poniedziałek, 25 marca 2024

Nie taki wilk straszny, jak go malują. | "Transformers: Rise Of The Beast"

Wraz z moim postanowieniem o oglądaniu rzeczy, stwierdziłam, że z nowych produkcji najlepiej będzie mi wziąć właśnie najnowszy film z tytułem "Transformers". Nowych produkcji lub takich, których nie wiedziałam się nazbierało i najlepiej było zacząć od czegoś lekkiego, a dodatkowo całkiem niedawno oglądałam wszystkie filmy Transformers. Przed tym najnowszym miałam obawy, bo i "The Last Knight" był taki średni, i zapowiadali iż "Rise Of The Beast" będzie takim nowym, lepszym początkiem. No jak się  słyszy, że "nowy, lepszy początek", to tak z dystansem się podchodzi do takich rzeczy. Obawiałam się, że zrobią trochę inną wersję filmu z 2007 roku, albo co gorsza ściągną z niego wszystko, pozmieniają parę rzeczy, żeby facetka się nie poznała i zepsują spojrzenie na ten pierwszy film. Bałam się, że mogli zrobić coś dobrego i w pewnym momencie filmu coś zepsuć i wszystko zrujnować. Też narósł niezły hype, "Rise of The Beast" był intensywnie promowany, zrobili na przykład filtr na Snapchacie, czy wyszedł utwór "On My Soul" od Tobe Nwigwe we współpracy z dwoma innymi panami, i on jest świetny, wspominałam w ostatniej "Playliście", a z racji że mi się spodobał, a niedługo wyszedł fajny teledysk to i u mnie zbudowało to hype na ten film. Ale prędzej czy później ogarnęłam się, że co jeśli ja podążę za tym hype'm, a film okaże się crapem, więc wróciłam do dystansu. Po premierze zaczęły pojawiać się recenzje. Z ciekawości oczywiście obejrzałam i one pogłębiły moje obawy. Nadal podchodziłam do tego, że sama muszę się przekonać i go obejrzeć. Choć do tego mi się nie śpieszyło.

Ale jak już sobie go włączyłam, to uruchomiły mi się ciekawość, jak się zacznie i potem potoczy i jakaś ekscytacja. I jak on się zaczynał, to poczułam vibe Transformersów, i miałam tylko nadzieję, że nie robią w bambuko tym akcentem klimatycznym. Chodzi o ten Transformersowy dźwięk, który zawsze towarzyszy pojawiającemu się logo Paramout. Zaczęli oczywiście prologiem do historii, która miała być za chwilę opowiedziana. Pokazał on co tam z robotami z kosmosu się działo i nawiązał do tego z czym będą się mierzyć bohaterowie w latach dziewięćdziesiątych, a ci to oczywiście dwoje ludzi którzy niechcący są wplątani w Transformersowe sprawy. Elena pracuje w muzeum i trafia na dziwny artefakt. Nie pasuje on do niczego w kontekście historii, więc postanawia się mu przyjrzeć. W tajemnicy rzecz jasna. Natomiast Noah Diaz próbuje znaleźć prace, niestety bez skutku. W domu się nie przelewa, przez co nie może pójść z młodszym bratem do lekarza, bo i tak wiszą tam kasę. Ten brat ma jakąś chorobę i ona rękę atakowała. Noah idzie do Reek'a, z którego pomocą robi akcję kradzieży auta, w pewnym momencie chce się wycofać, ale jest za późno, bo ochroniarz go zauważa, a i samochód zaczyna żyć swoim życiem i poza tym, że sam wystartował, to jeszcze uciekał przed policją, a z radia słychać było nawoływania.

Przejdźmy na chwilę do perspektywy Autobotów. Po pojawieniu się światełka na niebie, Optimus Prime powstaje, dosłownie, bo mamy scenę, której kawałek był w trailerze, czyli scena gdzie Optimus jedzie sobie jako ciężarówka na jakimś złomowisku, czy czymś, i zmienia się ujęcie na takie, co idzie w lewo, a w lukach między stojącymi samochodami widzimy zmieniającą się ciężarówkę w robota. Po zobaczeniu światełka na niebie Autobot w szoku i wzywa wszystkie pozostałe roboty. 

Po ucieczce policji, Noah konfrontuje się z Porshe, co próbował ukraść, a które stanęło na dwóch nogach. Chłop w szoku, nie wie o co chodzi, robot gada, nawet przedstawia się jako Mirage. Mało tego przyjeżdża takich więcej i z pojazdów powstały postacie. Prime się zdenerwował, że został przyprowadzony człowiek. Jeden z robotów, ten akurat się zmienił z motoru, Arcee to była, przeskanowała twarz Noah, żeby się coś o nim dowiedzieć i wyszło jej, że jest on byłym wojskowym, spec od elektroniki. Autoboty skupiają się na tym, po co się w ogóle zebrali, czyli światełko do nieba. Swoją drogą ludzie go nie widzieli, było widoczne tylko dla robotów. A to światło wyszło z uaktywnionego klucza, którego Autoboty mogłyby użyć do tego, by wrócić do domu, czyli na Cybertron. A gdzie Autoboty zlokalizowali ten klucz? No oczywiście w muzeum, akurat Elena koło niego pracowała. Roboty chcą jakość wziąć w posiadanie ten klucz, no ale oni są za duzi, żeby wejść do muzeum, a w postaci samochodu nie wjadą. Akurat miały szczęście, bo koło nich był złodziejaszek i Mirage wpada na pomysł, żeby właśnie Noah wykradł ten klucz. Chłopak nie chciał tego zrobić, ale Mirage skutecznie go przekonał.


Podczas akcji w muzeum Noah spotyka Elenę i ich rozmowę o kluczu przerywa atak Terraconów, którzy owym kluczem byli zainteresowani. Po walce, w trakcie której ginie Bumblebee, Terracony przejmują klucz. Jednak okazuje się, że zabrali połowę tego klucza i Autoboty muszą odszukać tą drugą połowę. W tym pomogły zapiski Eleny i za tym kluczem ruszają do Peru. Podczas poszukiwań Autoboty, Noah i Elena spotykają Maximali, z początku było ostro, ale ostatecznie zwierzętokształtne roboty prowadzą ich do klucza. Niestety dzięki zrobieniu sobie szpiega, Scourage, przewodniczący tych złych, odbija ten klucz.

Ostatnią szansą, by uratować planetę przed pożarciem przez Unicron, jest kod do deaktywowania, który odkryła Elena, ponownie w swoich zapiskach. Scourage dzięki kluczowi włącza przyciąganie Unicronu. Rozpoczyna się walka między Autobotami, Maximalami, a Terraconami, natomiast Noah i Elena podążają ku kluczowi, aby go zdeaktywować. Elenie udaje się dotrzeć do panelu kontrolnego, wprowadza kod, ale niestety Scourage niszczy ten panel kontrolny. Natomiast w trakcie przyciągania się planety Unicron aktywuje się Energon i Bumblebee powstaje i robi bohaterskie wejście w bitwę. Optimus decyduje się poświęcić i zniszczyć klucz, ale Noah, który dostał obudowę od Mirage'a, oraz Primala mu pomagają. Rzecz jasna wszystko dobrze się kończy, ale są podstawy do tego, by podejrzewać, iż zagrożenie może powrócić.




Po seansie ja byłam uradowana, zwyczajnie ten film mi się podobał, był sympatyczny. Okazało się, że moje obawy były nie słuszne. I pewnie dlatego bardziej mnie zaskoczył pozytywnie. Zdecydowanie był lepszy od "The Last Knight", więc jeden plus już jest. Film szedł płynnie, nic się nie przeciągało, czyli jak za dawnych, dobrych, starych czasów. Choć są momenty, gdzie to wszystko płynęło aż za szybko. Przykładowo relacja Noah z Autobotami, on ich napotkał, a na drugi dzień to wygląda, jakby znali się już dłuższy czas. Owszem scena wysiadającego Noah ze zmieniającego się Mirage'a wygląda świetnie, ale trochę się gryzie z tym, że on maszyny dopiero co poznał. Też mimo tej całej wyprawy i tak dalej z misją 'klucz', no to oni raczej się jakoś mocno nie mieli jak poznać, a Noah brzmi jakby był ekspertem od Autobotów, pojawia się taki wydźwięk. No Sam Witwicky brzmiał jak spec od Autobotów w trzecim filmie. Fabuła nie jest jakaś wymyślna, ale w prostocie nie ma nic złego. To też nie jest to rodzaj filmów, gdzie fabuła musiałaby mieś kilka wątków, jakieś większe, lub mniejsze zwroty akcji, czy miałby nieść ze sobą jakieś przesłanie. Jest klucz, ma on dwie części, więc gdy Terrorcony zabierają jedną z nich, to bohaterowie i Autoboty wyruszają odnaleźć tą drugą, a gdy i ją Terrorcony zabierają, no to ludzie idą zdeaktywować działanie klucza, który uruchomił portal przyciągający Unicron, złą planetę pożerająca inne planety. Jednak Scourge się nie poddaje i przeszkadza bohaterom, więc Optimus Prime zajmuje się i nim i tą całą aparaturą i z pomocą innych powstrzymują tą złą planetę. Gdzieś po drodze Noah chciał tą znalezioną przez nich część klucza zniszczyć, tak dla bezpieczeństwa, ale Optimus się nie zgodził ze względu na możliwość powrotu do domu. Znany schemat. Zakończenie tej bitwy między robotami, z tym kluczem i z tym panelem było lekko meh, tak średnio mi się podobało. No bo tu niby zniszczenie tej całej aparatury z kluczem było bardzo niebezpieczne, ale z pomocą innych to jednak nie. No fajnie, że Primal i Noah wyszli mu na pomoc, ale zniszczenie klucza przedstawione było jako bardzo niebezpieczne. I jeszcze jak Primala zrozumiem, to niby dlaczego Noah, człowiek w obudowie, który dopiero dowiedział się o istnieniu jakichkolwiek robotów, wyszedł na pomoc jednemu z nich, zamiast innego robota? Plus Noah ma tą metalową obudowę, ale nie za bardzo wcześniej pokazali, czy on umie walczyć jakkolwiek, albo przynajmniej nie zrobili szybkiej sceny, gdzie on zaczyna jakoś ogarniać, jak jego metalowy stój działa, tylko od razu idzie w bój i to mi się tak trochę gryzie z tym, że on idzie w walkę, do tego z robotami, przeciwko innym robotom. Szczególnie, że przed tym Mirage dał mu taką rękawicę i nie wiedział, jak się nią posługiwać. Przy kradzieży Porshe został on przedstawiony tak, że z mojej perspektywy nie wyglądał na kogoś, kto by wszedł w zwykłą bójkę. W teorii Bumblebee zabrał Elenę, ale jest jeszcze chociażby Arcee, i ona mogła pójść za Optimusem, albo wziąć Elene i wtedy Bumblebee poszedłby na pomóc swojemu kumplowi. Było to tak średnio bym powiedział, ale do przełknięcia, i tak myślałam, że będzie gorzej, działo się w tym filmie. Również myślałam, iż "Rise OF The Beast" będzie lekko zmienioną wersją filmu z 2007 roku, ale na szczęście jest tylko schemat podobny, co mnie cieszy, bo strasznie słabe by było zrobić na nowo, tylko z innymi aktorami i zmienionymi elementami film, który istnieje.


Bohaterowie są w porządku, daje się ich polubić, ale nie są przedstawieni jakoś obszernie, tak powierzchownie można było poznać ich charaktery. Szybko o Elenie, bo tego nie będzie dużo. Brałam pod uwagę to, że ona będzie w jakiś sposób irytująca. Nie wiem skąd to u mnie, ale często zdarza się, że kobiece postacie w jakiś sposób mnie irytują, ale to się nie sprawdziło w tym przypadku. Też nie jest to kobieca postać, tylko po to, by była kobieca postać, czy też kandydatka na love interest dla głównego bohatera. W przeciwieństwie do poprzedniczek, a w szczególności Carly, miała największy wpływ na cokolwiek, co nie brzmiało na naciągane. Pracowała w tym muzeum, podczas pracy nad nieznanym artefaktem robiła notatki, plus jej jakaś dedukcja pomogły w "kluczowej" sprawie. Nie była ona jakoś za przesadnie odważna, czy coś takiego, nie jest to typ postaci, że "ja sobie ze wszystkim sama dam radę, jestem bardzo odważna i umiem się bić", tylko zwyczajna dziewczyna, której akurat zdarzyło się trafić na epicką przygodę, a jej reakcje na różne rzeczy, wydarzenia, sytuacje były normalne. 

Natomiast postać Noah, to taka schematowa historia o tym, że mimo pracującej mamy, w domu finansowo tak nie za bardzo, brat z chorobą, a sam Noah na boku coś tam majstrował sobie przy elektronicznych rzeczach, bezskutecznie próbował się zatrudnić w jakiejś robocie, a że to się nie udało, to inaczej postanowił zarobić. Bardzo znany schemat, dużo podobnych historii się widziało w filmach. Również motyw rodziny i pieniędzy był poruszony, gdy Noah dyskutował o pomocy Autobotom i był powodem, dlaczego to zrobił. To mi się tak średnio podobało, ale niech już im będzie, choć lepiej można by było zrobić pierwsze spotkanie z Autobotami i to, że im postanawia pomóc. Tu też mam wrażenie, że to trochę za szybko Noah zaufał obcym robotycznym stworzeniom. Przed tą podróżą do Peru, Noah nie chce zostawić brata bez słowa, więc wybiera się do domu zamienić parę słów z nim. I to miała być taka wzrusz scena, no i faktycznie trochę smutno mi się zrobiło, ale widać było, że po prostu chcieli coś takiego wtrącić, żeby spróbować podziałać na emocjach i było to widać. Jednakże widać było również brak wybudowania tego, żeby to faktycznie było wzruszające w jakiś sposób. To trzeba bardziej poznać postacie, chwilę z nimi pobyć, przeżyć coś razem z nimi, żeby w jakieś takiej scenie się porządnie zasmucić. Do tego Mirage pokazuje się przed młodym, niby to pasuje to do charakteru tego robota, on był taki pełen luzu, lubił używać sarkazmu, nie za bardzo pomyślał nim coś zrobił, a jak już pokazał się takiemu Noah, to twierdził, że przecież będzie dobrze. Jednakże w pierwszych filmach, to roboty usiłowały jak najbardziej pozostać w ukryciu. W każdym razie ten brat, Kris, prosi Mirage'a, by pilnował jego brata i daje mu taką krótkofalówkę, czy coś takiego, i gdy była ta bitwa pod portalem, to tak wynika sytuacja, że Mirage faktycznie dotrzymuje słowa Krisowi, robiąc z siebie kopułę nad Noah. To swoją drogą było fajne, takie sympatyczne, że taki lekkoduszny dotrzymał słowa. Noah lekko w panice, nowy kumpel się wyłączył, wokół walka, co dalej? Niespodziewanie Mirage się zaświeca i go motywuje. Za bardzo to nie działa, ale mowa motywacyjna brata, właśnie przez tą krótkofalówkę już tak. Noah przejmuje stery i Mirage resztkami swej energii robi mu zbroję. W teorii to było nawet fajne, że to taki trochę Iron Man wyszedł, i potem sobie śmigał i strzelał do tych złych, ale z drugiej strony delikatnie mnie to uwiera, nie wiem co to było i nawet nie wiem co mi nie pasowało. Tak więc to było tak pół na pół. Taką chyba ostatnią rzeczą jest to, iż nie zrobili z Noah i Eleny pary. Ja się z tego bardzo cieszę, bo to zawsze wspólne przygody i przeżycia muszą robić z bohaterów pary miłosne i fajna była ta odmiana. I po zakończeniu przygody jedno i drugie poszło w swoją stronę. 


Trzeba na chwilę wspomnieć o robotycznych postaciach. Oglądając film odnosiłam wrażenie, że Optimus Prime nie przepadał za ludźmi. Chociażby bardzo zdenerwowany krzyknął do Mirage'a, "czy ty przyprowadziłeś tu człowieka?". I w trakcie jakiś dialogów również było słychać po tonie głosu tą niechęć. I gdy po spotkaniu Primala rozmawiał z nim, to właśnie metalowy goryl powiedział mu, że ludzie są "more than meets the eye". Po tym oraz po 'kluczowej' walce zmienił podejście do ludzi. W recenzjach, które oglądałam, omawiane było "co oni zrobili z Bumblebee". Przed obejrzeniem samego filmu sobie myślałam, co tam mogło się stać, że w tych recenzjach tak dramatyzują i się przestraszyłam. Obejrzałam film i pomyślałam, że co niby tu się wydarzyło, żeby to tak przeżywać. Bumblebee został zabity podczas walki pod muzeum, a powstał z martwych, gdy do Ziemi przyciągał się Unicron i te dwie planety były w pewnym sensie połączone, dlatego po Ziemi rozchodził się Energon, ta siła życiowa robotów z kosmosu, i właśnie on pobudza Bumblebee z powrotem do życia. I kompletnie nie wiem, co w tym jest takiego złego. Dziwniejsze i głupsze rzeczy były w tej serii filmów. Mi w tym nic nie przeszkadzało. Wprowadzenie Maximali mi się podobało. O wiele lepsze niż wprowadzenie Dinobotów. Mam nadzieję, że oni będą się udzielać w przyszłych produkcjach, bo szkoda by było, by byli tylko w jednym filmie, tak samo jak było z Dinobotami. Może i one były gdzieś tam w "The Last Knight", ale to był taki film, że nawet nie pamiętam, czy miały większą rolę niż na złomowisku Cade'a Yeagera na początku tego filmu. Ja w ogóle mam nadzieję, że będzie kiedyś film ze wszystkimi, Autobotami, Dinobotami, rycerzami, Maximalami, Decepticonami i Terrorconami, epickie by to było. Natomiast co do Maximali, to jakoś odniosłam wrażenie, że było ich mało na ekranie. Niby te mechaniczne zwierzęta tu spacerują koło Autobotów, tu walczą razem z nimi, ale jakoś tak mało ich było dla mnie. Swoją drogą bardzo podobało mi się, jak Maximale zwierzęcymi ruchami rozszarpywali Terrorcony.



Cóż, był to lekki seans, dobrze mi się ten film oglądało. Fajny klimat lat dziewięćdziesiątych zrobiony muzyką. Bohaterowie w porządku, fabuła może być. Efekty komputerowe też nie były złe, choć mogły być lepsze. One miały taki bajkowy efekt, taki, raczej nie plastikowy, ale coś podobnego. Nie wiem do czego to porównać. To nie było coś, co mi przeszkadzało, tylko było charakterystyczne, co zauważyłam. Podobało mi się, jak roboty zostały zaprojektowane, Optimus jest taki fajny kwadratowy, w końcu pasuje do kwadratowej ciężarówki. Teraz, w momencie pisania, przyszło mi do głowy, że ciężarówki co jakiś czas robiły się bardziej okrąglejsze, więc Optimus razem z tymi modelami ciężarówek, w które się składał, stawał się coraz okrąglejszy. Wygląd Bumblebee znany jest z filmu z 2018 roku, gdzie to on był głównym bohaterem. Arcee różni się od tej wersji znanej z jednego z tych pierwszych trzech filmów, ona chyba w drugim, dokładnie nie pamiętam, i tak jak chyba wszystkie roboty, jest podobna do animowanej wersji, jest taka popularna animacja. Kiedyś myślałam, że jeżeli zrobiliby te roboty właśnie tak jak w tej animacji, to mogłyby niektóre paskudnie wyglądać, a tu się okazało, że tak źle nie wyszło. W recenzjach niektórym się nie podobał wygląd Wheeljacka, faktycznie trochę śmiesznie wyglądał, ale chyba to tak miało być, żeby on tak głupkowato wyglądał. Podobają mi się też projekty Maximali, fajnie cechy zwierzęce zostały wpisane w metalową budowę. Podobało mi się, jak jakieś cechy zewnętrzne danego zwierzęcia zostały zaadaptowane w metalowe części, przykładowo, jak Primal wypuszczał powietrze i ukazane jest, jak chodzą metalowe nozdrza i wychodzi z nich para, albo jak chodzi dziób Airazor podczas mówienia, czy gdy była ranna, to takie ptasie odruchy robiła. Mają też takie elementy, jak pióra, sierść, czy skóra na klacie metalowego goryla. Nie wiem, jak im wyrosły, ale wyglądały fajnie. Natomiast Terrorcony również dobrze wyglądają, tak surowo z minimalną ilością koloru w postaci dwunożnych istot, a w postaci pojazdów to również w stonowanych barwach tylko z akcentem jakiegoś koloru, a do tego mają dorobione różne rzeczy, jak zderzak, czy takie żaluzje na szyby, no widać, że zostały zrobione na złych. Scourge miał taką jakby maską fajną na swej metalowej twarzy. Poza tą sceną, gdzie jest ujęcie i między samochodami widzimy Optimusa, który z ciężarówki zmienia się w postać, była inna scena z Primem, który jadąc jako pojazd, transformuje się jadąc, na samym zakręcie drogi, by za chwilę walczyć ze Scourge'em. Podobała ona mi się, ona była taka, że coś podobnego się widziało, ale ja lubię takie sceny. Też powrót Bumblebee, który wraca i wyskakuje z samolotu robiąc piruety w powietrzu, przy okazji strzelając do tych złych również fajna, a do tego świetna muzyka przy tym gra. W sumie scena, gdzie Noah znajduje się w hangarze z Autobotami i one się transformują, też była spoko. Również scena, gdy walka pod tym portalem się rozpoczynała, i obie strony robotów wyruszali na siebie, to Optimus Prime mówi do swoich "roll out!", a Primal do swoich "maximize!" i oni zmieniają się ze zwierząt w tą drugą formę. Ona mi się podobała i bardzo podobało mi się, jak w trakcie biegu te Maximale się transformują, bo to fajnie wyglądało. Ogółem transformacje były w porządku, były proste, ale przykładowo ciężarówka Optimusa też była prostym pojazdem, więc i transformowanie było proste.


Po filmie widać, że to już nie Michael Bay go robił, widać to po ujęciach, ruchach kamery i mniejszej ilości wybuchów, dlatego inaczej się to oglądało. W tym filmie z tytułem "Transformers", wróciła świetna muzyka skomponowana, piąty film był tak nudny, że nawet kompozytor zanudził się robiąc muzykę, więc ona średnio interesująca dla mnie była. Muzyką do "Rise Of The Beast" zajął się Jognic Bontemps i bardzo podoba mi się jego robota. Włączyłam sobie ten soundtrack tak o, żeby po prostu sobie zobaczyć, bez większych oczekiwań, czy czegokolwiek, gdzie tam jakieś melodie miały okazję wpaść mi w ucho. Okazało się, że muzyka jest świetna, kilka numerów z listy spodobały mi się najbardziej, a w jeden wplątane zostało "Arrival to Earth", czy "No Sacrifice, No Victory" skomponowane przez Steve'a Jablonsky'ego, co było zrozumiane, bo do tej pory to właśnie on komponował do Transformersów. Nie jest to idealny film, no w kontekście do wiele razy wspominanego "The Last Knight", to o wiele lepiej wypada. Podoba mi się mimo kilku minusów. Te minusy można przeboleć, jak wspominałam, myślałam, że będzie źle. To też cieszę się, iż moje myślenie, jak i niektóre recenzje się myliły. I w sumie niepotrzebnie bałam się go obejrzeć. Bardzo polubiłę ten Transformersowy filmowy świat i byłoby mi przykro, gdyby powstał kolejny słaby film. Twórcy na koniec "Rise Of The Beast" zostawili sobie furtkę do kolejnego filmu, i gdyby faktycznie coś robili, no to ja naturalnie będę tematem się interesowała, bo ciekawe, w jaką stronę oni pójdą i co oni jeszcze wymodzą. Oby było to podobnie dobre, co ten film, albo nawet lepsze. Ale to tam się kiedyś zobaczy.

No i można wyjść ze świata Transformersów.

Adieu.









wtorek, 5 marca 2024

Playlista 40.

1. Linkin Park - Fighting Myself
Stwierdziłam, że i tą playlistę zacznę od Linkin Park, bo było to ważne muzycznie dla mnie. Ten utwór ma inne brzmienie od "Lost". Po usłyszeniu fragmentów z audycji na jakiejś stacji radiowej, której fragmenty trafiły oczywiście do internetu, nie mogłam się doczekać, aż będę mogła usłyszeć go w całości. Fajnie się zaczyna takim głosem puszczonym od tyłu, świetne brzmienie gitary, partie rapowe Mike'a Shinody, świetny wokal Chestera Benningtona, klasyczna budowa utworu Linkin Park. Słychać ducha z tamtych czasów. Lubię wsłuchiwać się w wokale, gitarowe partie, czy w bridge.




2. Ed Sheeran - Eyes Closed
YouTube ma dobre wyczucie odtwarzania losowego. Na Eda długo nie trzeba było czekać. Już przed premierą "Equals" chodziły głosy, że ma on wypuścić dwa albumy w niedługim czasie, w jednej połowie roku "=", a w drugiej kolejny album z jakimś znakiem matematycznym, który miał brzmieć jak pierwszy album Eda, "+". Jednak trochę się plany Sheeranowi posypały. Co się wydarzyło? A no życie. We wpisie między innymi na Instagramie wyznał, że miał już gotowy album, ale tyle się podziało, że w tydzień, jak dobrze pamiętam, napisał on tyle nowych utworów, że to z nich złożył album. Wspomniał również, że chce wydawać muzyką zgodne z tym co czuje, że nie mógłby wydać czegoś, co nie odzwierciedla jego w danym momencie. Spisał on swoje uczucia i emocje po stracie przyjaciela, w czasie gdy jego ciężarna żona miała guza, wspomina o swoim zdrowiu psychicznym, czy o tych nieszczęsnych oskarżeniach o plagiat. "Eysed Closed" był pierwszym utworem wydanym z albumu "Subtract" i mówi on o stracie kogoś bliskiego. Zaczyna się delikatnym brzdąkaniem gitary, na zwrotkach wokal jest delikatny, na refrenie trochę mocniejszy. Utwór ma miłe brzmienie, ale nie jest o miłych rzeczach.




3. Royal Blood - Mountains at Midnight 
Swój nowy album zapowiadali i oni. Bardzo fajny kawałek, gitara gra jak trzeba. Bardzo lubię jego brzmienie, jego kompozycję oraz efekt jaki został nałożony na wokal, on tak do gitary pasuje. Zespół przy okazji chciał się niektórym przypomnieć, że nadal potrafi zagrać mocniej, bo pamiętam, że album "Typhoons" nie był przez część osób lubiany, niektórym się nie podobał.




4. If Rammstein wrote 'Baby One More Time'
Wpadłam na YouTube na tego gościa i on bawi się muzyką. Robi widea typu "gdyby jakiś zespół napisał jakoś piosenkę". I to jest robione dla fanu, ale to brzmi za dobrze, żeby tego nie słuchać, jak taką normalną muzykę. Ja bardzo lubię te "przeróbki" i to, jak chłop pracuje swoim głosem i brzmi bardzo podobnie do wokalistów, do których się chce upodobnić. Przecież to poniżej brzmi jakby to faktycznie zrobił Rammstein. I to "my loneliness is killing me" śpiewane niskim tonem, genialne!




5. Nothing But Thieves - Welcome to the DCC
Oni również zapowiedzieli w 2023 roku swoją płytę. Bardzo lubię, jak zaczyna się ten utwór, też tą brzdąkającą gitarą zapowiadali ten kawałek i mocno mnie zainteresowali. Też to był pierwszy utwór po tym, jak poznałam muzykę tego zespołu, więc byłam ciekawa, cóż to wydadzą, w jakich klimatach to będzie, w jaką stronę pójdą i czy to będzie równie dobre, lepsze lub może gorsze od poprzedniej muzyki. Kawałek okazał się być świetny z takim synthwave'owym vibe'm. Był odtwarzany bardzo często przeze mnie.




6. Melanie Martinez - Death
W 2023 trochę tych powrotów było. Powróciła i ona i zrobiła niezłe zamieszanie wśród swoich fanów. Melanie pojawiła się w nowej, odmienionej postaci, dosłownie i w przenośni, zamieniając się w postać ze świata fantasy. Fani różnie zareagowali. Jedni po prostu cieszyli się z powrotu i nowej muzyki, drudzy byli zawiedzeni, a jeszcze inni zaczęli spekulować, co z historią Crybaby, postacią w wymyślonym świecie Martinez. Po samej zapowiedzi była imba, a po premierze utworu, to już całkiem, a na ten moment jeszcze żadnych informacji o nowym albumie nie było. Ja lubię te koncepty z albumów Melanie, ale żeby się tak angażować, jak ci fani, no to nie. Natomiast sam utwór mi się spodobał, choć on był z tych, że nie od razu. Było to dla mnie coś nowego, coś świeżego w muzyce i musiałam kilka razu posłuchać, żeby powiedzieć "tak, mi się to podoba". Zaczyna się powoli i delikatnie, pierwsza zwrotka i pre-chorus. Na refrenie się już mocniej rozbudowuje, po której pre-chorus zaczyna się samym wokalem, co lubię. Ogólnie w tym jednym utworze jest z pięć różnych melodii, jeżeli dobrze policzyłam. I po tym, jak już wiedziałam, że mi się podoba, no to bardzo często był odtwarzany. Niestety w pewnym momencie tryb losowy Spotify zrobił mi psikusa i jego algorytm puszczał mi ten utwór za każdym razem, kiedy było można i mi w końcu przez to zbrzydł. Mimo to nadal mi się podobał, a Spotify w końcu przestał.




7. The Kiffness x Lonely Cat - Sometimes I'm Alone (Singing Cat)
Piosenki robione dla fanu, szczególnie z udziałem kotów, to jest coś dla mnie. Ja jestem fanką muzycznej twórczości The Kiffness i śpiewające koty powinny mieć swój gatunek muzyczny. W teorii jest to robione, ale jest to o wiele lepsze od tej niektórej dzisiejszej muzyki, co można w radiu zasłyszeć. Trzeba przyznać, że The Kiffness robi świetną robotę, inaczej pewnie nie słuchałabym tego jak, jak to się mówi, normalnej muzyki. Też zabawne jest, że zamiast słów, to ja śpiewam razem z kotem, po kociemu 😂. Tak więc oto smutna piosenka, smutnego, samotnego kotka.




8. Electric Callboy - We Got Thr Moves
Ten zespół poznałam na jakimś randomowym streamie, wpadłam na jakiś randomowo i na koniec, bo na koniec tego streama trafiłam, usłyszałam utwór tego zespołu. Nie jestem stuprocentowo pewna, czy to było akurat "We Got The Moves", bo to też mogło być "Pump It", ale w sumie nie jest to jakieś istotne, bo i tak kilka utworów poznałam w jednym momencie, odtwarzałam jeden po drugim. Po usłyszeniu pierwszy raz brzmienie tego zespołu, miałam małego mindfucka, uderzyła we mnie mieszanka disco, techno i metalu. To mnie zaintrygowało i jednocześnie nie wiedziałam, czy mi się coś takiego podoba. To jest ten rodzaj muzyki, który zainteresował, ale jednocześnie nie wiadomo co o nim myśleć i czy się chce tego słuchać. To jest really oryginalne i mieszanka, której się nie spodziewałam i nie sądziłam, iż będzie razem dobrze brzmieć. Jeżeli ktoś słucha mocniejszej muzyki i idzie na imprezę, to to jest idealne, jest mocne i jest imprezowe. Plus, jeżeli ktoś jest takim trv metalowcem i nie słucha disco, techno i innych takich, albo słuchają w zaciszu swoich słuchawek i nikomu o tym nie mówi, no to tego nie powinien się wstydzić. If you know, what i mean. Tak więc słuchając "We Got The Moves" najpierw wybijamy głową bit, a potem idziemy w pogo, a na refrenie disco! Jak kiedyś zdarzy mi się mieć jakieś wesele, to poleci między innymi to 😃.
Döp-dödödö-döp, Döp-dödödö-döp!




9. Jane & The Boy - Like That
Jakiś reels, jakiś shorts, coś takiego. W czymś takim zasłyszałam ten utwór. Pamiętam, że podobało mi się to, jak to krótkie wideo zostało zrobione, zmontowane i świetnie ta piosenka pasowała do niego i przez to została mi w głowie. Gdy weszłam sobie na YouTube w tą piosenkę, to zdziwiło mnie, że ma mało wyświetleń, mimo iż często używana była w tych różnych reelsach i innych takich. Tak to już bywa z tymi trendami. Fajny  kawałek wpadający w ucho, podoba mi się jego brzmienie.




10. Tribbs - Krakowski Spleen
Nie przepadam za twórczością tego typu, no nie mój klimat. Jednak jak wiadomo, wszystko się może zdarzyć, i podczas streama na kanale na Twitchu, "Aiko i Emil", gdzie mowa jest o Japonii, usłyszałam tą wersję "Krakowskiego Spleenu". Była to seria streamów przedłużanych i Emil jeździł kamperem po Japonii, a koło niego jeździł jego kumpel skuterem (takim trzykołowym) i on bardzo lubi puszczać muzykę, miał nawet głośnik doczepiony do tego skutera i ogółem to on jest fanem muzyki typu klubowej, i właśnie on puszczał ten "Krakowski Spleen" i momentami taki fajny vibe był na streamie z tą piosenką, do tego tak często ten kawałek był puszczany, że i mnie zarażono. Fajne do posłuchania i to co trzeba przyznać, to wokal pana, który śpiewa, jest świetny, bardzo mi się podoba.




11. Falling In Reverse - Last Resort (Reimagined)
Poznając tą wersję utworu Papa Roach, nie rozpoznałam bardzo oryginału. Gdzieś tekstowo, pojedyncze słowa, a tak to został ten cover zrobiony w taki sposób, że to kompletnie inny utwór. Piękne to jest. Skrzypce sobie grają, pianino sobie gra, bardzo je lubię przy pierwszym "This is my last resort", czy "Cause I'm losiing my sign", przy drugim refrenie robi się orkiestralnie. Moment wokalu w bridge'u, śpiewający "Cut my life into pices", w ogóle wokal w tym utworze jest świetny. Jest delikatny, jest mocny, jest krzyczący, jest w nim wiele emocji. Uwielbiam.




12. If System Of A Down wrote 'Now You're Gone'
Kolejny kawałek zrobiony for fun. Koleś, który to robi jest zwyczajnie genialny po prostu. A jeśli ktoś jest fanem zespołu System Of A Down i cierpi na brak nowej muzyki, to to jest rozwiązanie. Znam "Now You're Gone" w oryginale, choć bardziej z tytułem "Boten Anna" i teraz zauważyłam, że powinnam go mieć na playliście imprezowej, a go nie ma. Zostało to tak zrobione, że serio brzmi to, jak coś, co by System zrobił. W ogóle autor tego coveru najlepiej naśladuje wokalistów tego zespołu.




13. Foo Fighters - Rescued
Zespół Foo Fighters zrobił muzyczną terapię po utracie perkusisty, który zmarł w 2022 roku. Utwór bardzo w stylu Foo Fighters, poprzedni album "Medicine At Midnight", miał nowe, inne brzmienie w swoim stylu, a "Rescued" jest zbliżony do tego, co było wydane przed "Medicine". Muzyka jak i tekst jest pełna emocji, a one są łagodne, ale również mocne. Ogólnie to niektóre łagodniejsze partie w wokalu, są łagodne i mocne jednocześnie, nie wiem, jak to dokładniej opisać. Pewnie to po prostu potęga głosu wokalisty.




14. Tobe Nwigwe & Nas ft. Jacob Banks - On My Soul
Ooooo, czasy Transformersowe. Akurat niedawno obejrzałam "Rise Of The Beast". Ten kawałek fest podniósł mi hype na ten film, ale i tak nie obejrzałam go od razu, czy tam chwilę po premierze. Nawet jak się pojawił na streamingu. Ten utwór ma taką energię, bardzo lubię rapowanie Tobe, choć jego koledzy też są spoko. Warstwa muzyczna również, lubię jak się zaczyna dźwiękami, które przypominają mi fortepian, czy coś takiego (ale nie wiem, czym są zrobione), a potem wraz z tekstem uderza bit. Bardzo lubię brzmienie muzyki podczas refrenów, czy przy bridge'u, "Bring me the smoke and i'll build you a fire". A dodatkowo chór sobie przyśpiewuje. Do tego jest świetny teledysk. Te dwa elementy się dopełniają, muzyka i obraz. Z początku ignorowałam ten klip, bo przecież to normalne, że w teledysku piosenki do filmu będą samochody w nim użyte. Ale któregoś razu przyjrzałam się temu klipowi i zwyczajnie mi się spodobał. Bardzo lubię jego początek, najpierw przed kamerą przechodzi kobieta, potem jest ujęcie na Porshe i jednego z współśpiewających, a ten patrzy do góry i kamera również się tam kieruje, tam Tobe stoi  sobie oparty o barierkę, pod bit kamera robi po cięciowe zbliżenia na niego, a ten wraz z zaczęciem rapowania wybucha ruchem. Też Tobe fajnie się prezentuje przed kamerą, może dlatego miał mały udział w filmie. Również podoba mi się choreografia i to jak tancerki się poruszają w rytm utworu. Swoją drogą lubię, jak one są wszystkie ubrane tak samo w ten sam kolor, miętowy, i z tego co zauważyłam, to taki motyw przewodni w działalności Nwigwe. Nie wiem o co chodzi, bo ja jedynie posprawdzałam sobie niektóre jego utwory po kawałku i jego album związany jest z mintem.




15. Fall Out Boy - Heartbreak Feels So Good
Zespół długo nie czekał i tydzień po premierze pierwszego singla, "Love from the Other Side" wypuścili oni "Heartbreak Feels So Good". Bardzo przyjemny kawałek, taki bardzo w stylu tego zespołu.




16. Oliver Tree - Bounce
Po wydaniu na początku 2022 roku albumu "Cowboy Tears", w czerwcu 2023 roku zapowiedział swój trzeci album utworem "Bounce". Ogólnie uniwersum Olivera Tree, to jakiś inny wymiar. Nie wiem dokładnie o co w nim chodzi, może kiedyś się wdrożę. W każdym razie doceniam artyzm w teledysku. "Bounce" to fajny numer, choć powiedziałabym, że prosty, no bo nie jest on jakiś innowacyjny, nie jest to coś przy czym bym powiedziałabym, że "ooo, czegoś podobnego nie słyszałam", wiadomo, też nie każdy musi być czymś niesamowitym, czy nie wiadomo jak odkrywczym. Zwyczajnie dobrze się go słucha, fajny ma vibe. Lubię ten dźwięk co jest na początku, on się tam potem przewija, albo pod koniec fajnie gitara gra, choć i w trakcie jakaś brzdąka. 




17. Metallica - Room of Mirrors 
Kiedy wyszła płyta "72 Seasons" nie śpieszyło mi się, by ją przesłuchać. No jakoś minie było po drodze. Natomiast zespół ją dość mocno promował i wstawił rolkę na przykład właśnie z "Room of Mirrirs". I jak ja usłyszałam solówkę w tym utworze, to najpierw posłuchałam ten utwór, a zaraz włączyłam całą płytę, bo byłam ciekawa, jakie złoto mogę na niej znaleźć. Tak jakby druga połowa tej solówki, 3:34 minuta. No jak ja to usłyszałam. Potem jeszcze pod koniec grają te dźwięki, trochę rozwinięta, takie dopełnienie utworu. A potem jak już cały album przesłuchałam, to się okazało, że świetności jest więcej.




18. Grandson - Drones
Druga zapowiedź albumu "I Love You, I'm Trying". I tak jak "Eulogy" było spokojne, to "Drones" brzmi tak buntowniczo, jakby ktoś się wkurzył i tempo jest szybsze. Więc taka równowaga naszła. Jak się słucha w samochodzie, to niezła bomba. Jest dobry bit, jest grająca gitara z fajnym outrem.




19. Thirty Seconds To Mars - Stuck
Jak oni mają wrócić, to jest głośno. I to mówię o fanach, a szczególnie tych, którzy siedzą jak na szpilkach, wspominają jakieś przeróżne wspomnienia, czy to jak muzyka zespołu zmieniła coś w ich życiu. Były też spekulacje, co to będzie za utwór, czy to będzie "stary" Mars, czy taki sam, jak na ostatniej płycie, i przy tym odzywali się fani, co tego albumu nie lubią i wyraźnie to wyrażali. Ja podchodziłam do tego, aaaa, co będzie, to będzie. Zapowiedzi tego utworu mnie intrygowały i byłam ciekawa co tam zapowiadają. I w dniu premiery okazało się, że to spoko kawałek. Dźwięki gitary rozbrzmiewają. On się tak enigmatycznie zaczyna brzdąkaniem gitary, a przy refrenie melodia się rozwija, trochę więcej się dzieje, a przy drugiej zwrotce znowu jest enigmatyczny spokój. Na bridge'u jest ambitne "Ram-dam, da-da-da, dam-dam", ale śpiewane takim mocnym wokalem, że można tą ambitność wybaczyć.




20. Written By Wolves - Misery 
Zespół poznany przez covery, a robił świetną własną muzykę. Gdy zapowiadany był ten utwór, to ja miałam ciarki. Przeczuwałam, że to będzie świetne i miałam rację. Piękne chóry rozpoczynające utwór, a które potem się przewijały, czy śpiewały "we are" przy wersach. One taki genialny klimat dają temu utworowi. Bardzo lubię gitarę podczas refrenu, ona nadaje takiego charakteru, czwartą część bridge'u, czy breakdown. Bardzo lubię brzmienie tego utworu.




Zaczynając pracę nad tym wpisem od początku toku 2024 nic się w muzyce nie działo, przynajmniej w tej muzyce, w której ja siedzę i obserwuję. A tu, pod koniec lutego, to i to i tamto. Tak więc ten spokój muzyczny, to była cisza przed burzą. Ciekawe co będzie potem.

Taka mała przerwa muzyczna między wpisami o filmach, żeby głowa pod innym kątem pomślała trochę.

Adieu.


piątek, 23 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | Trochę popadało. "Hard Rain"

Po obejrzeniu "Broken Arrow" naszła mnie ochota i poszłam za ciosem i włączyłam sobie film "Hard Rain", polski tytuł to "Powódź" (nawet dobrze trafili). Oglądając telewizję również w takiej kolejności oglądałam te filmy i poniesiona nostalgią oraz tym, że wiedziałam iż nie usnę, gdybym położyła się spać, po tym pierwszym tytule włączyłam ten drugi.

Oglądając "Hard Rain" po raz pierwszy, chciałam zobaczyć inną rolę Christiana Slatera. Telewizja mi w tym pomogła, bo niedługo po "Broken Arrow", ta sama lub inna stacja puściła tą drugą produkcję. W ogóle chyba jakoś w tamtym czasie zostało parę filmów z tym aktorem puszczanych, bo sporo ich widziałam w nie dużym odstępie czasu. Pamiętam, że w "Hard Rain" podobało mi się połączenie katastrofy powodziowej z elementami akcji, czy to jak w nim sprawy się obracały. Fabuła ma podobną strukturę co "Broken Arrow", jest coś do zrobienia, coś staje na przeszkodzie, trzeba przeciwstawić się tym złym, no i pozytywne zakończenie. A, i po drodze jeszcze główny bohater napotyka kobiecą postać.

Tom pomaga swojemu wujkowi Charlie'mu w przewiezieniu konwojem pieniędzy z banku, by uratować je przed powodzią. Wjeżdżają jednak w mocno zalany teren, pojazd nie chce zapalić i muszą czekać na pomoc. Niestety zostają napadnięci przez małą grupę prowadzoną przez Jima. Wywiązuje się niefortunna strzelanina, w której ginie Charlie, a Tom zabiera pieniądze, ucieka i ukrywa je. Ale potem musiał uciekać przed Jimem i jego kolegami. Szuka schronienia w kościele, ale tam dostaje z krzyża i budzi się w posterunkowej celi. Opowiada co i jak policjantom i przy okazji dziewczynie co mu krzyżem przywaliła, a która myślała, że jest on szabrownikiem. Funkcjonariusze postanawiają sprawdzić, czy Tom mówi prawdę i jeden z nich z powrotem zamyka go w celi, biorąc pod uwagę to, iż może kłamać. Jednak naszła fala wody i zaczęła coraz bardziej zalewać posterunek. Przed utopieniem ratuje go ta sama dziewczyna, co cisnęła w niego krzyżem. W pewnym momencie Tom był zakładnikiem Jima, ale szeryf pokusił się na miliony i ta dwójka stanęła po tej samej stronie. Podczas strzelania się obu stron, Tom popłynął ratować tą, co mu z krzywa walnęła, Karen. Ostatecznie chciwe policjanty (błąd celowy) zostają uspokojeni, Jim sobie odpływa, a Tom i Karen czekają na nadpływającą pomoc. 

Kiedyś wolałam bardziej "Broken Arrow", ale teraz jestem skierowana bardziej w kierunku traktowania tych dwóch filmów na równi. Są podobne do siebie i tak jak jeden ma swoje plusy i minusy, tak i ten drugi je ma. Z racji tego, że w "Hard Rain" w innych warunkach dzieje się akcja, to wydaje się ten film spokojniejszy, bo motorówka raczej nie będzie tak samo szybka jak samochód. Było również dużo pływania, wiadomo, powódź, więc bardzo tam nie pobiegali, a bieg jest chyba trochę szybszy od pływania, no albo na ekranie tak wygląda, przez co wydaje się że film jakoś mocno nie gna. Woda spowalnia ruchy i akcja filmu jest trochę spowolniona. "Hard Rain" i "Broken Arrow" trwają prawie tyle samo, i ten drugi tytuł śmignął mi dość szybko, a ten pierwszy miałam wrażenie, iż trwał dłużej. Ale to nie jest tak, że on się wlekł, po prostu miał takie tempo. 


Fabuła również prosta, zwyczajny akcyjniak, nie było nic takiego, że twórcy mogliby się pogubić. Była również nuta humoru, jeden typ cytował, czy tam niby cytował biblię, w dialogach również pojawiały się żarty. Było też starsze małżeństwo, co nie chciało uciec przed powodzią i to był humor typowych kłótni małżeńskich, na przykład ten mąż pod koniec mówi do tej swojej żony, że następnym razem ona musi się jego posłuchać i muszą uciec przed kolejną powodzią, co było kuriozalne zważywszy na ich wiek. Bardzo mi się podobała rola Morgana Freemana, wcielający się w Jima. To była tak świetna postać, tak fajnie została zagrana. Bardzo mi się podobał akcent w głosie Freemana, czy sarkazm w wypowiadanych tekstach granej przez niego postaci. Natomiast postać Toma ponownie wydawała mi się zwyczajna. Jedynie podoba mi się i lubię sposób grania Christiana Slatera. No coś w nim jest, że polubiłam tego aktora i nie przeszkadza mi taka zwyczajna postać, którą zagrał. Postać Karen była zabawną postacią pod kątem tego, że ona tam zajmowała się renowacją, czy czymś takim, w kościele i miała na tym punkcie obsesję. Na jej nieszczęście akurat tam musiała odbyć się bitwa o pieniądze i zabawna była końcowa scena, jak Tom opowiada co się stało budowli, na zasadzie że, a woda ugasiła pożar, gdy ona się pyta, czy to był duży pożar, on odpowiada, że nie i prawdopodobnie dlatego postanowili wpłynąć motorówkami wybijając okna, które były witrażami. Toteż Karen przywaliła Tomowi krzyżem i to zamieniło się w żart w tym filmie. Bardzo lubię i mnie bawi dialog między nimi, gdy są na posterunku i on się pyta, czym go walnęła. 

"- You're the one who nailed me, aren't you. What the hell d'you     hit me with?

  - A crucifix. What? It was all that was there.

  - Great. I'm gonna have people from around the world coming to     see Jesus on my forehead".

Jest jeszcze jedna scena, która mnie bawi i nawiązuje do tego krzyża. Jim i Tom chowają się w tym kościele, no i ten drugi poszedł poszukać czegoś do opatrzenia rany, dostał kulką, a w trakcie wymiany zdań Jim się jego pyta, czy już był w tym miejscu, na co Tom odpowiedział "Oh yeah. I saw Jesus!".


Mimo, iż znałam ten film, wiedziałam co tam się wydarzyło, momentami czułam napięcie oglądając go. Szczególnie jeśli chodziło o wodę, na przykład, gdy wpływała ona na posterunek, gdzie Tom siedział w celi i w sumie był uwięziony w niej, i ja siedziałam na paru szpilkach, czy on jakoś tam przeżyje, albo jak on z Karen uciekali przed rabusiami i wspięli się na jakiś słup, żeby dostać się wyżej, chyba woda się podnosiła, i oni ogarnęli, że ten słup to metalowy jest, w pobliżu był jakiś prąd, a on i woda, do tego metal, to tak niezbyt, nawet wołali do tego rabusia, by również z tego metalowego słupa zwiewał, no ale niestety nie zdążył i ten prąd go poraził. Jeszcze gdy Karen była przykuta kajdankami do poręczy na klatce schodowej w swoim domu, bo ten jeden policjant w taki sposób chciał zawalczyć o pieniądze i jeszcze co innego z nią zrobić, ale jej się udało pozbyć typa i musiała ratować się przed wodą, i scyzorykiem odkręcała śrubki przy słupkach pod poręczą, żeby móc wyjść wyżej z tymi kajdankami. W pewnym momencie dalej nie mogła nic zrobić, ale za niedługo Tom przypłynął na pomoc. Tu też ta taka walka z wodą również powodowała u mnie lekkie napięcie i gdzieś tam w duchu miałam na przykład takie "no odkręcaj te śrubki". Potem była imba, ten dom zaczął pływać przez falę co napłynęła, bo tama się poddała i wodę puściła i z jakiegoś powodu wydaje mi się to przesadzone. No niby jest to rzecz możliwa, ale coś mi tu nie grało. W ogóle końcówka w pewnych momentach odbierałam lekko podkoloryzowana. Też zdarzyła się wpadka w filmie, możliwe iż było ich więcej, ale ja zauważyłam tą. Na koniec, jak Jim odpływa, to słup elektryczny w oddali nie pasował do poziomu wody jaki był przedstawiony. Przed chwilą Tom z Karen na domu pływali, a tu słup tylko do połowy w wodzie. A jak już przy Jimie jestem, to on zabrał jeden worek pieniędzy, i Tom machną ręką na ten jeden worek, że on je zabrał, bo wyszło na to że rabuś okazał się być bardziej spoko od szeryfa plus tam w między czasie okazała się pewna rzecz, ale ostatecznie nie wiem, czy to była tylko część tych pieniędzy, czy wszystkie, czy tu wydarzyła się pomyłka twórców, bo tych worków z pieniędzmi było więcej.

Po latach ten film mi się podoba, również takie bardziej luźniejsze kino niewymagające, choć, jak wspominałam, można poczuć trochę napięcia. Na mnie podziałało, bo na mnie działa woda i ogólnie takie katastroficzne wydarzenia. Mam coś takiego, że jak jest powódź pokazywana, albo coś na wodzie się dzieje, czy ogólnie widać potęgę wody, to siedzę jak na szpikach właśnie i przykładowo myślę, że "oo, oby bohaterowie się wydostali, albo żeby się skądś tam uratowali". Fajnie było powrócić do kolejnego tytułu z przeszłości. Jeszcze to film z mojego roku, także akurat trafiłam z seansem na początku roku (ja ze stycznia). Kiedyś w ogóle się jarałam się, jak jakiś film, czy serial był z mojego roku. Całkiem nieźle mi poszło w rozpoczęciu mojego postanowienia o oglądanie rzeczy w tym roku. No to lecę dalej. 

Adieu.



piątek, 16 lutego 2024

Oglądam to jeszcze raz. | "Broken Arrow", czyli zgubiona broń nuklearna.

Podczas powrotu to serii filmów "Transformers" wzięło mnie po drodze na wspominki i wspominałam sobie filmy, które kiedyś oglądałam, bardzo lubiłam i niektóre były moimi ulubionymi. Jeden film prowadził do drugiego, ten do kolejnego, a ten do następnych. Poodtwarzałam sobie trailery niektórych, to też YouTube potrafił zaproponować potem jakieś urywki z tych filmów i pooglądałam niektóre klipy i powspominałam, że to były fajne filmy i w sumie warto by było je sobie odświeżyć, w szczególności po latach. Byłam wtedy zaaferowana Transformersami, a potem innymi rzeczami, ale w nowym roku mnie tak tknęło, żebym coś obejrzała. Mam dużo filmów i seriali do rewatcha, mam dużo nowych filmów i seriali. Tak mnie ścisnęło, że kiedyś oglądałam DUŻO, a teraz prawie wcale. Może kiedyś to aż za dużo oglądałam, bo ja bardzo dużo przebywałam przed telewizorem, ale po tym, jak przestałam oglądać telewizję, to tego oglądałam coraz mniej. Niektóre seriale oglądane na komputerze pokończyły się, filmy oglądałam prawie tylko w kinie, no i czasem coś w domu pod wpływem niektórych z kin oglądałam coś w domu, jak na przykład serię "Maze Runner", którą oglądałam od trzeciego filmu. Zdecydowałam się starać obejrzeć coś w weekend, choć jedną rzecz. 

Najlepiej było zacząć od filmu, który był moim ulubionym i był jednym z pierwszych takich z tego gatunku, jakie obejrzałam. On był jednym z tych, przez które zaczęłam się interesować jako tako filmami. Mowa o filmie z pięknym polskim tytułem "Tajna Broń". Wtedy nie kleił mi się ten tytuł, nie ogarniałam czego tyczy oryginalny tytuł, ale po latach, dorośnięciu, lepiej rozumieniu angielskiego, już ogarniam. Pamiętam jak jakiś dłuższy czas temu przypomniałam sobie o muzyce z tego filmu i YouTube podsunął mi jakiś urywek z niego, a że coś tam ogarniałam angielski, to po obejrzeniu tego fragmentu mnie olśniło, miałam takie "aaaaa to dlatego nazwali to "Broken Arrow".

Przez dłuższy czas myślałam, że "Broken Arrow" jest pierwszym filmem, który zapoczątkował moje zainteresowanie i przygodę z filmami, ale po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, iż on był jednym z wielu. W tamtym czasie oglądałam dużo filmów, które lubiłam, na przykład "Komando", "Terminator", "Godziny Szczytu", "Rycerze z Szanghaju", czy "Bad Boys" i "Faceci w czerni". Po prostu była to jakaś grupa tych filmów. A na "Broken Arrow" trafiłam pewnie przez to, że był tam John Travolta, którego oglądałam w niedzielne przedpołudnia w filmach "I kto to mówi" (Look Who's Talking). Ja wtedy patrzyłam kto występuje w filmach, które potencjalnie chciałam obejrzeć i oglądałam głownie te, w których był ktoś mi znany, albo chociażby kogo kojarzyłam. Nie mniej jednak "Broken Arrow" był jednym z pierwszych filmów ulubionych. I w sumie nie wiem co spowodowało, że się tym filmem zauroczyłam, ale oglądałam go za każdym razem, gdy leciał w telewizji. Ja w ogóle wtedy pilnowałam telegazety, żeby wychwycić, czy leci film, który znam i żeby koniecznie nic nie przegapić. Pamiętam też, że w tamtym czasie bardzo spodobała mi się muzyka do "Broken Arrow", szczególnie po obejrzeniu cały czas sobie ją nuciłam, to był czas w którym nie wiedziałam nawet, że muzykę filmową można słuchać, i to był pierwszy raz, gdy zwróciłam uwagę na muzykę w filmie. Polubiłam też aktora grającego jedną z głównych ról, Christiana Slatera, wiadomo, człowiek lubił te dobre postacie i aktorzy ich grające zwracają swoją uwagę. Potem sprawdzałam sobie filmy ze Slaterem, a telewizja to ułatwiła, bo różne stacje puszczały różne produkcje z nim. Ale o tym kiedy indziej. 

Do seansu zasiadłam z pozytywnymi wspomnieniami i emocjami. Już gdy się zaczynał czuć było klimat tego filmu, oraz filmu z lat dziewięćdziesiątych. Charakterystyczne napisy wstępne, mijające się z pierwszą sceną, w której dwójka głównych bohaterów się naparza w boksie, a przy tym przygrywa świetna muzyka. No i ta dwójka, Vic Deakins i Riley Hale, zostają wysłani do przetransportowania broni nuklearnej. W trakcie lotu jeden z nich wyrzuca katapultacją tego drugiego i porywa pociski. Deakins chce dokończyć swój plan ze swoją ekipą, ale Hale próbuje mu przeszkodzić, a po drodze musi się użerać z Terry, pracownicą parku narodowego (o ile się nie mylę), której czasem uda się pomóc. Gdzieś w międzyczasie ci na górze orientują się, że stracili swoją broń nuklearną. Po rozwalonym helikopterze, podziemnym wybuchu jednej z bomb, wielu strzelaninach i ostatecznej bitwie w pociągu, Riley powstrzymuje swojego byłego kolegę, i na koniec znajduje trochę przypalony banknot iluśdolarowy.


Sceny lecącego samolotu, z uwagi na czas powstania filmu, były z lekka komiczne. No niektóre momenty były takie, co spowodowały, że człowiek zachichotał. Taki urok starszych filmów. Podobnie było z niektórymi ujęciami, na przykład Deakins i Riley rozmawiają, jest ujęcie na tego pierwszego mającego konkretny wyraz twarzy i nagle maksymalne zbliżenie na jego oczy, żeby pokazać, że on ten zły. Ale nie takie po cięciu zbliżenie, tylko kamera kręciła w trakcie robienia tego zbliżenia. A to było jeszcze przede zdradą Deakinsa, więc tak jakby widz musiał się domyśleć o co chodzi, albo dali podpowiedź, że coś się dzieje. A jak już jesteśmy przy nim, to John Travolta bardzo fajnie zagrał tego typa, co nie do końca ma równo pod kopułą. I Deakins nie był cały czas stuknięty, tylko co jakiś czas pokazywał tą swoją drugą twarz. Bardzo lubię moment, gdy on przez zaciśnięte zęby mówi, żeby nie strzelać do broni nuklearnej. Tak to świetnie brzmi i wygląda. Natomiast postać Hale'a powiedziałabym, że jest zwyczajna, nie jest on jakoś nad wyraz odważny, czy coś takiego, tylko trochę wygląda na takiego, co po prostu musi zrobić swoją robotę, ale podoba mi się jak została zagrana, dużą robotę robiła mimika, czy tonacja głosu Slatera, który się wcielił w tą postać. No Deakins co jakiś czas pokazywał tą swoją nutę nienormalności, no a Hale z charakteru jest powiedziałabym nijaki. Choć trzeba przyznać, że skoro mimo tego lubię tą postać, to Slater zrobił dobrą robotę grając ją tak, żeby nie wydawała się taka nijaka. Bawiła mnie z lekka kobieca postać, Terry. Mówi ona na przykład, że coś jest złym pomysłem, po czym to robi, albo lata nad nią i Hale'm helikopter, ona nie wie o co chodzi, i ona idzie w jego kierunku i chłop musi ją ratować, i to dwukrotnie. Przy takich sytuacjach mówiłam do siebie "hehe, baba" lub "o, znowu babę trzeba ratować". Ale jako pracownik parku miała przydatne informacje które przydały się podczas działań przeciwdziałających Deakinsowi. Więc była śmieszna, ale nie była bez sensu.


Wedle mojego uznania, to ten film został dobrze zrobiony. Fabuła prosta, nic nie wymyślili skomplikowanego, więc historia została opowiedziana od początku do końca po prostu. Całość nie miała jakiejś głębi, bo też nie o to w tym chodziło, to jest zwyczajny film do popatrzenia na bijatyki, strzelaniny i wybuchy. Szczerze powiedziawszy, to te wybuchy wyglądają w tym filmie o wiele lepiej, od tych w niektórych dzisiejszych filmach. Tą produkcję oglądało mi się bardzo dobrze, wszystko płynęło, więc nie wychwyciłam niczego złego w sposobie jej nakręcenia tudzież zmontowania. Też skoro to film akcji, to się skupiłam na innych rzeczach. No jedynie niektóre wspomniane zbliżenia kamerą, czy niektóre charakterystyczne zabiegi w robieniu filmów w tamtym czasie, ale to raczej nie jest czymś złym.

Po retro seansie mojego niegdyś ulubionego filmu, to raczej teraz moim ulubionym nie będzie, choć sentyment pozostanie. "Broken Arrow" jest dobrym akcyjniakiem, można sobie włączyć, usiąść z piwkiem i chipsikami i oglądać. Wśród strzelanin i wybuchów jest też nuta humoru. Hale na przykład lubił cisnąć bekę z nazwiska Deakinsa, bo jak ktoś skubną angielskiego, to zauważy grę słów z "Deak" i pewnym niecenzuralnym słowem na "k" (w innej wersji na "ch") w języku polskim. Jest jeszcze motyw z banknotem i ja nie do końca zaczaiłam o co chodzi, ale twórcom chodziło chyba o rywalizację między Deakinsem, a Halem, bo na początku, gdy się bili w boksie, to przegrany dawał pieniądza temu drugiemu. I w trakcie filmu ten motyw się powtarzał, jeden drugiemu gdzieś pieniądza zostawiał. Deakins chyba nie docenił Hale'a, bo w jednej scenie patrzył się na ten banknot z wymalowaną na twarzy obawą. Z resztą słusznie, bo to Hale jako ostatni znalazł ten lekko podpalony banknot. Cóż. Podobał mi się ten film, lubię go, ale moje zauroczenie z kiedyś minęło. Teraz mam inną perspektywę na filmy, bo i są lepsze akcyjniaki. Mogę go lubić, mam do niego sentyment, ale jest po prostu dobrym filmem, bez większych fajerwerków. 

Ja się chyba przebodźcowałam w zeszły weekend, w którym oglądałam "Broken Arrow" i kompletnie nie mogłam skupić się podczas pisania tego wpisu, także nie jestem w pełni zadowolona z niego 😅. No cóż, czasem bywa i tak. Człowiek sobie wszystko wypunktował i jak krew w piach 😆. To by było na tyle, trza pisać kolejny wpis, może lepiej mi pójdzie w skupieniu się.

Adieu.




poniedziałek, 5 lutego 2024

Pierwszy i ostatni rysunek w 2023 roku.

W zeszłym roku miałam wielkie plany wykonania co najmniej dwa rysunki. A że w szkicowniku dawno mnie nie było, to zrobiłam w nim rysuneczek zaznaczający 2023 rok, po nim miały być te dwa rysunki. Narysowałam jeden i kończyłam go w Sylwestra... Więcej nic nie planuje. 

Cóż, czasem tak bywa. W każdym razie no chociaż ten jeden wykonałam. Inspiracja do niego pojawiła się w 2022 roku na Instagramie. Jest to zdjęcie Maggothy, streamerki z Twitcha. Ma ona również podcast kryminalny. Bardzo podoba mi się jej styl, jest to goth dziewczyna, więc jej kolor to czarny, a ja lubię czarny, więc wszystko się zgadza. Lubię też styl zdjęć, jakie publikuje, co są stylizowane na czarno białe. Bardzo podoba mi się jej estetyka. Gdy pojawiło się poniższe zdjęcie, to od razu przyszło mi na myśl, że jest świetne do zrobienia jakiegoś rysunku.

Jak zwykle nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od ćwiczenia. Pewnie gdybym rysowała częściej, to bym nie musiała robić ćwiczeń, a tak to muszę chronić się przed strachem przed pustą kartką. Do tego mam taką niepewność, czy w ogóle dam radę coś narysować. Pierwszym takim szkiecem ćwiczeniowym, to coś co już kiedyś rysowałam, czyli portret trochę z boku. Referencje do tego znalazłam na Pintereście, i tam to było tak pomnożone, że ja nie ogarniam kto stoi za oryginałem, z resztą ja nie do końcam ogarniam Pinteresta więc... Też go tu podżucę, a potem moje krok po kroku. Niby ja to rysowałam, chyba ze dw czy trzy razy, ale mimo to, zawsze coś tam nowyego wyłapie. Przy tym najnowszym zauważyłam, że mimo już je rysowałam, to otworzyła mi się jakaś mała dodatkowa szufladka i z nowym podejściem na to patrzyłam. Może to przez to, że rysowałam odbicie lustrzane, nie wiem, ale fajne uczucie, że wie się więcej, nawet jeżeli jest to drobnostka. 










Drugi szkic dla ćwiczenia, to głowa skierowana do dołu. Wiedziałam, że rysując swój rysunek, nie będzie ta głowa aż tak schylona, ale to było bardziej dla mojej głowy, żeby wyobraźnia trochę potrenowała i by było mi łatwiej przy tworzeniu. Pomoc naukową znalazłam na kanale YouTube, Bradwynn Jones, i wideo też podrzucę gdzieś tam poniżej. Robotę zaczęłam od narysowania koła, które podzieliłam na trzy części, według tego jak podpowiadają części twarzy, że tak to ujmę. Pierwsza wyznacza czoło, druga umiejscowienie brwi, a trzecia nosa. Dorysowałam czwartą kreskę pod tymi trzema, w takiej samej odległości, jak tamte były od siebie i ta będzie wyznaczać miejsce brody.



Między drugą a trzecią linią, czyli po środku, rysowałam kanciasty nos. Zawsze rysując mam ten problem, żeby najpierw narysować kanciasty zarys nosa, czy oczu, ust i uszu. Ja od razu chce wszystko rysować tak jak jest na zdjęciu. A jak rysowałam inne takie ćwiczeniowe rysunki krok po kroku i najpierw rysowałam wszystko kanciaste, to zauważyłam, że potem lepiej mi było narysować taki nos. Trza mi nas tym popracować chyba.


Po jednej stronie są linie, a po drugiej stronie narysowałam koło, które jest bokiem głowy. Drugą linię ukształtowałam jakoby to była brew, to też zaznacza kant twarzy. A koło podzieliłam krzyżykiem, którego linie są odzwierciedleniem tego jak głowa jest ustawiona. Chyba ta pozioma najbardziej pokazuje nachylenie głowy. 



Na podstawie tego co miałam na kartce, narysowałam żuchwę. Jej linia po prawej stronie kartki zaczyna się od tej drugiej linii co dzieliła koło, i kończy na tej ostatniej. Druga linia żuchwy również zaczyna się na poziomie drugiej linii na kole, ale bardziej konkretnie od poziomej kreski tego krzyżyka w kole. Idzie w dół ku końcowi tego koła, tak w kąt z tą pionową kreską, a za tą trzecią linią, która jest też końcem koła narysowanego na początku, linia żuchwy się zagina i leci do brody.


Na tym co już miałam zaczęłam budować twarz. Pod nosem narysowałam łuk kupidyna. Pod spodem przy tej samej linii pionowej przedzielająca dwie połówki twarzy narysowałam kreseczkę szyi, no z racji perspektywy w jakiej była no i zarys koszulki. Na tej drugiej linii, co przedzielała koło, narysowałam brwi, a pod nimi oczy. I powieki nie są zamknięte, tylko tak głowa jest pochylona, to też rozjaśniło mi rysowanie twarzy z takiej perspektywy. No i zarys włosów też się pojawił.


W kanciasty zarys żuchwy wpisałam żuchwę, narysowałam również usta, czy policzek. Niektóre zbędne kreski wytarłam, w jednej części tego podzielonego krzyżykiem kółka narysowałam ucho. Tam było wyznaczone miejsce dla niego. Trochę poprawiłam też zarys koszulki/bluzki, niby to tylko szkic, ale mnie to gryzie takie coś i musiałam poprawić, plus poprawić nie zaszkodzi.



Znowu parę kresek wytarłam i narysowałam linie włosów przy czole, no i potem jakiś zarys włosów. A na końcu wszystkie techniczne kreski, które były już nie potrzebne, zostały wytarte i została twarz.




How to Draw Faces Looking Down || Loomis Method Monday Ep 3



No i w końcu przyszedł czas na pierwszy szkic ku mojemu rysunkowi. Te pierwsze szkice są jak zwykle brzydkie. Ale trzeba od czegoś zacząć i przy pierwszym szkicu moja głowa próbowała przelać wszystko co wie w połączeniu ze zdjęciem referencyjnym na kartkę. Widziałam, że idzie to w złą stronę więc nawet nie kontynuowałam.


Na drugim brzydkim szkicu pojawiła się cała twarz, wprawdzie wszystko jest krzywe, nieproporcjonalne i niepoprawne. Nie ma o czym mówić przy tym 😆.


Wszystko wyżej to początek czerwca, a do rysowania wróciłam... w październiku. Kolejny szkic to już coś więcej. Więcej szkicu, więcej kresek, więcej krzywości i więcej brzydoty. Mimo, iż ten szkic również jest mocno niepoprawny, to luźno zahacza o zarys tego co chciałam narysować. Wspomniałam wcześniej, że zamiast na początku rysować wszystko uproszczone, kanciaste, to ja od razu chce rysować tak jak jest na zdjęciu, i wychodzi to tak, jak te oczy na poniższym szkicu. Mimo wszystko, to było już coś nad czym można było pracować.


Stwierdziłam, że będę pracować na tym poprzednim szkicu i zobaczę co z tego wyjdzie. Przekalkowałam go i zaczęłam jako tako poprawiać... wszystko. Mimo, iż to nie wyglądało, widziałam w tym nutkę potencjału. Nadal to wszystko jest niekształtne i niepoprawne. To jest etap trust the process. 


Znowu miałam przerwę od tego i wróciłam z początku listopada. Ten poprzedni szkic też przekalkowałam i tak samo starałam się poprawić. Można powiedzieć, że do tej pory to było rysowane od nowa z tym, że miało się trochę taką podpowiedź i wiedziało się mniej więcej czego nie robić. Ja też każdemu szkicowi robiłam zdjęcie, głównie telefonem, bo łatwo mi było szybko przerzucić na Dysk Google i porównać z referencją na monitorze komputera. Na bieżąco wyświetlałam szkice i referencje koło siebie i patrzeć to na jedno, to na drugie, co trzeba poprawić, w którą stronę iść, a w którą nie. I ku mojemu niespodziewaniu, wyszło to poniżej. Zdjęcie zaraz po wykonaniu i zdjęcie lepszej jakości zrobione później.



Po poprzednim szkicu przyszło mi do głowy, że jednak coś niecoś potrafię. Chwilę to trwało, ale doszłam powoli do celu. Choć w sumie nie do końca, bo mając już ten zarys twarzy, najbliższy do zdjęcia referencyjnego trzeba było popracować nad szczegółami. Pierwsze co trzeba było poprawić, to policzek po prawej stronie kartki, ten bardziej schowany. Musiałam go schować jeszcze bardziej. Wydawało mi się to ważnym aspektem, bo od tego zależały włosy, oko, czy usta. Co też z resztą poprawiałam. Skoro zmieniłam lekko policzek, to i włosy delikatnie trzeba było zmienić. Usta trzeba było powiększyć. Odrobinę poprawiłam nos, choć to nie koniec z nim. Ucho też trzeba mi było powiększyć. Drobne zmiany zrobiłam z brodą, włosami pod nią na szyi, czy naszyjnikiem, Pozostałymi rzeczami bardzo się nie zajmowałam, bo uznałam, że są w miarę okay, a nad tą twarzą jednak trzeba było trochę posiedzieć. Zdjęcia to ponownie jedno zaraz po skończeniu, a drugie takie trochę lepsze. 



Kolejna kartka, kolejna kalka i kolejne poprawki. Ponownie małe poprawki oczu, brwi, ust, nosa, czy ucha. Próbowałam ulepszyć włosy oraz brodę. Poświęciłam też chwilę nad naszyjnikami. Przy ustach nie wiem dokładnie w którym momencie, próbowałam je narysować tak, jak są naturalnie, no bo one są obrysowane pomadką, ale w pewnym momencie stuknęłam się w głowę narysowałam je tak, jak są obrysowane, bo przecież miał być to prosty rysunek. Z dokładnym rysowaniem ust będę męczyć się przy portretach. Pierwsze zdjęcie zrobiłam, bo myślałam, że już nic nie będę robić. Jednak potem jeszcze dłubałam i widać to na tym lepszym zdjęciu.



Ostatni szkic. Poprawki dotyczyły tych samych rzeczy. Starałam się, aby linie były w miarę cienkie, były pojedyncze, żeby było jak najczyściej na kartce. Zajęłam się na koniec naszyjnikiem, czy włosami koło szyi, bo tam drobne poprawki trzeba było zastosować. A i ucho ulepszyłam. Po przyglądaniu się na ten szkic i zdjęcie referencyjne, stwierdziłam, że nic więcej nie zdziałam i zostawiłam to tak.


Ostatni szkic przekalkowałam do miejsca docelowego, czyli do szkicownika. Nie poprawiałam już tego ołówkiem, tylko od razu jechałam cienkopisami po tych kalkowych liniach.


Robotę cienkopisem zaczęłam od obrysowania wszystkiego. Wybrałam najcieniej piszący cienkopis i obrysowałam kontury, narysowałam brwi oraz włosy przy przedziałku, wypełniłam te cienkie elementy, jak rzemyk, czy eyeliner. Zaczynając nie wiedziałam co i jak zrobię z niektórymi rzeczami, więc takie obrysowanie na początek było w sam raz. 


Chciałam, żeby ten rysunek był prosty, ale też chciałam, żeby były takie elementy, jak odbicie światła. I nie wiedziałam, czy zostawię po prostu białą plamę, albo zamarzę całość i zrobię refleksy czymś białym, albo pójdę w to, co efekty widać na rysunku i zobaczę co się stanie, w razie co miałam to zamalować kompletnie czarnym i wykorzystać tą opcję, że zrobię refleksy czymś białym. Jak widać wyszło całkiem spoko, co mnie cieszy, bo widać strukturę cienkopisa i nie jest to takie płaskie, jak niektóre efekty grafiki komputerowej. Jeden z naszyjników, ten czarny pasek, nie wiedziałam co z nim zrobić, nie chciałam, żeby był cały czarny, chciałam żeby coś tam w sobie miał, a nie, był czarna plamą. I znowu złapałam się na ty, że myślałam nad tym rysunkiem realistycznie. Ponownie stuknęłam się w głowę, że nie muszę robić tutaj niczego dokładnie jak jest na zdjęciu, że miało być prosto i że mogę sobie zrobić co chcę, więc zrobiłam tak, by było widać szwy. A ten wisiorek chciałam zrobić tak jakby 3D, w sensie na zdjęciu widać jego grubość, więc zrobiłam takie pogrubione linie pod spodem, odpowiednio pod jakim kątem ten wisiorek był. Jak się popatrzy na referencje, to wiadomo o co chodzi. Cienie twarzy, czy cienie do powiek zrobiłam ołówkiem, oczy też. No i usta... Nie podoba mi się, jak to zrobiłam. Wyglądają, jakby dolna warga była większa od górnej, a jest odwrotnie. Próbowałam różnych rozwiązań na tych ustach, ale nic nie wyglądało dobrze i narobiłam tylko warstw, że kartka już nic nie chciała przyjmować. Zrobiłam jak zrobiłam i tak zostawiłam. Po czasie mnie olśniło, że gdybym zrobiła odwrotnie, to by o wiele lepiej to wyglądało, gdyby ten biały był przy granicy warg, ale na górnej. Ja mam tak, że jak kończę rysunek, to już po czasie w nim nic nie robię. Jak uznałam, że koniec, rysunek skończony, to już nic nie poprawiam. Też po czasie zobaczyłam kilka rzeczy, co mogłabym poprawić. Ważne, że je zobaczyłam. 


Czy twarz, którą narysowałam, jest podobna do referencji? Nie wiem, ja to rysowałam i jakieś podobieństwo widzę, choć to nie jest jednoznaczne. Rysując z tego zdjęcia referencyjnego właściwie nie zależało mi na podobieństwie, po prostu podobało mi się zdjęcie, jego klimat i jak nie będzie podobieństwa, to będzie po prostu jakaś dziewczyna. Podeszłam do tego tak, że lekko powątpiewałam iż będzie jakiekolwiek podobieństwo, ale gdyby wyszło, to bym się nie obraziła.


Narysowanie tego rysunku tknęło we mnie coś takiego, że uświadomiłam sobie, iż kiedyś rysowałam więcej. Niby to rysowanie jest koło mnie, ale rysuje w bardzo dużych odstępach czasu. I trochę zatęskniłam za większą częstotliwością rysowania. Potem miałam tyle różnych rozkmin, przeróżnych i przy nich wpadł mi pomysł na rysunki. Jest w kolejce jeszcze jeden, ten drugi, do szkicownika co planowałam w zeszłym roku, więc najpierw trzeba będzie się nim zająć. Będę musiała się zebrać. Zmobilizowałam się do robienia ćwiczeń jak na WFie i wytrzymałam trzy tygodnie, to może i z rysowaniem uda mi się to damo uczynić 😅. 





Na koniec ciekawostka, co stało się z ostatnim szkicem. Otóż wykożystałam go do sprawdzania przyborów, co jak zrobić, co robić, a czego nie robić, tak żeby nic nie spartolić w rysunku. To by było na tyle.

Adieu.