetny serial, to i czekać na odcinki się chce.



Alarm w apartamentowcu Arconia przyczynia się od spotkania trojga nieznajomych, których nieoczekiwanie łączy podcast kryminalny. Temat podcastu spowodował, że sąsiedzi bardzo zaangażowali się w rozmowę i próbowali razem rozgryźć jego zagadkę. Wkrótce okazuje się, że sprawę kryminalną, to oni mają we własnym budynku. I oczywiście w trójce sąsiadów obudził się detektyw. 

A nasi detektywi to: 
Mabel Mora (w tej roli Selena Gomez), młoda kobieta mieszkająca w mieszkaniu ciotki, przy okazji je remontując. Artystyczna dusza, lubiąca rzucić sarkazmem. Jak się okazuje, całkiem dobry śledczy. 
Charles Haden Savage (Steve Martin), emerytowany (nie do końca) aktor. Był gwiazdą serialu detektywistycznego z lat dziewięćdziesiątych, "Brazzos". Człowiek szukający spokoju. 
Oliver Putnam (Martin Short), reżyser Broadwayu, który ma problemy finansowe i jest pomysłodawcą podcastu. Stara się jak może, jak ma okazję, złapać trochę pieniędzy.  Ma nie najlepszy kontakt z rodziną.


Gdy roznosi się wieść, że w budynku, w którym mieszkają, ktoś popełnił samobójstwo, cała trójka jednogłośnie twierdzi, że sprawa jest podejrzana i że to wcale nie było samobójstwo. Zaczęli więc własne śledztwo. Po kilku dedukcjach docierają do czegoś, co mówiło, że to było faktycznie samobójstwo. Jednak sprawa ta nie dawała im spokoju. Zaczęli to analizować indywidualnie. Doszli do nowych konkluzji i nie poddali się ze swoim śledztwem. Zaczęło pojawiać się coraz więcej znaków zapytania, rzeczy do zanotowania i przypięcia do tablicy korkowej. W międzyczasie Oliver proponuje nagrywanie podcastu, na co Mabel i Charles się zgadzają. Podcast początkowo sobie słabo radzi, ale potem jakoś leci. 

Śledztwo Charlesa, Olivera i Mabel ma swoje wzloty i upadki. Pojawiają się pierwsi podejrzani, pojawia się coraz więcej faktów, pojawiają się zaskoczenia, sprawy robią się coraz bardziej poważne, ale udaje im się rozwiązać tą zagadkę.
Ale czy na pewno? 



Serial zaczyna się lekko, jest bardzo dużo humoru. Oczywiście ten humor przewija się cały czas, ale tak mniej więcej do połowy jest go najwięcej, bo z czasem robiło się trochę poważniej. Z początku musiałam się trochę przyzwyczaić do formatu serialu, ale długo to nie trwało. Bardzo podobało mi się, jak zbudowane są odcinki. To dla mnie było coś nowego, bo seriale, które oglądałam do tej pory były budowane bardzo podobnie, albo nawet tak samo. Lubię to, jak są w nich motywy przewodnie, na przykład jeden odcinek był zrobiony z perspektywy postaci, która była niesłysząca. Dźwiękowo wszystko było wygłuszone i były napisy, albo czytaliśmy z ruchu ust razem z niesłyszącą postacią. Bardzo mi to się podobało. Albo odcinek, w którym Oliver wykorzystując swoje umiejętności reżyserskie, by zobrazować niektóre rzeczy, żeby zauważyć coś czego nie widzą w prowadzonej przez całą trójkę śledztwie. A mi, jako osobie coś tam rysującej, od razu przykuł uwagę oraz przypadł do gustu fakt, że Mabel rysuje. Ja mam słabość do rysujących postaci, nic z tym nie zrobię. 

To jest prosty serial, bo nie ma tu wybuchów, pościgów, czy innych takich, w końcu opowiada o ludziach. Przedstawione są postacie, poznajemy główną trójkę, ale również postacie drugoplanowe. Poznajemy ich historie, ich problemy, i jak myślałoby się, że życie aktora jest perfekcyjne, no to historia Charlesa trochę tą tezę burzy. Też ogromną robotę robiła fabuła, bo pod tym względem cały czas się coś dzieje. Pojawiają się nowe fakty, postacie, zwroty akcji i samo to prowadzone śledztwo przez trójkę głównych bohaterów jest interesujące i człowiek aż sam się angażuje w to co się dzieje na ekranie.

To co mi się jeszcze bardzo podobało, to relacje między Mabel, Oliverem i Charlesem. Z początku mieli siebie gdzieś. Połączył ich podcast. Samoczynnie zaczęli rozmawiać. Potem trochę jakby automatycznie, jakby czytali swoje myśli, zaczęli to swoje śledztwo. I mimo, że żadne nie przyznawało się, nie pokazywało tego, to każde z nich przywiązało się do siebie, po prostu się zaprzyjaźnili. Bawiło mnie, jak na przykład Oliver próbował trzymać się tego, że nie interesuje go nikt, poza nim, a potem jednak pokazuje, że coś tam go rusza emocjonalnie.


Jeszcze chciałam sobie wspomnieć o Selenie Gomez. Jako osoba, która za dziecka oglądała tą aktorkę jako Alex w "Wizards Of Waverly Place", oraz wracała do tego serialu (nawet niedawno), to wiąże mnie z nią więź sentymentu. Nie tylko z powodu tego serialu. Mimo, że oglądałam jej inne role, w "The Fundamentals of Caring", "Getaway", czy "Spring Breakers", i mam parę zaległości w filmach z udziałem Seleny, no bo jakoś mi nie po drodze, to brakowało mi jej roli w filmie, serialu, który rzeczywiście by mnie zainteresował. Większość tytułów do tej pory kompletnie mnie nie zainteresowały, a inne były ze statusem "a może kiedyś obejrzę". Brakowało mi roli, gdzie jest już jako dorosła kobieta by występowała. Dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się obejrzeć coś z Seleną, bo już od "The Fundamentals of Caring" minęło trochę czasu, a ten film z Seleną ostatnio oglądałam. Oglądając ją w roli Mabel, momentami przypominała mi Alex, tylko gdyby była dorosła. To takie małe smaczki, ale tak cieplutko na serduszku się zrobiło.


No, poszło całkiem nieźle. I jakoś długi tekst nie wyszedł. Z początku, gdy zaczęłam pisać, to trudno było mi zebrać myśli i układać zdania, ale w pewnym momencie, jak pisałam, to jakoś to szło i pod koniec pisało mi się bardzo płynnie. Co do "Only Murders in The Building" nie mam już nic dodania. Chyba wspomniałam o wszystkim co chciałam, choć pewnie o czymś zapomniałam. Czekam na drugi sezon i bardzo polecam obejrzeć.