Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpis na luzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpis na luzie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 września 2024

Linkin Park - zespół który znam od czternastu lat powrócił po siedmioletniej przerwie.

Gdy zaczęło się tajemnicze odliczanie na stronie Linkin Park, wśród fanów rozpętało się zamieszanie. Oczywiście w trakcie odliczania stu godzin społeczność fanów wymieniała się swoimi domysłami, co to może być. Niektórzy żartowali, że zespół robi taki hype, a to będzie jakiś merch, albo jakieś wydanie z istniejącymi już utworami. Ja również byłam zaintrygowana, cóż to może być. Jednak coś czułam po kościach, że takie wielkie odliczanie, to już jest coś poważniejszego. Nie robiłam sobie żadnych nadziei. Nie robiłam sobie w głowie domysłów, czy to będzie nowa muzyka, czy jakiś koncert, może koncert pożegnalny, starałam się nie wymyślać niczego, idąc za stwierdzeniem, że spodziewaj się rozczarowania, to się nie rozczarujesz. 

W dzień, kiedy licznik zbliżał się do wyzerowania, wszyscy zasiedli do odliczania na livestreamie, widać było po ilości oglądających widzów, że ludzi robi się coraz więcej. Wszyscy wstrzymali oddech, albo siedzieli jak na szpilkach tylko po to, żeby zaraz po wyzerowaniu licznik zaczynał odliczanie, tylko tym razem w górę... Jednak między jednym a drugim odliczaniem pojawił się glitch i w nim fani dopatrzyli się czegoś, co przypominało datę piątego września. No cóż, no i do tego piątego trzeba było czekać. A w naszym przypadku to do północy z szóstym, bo mamy inną strefę czasową. Wiadomo było, że miał być to jakiś livestream. Nie wiadomo było co się na nim odbędzie.

Jak już był piąty września, i powoli zbliżał się czas, to niechcący siedziało mi to z tyłu głowy i jak sobie edytowałam zdjęcia, czy co tam innego robiłam, to co jakiś czas zerkałam na zegarek. Livestream zaczął się trochę wcześniej, był taki waiting room, szansa, żeby nazbierać ludzi do tej godziny zero (oj, zero tu jest bardzo ważne). Pisało "show will start soon", (czy jakoś tak). Dało mi to znak, że może jakiś koncert. Możliwe, że o tym coś tam, gdzieś tam było, ale ja starałam się nie czytać, tego co ludzie piszą, bo też i plotki jakieś się tworzyły. Nie chciałam w mojej głowie kompletnie żadnych sugestii. 

Z chwilą rozpoczęcia kwestia koncertu się od razu rozjaśniła. Gdy na scenie pojawiła się laserowa linia, a zaraz razem z nią wizualne obrazy i rozbrzmiało intro, ja się rozpłynęłam. Od razu czuć i słychać było ducha Linkin Park. Pojawiło się u mnie tyle emocji, że nawet nie wiedziałam, jakie emocje we mnie grają. Podczas tego klimatycznego intra, które z resztą jest świetne, ludzie z obsługi odkrywali przykryte folią, czy czymś instrumenty. Tak jakby inscenizowało to, że wracają po bardzo długiej przerwie i odkurzane są instrumenty. Moja głowa bardzo wolno wszystko procesowała, bo nadal nie wiadomo było wszystkiego, nie powiedziane było wprost. Trochę jakby nie chciało się w to uwierzyć. Kiedy wyszedł zespół, zagrał razem z intro, Mike Shinoda powiedział do publiczności "it's good to see you again" i zaczęli grać nowy utwór, to gdybym miała skrzydła, to bym odleciała. Emocje tak zagrały, że się wzruszyłam (no cóż, łymyn moment). Nadal wszystko działało na domysłach. Pojawiła się śpiewająca kobitka, zauważyć można było nieobecność dwóch muzyków, powstał lekki mętlik w głowie. Za dużo do przetworzenia. Zdziwiłam się, że (na tamten moment) być może zespół faktycznie wziął przyjął do siebie wokalistkę, jak mówiły niektóre plotki. Trochę inaczej, trochę dziwnie było słuchać muzyki Linkin Park w takim wydaniu. Jednak nie wydawałam wyroku. Chciałam wpierw to wszystko przetrawić. 

Po którymś utworze zajrzałam na Facebooka, zobaczyć co się dzieje z fanami. Widziałam w większości negatywne opinie o tym, co się dzieje na livestreamie. Potem co jakiś czas zerkałam, co tam fani mają jeszcze do powiedzenia no i różnie bywało, choć odzywali się też tacy, co byli pozytywnie nastawieni, albo chociażby chcieli dać szanse wokalistce. Po drodze podczas skakania między moimi kartami w przeglądarce, zauważyłam, że na YouTube ustawiona jest premiera teledysku nowego utworu, a niedługo wszędzie lawinowo widziałam posty o powrocie zespołu, o nowym utworze, o nowym albumie, czy o trasie koncertowej. 

Podczas trwania koncertu mieszało się we mnie kilka rzeczy: cieszyłam się, że zespół ponownie gra na jednej scenie; słuchanie na wokalu nowej wokalistki trochę przypominało mi "Already Over Sessions", w których Mike Shinoda z różnymi muzykami gra swój utwór oraz utwór Linkin Park; jakoś tak trudno było mi się przyzwyczaić do kobiecego wokalu; brakowało mi obecności gitarzysty i perkusisty, trochę to było jak to takie typowe powiedzenie "bez nich to już nie Linkin Park"; muzyka na żywo mnie oczarowywała; no i ogólne zmieszanie wewnętrzne. Od razu wiedziałam, że trzeba dać sobie czas, że na spokojnie trzeba to przetrawić. Ale na tamten czas było jeszcze coś, coś myślę bardzo ważnego. Otóż obserwując muzyków Linkin Park, skupiając się troszeczkę bardziej na tej starej części, widziałam u nich taką radość z grania, z interakcji z publicznością, czy samą obecnością ludzi. Miałam wrażenie, że im po prostu tego grania na żywo brakowało.

Linkin Park: FROM ZERO (Livestream)


Zaraz po zakończeniu koncertu, odbyła się premiera klipu do nowego utworu zespołu, "The Emptiness Machine". Utwór i teledysk mi się bardzo spodobały. Od tamtej pory słucham tego utworu prawie że bez przerwy. Zwyczajnie ten kawałek brzmi jak Linkin Park. Tak po prostu. Po kilku odtworzeniach pomyślałam sobie, że owszem, są zmiany, ale jeżeli muzyka mi się podoba, to nie warto dumać nad tym, czy wokal Emily Armstrong pasuje, czy nie pasuje, albo jak to niektórzy piszą, czy to nadal jest Linkin Park i tak dalej. Jeżeli dana muzyka będzie mi się podobać i będę uważać ją za dobrą, to się nie będę niczym ograniczać. 

Widząc te wszystkie wypowiedzi, typu "to nie jest Linkin Park", "Emily nigdy nie będzie taka jak Chester", "Emily nie zastąpi Chestera", że nowa odsłona to "profanacja" i w ogóle, że skoro nie ma Brada i Roba i to nie jest już to samo, no to mi się sam facepalm załącza. Pewna część fanów tego zespołu ma tyle w sobie jadu, często tacy tu "make Chester proud", a tu plują jadem, że to czy tamto. Często randomowo wyjeżdżają, albo wycierają wszystko stwierdzeniem "make Chester proud". Na niektóre rzeczy, co oni wypisują to scyzoryk sam się w kieszeni otwiera. Po pierwsze, jak można myśleć w sposób, że ktoś może zastąpić kogoś, w takiej sytuacji w jakiej znalazł się zespół Linkin Park, szczególnie w przypadku "zastąpienia" mężczyznę kobietą. No głosy Chestera Benningtona i Emily Armstrong, to dwie różne książki. Tu jest sytuacja, gdzie nikt nikogo nie zastępuje. Zwyczajnie Emily dołączyła do zespołu. Ludzie chyba też zapominają, że taki głos, jaki miał Chester był unikalny, i nikt nie będzie takiego miał. Zespół chcąc przyjąć jakiegokolwiek wokalistę nie znalazłby kogoś, kto by śpiewał tak samo jak Bennington, wiadomo. Do tego kogokolwiek by nie wzięli, to ludzie cały czas by go oceniali. Wokalista, który dołączyłby do zespołu cały czas byłby porównywany do Chestera i by narzekali, że jego wokal nie jest taki sam, że inaczej brzmi, inaczej śpiewa i cała ta otoczka, że to nie jest już to co kiedyś. Tacy porównują Armstrong i Benningtona, a co dopiero, jakby dołączył mężczyzna. Niektórzy mają aż za bardzo zamknięte głowy.

The Emptiness Machine (Official Music Video) - Linkin Park


Linkin Park zaczyna nowy rozdział, "From Zero" tak jak zatytułowany jest nadchodzący nowy ich album. Zdecydowali się na żeński wokal. Bo w sumie dlaczego nie, skoro i tak zaczynają od zera. Choć jak krążyły plotki, to tak nie umiałam sobie wyobrazić żeńskiego wokalu w tym zespole. Być może trudniej im było znaleźć kogoś z męskim wokalem pod względem emocjonalnym. Słuchając któregoś z poniższych wywiadów, zespołowi coś kliknęło z głosem Emily i powiedzieli, że to jest to. Również niedługo po livestreamie wyjaśniła się kwestia gitarzysty Brada Delsona i perkusisty Roba Bourdona. Brad postanowił nie brać udziału w koncertach i tylko tworzyć w studiu, a Rob zdecydował zdystansować się od zespołu. Obu panów rozumiem. W przypadku tego pierwszego wystąpienia na scenie mogłyby sprawiać o dyskomfort, może nie czuł się dobrze z tym, że miałby grać przed tyloma ludźmi. W przypadku tego drugiego, to zwyczajnie mógł nie chcieć dalej tworzyć, może miał jakąś blokadę. Ja czekam na rozwinięcie sytuacji, jak to wszystko się potoczy w nowym wydaniu Linkin Park. Jestem ciekawa, jak pójdą koncerty, bo na streamie zdarzały się małe niedociągnięcia, co też jestem w stanie zrozumieć, bo oni długo nie grali, to był koncert na żywo, więc i nerwy mogły ich podgryźć.

Wiedziałam, że prędzej czy później pojawią się jakieś wywiady, byłam ciekawa kulis wracania do tworzenia muzyki przez zespół, w jaki sposób spotkali się z Emily, jak to się stało, że zdecydowali się wypuścić nową muzykę i tak dalej. Długo czekać nie musiałam. I to jest coś wartego w przypadku fana do obejrzenia. Widząc ich i słuchając u Zane Lowe widziałam taką samą relację, jak przed przerwą. Słysząc, że oni się gdzieś od 2019 roku (o ile czegoś nie pokręciłam) zaczęli spotykać jak przyjaciele, bez spiny "a może coś stworzymy" i czasem sobie coś tam podłubali, nie koniecznie chcąc, by to był Linkin Park, no to ja się cieszyłam, że nie odwrócili się od siebie. Nad nową Linkin Parkową muzyką coś tam ruszyli w okolicach wydania "Lost", w sensie coś tam mieli i próbowali coś złożyć na album, i zespół zresztą też. No to jak chociażby Mike Shinoda opowiada o wszystkim, to aż się widzi tą iskierkę muzyka.

Ogólnie to podchwycili ten koncept sceny na środku. Myślałam, że to może tylko do livestreamu, ale potem widziałam plan na jakiś koncert i scena jest również na środku. Ja ten pomysł bardzo lubię, u Matallica, czy Eda Sheerana się to sprawdza i ogólnie w mojej opinii to wszędzie by się sprawdzało, bo mnie zawsze irytowała scena w jednym kącie i ci ludzie z tyłu to nic nie widzieli. Oprawa wizualna z tymi laserami i tak dalej, tak mocno mi się podoba, na intro jak wszystko działa pod melodię, no genialne. To intro to w ogóle mi się z Transformersami skojarzyło, jak poszły na początku takie elektroniczne dźwięki z laserem. Jeszcze intro przed "Papercut" też jest świetne.

Dobra, chyba czas kończyć tą moją pisaninę, co pisałam bez większego planu, tylko dukałam co myślałam. Zaraz to nie będzie miało jakiegokolwiek ładu i składu, więc no. Jak czegoś nie napisałam, to w poniższych wywiadach to jest. Ja się cieszę z powrotu Linkin Park, jestem ciekawa rozwoju sytuacji, czy tylko tym jednym utworem mnie chwycili, czy całą płytą. Ja daję im szansę, ale też nie obiecuję, że wszystko mi się spodoba.

Na koniec warto napisać to co padło w KROQ: "the fans can sing for Chester's voice or through Chester and Emily can be Emily".

Adieu.


Mike Shinoda talks about the next era of Linkin Park


Linkin Park: The Emptiness Machine, New Album & Return to Music with Apple Music’s Zane Lowe


czwartek, 4 sierpnia 2022

Byłam wirtualnie na koncercie zespołu Luxtorpeda na Pol'and'Rock.

Człowiek nie ma okazji wybrać się na Pol'and'Rock, ale na szczęście są transmisje na żywo w internecie z koncertów.

Dzisiaj rozpoczął się 28 Pol'and'Rock i sprawdziłam, kto gra dzisiaj, kto gra w kolejnych dniach, i zobaczyłam, że dzisiaj gra Luxtorpeda, więc przypilnowałam sobie godziny i byłam obecna przy komputerze, by "być" na tym koncercie. 

Dawno mnie nie było na jakimkolwiek koncercie, i nie dość, że nam zabrali koncerty, to jeszcze przez dwuletnie siedzenie w domu tak mnie zamknęło na jakiekolwiek wyjścia, że nawet jak był jakikolwiek koncert w mieście (a było ich mało), to w sumie sobie nic nie robiłam z tego, że ktoś da koncert. Zaś przed tym dwuletnim zastojem, chyba za każdym razem, gdy Luxtorpeda była w Lublinie, to ja na tym koncercie byłam. W ogóle chyba mi brakuje jednego, by było w sumie ich dziesięć. Wiem, że jak się sytuacja trochę poprawiła, i robiono jakieś koncerty, to był też koncert Luxtorpedy, tylko że ja nawet o nim nie wiedziałam, a ostatecznie został odwołany z powodu małej sprzedaży biletów. Potem był jakiś drugi, ale właśnie sobie go olałam, tak jak te inne koncerty. Teraz jest ogłoszony koncert na jesień, może mi się uda.

W każdym razie, jak zaczął się koncert Luxtorpedy na Pol'and'Rocku i zaczęłam ich słuchać, to poczułam, jak brakuje mi koncertów. Mimo, że rysowałam, to czułam się, jakbym tam była. Wzięłam sobie dość mocno podgłosiłam (ale nie na 100% głośności w komputerze, bo bardzo blisko mam głośniki na biurku 😅) i radowałam się dźwiękami. To była taka energia, taka moc, tyle emocji, tak jak zawsze podczas koncertów Luxtorpedy, że mimo, iż to było wirtualne, to w ogóle tego nie poczułam.

Natomiast urzekła mnie jeszcze jedna rzecz. Otóż, Litza, wokalista zespołu, zaczął źle się czuć. Powiedział do publiczności, po małej przerwie, że ma sztuczne zastawki w sercu (o ile dobrze ja to zapamiętałam) i że przez upał nie chcą mu poprawnie działać. Przy kolejnym utworze było widać, że dokuczają mu te dolegliwości. Dlatego zespół wrzucił na luz i zagrał "Sęk", coś kompletnie nie Woodstock'owego, jak to Litza powiedział, ale podczas tego utworu chciał trochę odpocząć. Mimo niewoodstockowości, ludzie się bawili przy tym utworze. Dodatkowo, jak zespół skończył grać ten utwór, to publiczność zaczęła krzyczeć "jak się czujesz?!". I to było takie rozczulające, tak się mi ciepło w środku zrobiło. Litza docenił i powiedział, że po to są koncerty.

To jest perspektywa w widoku komputera, wiadomo, ale mam wrażenie, że będąc tam z tamtymi ludźmi, to człowiek prawie by się czuł jak u siebie. Nie wiem, jak ja introwertyk bym to zniosła, ale mam wrażenie, że bym wytrzymała. To jak oni się tam bawią, jak przebywają ze sobą, czy robią pogo do muzyki zespołu, którą pierwszy raz słyszą. Prawdopodobnie tam nie czułabym się jak dziwak. Jest taka szansa. 

Ten koncert, mimo, że wirtualny, został u mnie i teraz siedzi w mojej głowie. Tak samo jak ci ludzie krzyczący "jak się czujesz", i ogólnie tak jakoś pozytywnie. Mam też nadzieje, że jak Litza mówił, że mu lepiej, to tak zostało.




poniedziałek, 25 lipca 2022

Teen Wolf: The Movie | Teaser Trailer | Paramount+

Ja zanim się zbiorę do napisania wpisu o "Teen Wolf", to oni nie tylko zdążyli zrobić film, ale i zdążą go wypuścić 😆.

Na początku roku, albo pod koniec zeszłego (już nie pamiętam), poszła wiadomość, że obsada serialu "Teen Wolf" ponownie się spotka, by stworzyć film. Fani serialu przed tym spamowali wszędzie, że "bring Teen Wolf back" i tego typu rzeczami, więc twórcy odpowiedzieli im "We’ve heard your howls, and we’re howling back". Ja, tak samo jak wszyscy fani, ucieszyłam się. No serial ten tak się u mnie odcisnął, że został jak rzep, bohaterowie nie są typowymi bohaterami z serialu dla nastolatków, to jak serial jest stworzony, jak sezon płynnie przechodzi w kolejny sezon (plus sezon potrafi być podzielony na dwa i też są płynne przejścia), a wydarzenia z każdego sezonu mają skutek w kolejnym. No wstrzelił się ten serial u mnie w dziesiątkę. 

Jednak jak trochę ostygłam z radości, to podeszłam do tego racjonalnie. I pomyślałam sobie tak, okay, zrobią ten film, ale jest trochę "ale". Po pierwsze, fani, można powiedzieć, żądali czegoś, więc twórcy postanowili zrobić cokolwiek, plus trochę na tym zarobić. Po drugie, zrobią coś niskobudżetowego, mało ambitnego, tak by ludzie mieli, zamknęli się i jeszcze by na tych ludziach zarobili. Po trzecie, mogli zrobić ten film w taki sposób, że zwyczajnie zrujnują pogląd na serial. No i mnóstwo tego typu rzeczy. Moja głowa produkowała mnóstwo opcji.

Nie mniej jednak, zostałam z takim "no nawet fajnie, że coś robią", ale nie pokładałam na to jakiś większych nadziei. Gdy ogłaszali potwierdzone powroty aktorów, no to fajnie było na to patrzeć, że tak powiem. Ale na horyzoncie czyhała kolejna gorąca dyskusja. Otóż Arden Cho, grająca rolę Kiry Yukimury, nie powróci. Potem ludzie dotarli do tego, że grając w serialu nie dostawała jakiegoś dużego wynagrodzenia, bo grała rolę bardziej drugoplanową, a mimo tego, że jej postać stała się główniejszą postacią, to jej wynagrodzenie w ogóle nie wzrosło. Do tego krążyły głosy, że niektórzy byli do niej uprzedzeni z powodu jej pochodzenia, a za film proponowali jej mniej, niż innym.  Ludzie tak dyskutowali i niektóre twierdzenia, czy teorie były dla mnie kompletnie głupie, że w pewnym momencie przestałam to śledzić. Oczywiście zachowanie w stosunku Arden, jeśli było prawdziwe, nie było dobre, ale ludzie już zaczęli takie głupoty wypisywać. 

Mało tego, odtwórca kluczowej postaci, Dylan O'Brien, wcielający się w Stilesa, również nie powróci. No tutaj to była taka burza, że sama niechcący w nią wjechałam. I nawet mocno się zdenerwowałam z tego powodu i powiedziałam do siostry ciotecznej, że nie obejrzę tego filmu, skoro Stilesa nie będzie. No ale rozsądek wziął młotek i walnął mnie w głowę, żeby myślenie wróciło na swoje tory. To jak zostawiłam te emocje, to stwierdziłam, że  w sumie trochę logiczne jest to, że O'Brien się nie zgodził na powrót. W tym czasie miał na głowie dwa filmy, z tego co widziałam jeszcze jakieś postprodukcje, plus patrząc na to, że niechcący jest na wyższej randze od reszty aktorów z serialu, no że w tym przypadku prawdopodobnie trochę się ceni, pod względem pieniężnym, a dodatkowo pomysł o Teen Wolf filmie wyszedł nagle, ni z gruchy ni z pietruchy z zaskoczenia, że wysokie prawdopodobieństwo jest, że chłop po prostu nie miał na to czasu.

No cóż, na tym etapie miałam podejście, że co będzie, to będzie. Pewnie film obejrzę bardziej z ciekawości, co tam zrobili wymyślili i czy czegoś nie zjebali. Jak mi się spodoba to fajnie, jak nie, to płakać nie będę (chyba, że odjebią coś konkretnie głupiego). Nawet informacja o powrocie postaci Allison, która przecież zginęła, nie ruszyła mnie. To też zależy jak ją "powrócą", mam nadzieję na jakieś w miarę sensowne to zmartwychwstanie 😛. 

Ale niedawno, bo 21 lipca, był San Diego Comic-Con, gdzie pojawili się ludzie z "Teen Wolf: The Movie" i puszczona została tam zapowiedź tego filmu. No jak jak to zobaczyłam, no to kurde zrobiło wrażenie. Na tym etapie to mi się podoba. Zaskoczyli mnie. Jednakże nadal jestem ostrożna, nie chcę robić za dużego hype'u sobie na ten film, bo wiadomo, jak to może być. No ale ta zapowiedź ma klimat. Cokolwiek tam wymyślili, oczywiście wybrali najlepszego villaina. Mam nadzieję, że to będzie chociaż dobre (nie musi być najlepsze,), takie nostalgiczne, i że tego jakoś mocną nie spierdolą. Bo fajnie było ponownie zobaczyć tych wszystkich aktorów na jednym planie, jak za kulisami sobie są i tak dalej. Szkoda by było, jakby zrobili kompletną głupotę. 

Ale czy z tego filmu powstała głupota, to trzeba poczekać na premierę w październiku, żeby się o tym przekonać.




sobota, 23 lipca 2022

Pojechałam kupić książkę podróżnika.

Ostatnio podróżnik Dawid Fazowski, prowadzący kanał na YouTube z nazwą "Przez Świat Na Fazie" opublikował wideo, w którym prosi o zakup jego książki, bo gdyby sprzedał, to co miał w magazynie, bardzo pomogłoby w realizacji jego marzenia, jakim jest stworzenie ośrodku wypoczynkowego. Mówiąc o książce w tym wideo, czy w momencie, kiedy miała swoją premierę, wspominał, że jest napisana w jego stylu, że sposób pisania, tudzież opowiadane historie, czy myśli, mogą powodować ciarki żenady.

Niektórzy podłapali temat, ale głównie tą część, by kupić książkę, i zaczęli się śmiać, szydzić, a na twitterze natknęłam się na zdjęcie z jednej strony książki, śmiejąc się, że "jakie to dzieło". Szkoda tylko, że nie wiedzą, jak Dawid zachowuje się na filmach, na przykład, i przeczytałam fragment tej strony wtedy, i po prostu to brzmiało, jak typowa wypowiedź Fazowskiego.

Za jakiś czas, po tamtym wideo, Dawid wpadł na pomysł, że będzie jeździł po miastach w Polsce i sprzedawał tą książkę, a przy okazji będzie szansa na małe spotkanie z widzami. I sobie pomyślałam, dobry pomysł, pojechałaby, z racji tego, że kupowanie przez internet nie jest mi po drodze, to byłaby okazja idealna. No i udało mu się zorganizować, a pierwszym miastem miał być Lublin. No to chyba było przeznaczenie. 

Z niepewnością, ale zaczęłam planować ten wyjazd. Do Lublina nie mam jakoś daleko, ale jak jest się piwniczakiem, co bardzo rzadko wychodzi z domu, a ostatnie dwa lata nie pomogły, no to trzeba było się nastawić, i coś dodatkowego zaplanować, żeby tak tylko do podróżnika nie jechać, benzyna droga. Ja do końca nie byłam pewna, czy pojadę, bo byłam po zatruciu pokarmowym i się organizm jeszcze zbierał, a dodatkowo zaraz po tym zatruciu złapało mnie przeziębienie i tego dnia jeszcze czułam się tak średnio. Ale się zebrałam i pojechałam. I bardzo cieszę się z tej decyzji.

Auto zostawiłam na (darmowym) parkingu w centrum handlowym, bo tam dalsze plany były, i wyruszyłam, kilometr drogi, do miejsca docelowego. Dobrze, że kupiłam wodę, i jeszcze zdecydowałam się kupić litrową butelkę, bo ona poszła w dwie strony drogi. Gdy doszłam na miejsce, było po 17, akurat w sam raz, bo od tej godziny Fazowski miał tam być. Zauważyłam małą kolejkę, i potem okazało się, że to ta kolejka, co mnie interesuje. Zagadała do mnie obca kobieta, więc był mały chatting. W trakcie stania w tej kolejce działy się śmieszne rzeczy, jak na przykład jedna kobieta łączyła się przez połączenie na kamerce, by ten ktoś z telefonu mógł pogadać chwilę z Fazą i zażyczyć sobie dedykację, albo druga kobieta, co zrobiła to samo i mówi do tego z telefonu "jesteś na głośniku, nie zrób mi siary", po czym robiła sobie zdjęcie z Fazą i z tym ktosiem z telefonu (po prostu trzymała telefon, gdzie była tego kogoś twarz). Dawid skomentował to tylko tak "Tego jeszcze nie grali" 😆. 

Ja sobie cierpliwie stałam, bo i tak dużo nie było ludzi przede mną, przyszłam w sam raz, jak przyszła moja kolej, to kolejka się powiększyła tak z pięć razy tego co było, jak przyszłam, jak nie więcej. No i sobie zakupiłam książkę, dostałam do niej gratisy w postaci naklejki i magnesu, w książce oczywiście dedykacja (w sumie mogło jej nie być, ale chłop chciał napisać, to przecież mu nie zabronię), zrobiłam sobie zdjęcie i jeszcze propsy zgarnęłam za koszulkę Sabatonu. Same plusy.

Nie byłam jakoś długo w tej kolejce, ale ludzie byli pozytywni, nie natknęłam się na żadnych przygłupów. Śmieszne sytuacje, książka i tak dalej. Ale poprowadziłam sobie małe obserwacje i potwierdziło się to, co Dawid mówi o sobie, że jest zwykłym chłopem z Żor, że jest po prostu człowiekiem takim jak wszyscy, nie gwiazdorzy i jest sobą. Widać było, że cieszył się, iż widzowie przychodzą, a to zaś ucieszyło mnie.

Potem, jak już byłam w domu i było już po spotkaniu, Dawid udzielił się na swoim instastory, że cieszy się, że tak dużo osób przyszło i wyraził swoją wdzięczność. Zaś, gdy wrócił z pobytu w trzech miastach (był w Lublinie, Rzeszowie i Katowicach), podzielił się tym, że w każdym z tych miast sprzedał ponad sto książek i to mnie ucieszyło. Mam nadzieję, że jego marzenie się spełni, ośrodek wypoczynkowy, Fazolandia, powstanie. I ogółem tak po tym jest we mnie taka pozytywność.

Tak nawiasem mówiąc, strasznie mi się podoba szata graficzna tej książki, zajebista jest.




środa, 11 maja 2022

W grudniu wrócimy na Pandorę.

Po tylu latach zapowiadania nie tylko drugiej części, a kolejnych filmów z tytułem "Avatar", po trzynastu latach w końcu pojawiła się jakaś zapowiedź. 

Nie do końca chciało mi się wierzyć, ale widziałam to, będąc w kinie. Poszłam z kumpelą na drugiego "Doctora Strange'a" i oczywiście przed filmem leciało mnóstwo reklam. I gdy pojawiły się na ekranie znajome istoty z filmu z 2009 roku, w pierwszej chwili myślałam, że to pewnie jakaś reklama gry. Ale szybko zdążyłam zauważyć, że to ma za dobrą grafikę na grę. I włączyła mi się fascynacja tym, co widziałam na ekranie.

Chyba ja, jak i reszta ludzi w kinie podczas tego seansu, byliśmy jednymi z pierwszymi, którzy zobaczyli zapowiedź nowego Avatara, bo to był dzień, w którym dopiero "Doctor Strange" wchodził do kin, a parę dni później zapowiedź ta pojawiła się w internecie. W tej zapowiedzi widzimy krajobrazy Pandory, główną rolę gra woda. Widzimy też bohaterów, oraz pozostałe postacie i towarzyszące im stworzenia. Pada tylko jedno zdanie, a całości towarzyszy piękna muzyka. 

I, nie wiedzieć czemu, po obejrzeniu tej zapowiedzi, się wzruszyłam. Nie wiem dlaczego i o co chodzi, no ale tak zareagowała moja głowa. Jest możliwe, że to przez to, że pierwszy "Avatar" był też jednym z pierwszych filmów w kinie, chyba pierwszy, jaki oglądałam w 3D i pierwszy z takim stworzonym własnym światem. Pierwszy film mnie oczarował i choć dawno go nie widziałam, to myślę, że nadal oglądało by się go z przyjemnością. Więc tak pomyślałam sobie nostalgicznie, że ponownie zobaczymy Avatarowy świat, stworzony dzięki nowszej technologii, co sprawi, że efekt będzie jeszcze lepszy.

Mam nadzieję, że to będzie równie dobry film, jak ten pierwszy. Mam też nadzieję, że wybiorę się na nowego Avatara do kina. 




sobota, 19 marca 2022

Olsikowa wróciła na YouTube!

W trakcie robienia innych rzeczy postanowiłam sobie popisać.

Wydawałoby się, że YouTuberzy to po prostu ludzie, którzy coś tam tworzą w internecie. Obejrzysz wideo, możesz lubić jakąś osobę prowadzącą i czerpać przyjemność z treści jakie tworzy. Tak samo jak zacząłeś oglądać daną osobę, tak samo możesz odejść od jej filmów. Jednak jak dwa lata temu Olsikowa dodała swój ostatni film, na tamten czas, to zrobiło mi się smutno i potem przez cały ten czas czegoś brakowało mi w internecie. Jedynie miałam namiastkę jej działalności na Instagramie, gdzie się wciąż udzielała.

Niedawno Olsikowa poinformowała na instastory, że przygotowuje ważne ogłoszenie. I gdy przyszła pora, to ogłoszenie się pojawiło. I jak się okazało, była to wiadomość o jej powrocie na YouTube. I jak ja się ucieszyłam. Nawet sama się nie spodziewałam, że będę się cieszyć powrotem jakiejś obcej osoby, tworzącej coś w internecie na jakąś platformę. Gdy przyszedł czas i pojawił się ten pierwszy od dwóch lat film powrotny, tak mi się przyjemnie zrobiło, taką nostalgią zawiało i wspomnienia wróciły. 

Nie pamiętam już w jakich okolicznościach natknęłam się na film Olsikowej, który rozpoczął to wszystko, ale mnie to zaintrygowało. Mimo, że z początku próbowałam ignorować inne proponowane filmy, to jednak to zainteresowanie. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu jak mnie coś w jakiś sposób zainteresuje, to mimo to to ignoruję. Nie mam tak zawsze, ale nie wiem od czego to zależy. Ale jak to zwykle bywa, w końcu kliknęłam w któreś wideo. Nie mogłam spać, więc chciałam się czymś zająć. A dalej to już samo poszło. I to co mnie zauroczyło w tych filmach, to pozytywność. Na każdym filmie Olsikowa była szeroko uśmiechnięta, rzucająca żartami, tworząca różne kreatywne rzeczy (nie tylko rysunki) i opowiadało o tym co robiła z taką pasją, a w tym wszystkim była sobą. Pamiętam jak motywowała mnie do działania, czy poprawiała humor, jak miałam gorszy dzień. Będąc młodszą bardzo mi imponowała. Bardzo ją podziwiałam, że potrafi łączyć studia, chyba nawet pracę, i nagrywanie na YouTube. Im dłużej siedziałam w tym świecie, tym jeszcze bardziej interesowałam się rysunkiem, tym mocniej czekałam na nowe wideo. Odkryłam też kanał z Vlogami i to też było pełne pozytywności. Kanał Olsikowej to było coś innego od tego wszystkiego co było na YouTube i to mnie cieszyło.

I to chyba było to, przez co było mi smutno, jak dodała ostatni film, i cieszyło, kiedy powróciła.

Prawdopodobnie jeszcze miałam coś w głowie do napisania, ale jak zwykle, w trakcie pisania powyższego teksu, wywiało mi to z głowy. No ale cóż. Miało być krótko i jest krótko.




wtorek, 15 lutego 2022

Pepsi Super Bowl LVI Halftime Show.

Super Bowl w Ameryce, to wielkie wydarzenie. Jest to wykorzystywane to wielkich show muzycznych, czy na przykład pokazywania trailerów i innych zapowiedzi produkcji filmowych. No i na tym moja wiedza się kończy. 

Oni tam lubią zaszaleć pod względem muzycznych występów właśnie i w tym roku ktoś wpadł na tak GENIALNY pomysł i sprowadzić na jedną scenę Dr. Dre, Snoop Dogga, czy Eminema. No przecież jakie to jest zajebiste! I w przeciwieństwie to tych wszystkich Popowych gwiazd, co tam potrafią występować, kompletnie bez playbacku. W sensie, playback był, ale jedynie za chórki robił. 

Same kultowe numery tam poleciały. Nie jestem nawet fanką w większości przypadkach, ale no wiadomo, co jest kultowe, a co nie. Nuta z "GTA" poleciała, to aż wspomnienia wróciły, jak się zasiadało do tej gry i jedynie co się robiło, to wsiadało się do auta i albo udawało się grzecznego kierowcę, albo rozwalało się wszystko po kolei i do tego ta nuta w radiu leciała. (Tak, ja tak grałam w tą grę). Swoją drogą, ja nawet nie znam dokładnie tytułów utworów, ale nie ważne. 

Tak mnie zachwyciło to całe show, że ostatnie show z Super Bowl jakie pamiętam, czyli z Coldplay, Bruno Marsem i Beyoncé, albo z Shakirą & J. Lo się przy tym chowa. Choć pamiętam, że to z Coldplay mi się nawet podobało, no ale still, to co się odjaniepawliło w tym roku, chyba długo nie będzie miało przebicia 😛.




sobota, 12 lutego 2022

Ed Sheeran - The Joker And The Queen (feat. Taylor Swift) [Official Video]

Duet Ed Sheeran i Taylor Swift przypomniał o sobie, gdy Swift postanowiła ponownie wydać album "Red", na którym znajdował się ich wspólny utwór "Everything Has Changed". No i nagrali wersję 2021 tej piosenki. Niedawno Ed wypuścił w świat wieść, że jego piosenka "The Joker And The Queen" zostanie wypuszczona w wersji właśnie z Taylor Swift. Do tego jeszcze teledysk. W tej zapowiedzi zauważyłam coś znajomego i sobie pomyślałam, że jak to zrobili, to by była bardzo miła i sentymentalna niespodzianka. 

Odbyła się premiera tego utworu i teledysku, na której byłam o pierwszej w nocy i sam teledysk nie zrobił na mnie wrażenia (mówią, że jestem bezuczuciowa 😛), ale domysł o tym czymś znajomym powodował u mnie takie pozytywne odczucie. 

Potem przeglądając Instagrama przeczytałam post Eda i się okazało, że moje domysły były strzałem w dziesiątkę. Do teledysku zostały ściągnięte te same dzieciaki, które wystąpiły w teledysku do "Everything Has Changed" i to pozytywne odczucie było jeszcze mocniejsze. Fajnie to wymyślili. 




środa, 9 lutego 2022

Ed Sheeran i Bring Me The Horizon otworzyli BRIT Awards.

Włączyłam sobie wczoraj rozdanie RRIT Awards, tak randomowo, z ciekawości, bo mi na Facebooku powiedzieli, że transmisja będzie na YouTube. Miałam wcześniej pójść spać, bo spałam tylko trzy godziny, ale pomyślałam, zobaczę kto tam wygrał. 

No i transmisja sobie leciała, było odliczanie do rozpoczęcia, w tym czasie poszłam se do toalety, potem miałam małą konwersację z bratem. Stałam na małym korytarzu między naszymi pokojami i do swojego pokoju miałam otwarte drzwi, żeby słyszeć co tam się na transmisji dzieje. 

Kończymy z bratem rozmowę, i pod koniec właśnie tej rozmowy słyszę że się zaczyna, no i słyszę, że rozdanie rozpoczyna swoim występem Ed, usłyszałam pierwsze dźwięki "Bad Habits". Ale zaczęłam słyszeć gitarę, po czym, idąc już do pokoju, widzę i słyszę wokalistę z Bring Me The Horizon. 

Jak ja się zaskoczyłam! Jak mnie to uradowało! Jak to świetnie wyszło. Może nie było to coś nie wiadomo jak wymyślnego, czy coś, tylko Ed zagrał z zespołem, ale to mi się tak podoba, że usłyszałabym tą wersję tego utworu w wersji studyjnej. 

Bardzo mi się podoba, jak dwoje artystów, z dwóch kompletnie różnych gatunków muzyki łączą siły i powstaje coś fajnego. 




środa, 1 grudnia 2021

MyᐸDsmbr

No i mamy początek końca roku.

Miesiąc ciemności, pizgawicy, padającego śniegu (który zaraz topnieje) i wszechobecnego last christmas.

Już niedługo wszyscy zaczną podsumować w każdym możliwy sposób ten rok, będą ustalać swoje postanowienia (które i tak oleją), na YouTube będą pojawiać się tak zwane vlogmasy, które często z vlogmasami nie mają nic do czynienia, a i tak ten rok nie różnił się niczym od poprzedniego.



wtorek, 2 listopada 2021

Najpiękniejsza rzecz, jaką dzisiaj zobaczyłam. | Coldplay & Ed Sheeran - Fix You (Live at Shepherd's Bush Empire)

Chyba każdemu czasem przeszło przez myśl i wodze wyobraźni, że jakiś artysta mógłby wystąpić/nagrać piosenkę z jakimś innym artystą. Ja tak mam i chociażby niespodziewane dla mnie collabo Bring Me The Hotizon i Yungbluda zrobiło na mnie wrażenie, bo się właśnie tego nie spodziewałam, ale gdzieś przez myśl mi przeszło, że fajnie by było ich razem usłyszeć.

Jak to się mówi, spodziewaj się niespodziewanego.

Niedawno obiegło internet zdjęcie, gdzie Ed Sheeran dołączył do zespołu Coldplay na scenie. Zauroczyło mnie to, a dzisiaj, czego też się nie spodziewałam wyszło wideo z tego wydarzenia.

I, jakie to jest piękne. Nie dość, że zespół, który lubię, artysta którego lubię, to jeszcze jeden z moich ulubionych utworów, "Fix You". I wyszło piękniej, niż można by było się tego spodziewać. Świetny utwór, śpiewający ludzie, zespół grający na żywo i gość, który wpada na scenę. 

Uwielbiam "Fix You" wykonywane na żywo. Ma wtedy jeszcze więcej magii w sobie. Do tej pory, gdy widziałam nagrania z koncertów właśnie z tym utworem urzekało mnie to, jak brzmi na żywo. Do tego publiczność, która śpiewała tekst i robiła trochę jako taki chór dla zespołu, co oczywiście świetnie brzmiało i oczywiście to samo jest na poniższym nagraniu. Wokalista na żywo pięknie operuje głosem. Przy drugiej zwrotce wchodzi gość, Ed Sheeran, który się świetnie komponuje z zespołem swoim głosem i gitarą. A gdy zaczyna się partia instrumentalna, gdzie Ed razem z gitarzystą zespołu grają oko w oko na swoich instrumentach, aż Chris, wokalista, się uśmiechną, spowodowało uśmiech i u mnie. 

Całe to wykonanie aż mnie wzruszyło.



Listopad

No i mamy listopad.
Zaraz boże narodzenie, sylwester, nowy rok i aby do wielkanocy 😆.

A tak na serio, to ten rok tak mi szybko spierdolił, jakbym tylko mrugnęła 😳.


PS. Nadal czekam aż mój zastój twórczy minie. Nie jest łatwo 😐.


środa, 27 maja 2020

Co robi osoba nieznająca się na makijażu? Pisze o tym!

Ja makijażem się w ogóle nie interesowałam. Może kiedyś trochę jako dziecko, jak na małą dziewczynkę przystało brałam kosmetyki mojej mamy i się bawiłam. Do pewnego momentu kompletnie nie zwracałam uwagi na kosmetyki, na różne kosmetyczne rzeczy, robienie make-upu, czy na dziewczyny w klasie, które go wykonywały. W gimnazjum uważałam, że to za wcześnie, a w szkole średniej zrażał mnie widok niektórych dziewczyn, które nakładały tonę tej tak zwanej "tapety" i które wyglądały jak lalki, manekiny, no sztucznie, po prostu mnie to odstraszało. Widząc głównie "tapeciary" do głowy mi jedynie przychodziło, że "jak mam wyglądać jak one, to ja wole nie robić sobie żadnego makijażu". Jednak doszło do pewnej sytuacji, że stwierdziłam iż w sumie to przydałoby się, no fajnie by było i się jakoś pomalować, umieć to w ogóle robić. Niestety nawet w mojej rodzinie zdarzyło się wesele 😛 (i to nie jedno). Więc ja, jako poniekąd internetowa persona, w sensie, ze siedzę w internecie i go przeglądam, zaczęłam szukać na YouTube wskazówek co do makijażu, przeglądając różne kanały beauty, typu Red Lipsic Monster, czy Adrianna Grotkowska Make-Up. Przez jakiś czas oglądałam tego typu filmiki i przyglądałam się. Po jakichś pierwszych próbach zaczęłam poznawać własne oczy i dowiedziałam się na przykład, że mam opadające powieki, co wcześniej w ogóle nie zauważyłam i uważałam je za normalne. Po tym szukałam porad makijażowych pod tym kątem. Pamiętam też, że wtedy miałam zajawkę na robienie kresek eyelinerem, więc oglądałam rzeczy w tym kierunku. I mimo, że parę razy udało mi się zrobić fajną, dopasowaną do mojego oka kreskę, to nadal nie umiem jej robić. 

Wkrótce przyszedł czas na praktykę. Ale do tego chciałam kupić jakąś paletkę, jakąś nie drogą, żeby nie było szkoda. Cienie, które miałam w domu były stare, a swoją naukę chciałam zacząć kompletnie od początku z nowymi cieniami. Moim pierwszym wyborem była paletka dwunastu koloró z Lovely, "nude make up kit". Oczywiście wtedy nie za bardzo orientowałam się w tych rzeczach i przez przypadek wzięłam paletę, gdzie w większości są błyszczące cienie, a nie matowe. Mimo to, iż nie było to dokładnie to co chciałam, to się nie poddawałam, a nawet się cieszyłam. Skoro były już kupione, to trzeba było z nich skorzystać, i tyle. A czym ćwiczyłam robienie makijażu? Pacynką dołączoną do paletki, lub patyczkami higienicznymi. Ja jako naczelny buntownik uważałam, że nie potrzebne mi się jakieś pędzle, poradzę sobie tym co mam 😆. I tak przez jakiś czas tymi nie profesjonalnymi narzędziami sobie majstrowałam. Ale wbrew pozorom coś tam wychodziło. Nawet całkiem nieźle. Jak rodzince się podobało, to znaczy że coś w tym musiało być. Ale niestety tego nie uwieczniłam. Myślałam, że mam jakieś zdjęcia z jakiś moich pierwszych dzieł, ale niestety nie znalazłam w moich magicznych folderach ze zdjęciami. Myślałam że robiłam ale albo gdzieś zaginęły w czasoprzestrzeni, no albo jednak nie robiłam tych zdjęć. Z moich notatek wynika, że udokumentowałam z tamtego czasu jedynie próby z eyelinerem i kreskami na oku, a one wyglądały raz lepiej, raz gorzej, a raz nie wyglądały w ogóle.

01.08.2017

04.08.2017

04.09.2017


30.12.2017


31.12.2017

Ta ostatnia to wygląda nawet przyzwoicie. I chyba na powiece jest jakiś cień nałożony.Nawet to ładnie wygląda, tak delikatnie. Trzeba by było powtórzyć coś takiego z teraźniejszymi moimi umiejętnościami. 


Kiedy już powoli nadchodził czas owego wesela, powód całego zamieszania, stwierdziłam, że muszę porobić, jak ja to nazwałam, próby makijażu, bo po pierwsze, chciałam utrwalić, ustalić, albo odkryć kolejne kroki w robieniu makijażu, co sobie zaplanowałam, a po drugie chciałam wiedzieć jak postępować, żeby na pewno wyszedł, wtedy kiedy ma wyjść dobrze. Wiem, że wtedy planowałam sobie wszystko na dłoni. W zasobach mam tylko zdjęcia swatchy, myślałam, że mam jeszcze jakieś z samym próbnym makijażem, ale niestety nie znalazłam. 



Powoli coraz bardziej temat makijażu mnie interesował, w takim sensie, że chciałam go robić. Badałam cienie, które miałam, jak działają jak się zachowują. 



Wkrótce ta jedna paletka zaczęła mi nie wystarczać i zaczęłam rozglądać się za nową. Tym razem bardziej szczegółowo rozglądałam się za kandydatami do zakupu. Ostatecznie padło po raz kolejny na coś z w miarę jak dla mnie cenie, czyli znowu Lovely, paletka Choco Bons. Może nie ma ona jakoś za wiele kolorów, ale wtedy mi pasowało to, że wszystkie są matowe, są kolory jasne i ciemne i przede wszystkim jest CZARNY, czarny to był dla mnie priorytet. A pierwsza próba wyglądała tak: 



No mogło być lepiej. Ja z tego co pamiętam byłam z tego dumna. Teraz jak tak patrzę, to jakby krawędzie wygładzić, zrobić z nich taką chmurkę, to by było całkiem nieźle. No ja to robiłam pacynką, albo w sumie patyczkiem higienicznym, bo w tej palecie Choco Bons ta pacyna się szybko zepsuła, więc no 😅. Poza tym, to moje oko z tym makijażem wygląda trochę jak oko bohaterki z czołówki kreskówki "Winx Club". Nie wiem dlaczego, ale mi się z tym kojarzy. Może to dlatego, że za młodu naoglądałam się tego 🤷‍♀😆. W każdym razie, wracając do rzeczy, ja próbowałam dalej kombinując z nową paletą i wykombinowałam to:


12.10.2018

To by było dobre, gdyby nie byłoby takich ostrych granic nałożonych cieni. Tak jak w poprzednim makijażu. Jakby z tych cieni wydobywała się taka właśnie chmurka, to mogło by być to dobre. No i jeszcze jakby bardziej odciąć tym jasnym kolorem od kącika oka w górę, żeby więcej tego jasnego było, to chyba też poprawiłoby sytuację. Tam myślę. 

Podążając za podpowiedziami z internetu próbowałam majstrować z różnymi kolorami, które były na przykład kompletnie od siebie różne. Oczywiście to nie było idealne, bo to były jakieś tam moje eksperymenty. Próbowałam osiągnąć gładkie przejścia, żeby nałożone kolory wyglądały ładnie. Ale do tego była jeszcze długa droga. 

26.12.2018


Niestety nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia makijaży, które faktycznie robiłam w dniu jakiegoś wesele, czy na przykład z sylwestra i innych wydarzeń, gdzie odważyłam się zrobić swój nie-profesjonalny makijaż. Jestem w trakcie robienia czystek w folderach ze zdjęciami i jak na razie się nie natknęła, więc albo nie robiłam zdjęć, albo one mi gdzieś przepadły. Jeżeli coś znajdę w dalszych poczynaniach z czystkami, to gdzieś tam może pokażę. Ogólnie moją pisaninę o makijażu miałam zacząć inaczej, ale stwierdziłam, że w sumie to przydałoby się zacząć od początku, tak by było najsensowniej. Więc będzie tak jakby druga część, a w tym drugim wpisie będę pisać tak jak planowałam. 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie wspomniałam. Otóż ja jako już wspomniany naczelny buntownik, nie używam czegoś takiego jak podkład, rozświetlacz, czy bronzer, bo uważam to za niepotrzebne. No ale ja jestem dziwna, co na to poradzę. Może kiedyś to się zmieni, kto wie. Z jedną rzeczą zmieniłam zdanie, więc no.

A jak zmieniło się moje podejście do makijażu od tamtego czasu? No poza tym, że nadal uważam za niepotrzebne wspomniane przed chwilę, bronzery, rozświetlacze i inne, to spodobało mi się malowanie oczu, spodobało mi się bawienie z cieniami, robienie z nich czegoś i podoba mi się to, jak to u mnie ewoluowało. Dodatkowo z czasem, jak już trochę lepiej wychodziły mi te makijaże (nawet te robione pacynkami i patyczkami higienicznymi), to sposób w jaki te cienie się mieszały, przypominały mi kredki i to chyba był główny powód, dlaczego ja się tak bardziej zajarałam makijażem. Przypomina mi to trochę jakąś artystyczną formę, widziałam dużo bardzo kreatywnych umalowań oczu i mi się to podobało. Ale są też granice no i jak ktoś przedobrzy to jest szansa, że mi się nie spodoba. Ja lubię kreatywno-artystyczne rzeczy, więc mnie przyciągają do siebie, nawet w formie makijażu. Ja na Pintereście nawet tablice mam nazwaną "Make-Up", także to jest ten level. 

Co jeszcze się zmieniło? Otóż zdecydowałam się na zakup dwóch pędzli, jeden płaski, mocno zbity, równo ścięty, a drugi też płaski, ale ścięty na okrąg i tak jakby pocieniowane włosie ma i jest taki miękki. Postanowiłam sprawdzić, czy ułatwią mi życie i malowanie oczu. Oczywiście okazało się, iż to bardzo przydatne narzędzie i po jakimś czasie ich używania zaczęło mi czegoś brakować w tych dwóch pędzlach i kupiłam sobie trzeci, okrągły, którym łatwo się manewruję. Ale po czasie i jego używania zaczęło mi czegoś brakować i chce sobie kupić podobny, tylko trochę mniejszy od tego co mam. Jak na razie nie trafiłam na taki co by mi pasował. Moje zainteresowanie wzrosło do tego, że mam na oku dwie paletki, które chciałabym kupić. Dobra, na razie to tyle z mojego pisania. Jak już wspominałam, będzie tak jakby druga część tego wpisu, bo to tak jakby nie koniec moich początków, jeszcze po tych dwóch zakupionych paletkach coś się działo. A teraz się żegnam.