czwartek, 25 maja 2023

Playlista 37.

Ogarnęłam stronę na Facebooku, ogarnęłam Instagrama, to teraz mogę ogarnąć coś na blogu 😛.


1. Slipknot - Finale
Finał na początek. Jest to też finalny utwór na płycie "The End, So Far". Uwielbiam melodię, która zaczyna i kończy ten utwór, a pomiędzy jest mocniejsza partia. Wokal też jest taki łagodny i brzmi trochę, jak ktoś zmęczony życiem przyjmuje coś kolejnego na klatę, a jakby został spytany, to by powiedział, że jest przyzwyczajony. A tak ogółem kolejny świetny kawałek na playlistach i kolejny smutny do kolekcji 😅.





2. Wednesday Addams - Paint It Black
To jest taki vibe! Oczywiście zostało to po obejrzeniu serialu "Wednesday". Scena z tym utworem była świetna, a ta wersja "Paint It Black" jest genialna. Nim wyszedł oficjalny soundtrack tego serialu, to ja słuchałam tego z fragmentu tej sceny, który ktoś wstawił. Fajnym zabiegiem twórców było to, że wykonawca tego to Wednesday. Podobnie jest z Twitterem, publikowane jest tam, jakby to Wednesday pisała. Co ciekawe, "Paint It Black" w oryginale mnie nie porywa, tak jak ta wersja z "Wednesday", czy cover od Leo z Frog Leap Studios.




3. Nickelback - Just One More
Nie wiem czym zrobione są dźwięki rozpoczynające ten kawałek, ale podobają mi się i zahaczają się u mnie w głowie. Podobają mi się lekko przytłumiony jakby wokal, na przykład w pierwszej zwrotce. Cała kompozycja ma swój klimat i kojarzy mi się z jakąś sceną w filmie, gdzie bohater by coś przeżywał, albo robiąc coś poświęcał się dla kogoś.




4. Iggy Pop - Strung Out Johnny
Usłyszałam to w radiu i wystarczył jeden raz, żebym zakochała się w brzmieniu tego numeru. Ta gitara rozpoczynająca ten utwór, a potem riff, który dołącza, no poezja, a przy nich jest jeszcze fajny synth dźwięk. Wokal brzmi świetnie. A i nazwa płyty z której pochodzi ten utwór bardzo fajny, "Every Loser".




5. Skillet - Psycho in my Head 
Mocny, energiczny, melodyczny, chwytliwy kawałek. Zespół wypuścił wersję deluxe swojego najnowszego albumu "Dominion", gdzie swoje miejsce znalazł między innymi ten utwór.




6. Self Deception - Fight Fire With Gasoline
Złapane z co piątkowej playlisty na Spotify. Podoba mi się, jak ten utwór się zaczyna. Podoba mi się, jak z początku budowane jest napięcie, i w melodii, i w wokalu. Świetny refren z powielonym wokalem. Bardzo mi się podoba jak brzmi wokal. Lubię moment, rozpoczynający się od "I'm half-dead". Wcześniej nie znałam tego zespołu, nadal znam tylko ten jeden utwór. Fajnie, jak coś takiego Spotify zaproponuje. Ale to nie było tylko to.




7. Weathers - Where Do I Sign?
Ten utwór razem z tym powyższym został zasłyszany. Podoba mi się sposób, w jaki śpiewa wokalista. Brzmi, jakby nic go nie obchodziło, tak lekceważąco, na wyjebce. A w refrenie lubię, jak akcentuje "Help me los my mind...". Jest też fajna gitarowa solówka. 




8. New Order - True Faith
Uhuhu, klasyczek. Kojarzyłam to wcześniej, wiadomo, przewinęło się gdzieś kiedyś, ale dopiero teraz został ten utwór ze mną na dłużej. A to wszystko przez Instagrama, i nawet chyba ktoś kogo obserwuję użył do rolki, i to nawet nie "True Faith" tylko "Blue Monday". Dodatkowo w tym czasie taka jedna streamerka miała to na swojej playliście i często leciało na jej transmisji. Któregoś razu pomyślałam, że zobaczę co tam jeszcze New Order gra, i natknęłam się na "True Faith", po którego usłyszeniu miałam takie "kurde, ja to kojarzę!". I od tamtej pory przez długi czas słuchałam tego codziennie, po kilka razy, bez przerwy. I cały czas w głowie miałam "I used to think that the day would never come...". Jako gratis daję też wersję na żywo, bo to też inny wymiar. Uwielbiam to, jak zaczynają grać "True Faith", świetny jest ten dłuższy początek. W ogóle na żywo, to tak inaczej brzmi ten utwór, słychać żywe instrumentu i jeszcze muzycy wprowadzają jakieś zmiany i tworzy to tą magię muzyki na żywo.





9. The Cure - A Forest
Kolejny świetny kawałek. Usłyszałam go w radiu. I są dwie opcje, bo dokładnie nie pamiętam jak to było. Pierwsza opcja, to nie mogłam usnąć i próbując usnąć go usłyszałam, a druga opcja to w trakcie powolnego wybudzania się ze snu zaczęłam słyszeć ten utwór. Tak tylko wspomnę, że ja do snu włączam radio, bo nie lubię usypiać w ciszy. Jaki ten utwór ma klimat, te gitary, te klawisze, ta melodia! Po prostu czysta magia. Dodatkowo byłam w nastroju pasującym do tego numeru. A na instrumentalnym outro, to ja się rozpływam. Tutaj również dołączam wersję na żywo, bo ma jeszcze lepszy, właściwie takie pogłębienie klimatu tego utworu. Usłyszeć wykonane na żywo dźwięk klawiszy, potem gitary i jak dołącza reszta instrumentów, a do tego patrzeć na relację między muzykami na scenie, to czysta przyjemność. Pod koniec jest integracja z publicznością, co też jest piękne. Dodatkowo ta publiczność jest w kompletnie różnym wieku, co jest również niesamowite. 





10. Palaye Royale - Eleanor Rigby
Znam ten utwór w oryginale i w wersji zespołu Pain. W sumie to ta druga była pierwsza 😛. Wersja od Palaye Royale również mi się podoba. Jest zrobiona rzecz jasna w stylu zespołu, a on mi się bardzo podoba. Jest oryginalny i przypomina mi klimaty królewskie, albo szlachecki. 




11. Badflower - Move Me
Jak poznawałam muzykę tego zespołu, to trochę zignorowałam ten utwór, tak samo jak całą EPkę "Temper". Ale zespół koncertował i na jednej z relacji na Instagramie było, jak grali ten utwór na żywo i moją uwagę zwróciła gitara rozpoczynająca ten utwór. Dlatego wróciłam do tego kawałka. I jakie to jest arcydzieło! Poza świetną gitarą na początku, jest piękny wokal w którym słychać emocje, jest delikatny, jest i krzyczany. Początek jest spokojny, potem dołączają instrumenty. Piękny to jest utwór.




12. Disturbed - Part of Me
Nie wiedziałam, który kawałek wybrać, ale w końcu padło na ten. Pewnie przez to, że jest tu kultowe "Oh wa ah ah ah" wokalisty zespołu. Mocny kawałek z fajnym bridgem.





13. The Cramps - Goo Goo Muck
Kolejna pozostałość po "Wednesday". W sumie fajnie, że twórcy w serialach używają takich starszych kawałków. One są takie charakterystyczne na przykład dla lat osiemdziesiątych  (to zależy z jakiego czasu jest dany utwór). A jeszcze jak taki kawałek wpisuje się w moje gusta, no to tym bardziej. Choć i są takie, które nie koniecznie wpisują się w moje ramy, a jednak mi się podobają. 




14. 2Pac - Hit 'Em Up (Dirty)
Ten numer był w jednym z odcinków "Euphorii". On nie zainteresował mnie od razu, choć został świetnie wykorzystany w pewnej scenie, bardzo mi się podobało. Już nie pamiętam, czy oglądałam coś na temat tego serialu, czy zrobiony przez kogoś filmik typu najlepsze/najśmieszniejsze/czy jakieś inne sceny z serialu, ogólnie z całości, albo z główną bohaterką, Rue. No gdzieś w takich okolicznościach złapałam się z tym utworem. I to było jakiś czas po skończeniu oglądania serialu. No i utkwiło mi to w głowie. A jak elegancko do samochodu pasuje.




15. Gorillaz - Cracker Island
Kliknęłam w występ na żywo, to było chyba w jakimś programie telewizyjnym, albo jakieś rozdanie nagród muzycznych i Gorillaz wykonywali na żywo "Cracker Island". Kawałek wzbudził moje zainteresowanie poprzez to wykonanie na żywo i między innymi to, jak wokalista śpiewa przez megafon, żeby był ten taki charakterystyczny efekt na głosie. Zainteresowało, więc sprawdziłam wersję studyjną tego utworu. No i od tamtej pory został w mojej głowie na jakiś dłuższy czas. Bardzo fajne brzmienie. Podoba mi się gitara, bas czy klawisze. Brzmienie wokalu również. Jak słucham tego numeru, to czuję się na takiej wyjebce, że w sumie to już mi wszystko jedno.




16. Rock Symphony 17 Rammstein - Sonne
Pewnego razu YouTube zaproponowało mi wykonanie, w pewnym sensie cover utworu Rammstein, "Sonne". Albo wyhaczyłam to gdzieś indziej w internecie, już nie pamiętam. Ale to jak brzmi ten kawałek w wersji symfonicznej, to to jest poezja i spełnienie moich marzeń. Bardzo podoba mi się "Mein Herz Brennt" piano version, ale też w normalnej wersji ma w sobie symfoniczne elementy. Ten utwór, jak i "Sonne" bardzo pasowały mi do wersji symfonicznej, czy coś w tym rodzaju. "Deutschland" na końcu teledysku też ma takie piano zakończenie. I dopóki nie trafiłam na to wideo, sądziłam, iż nikt tego nie zrobił. Symfoniczne "Sonne" to coś cudownego. Do wszystkich instrumentów typowych dla symfonii dołączona została gitara elektryczna. Do tego chór, który co jakiś czas się odzywał i to dodawało klimatu. Pod koniec jest takie "ooo oooooo" wykonane przez jeden kobiecy głos i słuchając pierwszy raz, to miałam przy tym ciarki. I prawie się wzruszyłam (tak czasami reaguje na muzykę).




17. PALAYE ROYALE - King of the Damned
Pierwsze powtórzenie zespołu na tej playliście, ale chciała, żeby się tutaj znalazł ten utwór, bo bardzo lubię jego brzmienie, bardzo lubię i trochę utożsamiam się z tytułem. Miałam kłótnie ze sobą, czy wziąć ten, czy "Eleanor Rigby", a że to będzie ostatnia playlista z zeszłego roku, to stwierdziłam, że walnę dwa utwory w tym, jak i w innych przypadkach.




18. YUNGBLUD - Time In A Bottle
Kiedy szukałam tego utworu w oryginale w Spotify, gdy chciałam dodać go do playlist, wyświetliła mi się też wersja od Yungbluda i z ciekawości ją odtworzyłam. Okazało się, że było to warte sprawdzenia. Pominęłam kompletnie fakt, że jest on do filmu, któregoś tam z kolei, "Fast&Furious", bo nie lubię tej serii filmów. Zaczyna się spokojnie, tak jak w oryginale, a od połowy jest rockowym kawałkiem. I uwielbiam to połączenie. Bardzo podoba mi się ta spokojna część, jak i ta rockowa, oraz przejście między nimi. Ach ta gitara zaczynająca grać w tej drugiej części 😌. Słychać też muzyczny styl Yungbluda, który bardzo mi się podoba. Słychać jego w tym utworze.




19. Gorillaz - Rhinestone Eyes
Gorillaz po raz drugi. Ten utwór również odtwarzałam mnóstwo razy. Jest świetny. Poznałam go kiedy, powiedzmy, miałam obniżony nastrój, i idealnie mi pasował. Jego brzmienie kojarzy mi się z sytuacją, gdzie człowiek ma już wszystkiego dość, już mu wszystko jedno, i nawet jak gdzieś się coś pali, to on nie przejmuje się nadto, bo jest przyzwyczajony, gdy dzieją się złe rzeczy i na luzie pije sobie piwo.




20. Slipknot - Adderall
Pierwszy utwór z płyty, na końcu. Na początku trochę ignorowałam ten kawałek. To dlatego, że po premierze "The End, So Far" ciągnęło mnie do tych mocnych, ciężkich, gitarowych dźwięków, które oczywiście były. "Adderall" brzmiało dla mnie wtedy dobrze, wpadało w ucho, ale włączyła mi się ta ignorancja. Natomiast któregoś razu, gdy przesłuchiwałam ten album w całości, to niespodziewanie "Adderall" tak mnie złapał, że nie mogłam się od niego uwolnić. Dotarło do mnie, jak cudowna to kompozycja. Tak jak się zaczyna, to jak wkracza wokal, i w ogóle, jak pięknie, łagodnie brzmi wokal w tym utworze. Idealnie pasował, gdy miałam ten, obniżony nastrój.




To by było na tyle, moich muzycznych wywodów.

Adieu.


wtorek, 23 maja 2023

Lublinalia... I trochę Kultu.

Cały czas obserwowałam, czy nie pojawiają się jakieś informacje o Juwenaliach. Bardzo dawno nic nie było, nic się w mieście nie działo i na ostatnim koncercie byłam w listopadzie zeszłego roku. Cieszyłam się, gdy najpierw Politechnika Lubelska ogłosiła swoje Juwenalia, ale okazało się, że nie będzie tam artystów, którzy by mnie zainteresowali, a potem, gdy zostały ogłoszone Lublinalia. 

Gdy ogłaszali artystów, którzy mieli wystąpić na Lublinaliach, znowu się zawiodłam, do momentu, aż ogłosili, że na tej imprezie zagra Kult. Ucieszyłam mordę, jak głupia. Z przyjemnością chciałam posłuchać ich muzyki na żywo. Nawet żartowałam, że jeśli będzie padać deszcz, to i tak pojadę. Do mnie dołączył się tata. Przyjechał z zagranicy na chwilę do polski, i w sumie się ucieszyłam, że też będzie mógł skorzystać, bo będąc za granicą za bardzo nie ma nic do roboty.

Kult miał grać o 22:30, czyli cały dzień był do dyspozycji. Dlatego wykorzystałam go sprzątając dom, bo kolejnego dnia w moim domu miała być rodzinna impreza. Po tym sprzątaniu byłam zmęczona, ale mimo to ogarnęłam się, uczesałam, zrobiłam makijaż, jak to ja się śmieję, makijaż życia i cieszyłam się, że na zakończenie dnia, mimo zmęczenia, posłucham sobie Kultu na żywo.

Wyjechaliśmy z tatą półtorej godziny przed czasem, jakim miał grać Kult, żeby na spokojnie dojechać, zaparkować i dojść na miejsce. Gdy już zaparkowaliśmy, zauważyliśmy, że ludzie idą w przeciwnym kierunku od wejścia na teren tych Lublinaliów. No ale ja stwierdziłam, że trzeba iść tam, gdzie jest wejście.

Gdy doszliśmy na miejsce, było tam dużo ludzi. Jeszcze nie wiedzieliśmy co się działo. Zauważyliśmy, że tłum to nie jest po prostu tłum, tylko bardzo długa kolejka... I to z trzech stron. Stojąc w niej przez jakiś czas, spokojnie można było zauważyć, że ona kompletnie nie ruszała do przodu. Pomyśleliśmy z tatą, że jest dużo czasu i powinno nam starczyć...

Kolejka co jakiś czas szła do przodu, o krok, może dwa. Im bliżej byliśmy wejścia, i im dłużej tam staliśmy, ludzi zaczęło gromadzić się jeszcze więcej. Wkrótce okazało się, że bramy są zamknięte i ludzie ani nie są wpuszczani, ani wypuszczani. Niektórzy sprawdzali co dzieje się za bramą, na terenie Browaru Perła, tam gdzie miała miejsce ta cała impreza, i okazało się, że tam jest mnóstwo ludzi, którzy chcą WYJŚĆ. Przed bramą było bardzo dużo ludzi, za bramą było dużo ludzi. Przed wejściem był ścisk i gdyby ktoś wpadł na pomysł, żeby wypuścić ludzi z terenu Perły, to zrobiłby się chaos, jeszcze większy ścisk i byłoby niebezpiecznie. Już przed bramą było niebezpiecznie, obok nas zemdlała dziewczyna, mimo, że i tak nie byliśmy tak blisko bramy, jak niektórzy. W pewnym momencie zaczęłam się bać, że dojdzie do takiego ścisku, że będzie tak jak na feralnym koncercie Travisa Scotta.

W końcu przyjechała policja, ci w hełmach i z tarczami, i zrobiła korytarz życia dla tych co chcieli wyjść. Wyszło tak dużo ludzi, że to szok. I mimo, że mnóstwo ich wyszło, to ich ilość się nie zmniejszała. Mimo to, że po jakimś czasie dużo osób wyszło, to nadal nie wpuszczali.

W trakcie tego wszystkiego można było dowiedzieć się od ludzi, że na rapera, White, który grał przed Kultem, chciało wejść dużo osób i przez limit osób na terenie imprezy zamknęli bramę i więcej ludzi nie wpuszczali. Moja siostra cioteczna stała dwie godziny w tej kolejce i powiedzieli im, że mają iść. Dlatego znaleźli się tacy, co stali się agresywni i ochrona musiała użyć gazu, na co potem ludzie narzekali, ale ja ochronę w pełni rozumiem.

W pewnym momencie policja puściła ludzi wszystkich tak, by byli po stronie wejścia, ci co nadal niezłomnie stali w tłumie kolejki i zaczęto wpuszczać na teren Browaru.

Po ponad półtorej godziny czekania, prawie utraconej wiary, kiedy już było wszystko jedno, kiedy Kult już grał nawet nie wiem ile, udało się wejść. Przy okazji teren imprezy okazał się jednym wielkim BAGNEM.


Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Za każdym razem, gdy szłam na jakieś Juwenalia, to zazwyczaj był porządek. Na ostatnich Juwenaliach na Politechnice na jakich byłam w 2019 roku (chyba) było zorganizowane WEJŚCIE i WYJŚCIE i nawet gdy było dużo ludzi, to to jakoś ogarniali. Natomiast Lublinalia, to kompletna klapa organizacyjna. Niby brama była przedzielona, ale coś nie pykło. Ludzie powinni być kierowani, być pod jakąkolwiek kontrolą. Powinno być zadbane, by wyjście nie było zastawione. A przede wszystkim, powinna była zostać wybrana INNA LOKALIZACJA, a nie mały skrawek ziemi jak na Festiwal Kolorów. Też na terenie Lublinaliów było inne wejście, nie wiem dokładnie z której strony, ale otworzyli je by wypuścić ludzi, jak było już za późno. Ono w ogóle to powinno być normalnym wyjściem dla ludu. Wiadomym było, że po tak dużej przerwie będzie chciało przyjść wiele ludzi. Dodatkowo diametralna zmiana gatunku z rapu na rock, do tego w jednym i drugim przypadku popularnych wykonawców. Przecież ci z tego rapera, prawdopodobnie co najmniej z dziewięćdziesiąt procent wyszła, a tyle samo, jak nie więcej chciało wejść na Kult. Plus czas w jakich artyści wchodzili na scenę. White o 21:30, a Kult o 22:30. Przecież to za mało czasu, żeby ludzie się przegrupowali.




Po sobotnim wieczorze ludzie nie pozostawili suchej nitki na organizatorach. Ludzie zaczęli pisać pod różnymi postami, że to co się działo, to kompletna żenada i porażka organizacyjna. Ludzie pisali, że mimo wolnego miejsca na terenie, nadal nie wpuszczano ludzi, mało tego, że na prędkiego zabierali banery, że darmowe koncerty. Widziałam też komentarze, czy będąc jeszcze na miejscu przed wejściem, że połowa miejsca przed sceną była pusta i Kult nie chciał grać, ale nie wiem, czy to akurat prawda. Pojawiały się też komentarze humorystyczne, tak jak pod postem o rzeczach zgubionych przez uczestników, a jeden użytkownik spytał, co ze zgubioną godnością (śmiechłam, nie powiem).




Pod postem Lublin 112 odbyły się śmieszki. Redakcja zapytała, czy udało się wejść na koncerty. Jeden się spytał, jak sytuacja, i dostał w odpowiedzi ciasna, zaś inny spytał się, czy na zdjęciu jest kolejka czy koncert, w odpowiedzi dostał, że support. Też śmiechłam. Warty jest też komentarz od Justyna Justyna, który mówi, jak to było koło 20.





To co się działo nie dawało mi spokoju i do 3 nad ranem czytałam komentarze ludzi. Z resztą widać po screenach 😅. Moja głowa do teraz ledwie trawi to co się wydarzyło. To dla mnie niewiarygodne wręcz. Mi i tacie udało się dostać na te mniejszą połowę koncertu tylko dlatego, że byliśmy dość blisko bramy w tym tłumie. Sprawę opisał też Lublin 112 i warto sobie tam poczytać (wystarczy kliknąć w obraz). 



A tu jeszcze widok na tłum...


A tu teren, gdzie postanowili zorganizować tą imprezę. To ten zielony kawałek, nad którym kręcę mapą.



A na koniec tego segmentu parę słów od zespołu Kult, który był zaniepokojony, tym co się działo. Wychodzi na to, że organizatorzy stworzyli warunki to zmartwień i dla ludzi i dla zespołu... Mam nadzieje, że faktycznie jeszcze Kult przyjedzie tego lata do Lublina, na godniejszy koncert i że bez zmartwień będzie można na spokojnie przyjść i posłuchać ich muzyki na żywo.





Czas na coś odrobine przyjemniejszego. Mimo, że było to trochę słodko-gorzkie. Stwierdziłam, że skoro udało się tam dostać i byłam pod sceną, to że wykorzystam to ile dane mi będzie. I akurat jak znaleźliśmy sobie z tatą miejsce między ludźmi, i błotem 😆, Kult zaczął grać swój ikoniczny utwór, "Arahja". Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki bardzo ucieszyłam się, że i usłyszę ten utwór, i że udało się przyjść w takim momencie, że załapaliśmy się na niego. Nie dość, że genialny utwór, na żywo, to do tego to co bardzo lubię na koncertach, głos LUDU! Niesamowitym uczuciem jest słyszeć jak publiczność jednym chórem śpiewa razem z wokalistą 😍.



Byłam trochę oszołomiona tym co działo się przed wejściem, i nagłośnienie nie było jakoś super, więc miałam trochę opóźnione reakcje, jaki utwór zaczyna zespół grać. Następnym zagranym utworem był "Hej, czy nie wiecie", czyli ponownie, klasyk. 



Z przyjemnością usłyszałam na żywo wykonane "Lewe Lewe Loff", "Celina", czy "Prosto". Oczywiście z wielkim fartem udało się usłyszeć "Baranka", przy którym publiczność również pokazała co potrafi. 




Było też ojojojojojoj, czyli "Piosenka młodych wioślarzy". Jest możliwość, że o czymś zapomniałam, ale to wszystko było zwariowane. Cieszę się, że mogłam być choć na cząstce tego koncertu. Próbuję też tym cieszeniem się przytłumić, co to się działo.





Do dyspozycji jest też internet i dzięki niemu znalazłam nagrania, gdy zespół wykonywał "Wódkę" i "Polskę". No chociaż tyle.

Kult - wódka live Lublinalia maj 2023 Browary Perły Bernardyńska

Kult - Polska , live , Lublinalia maj 2023



Lublinalia ogłosiły, że wracają za rok i wydali jakieś napisane coś, ale nawet nie chce mi się tego wklejać. Ja byłam tylko w sobotę i nie wiem jak było w innych dniach, jest możliwość, że mogło być lepiej, ale też nie było tak diametralnej zmiany gatunku muzycznego. Mam nadzieje, że za rok wyniosą wnioski z tego co się działo, że dało to im lekcje. Jeżeli będzie coś dla mnie to się wybiorę i przetestuję 😛. 

Adieu.


piątek, 5 maja 2023

To miał być szybki rysunek.

Mam pomysł na dwa rysunki i chce je zrobić w szkicowniku. Dlatego przeglądałam sobie ten swój szkicownik, co ja tam mam. Okazało się, że ostatni rysunek narysowałam dość dawno. I mając już rysować to, co planowałam, w ostatniej chwili zdecydowałam, że wypadałoby narysować coś, co by wprowadzało w bieżący rok. Rysowałam takie wprowadzenia do roku 2018 (jeszcze w szkole, w czasie szkolnych nudów) i 2019. A potem mało się tam działo. Znaczy, i tak tam jakoś dużo się nie działo, no ale w pewnym momencie nawet jednego rysunku tam nie narysowałam. No i zastanawiałam się, co takiego można by było narysować. Chciałam coś szybkiego, prostego, żeby za długo nie siedzieć przy nim. No i szukałam inspiracji po moich ostatnich rzeczach, które oglądałam, rzeczy które lubię, które mnie interesują. No po prostu chciałam, żeby to jakoś nawiązywało do mnie, w końcu to ja chciałam coś stworzyć. Ostatecznie postawiłam na motyw, który mi się podobał, a którego arty widziałam w internecie. A chodzi o odtwarzacz Spotify. Ludzie tak jakby personalizowali te odtwarzacz, robiąc je pod siebie, głównie jako grafika i wklejali jakieś swoje teksty, jakieś obrazki i tym podobne. Miałam jakiś wstępny zarys tego, co chciałam narysować i zaczęłam robotę.

Na komputerze miałam screenshoty z takiego odtwarzacza Spotify, jakieś randomowe, nie wiadomo po co mi to było. One robiły mi za wzór. Wzięłam linijkę i zaczęłam odmierzać odległości tak, by mój odtwarzacz był mniej więcej na środku kartki szkicownika. Po zaznaczeniu miejsc, z pomocą linijki wyrysowałam linie. W środku tego, co narysowałam, ponownie zaczęłam wyznaczać, gdzie co powinno się znajdować. Na początku tak mniej więcej, żeby potem dopracować szczegóły. Na bieżąco wymyślałam nazwę playlisty, nazwę artysty i utworu, czy okładkę, czas trwania i tyle ile przeleciało utworu. A przyciski serduszka, poprzedniego i następnego utworu, i chyba blokady, no to już z góry wiadomo, gdzie było trzeba je umieścić. Wiadomo, że skoro to ma być wprowadzenie do 2023 roku, no to to poszło jako okładka tej niby płyty/singla. Zabawa była z resztą i pół żartem, pół serio rysowałam literki nazw. Playlista to "sadge", tytuł utworu to "New Year", a nazwa artysty to "trying to survive", utwór poleciał trzy sekundy, bo zaczynałam to rysować w marcu i tak zostało, a czas całkowity trwania utworu, to "6:66".




Do tej pory szło gładko. Schody zaczęły się, kiedy chcąc robić tą niby okładkę z 2023 chciałam, żeby było coś więcej, niż tylko cyfry. Sęk w tym, że kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Przez dłuższy czas nie wiedziałam, co zrobić, a kiedy czułam, że przez to traciłam czas, to zajęłam się którymś wpisem na blogu. Poza tym, że nie marnowałam więcej czasu, to przy okazji z racji tego, że zajęłam się czymś innym, to moja głowa odpoczęła od rysunku i potem podeszłam do niego ze świeżym spojrzeniem. Z wpisem mi się zeszło, dłużej niż chciałam ale okazało się, że miałam rację, bo wpadłam pod koniec pracy nad nim, co dalej robić z rysunkiem. Wiem, że coś zobaczyłam w internecie, ale nie pamiętam co to było, dało mi to pomysł, że takie pęknięcie będzie fajne. Wyszukałam w Google "cracks drawing", czy coś podobnego, i znalazłam taki wzór, jaki mi się spodobał. Nie rysowałam tego jeden do jednego, tylko dopasowałam to do swojego rysunku. 





Postanowiłam jednak, że nie będę ryzykować i szkic zrobiłam na kartce obok. Gdy okazało się, że to co narysowałam ma sens i wygląda całkiem nieźle, to szkic przekalkowałam dopasowując go do rysunku, bo na szkicu ta dziura z pęknięciem było delikatnie za nisko, a przekalkowałam trochę wyżej, żeby lepiej to pasowało jako tło do tych cyfr.





Cyfry zrobiłam czarnym cienkopisem, ale nie pomyślałam, że to pękniecie też ma być czarne, więc obrysowałam te cyfry jeszcze czerwonym cienkopisem i wtedy mogłam zrobić to pęknięcie czarne. Gdy miałam robić tło kredkami, to ogarnęłam, że miałam robić je w fiolecie i musiałam się zastanowić, czy ten fioletowy będzie pasować do tej czerwonej obramuwki cyfr. Czerwony na pewno by pasował, ale ja za dużo rzeczy robię w czerwieni i chciałam coś innego. Wpisałam w Google coś w stylu "purple and red", żeby zobaczyć, jak wyglądają te dwa kolory razem. Okazało się, że to nie jest złe połączenie, więc zrobiłam pierwszą warstwę koloru. Zdecydowałam się, żeby pokombinować z dwoma odcieniami fioletowego, a tak by więcej się działo. W trakcie przyszło mi do głowy, że przy okazji poćwiczę sobie robotę z kredkami. Teraz tak sobie myślę, że w sumie, to chyba trochę za dużo te dwa odcienie i powinien być jeden, no ale tragedii nie ma, można przeżyć 😛.






Rezultat nie jest zły. I tak miał być to rysunek na luzie. Jedynie łączenie tych dwóch odcieni chciałam zrobić inaczej, żeby jeden w drugi gładko przechodził. Może człowiek nauczy się na błędach następnym razem (w szczególności, że mniej więcej wiem, co robię źle 😆).





Tło tej mojej okładki, czyli cały ten odtwarzacz Spotify, to jaśniejszy fiolet zmieszany z szarym, a ten szary na dole przechodzi w czerni. To przejście między szarym, a czarnym miało wyjść inaczej, no ale mi nie wyszło, nie postarałam się. Jeszcze papier w tym szkicowniku nie jest gładki i inaczej się na nim pracuje, niż na takim papierze A4 co mam. Aż zaczęłam myśleć, że na złej stronie kartki rysuje (i to przez pół szkicownika), ale wszystko wskazuje na to, że jestem jednak po dobrej stronie. Jak widać napisy pominęłam, by po naostrzeniu kredki porobić ze szczegółami. Plus miałam problem, jak ja to ogarne, bo te napisy takie małe. Okazało się, że naostrzoną kredką dało radę podziałać ze szczegółami, a potem biały żelopis zrobił dobrą robotę i wyszło całkiem spoko.





No i koniec. Tak wygląda skończony rysunek. Fajnie było rysować coś luźnego, niezobowiązującego, gdzie jakby coś nie wyszło, to bym się nie złościła. 




W trakcie pisania tego wpisu zapomniałam o nagraniach, jakie robiłam podczas rysowania, bo też nie miałam ich w folderze, gdzie mam zdjęcia i się nimi posiłkowałam w trakcie pisania. Ale to nic, bo zlepiłam wszystkie klipy w jedno i wrzuciłam na YouTube. I tak niektóre nagrania trzeba by było dzielić, więc lepiej to było zlepić i żeby wszystko robiło za jedną całość. Dobra, czas się pozbierać po majówce, bo było intensywnie, i brać się za kolejne rzeczy.

Adieu.



wtorek, 25 kwietnia 2023

Zbiorczo 5.

1. Dokument o Edzie Sheeranie.
Do tej pory pojawił się film i dwie książki o Edzie Sheeranie. Film był o tym, jak Ed tworzy swoją muzykę, a książki bardziej o jego drodze do popularności, do sukcesu. Natomiast w nowym, czteroodcinkowym dokumencie, zrobionym we współpracy z Disney Plus, pokazana zostanie jego bardziej prywatna strona, czyli o tym, o czym Ed bardzo mało mówi. Trailer rozłożył mnie na łopatki. I tak jak wszyscy, co promowali ten trailer, napisali, żeby przygotować chusteczki przed seansem, no to w zupełności się z tym zgadzam. Widok Eda, który siedzi w aucie i nie wytrzymuje i zaczyna płakać, poruszył nawet mnie, a mówią, że nie mam uczuć. Natomiast fanów urzekł też widok Eda dotykającego ciążowy brzuch swojej żony.
Na początku traileru Ed mówi, między cięciami w montażu, że ktoś taki jak rudy jąkała nie zostanie gwiazdą popu, a ja tylko się uśmiechnęła, gdy pierwszy raz oglądałam ten trailer, bo te osoby, co tak myślały, nieźle się pomyliły. Wkrótce zaczęło się. Pierwsze podpisywanie albumów, pierwszy raz w Ameryce, pierwszy wyprzedany koncert, największa trasa. W życiu Eda pojawiła się jego żona. I to jest to, o czym pisałam chyba w poprzednim "Zbiorczo", że wszystko się świetnie układało, Ed miał powody do szczęścia. Wówczas ze zdrowiem żony nie było dobrze, jego przyjaciel zmarł, a w życiu Eda gdy coś się dzieje, to pisze o tym piosenki
Jestem bardzo ciekawa tego dokumentu. Ile Ed pozwolił, żeby pokazać. Dobrze będzie poznać go od strony, której nie pokazuje. Znając już co nieco historię Eda i wiedząc, z jakim artystą mam do czynienia, z przyjemnością dowiem się jeszcze więcej o nim i o jego procesie twórczym. Fani Eda będą mieli święto trzeciego maja, bo właśnie tego dnia dokument będzie miał swoją premierę.

Ed Sheeran: The Sum Of It All | Official Trailer | Disney+


2. Linkin Park - dwudziestolecie albumu "Meteora".
Siódmego kwietnia pojawiła się jubileuszowa wersja albumu "Meteora". W najbogatszej wersji jest to box z płytami, winylami, DVD, naklejkami, plakatami i możliwe, że o czymś zapomniałam. Utwory na żywo, Live In Texas, dema, niepublikowane utwory, specjały z Linkin Park Underground. Na Spotify jest to 95 utworów. Z tej okazji zaczęły pojawiać się wywiady, było Q&A transmitowane na YouTube i fani mogli zadawać pytania zespołowi, a trochę wcześniej opublikowane zostały widea zza kulis z tworzenia "Meteory", nagrywanie utworów, sesja zdjęciowa, kręcenie teledysku, robienie artu do płyty, czy LPTV i nagrania z tras koncertowych też zakulisowo. To wszystko spowodowało, że zakochałam się w tym zespole na nowo. To był taki powrót tych uczuć i emocji, kiedy za dzieciaka odkrywałam świat Linkin Park. Jednocześnie zrobiło się nostalgicznie. Było to bardzo przyjemne. Przypomniało mi się, jak ledwo ogarniałam internet i z pomocą Wikipedii i YouTube poznawałam muzykę Linkin Park, słuchając wszystkiego po kolei z twórczości zespołu, często w paskudnej jakości, bo to ludzie wstawiali. Ja wtedy nie wiedziałam, co to prawa autorskie, legalne źródła słuchania muzyki i że ludzie robią przecieki, czy wstawiają to co było na LPU raczej nie do końca legalnie. Dlatego niektóre demówki znam, czy to z rocznicowego wydania "Hybrid Theory", czy to z "Meteory". Do tego chyba już całkiem minęła mi blokada, jaką miałam, do słuchania muzyki Linkin Park. Słuchając "Meteora|20" wróciło do mnie to, jak genialną muzykę tworzy ten zespół. Można powiedzieć, że na nowo odkrywałam ich utwory, bo miałam dłuższą przerwę od ich słuchania, przed tą przerwą byłam młodsza, inaczej słuchałam muzyki, na co innego zwracam teraz w niej uwagę, a dodatkowo lepiej znam angielski i to też jest nowy wymiar słuchania muzyki, bo kiedyś powtarzałam słowa tak jak słyszałam, nie znając w ogóle ich znaczenia, a teraz jak słucham i wiem co dane słowa znaczą po polsku, to mam takie fajne uczucie, że kojarzę te słowa, ale teraz wiem co znaczą. A przy okazji tego wszystkiego wróciłam do społeczności fanów Linkin Park, w której też dość długo nie byłam. Nie wiem dlaczego, ale mimo wypuszczenia "Hybrid Theory" z okazji dwudziestu lat od wydania, to przy dwudziestoleciu "Meteory" jest więcej zamieszania, w sensie, dużo więcej się dzieje. Jakoś większe echo jest przy tym albumie, no takie odnoszę wrażenie. Chyba po prostu mieli więcej materiału do pokazania fanom. 




3. Trailer do "Extraction 2".
Film "Extraction" z 2020 roku bardzo mi się podobał. Trafił w moje gusta, a dodatkowo w tamtym czasie dawno nie oglądałam czegoś z gatunku akcji. A to właśnie od filmów akcji zaczęłam swoją przygodę oglądania kina. Po obejrzeniu "Extraction" przekonałam się, jak tego gatunku mi brakowało i że fajnie sobie obejrzeć film tego typu. Teraz przyszedł czas na drugą część i to co zostało pokazane w trailerze mnie powaliło. Aż kilka razy go obejrzałam, a za każdym razem szczękę zbierałam z podłogi. Już sam montaż jest świetny. Na przykład postać wychodzi z kadru - pojawia się napis, jak jest wiele ludzi, to jeden przechodzi i pojawia się napis, przechodzi drugi i ten napis znika. W teorii to jest prosty zabieg, ale mi się jego efekt podoba. Większość trailera, to jedna scena, w której Tyler Rake walczy, dosłownie ze wszystkimi wokół, broniąc pewnej kobiety. Scena ta jest efektowna i wygląda jak one shot, a choreografia walki wygląda genialnie. Z trailera nie za bardzo można wywnioskować o czym dokładnie ten film będzie, ale na IMDb piszą, że Tyler Rake ma wydostać rodzinę i aby ich uratować infiltruje jedno z  najbardziej śmiercionośnych więzień. Będzie coś wspomniane w związku z tym, co zadziało się pod koniec pierwszego filmu, będzie jakaś zemsta i zapowiada się, że będzie ciekawie. Trochę mam wrażenie, że tą długą sceną mogli walnąć mocnym spoilerem, ale jeśli tym mieli ludzi zachęcić, zainteresować, no to jeżeli o mnie chodzi, to im się udało. Z przyjemnością obejrzę ten film, a będzie miał swoją premierę szesnastego czerwca. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.

EXTRACTION 2 | Official Teaser Trailer | Netflix


4. Powrót Green Arrowa i serialu "The Flash".
W jednym z odcinków finałowego sezonu serialu "The Flash" pojawi się, pojawiła się, (nawet nie wiem), postać Green Arrowa, która zginęła w Arrowverse. W jaki sposób wróci, co się tam wydarzyło, nie wiem, jeszcze tego finałowego sezonu nie oglądałam, ale w tym świecie było już chyba wszystko i wszystko jest możliwe. Zapowiedź tego odcinka wzbudziła u mnie nostalgię. Ja chyba stara się robię, bo ostatnio sama nostalgia mnie trafia. Anyway. Serial "Arrow" był pierwszym, jaki oglądałam i on zaczął seriale superbohaterskie produkowane przez The CW. Mimo, że z tym serialem bywało różnie, raz było wyżej, raz było niżej, to ja mam do niego wielki sentyment. Jako drugi pojawił się "The Flash" i pierwszy crossover w tym universum było właśnie między tymi serialami. I to było bardzo fajne, że w ostatnim sezonie "The Flash" twórcy w jakiś sposób doprowadzili do spotkania tych dwóch postaci. Można powiedzieć, że jak zaczęli, tak skończyli. Mam w planach obejrzeć wszystkie sezony "The Flash", bo od któregoś sezonu przestałam oglądać, a chodziło mi po głowie zrobić rewatch tych co widziałam, więc zrobię wszystko naraz, rewatch, obejrzę tych co nie widziałam i zobaczę ten finałowy sezon. A po obejrzeniu zapowiedzi odcinka z gościnnym udziałem Green Arrowa, tudzież Olivera Queena, zrobiło mi się tak miło. DO tego włączyły mi się wspomnienia, jak to właśnie zaczynałam oglądać "Arrow" potem "The Flash" i jak te dwie postacie się spotkały. Ale moje myśli poszły w stronę "Arrow" i jak to było, jak oglądałam ten serial, aż mi się zachciało go całego obejrzeć jeszcze raz, bardziej niż "The Flash". No cóż, bywa i tak. Ale jak tak przyszły mi wspomnienia, to przypomniała mi się historia opowiadana w tym serialu, szczególnie z początku. "Arrow" miało fajną historię, fajnego bohatera, fajnie był skonstruowany, bo były retrospekcje i one łączyły się z teraźniejszością. Dodatkowo ten serial był pierwszym, jaki oglądałam po angielsku, jako chyba od trzeciego sezonu, gdzie mój angielski nie był jakiś dobry. Z tego powodu też przydałoby się mi zrobić rewatch, bo pewnie trochę mi wtedy umknęło. Niesamowite, jak mała zapowiedź może wzbudzić tyle emocji.

The Flash 9x09 Trailer "It's My Party And I'll Die If I Want To" (HD) ft. Stephen Amell


5. Sytuacja między Seleną Gomez a Hailey Bieber.
Ostatnio było głośno w internecie o Selenie Gomez i Hailey Bieber. Inba zaczęła się, kiedy to Selena opublikowała na Instastories nagranie, gdzie pokazuje swoje wylaminowane brwi i w sumie śmieje się z tego jak wyszły. Niedługo na (chyba) Instastories Hailey i jej przyjaciółki, pojawiły się zdjęcia również wylaminowanych brwi, gdzie się oznaczyły i dodały podpisy, które brzmiały jak zaczepki w kontekście Seleny. Ludzie to zauważyli i zaczęli być głośni na ten temat. Jednak niektórzy nie zostali tylko przy tym i zaczęli przeprowadzać swoje śledztwo i pokazali między innymi, jak Hailey kopiowała stroje Seleny, program kulinarny Seleny, tylko prowadzony na YouTube, a w którym były skopiowane słowa, czy ujęcia kamery. Zaczęły mi się pojawiać jakieś Shortsy, Reelsy i inne tego typu rzeczy. W którymś był montaż z filmami/zdjęciami, gdzie Selena miała na sobie jakiś ubiór, a za jakiś czas Hailey była ubrana bardzo podobnie. Albo zdjęcie seleny z Instastories, albo po prostu z profilu na Instagramie, i bardzo podobne zdjęcie Hailey. Niektórzy pofatygowali się i dodali nawet daty. Były też takie, które pokazywały, jak Hailey jako fanka spotkała Justina Biebera, a potem dążyła by być z nim w związku. Poszedł ostry hejt na Hailey, większość stanęła po stronie Seleny. Selena od początku stała za tym, żeby nie dokuczać Hailey, dawała znać, że ona jest przeciwna temu co się działo. Nawet wstawiła się za Hailey, pisząc, że się ona odezwała prosząc o wsparcie, bo zaczęła dostawać pogróżki.
Poza tymi porównaniami, że Hailey kopiuje Selenę i tak dalej, to zaczynały pojawiać się różne teorie. W większości tych teorii trzeba brać na dystans, ale na niektóre to ciężko w nie jest wierzyć patrząc na to, co robiła Hailey. Wszystko wskazuje na to, że ludzie słusznie nazywają ją mean girl. Można się ubierać bardzo podobnie, albo robić bardzo podobne zdjęcia, ale jeśli to jest w niedługim czasie, jak zorbiła któreś z tych ta pierwsza osoba, no to jest trochę podejrzane. Ja nie popieram takiego zachowania, nie lubię takich ludzi, jak Hailey. Od niej bije taka wredność, że po trupach do celu, że jest intrygantką. Zadziwiające jest to, że Hailey zanim była sławna, a potem chyba jak już była rozpoznawalna, jeszcze przed ślubem z Justinem, to ona była fanką i Seleny, i Justina, i w ogóle ich jako pary, a teraz, jak już jest z nazwiskiem Bieber, osiągnęła jakiś tam sukces, to jakby wychodzi jej prawdziwa twarz. Więc są trzy opcje, albo udawała fankę Seleny, albo po drodze jej się odmieniło, albo faktycznie tak jak ludzie spekulują, że od początku to był plan w kierunku Justina, i że chciała się tylko przypodobać, albo dobrze wychodzić. 
Natomiast Selenę, to ja podziwiam. Nie raz się przekonałam, że jest to niesamowita osoba. Nie reagowała ona na zaczepki, wręcz robiła przerwę od social mediów, żeby nie widzieć tego co się działo, a do tego jeszcze broniła Hailey, z racji tego, że jest przeciwna hejtowi. W moich oczach Selena trochę utarła nosa tym, co jej dokuczali. Nie zaglądam już dalej, czy ludzie znaleźli coś nowego, albo coś nowego wymyślili. Wystarczy, że dałam się w to wciągnąć, bo ja zazwyczaj nie interesuje się takimi celebryckimi rzeczami. Tylko dlatego, że Selena była w to zamieszana, no to sprawdzałam o co chodzi.
Poniżej film od Suzanne Marie, w którym zobrazowane jest o co chodzi, trochę jest powiedziana o tej sytuacji. Z jednymi rzeczami zgadzam się bardziej, z innymi mniej, ale dla kontekstu film jest dobry. Zawsze to na filmie czasem lepiej jest pokazać niż w piśmie. Albo taki film może ułatwić pracę.

Czy Hailey ma obsesje na punkcie Seleny? Ile razy ją kopiowała?



Początek wpisu może być nijaki, bo musiałam na nowo wdrożyć się w pisanie. Tak to jest, jak tata z za granicy przyjedzie i dzień rozreguluje. Ale przynajmniej coś się działo 😛. Jeżdżenie traktorem, albo tata, który traktorem się zarył, to jest rozrywka na miarę polskiej wsi 😂. No, teraz muszę się wyrobić ze wszystkim do osiemnastego maja, bo tata znowu ma przyjechać 😅😆.

Adieu.


sobota, 15 kwietnia 2023

Kartka urodzinowa dla siostry ciotecznej z okazji osiemnastych urodzin.

Ostatnią pracą wykonaną w 2022 roku, była kartka urodzinowa. Pomyślałam, że skoro "nie mogę jej wiele dać", to dobrym pomysłem będzie zrobienie czegoś własnoręcznie, coś co będzie miało duszę (dusza nie istnieje, ale wiadomo o co chodzi), coś spersonalizowanego. 

Pomysł był. Wiedziałam, że chce narysować dziewczynę, w koszulce z numerem osiemnaście. Miałam dużo, ale jednocześnie nie dużo czasu, bo zaczynałam na początku lipca, a urodziny siostry ciotecznej były dwudziestego siódmego sierpnia, ale wiedziałam, że różne rzeczy lubią wypadać, a w sierpniu były również osiemnaste urodziny brata ciotecznego (choć w tym przypadku byłam kierowcą i niczego nie musiałam leczyć), a dzień przed urodzinami siostry miałam koncert Eda Sheerana, więc po koncercie wracałam w nocy by być na tej imprezie. Dlatego w lipcu od razu wzięłam się do roboty, by tą rysunkową część, która zajmowała najwięcej czasu, była gotowa, i w ogóle zrobić najwięcej roboty przed sierpniem.

Zamysł był, ale musiałam znaleźć podstawę. Wiedziałam, że ze względu na czas, na jego oszczędność (oraz moje lenistwo i iście na łatwiznę), ta rysowana dziewczęca postać będzie tyłem, bo nad nią zapowiadało się dużo roboty, a twarz jeszcze narysować, to bym się nie wyrobiła. Główną moją inspiracją był koszulka, któr bohaterowie zakładali podczas grania w Lacrosse z serialu "Teen Wolf". Obie lubimy ten serial i pomyślałam, że to będzie coś takiego naszego wewnętrznego. Jednocześnie chciałam, żeby zrobić to tak, że ci co nie znają serialu widzieli po prostu kartkę urodzinową, żeby ten akcent serialowy był taki wmieszany, a nie bił po oczach, że o, to z tego serialu. 




Moja pierwsza myśl, to wezmę sobie kadr z serialu, gdzie jakaś postać stoi tyłem, żeby numer na plecach było widać, dorysuje długie włosy, bo przecież ta koszulka jest taka luźna i nie widać sylwetki. Jednak po chwili stwierdziłam, że nie, trzeba podejść do tego profesjonalnie, trzeba to zrobić like a pro. Dlatego zaczęłam szukać podstawy, jak ja to nazwałam, czyli zdjęcia z którego narysuje pozę. No i szukałam jakiś zdjęć, czy wyszukiwałam frazy "girls playing lacrosse", ale nic nie mogłam znaleźć co by mi pasowało. W trakcie poszukiwań przypomniało mi się, że mam pewne zdjęcie Seleny Gomez z sesji dla Pumy (swoją drogą, jak chciałam znaleźć to zdjęcie, żeby je zanotować, jaką ma nazwę i w jakim jest folderze, to nigdzie go nie było i musiałam znaleźć go w internecie, chyba mi wyparowało 😆). Ja z tym zdjęciem miałam inne plany, które czekały od 2018 roku, i w pierwszej chwili się zawahałam. Pomyślałam jednak, że zdjęcie to można wykorzystać dwa razy jako referencję i postanowiłam, że się nim wspomogę. I tu zaczęły się schody...



Chciałam, i w sumie wypadało, żeby zacząć od podstaw. Więc odbyły się kolejne poszukiwania, jak się rysuje ludzi, a konkretnie kobiecą sylwetkę, stojącą tyłem, plecami. Poszukiwania dłuższą chwilę trwały, ale coś tam znalazłam. To był głównie Pinterest, i jedna taka grafika miała różne źródła. I też nie wszystko tu daję, z czego korzystałam, bo nie wszystko sobie zapisałam, miałam niektóre w kartach na przeglądarce i niewiele myśląc wyszłam z tych kart, jak coś było już mi nie potrzebne.





No i zaczęło się, szkicowanie... Oczywiście na początku te brzydkie szkice. Kanciasty, z figur geometrycznych zarys człowieka będącego tyłem. Pierwszy szkic nie jest jakiś najgorszy, ale nie wygląda dobrze. Rysując drugi szkic pomyślałam, że wykadruję szkicowaną postać tak, jak chciałam ją rysować, może to mi uprości. Otóż nie. Tak średnio bym powiedział. Przy trzecim szkicu pomyślałam, że spróbuję narysować takiego kanciaka na podstawie zdjęcia, z którego miałam rysować tę postać. Przez myśl mi przeszło, że kto wie, może coś wyjdzie. No i nie wyszło. Kolejny szkic z resztą też. Stwierdziłam, że czegoś nie widzę, że niby robię według wzorów, tutoriali, tak samo, krok po kroku, ale jednak coś przeoczam.





Dlatego wzięłam się do tego od innej strony. Doszłam do wniosku, że może potrzebuję się rozrysować, spojrzeć na niektóre rzeczy z innej strony, więc narysowałam kanciasty szkic całej sylwetki, oraz mniej kanciasty szkic całej sylwetki. No i te dwa szkice wyszły całkiem spoko. Pomyślałam sobie po tym powinno mi coś wyjść w tym moim docelowym rysunku, a jeżeli nie, no to ja nie potrafię tego narysować.




Zrobiłam kolejny brzydki szkic, z którym dalej nic nie mogłam zrobić. To nie napawało mnie optymizmem. Delikatnie zwątpiłam w swój projekt. Stwierdziłam, że zrobię jeszcze jeden szkic i w zależności jak on wyjdzie, to spróbuję zrobić z nim coś więcej i nie będę zważać na to, jaki jest kanciasty, brzydki i nie przypominającego tego co ma przypominać.




Narysowałam z mojego zdjęcia referencyjnego kanciaka, zignorowałam jak źle wygląda, choć kuło to w oczy. Jeśli dobrze pamiętam, to potem narysowałam zarys rąk, byle jaką głowę, ubrałam też tą postać. No ładne to to nie wyszło, ale i tak najlepsze z tych wszystkich szkiców. Zdecydowałam, że skoro to jest najbliższe temu, co chce narysować, no to spróbuję z tym coś zrobić.




Poprzedni szkic przekalkowałam, żeby to było czystsze, postać trochę zaokrągliłam, żeby ona nie była taka kanciasta, nadałam trochę tekstury koszulce, zmieniłam głowę i jakieś dłonie narysowałam. Jeszcze nie wiedziałam co zrobię tam na dole, poniżej koszulki, więc rysowałam tak jak jest na zdjęciu referencyjnym. No i ten szkic to taki nienajgorszy, więc można było iść dalej.




No, musiałam odnaleźć się w zdjęciach, bo zrobiłam je szkicom nie po kolei, jak były robione 😅 i miałam małego laga w pisaniu. Przekalkowałam ten poprzedni szkic i wykorzystałam to, że nie było jeszcze jakiś dopracowany i powiększyłam postać, bo była delikatnie za mała. Miała wiele do poprawy, więc to był dobry moment do powiększenia, bo przy tym też pewnie trzeba by było coś poprawiać. A tak poprawienia była jedna runda. Narysowałam też imię i numer na koszulce, bo na to też wydawał mi się dobry moment ponieważ założyłam iż na pewno nie wyjdzie mi od razu tak jak trzeba i trzeba będzie robić poprawki, a to najlepiej było robić razem z poprawkami postaci. 




Kolejny szkic, to oczyszczony szkic. Ogarnęłam trochę szczegółów i głowa trochę lepiej wygląda, a i ręka po lewej stronie kartki taka mniej wygięta. Następny szkic to ponownie dopracowywanie szczegółów. Dopracowałam ten rysunek cały czas przyglądając się w główne zdjęcie referencyjne, oraz w te poboczne, z którymi rysowałam na przykład głowę, czy włosy. Znaczy na tym etapie włosy to tylko zarys, bo nie widziałam sensu rysowania warkoczy skoro to nie jest ostateczny szkic, ale jego zarys też można było, i nie zaszkodziło dopracować, żeby potem mieć uproszczoną robotę z rysowaniem warkoczy.




Kolejny szkic miał już warkocze. Skrawek roboty na poniższym wideo.




Coś mi nie pasowało w obszarze od łokci do nie istniejących na tym rysunku dłoni, trochę się poprzyglądałam na szkic i referencję, no i trzeba było ręce wraz z koszulką trochę wydłużyć. Wydłużyłam i od razu to lepiej zaczęło wyglądać. Narysowałam napis i numer, wiedząc po tym wcześniejszym szkicu, jak mniej więcej to zrobić, żeby było równo. Potem ten szkic przekalkowałam. 




Skoro to miała być kartka urodzinowa, to trzeba było walnąć napis "happy birthday". Nie wiedziałam jeszcze do czego ja dojdę, jak to ostatecznie będzie wyglądać, wszystko powstawało na bieżąco, na spontanie, tak jak mi przyszło do głowy, ale wiedziałam, że ten napis mi się przyda. Zrobiłam ramkę, żeby wypośrodkować ten napis, i jak widać ten taki zwykły, czcionką jaką piszę, zmieścił się, ale tą czcionką, w jakiej chciałam ten napis, no to już nie, ale to nic. Nie pamiętam konkretnie, jaka to była czcionka, ale są tylko dwie możliwości. W google wpisywałam frazy "old english calligraphy" i "old german calligraphy". W sumie nie wiem dlaczego, ale przyszło mi to do głowy, że taka czcionka będzie mi pasować.




Odcięłam ten napis od kartki, no bo to i tak szkic, i przekalkowałam na kartkę A5 i dokończyłam napis, po czym jego też przekalkowałam. Może wydawałoby się, że to było bez sensu, bo przecież zrobiłam potem o wiele mniejszy napis, jednak miało to sens, bo tak jakby rysowałam to co jest obok i dzięki temu wiedziałam, że to co rysuje, jest identyczne, bo zwyczajnie powtarzałam, to co jest obok. To też przekalkowałam, żeby ten napis dopracować.






A odcięty fragment kartki z postacią wykorzystałam, oczywiście do przekalkowania, oraz robiła mi jako brudnopis, żeby na przykład zobaczyć, czy taki cienki kratkowy materiał dobrze myślę, jak narysować. 




Postać, jak i napis, przekalkowałam na czystą kartkę. Postać obrysowałam cienkopisem, którymś MICRONem. Starałam się, żeby to zrobić jak najdokładniej, no bo to miało pójść w świat. Rzecz jasna zdarzyły się jakieś małe fuck upy, ale na szczęście nie jakieś straszne, do przeżycia.







Małe wideo z cienkopisowej roboty. Kamera ucieka, bo mój profesjonalny statyw, czyli szkatułka, nie trzymała telefonu stabilnie.




Po linearcie przyszedł czas na kolor. Z początku to trochę zacinałam się z tym nakładaniem koloru. Musiałam się wdrożyć, złapać taką rutynę. Na nagraniu widać, że często się zastanawiałam, starałam się, żeby nic nie spartolić. Ten taki mały lęk, żeby czegoś nie zepsuć, towarzyszył mi prawie cały czas, no w końcu miało to być prezentem.






Po rozgrzewce, czyli włosach, przyszedł czas na pokrycie kolorem koszulki. Tu trzeba było wziąć trzy odcienie czerwonego, czarny i biały. I tu zaczęła się prawdziwa dłubanina. Najciemniejsze miejsca zaznaczyłam czarnym kolorem, a te po prostu ciemne, najciemniejszym czerwonym. Z racji tego, że ta koszulka jest z takiego śliskiego materiału, mocno odbijającego światło, nie wiem jaki to materiał, z jakiego materiału takie się robi, ale czasem aż delikatnie inny kolor jest, jak pada światło, i takie miejsca są zrobione takim odcieniem czerwonego podchodzący pod pomarańcz. Starałam się zrobić te zgięcia materiału. Tu też musiałam się wdrożyć, a na nagraniu widać, jak robiłam poprawki.





Wspominałam, że po włosach koszulka była robiona, a dopiero na powyższym nagraniu (podzielonym na dwa) zauważyłam, że ręka i rękawek na przykład są zrobione, ale nieważne 😛. W każdym razie, ja jak się wdrożyłam, to bardzo podobała mi się ta robota. Satysfakcjonujące było to, jak mi się blendowały te kolory. Wiadomo, że to nie jest nie wiadomo jaki blend, ale na ilość robionych przeze mnie rysunków kredkami, to nie jest źle. Kolory nakładałam warstwami, starając się aby dwa różne odcienie przechodziły przez siebie.





Najwięcej roboty i dziubdziania było koło literek. Starałam się, by w tym obszarze równo rozłożyć kolor. Jak kiedyś coś robiłam, gdzie podobnie trzeba było omijać przeszkody w nakładaniu koloru i przy drobnych elementach nie nałożyłam równo koloru, to widać było po warstwach, że kolor nie był taki sam, jednolity, a tutaj przy kartce urodzinowej chciałam czegoś takiego uniknąć i starałam się to zrobić jak najdokładniej.




Chwila wolności była po tym napisie, z cyframi to nie było jakiegoś większego problemu, bo one są duże, a pod nimi było wolne pole do wypełnienia. Choć przy tym wolnym polu też trzeba było mieć na uwadze, by zostało równo pokryte kolorem, by nie było jakiś prześwitów, albo zbyt dużej ilości warstw kredek.





Fajnie mi się ułożyła robota, bo najpierw robiłam sobie rękawek, potem część koło napisu, po czym robiłam kawałek bez żadnych przeszkód i potem znowu zajęłam się obszarem z napisem. Taka równowaga fajna była. Nie dłubałam w jednym miejscu za dużo. A to dobrze, bo wiem, że czasem takie dłubanie może aby zaszkodzić. 





Trochę bałam się, że te zgięcia materiału wyjdą mi tak symbolicznie, w sensie, że będzie coś tam zaznaczone, że jest, ale nie będzie w ogóle tego przypominać. Jednak wyszło całkiem spoko.






I ostatnie wideo! Cieszyłam się, że to był etap pracy nad tą kartką na czas na początku sierpnia. Element, z którym było najwięcej roboty, był już gotowy. Więc trzeba było zaczynać myśleć co dalej...





Akurat przed dalszymi pracami, gdy przeglądałam Instagrama, na głównej wyświetlały mi się, jako proponowane, te całe reelsy i na jednych z nich były filmiki z robienia wyklejanek. A z racji tego, że zatrzymałam się na jednym takim, to mi potem proponowało więcej. Po prostu kobita miała jakieś naklejki, jakieś wycinki, papiery i inne takie, i sobie je tematycznie przyklejała na jedną, czy dwie strony w jakimś notatniku, albo szkicowniku, a do tego był robiony ten cały ASMR. I po kilku takich filmikach mnie olśniło, że przecież coś podobnego mogę zrobić i ja. Więc wyjęłam cały asortyment papierów, wybrałam kolorową kartkę, która miała być podstawą mojej kartki. Natomiast postać i wypełniony czarnym cienkopisem napis wycięłam, potem przykleiłam do fioletowej, takiej śliskiej kartki, a potem przykleiłam do białego papieru i jego jak i ten fioletowy odcięłam tak, by pasowały do napisu.









Tę postać, i ten napis, tak jak przygotowałam, przykleiłam do tej głównej kartki papieru. Kolory papierów były wybrane pod osobę, dla której była ta kartka. Siostra cioteczna lubi fioletowy kolor, i wybrałam, to co miałam, bo nie chciałam nowego bloku papieru kupować. Znalazłam ten ciemniejszy fiolet i wzięłam go jako tło do postaci i napisu. A ta główna kartka to taki trochę fiolet, trochę róż, ale stwierdziłam, że może być. Ostatecznie kompozycja wyszła bardzo dobrze. W środku kartki wklejone zostały życzenia, one były napisane na białym papierze, a ten biały papier przykleiłam do tego ciemnego fioletu, ja tam to trochę inaczej zrobiłam, niż postać i napis, ale dokładnie nie pamiętam jak, a zdjęcia nie zrobiłam. W ogóle zrobiłam tylko jedno zdjęcie tej kartce urodzinowej. Pewnie miałam zrobić w świetle dziennym i tego nie zrobiłam.




Miałam okazję być przy otwieraniu prezentów mojej siostry, no i wiadomo, że otwierany był i mój. Reakcja siostry na tą kartkę sobie zapamiętam... rzecz jasna pozytywnie, bo dosłownie szczęka jej opadła i aż pauzę zrobiła. To oznaczało, że się opłacało. Człowiek tego nie nakamerował, ale nakamerowały to moje oczy i zostanie w pamięci.

Po dłuższym czasie nie widzę nic złego w tym rysunku, zazwyczaj widzę, jakieś błędy i tym podobne. Zwyczajnie mi się coś udało. Jedynie co bym inaczej zrobiła, co z resztą przyszło mi do głowy podczas rysowania, to włosy inaczej bym narysowała, bo te warkocze takie tu za bardzo cienkie, tu za bardzo grube i po prostu zrobiłabym je bardziej tak, jak wyglądają w realu. Zostałam przy tym, bo stwierdziłam, że czas jest na miarę złata, i że jako takie rysunkowe mogą być. I tak dziwne, że ja ze swojej roboty jestem zadowolona. 

Robiąc ten wpis musiałam dzielić nagrania na dwie części i chyba w kolejnych rysunkowych wpisach, jak będę miała widea, to je złączę w jeden film, wrzucę na YouTube, i wrzucę tu, bo to będzie chyba mniej roboty, jak muszę dzielić te widea.

I tak, pudełko po Pringlesach było moim statywem.

Adieu.