sobota, 29 maja 2021

He's back!

W ostatnim czasie po mojej głowie chodzi temat Ed Sheerana. A to za sprawą tego, że pewnego razu podczas słuchania swojej playlisty z ulubionymi utworami na Spotify, gdzie losowo odtworzył mi się utwór "Give Me Love". Nie pamiętam co wtedy robiłam, ale tak się wsłuchałam w niego, że go odkrywałam na nowo. Przy okazji zleciał na mnie stos wspomnień, jak to za czasów nastolatki poznałam Eda, jego twórczość i miałam tak zwaną fazę na ten temat.

Z nostalgią zaczęłam wspominać tamte czasy, jak mówienie o Edzie było niekończącym się tematem, słuchanie ciągle tych samych utworów się nie nudziło, a czytanie wszystkiego na temat artysty było nie wiadomo jaką wiedzą. Moim sposobem na słuchanie albumów różnych artystów było takie, że wchodziłam na Wikipedię, potem w dany album i po kolei robiłam kopiuj wklej na YouTube i tworzyłam playlistę. Z czasem skompletowałam fizyczne egzemplarze płyt Eda, a przeczytać o nim mogła w dwóch książkach, które wyszły, a po który moja fascynacja jeszcze bardziej wzrosła, wiedząc jak zaczynała się i powoli toczyła kariera artysty. Dzięki temu rozumiem jego poczynania w muzyce, i w sumie nie tylko i umiem docenić nowe rzeczy, jak na przykład takie zwyczajne "Afterglow". Do tego obserwuje od tamtej pory rozwój artystyczny Eda oraz cieszą mnie czy to nowe kierunki muzyczne, czy to klasyczne gitarowe podejście.

Postanowiłam sobie odświeżyć muzykę Sheerana, bo zdałam sobie sprawę z tego, że dawno go nie słuchałam. Znaczy, czasami coś przewinęło się podczas słuchania "Ulubionych" na Spotify, ale bardzo rzadko się to zdarzało, zważywszy na ponad trzy tysięczną kolekcję na tej playliście. Przy okazji sobie odświeżyłam tą playlistę na YouTube. I tak sobie zrobiłam muzyczną podróż, od skromnego chłopaka grającego na gitarze, do rozpoznawalnego artysty na całym świecie. Ponownie dostrzegłam ten progress w jego twórczości, od grania na zwykłej akustycznej gitarze, po robienia popowyh kawałków pod mainstream, próbowania różnych rzeczy, eksperymentowania z różnymi artystami, do stworzenia symfonii. 

Ponownie włączył mi się hype. Prawdopodobnie nie taki sam jak zza czasów nastolatki, ale skakałam z radości (tak w przenośni), gdy pojawiły się wieści o jego powrocie po hibernacji. Moje ponowne przesłuchanie dyskografii Eda zgrało się z pojawieniem się informacji o tym, że nagrał on set ze swoimi utworami dla Big Weekend Radia BBC1. Przy okazji okazało się, że Ed cofnął się w czasie i wygląda jak zza czasów początków jego kariery! 


Widok metamorfozy (teraz brzmię jak takie typowe pisemko) jeszcze bardziej podsycił moje wspomnienia. Ale wrażeń nie było końca, bo pojawił się też wywiad. Ed poza omówieniem setu na Big weekend i powiedzeniu o tym, że zagra nowy utwór z nadchodzącej płyty (hype) i że teledysk do niego jest dobry, oraz że możemy spodziewać się wkrótce nowego albumu, opowiedział o graniu z zespołem, że tęskni za koncertami, oraz że malował i tworzył mnóstwo muzyki. 

Ed Sheeran - Castle On The Hill (Radio 1's Big Weekend 2021)


Powyżej jest "Castle On The Hill" zagrane z zespołem, a poniżej jest wywiad. Ja mogłam coś pokręcić, bo sama siebie rozpraszałam podczas jego słuchania/oglądania, z resztą ja lubię sobie osobiście obejrzeć rzeczy, niż polegać na czymś co ktoś napisał (nie, żebym nie ufała, ale lubię sobie sprawdzać rzeczy), więc daję taką możliwość.

Z niecierpliwieniem czekam na nową muzykę od Eda. Nie ukrywam, że wraz z moimi wspomnieniami i odświeżaniem jego muzyki delikatnie stęskniło mi się za nowymi rzeczami od Sheerana. Zdążyłam zaskoczyć się przy poprzednich albumach, więc skoro Ed mówi, iż nowy utwór będzie czymś nowym, to i tym razem tak będzie. 

Póki co będę słuchać sobie dotychczasowej dyskografii. Ostatnio pochłonęło mnie "Bloodstream" z Rudimentalem. Kto wie co będzie następne.

Ed Sheeran is back!


wtorek, 11 maja 2021

Oglądam to jeszcze raz. | The Divergent Series

Z uwagi na to, że dawno nie oglądałam żadnego filmu, bo telewizji nie oglądam, kina zamknięte, a ja zanim wezmę się za oglądanie, no to się trochę schodzi, no to zaczęłam planować oglądanie filmów. Bo tak, dużo filmów nieobejrzanych, dużo filmów, które chciałabym odświeżyć, no bo dawno nie oglądałam, do tego jeszcze seriale. Dodatkowo wszystko oglądam po angielsku, bo odzwyczaiłam się od napisów, a lektora nie znoszę, wiec w przypadku filmów, które już kiedyś wcześniej oglądałam z lektorem, będzie fajnie obejrzeć w oryginalnej wersji językowej. Do tej pory udało mi się obejrzeć "Baby Driver", "Enola Holmes" i trzy filmy z serii "Divergent". A że ja jestem profesjonalna blogerka, to o niektórych postanowiłam sobie popisać. I jak już się powoli, bardzo powoli wygrzebałam z rzeczy, o których chciałam napisać, to i przyszedł czas na ten wpis. 

Ogólnie serię wpisów "Oglądam to jeszcze raz", znaczy mam nadzieję, że to będzie seria, miałam zacząć od czegoś innego, ale naszła mnie ochota na trzy filmy "Divergent" no to nie zmarnowałam tej ochoty i obejrzałam. Ja często niestety mam tak, że jak coś sobie zaplanuje, na przykład takie obejrzenie filmu, ale przed tym najdzie mnie ochota na co innego, na inny film, i zamiast obejrzeć ten na którego mam ochotę, to ja nie oglądam, no bo co innego zaplanowałam i kurczowo się tego trzymam. Wynikiem tego jest to, że albo obejrzę ten zaplanowany bez większej satysfakcji, a dopiero potem ten film co miałam na niego ochotę, albo w końcu nie obejrzę żadnego. I tak jest ze wszystkim. Ale na szczęście powoli z tego wychodzę. 

Swego czasu, gdy filmy z serii "Niezgodna" (ale jak można było zauważyć, wolę angielski tytuł) były popularne. Wtedy też był sezon, że tak powiem, na takie przyszłościowe, postapokaliptyczne filmy i były tytuły jak "Więzień Labiryntu", czy  "Igrzyska Śmierci". Pamiętam dużo tego było i był szał na to. No i ja zostałam wciągnięta, choć na początku "Więźnia Labiryntu" omijałam, a "Igrzysk Śmierci" obejrzałam tylko pierwszą część, a na którychś filmach z serii "Divergent" byłam w kinie, ale na których konkretnie, nie pamiętam. Swoją drogą póki nie obejrzałam ponownie tych trzech filmów, to myślałam, że trzeciego filmu nie widziałam, ale jak już obejrzałam, to brzmiał mi znajomo, tylko jakieś pojedyncze rzeczy kojarzyłam, a tak to podczas oglądania niczego nie pamiętałam. Dwa pierwsze filmy na pewno widziałam, ale z tym trzecim, to nie pamiętam jak to było. Jedynie mi świta, że w tamtym czasie, gdy miał wyjść ten trzeci, albo być może czwarty film, to któryś miał problemy. Jeżeli to była sytuacja z trzecim filmem, to on był opóźniony z premierą i właśnie nie pamiętam czy poszłam na niego do kina, czy nie, a jeżeli to miało być coś z czwartym filmem, który miał powstać, ale ostatecznie nie powstał. Taki mętlik w głowie mi powstał. Wiem na pewno, że ile filmów nie obejrzałam, to mi się one wtedy podobały, a nawet jarałam się nimi. Bardzo podobała mi się główna bohaterka, szczególnie w pierwszym filmie, jak ona tam trenuje i tak dalej, jak ona zaczyna film i jak kończy. Zmienia się w twardą babkę. Ogólnie podobał mi się tamten świat, ten podział na frakcje. Przed obejrzeniem tych filmów, jak i przed obejrzeniem innych filmów, które sobie zaplanowałam, byłam ciekawa, czy po tak długim czasie nadal będą mi się podobać. No i miałam pierwszą możliwość się przekonać. 

Ostatnio próbuję wdrożyć w użytek też inny plan, że w weekendy będę sobie odpoczywać i to będzie taki czas dla siebie, gdzie obejrzę jakiś film, serial, lub poczytam książkę. Dlatego filmy z serii "Divergent" rozłożyłam sobie na trzy dni, od piątku do niedzieli. Fajnie było mieć z góry zaplanowane wieczory. Ja w planowanie jestem słaba, więc to było jakieś ułatwienie. 




Oglądając pierwszy film, "Divergent", poczułam taką trochę nostalgię. Przypomniało mi się jak będąc młodszą oglądałam go z zaciekawieniem, a potem ekscytowałam  się nim. Nie pamiętam, czy ten film oglądałam w telewizji, czy w kinie, a jeżeli w kinie, to czy potem oglądałam go jeszcze raz, ale wiem iż tak, czy tak, to i tak nie pamiętam tego filmu. Od 2014 roku minęło, więc oglądałam go na nowo z nowymi wrażeniami. 

Tak więc trafiamy do futurystycznego świata, gdzie społeczeństwo podzielone jest na frakcje, bo według niektórych jest to najlepsze rozwiązanie, by to społeczeństwo działało najlepiej. Nastolatkowie muszą wybrać którąś z frakcji, tą w której są razem z rodziną, lub którąś z pozostałych. Przydzielenie do frakcji mają pomagać testy, a jeżeli ktoś nie pasuje do żadnej grupy, jest niezgodny i ma przechlapane. Jak można się domyśleć, główna bohaterka, Beatrice, jest Niezgodna. Kobieta będąca przy teście dziewczyny, powiedziała, by nikomu nie mówiła o wyniku tego testu. I tak zrobiła, ale frakcję trzeba było wybrać. Jej brat, Caleb, nie miał większego problemu, wybrał naukowców, nie pamiętam jak te frakcje się nazywały. Zaś Beatrice bardzo spodobała się frakcja wojowników, nazwijmy to, co było widać w scenie, gdy czekała w kolejce na test i z zaciekawieniem oraz fascynacją patrzyła na tą grupę, kiedy to dość efektownie przybyli. No mnie też sobą zainteresowali, więc nie dziwię się, dlaczego właśnie do nich Beatrice się przyłączyła, czym niektórych mocno zaskoczyła.


Na początku były małe próby, kiedy to nowi w grupie mieli pokazać swój charakter, że oni tam pasuję. Przybycie do miejsca, gdzie wojownicy są osiedleni, dla nowych traktowane było jako nowy początek, dlatego kazano wybrać im nowe imię. Beatrice została po prostu przy Tris. Zaś jej początki w treningach nie były najlepsze. Ale oczywiście sama nie była, bo między innymi jej koleżanka Christina nie dawała sobie rady. Rzecz jasna znalazł się osobnik, taki Peter, który docinał tym co sobie gorzej radzą. Główna bohaterka, jak i inni zostają zmobilizowani do poprawy i do dalszego działania tym, że zostaną wyrzuceni z frakcji i będą bezfrakcyjni. No i Tris wzięła się do roboty. W międzyczasie zaprzyjaźnia się, że tak powiem, z Four, który był tam jednym z tych ważniejszych we frakcji. Ale przyszedł czas na taki ostateczny test, taki jak mieli na początku. Podejrzewam iż prawdopodobnie mogło mieć tą jakąś nazwę, ale nie pamiętam. Test próbny wpierw został przeprowadzony i Tris była nadzorowana przez Four. Wydałoby się, że dziewczyna jest niezgodna, ale okazało się, iż chłop też jest niezgodny i pomaga jej przechytrzyć mechanizmy testu. Tris musi myśleć jak ci zgodni. Potem mają ten właściwy test, przeprowadzony na oczach pani (chyba) prezydent, w każdym razie kiś ważnym i tam paru innych. Tris udaje się przechytrzyć ważniaków, ale wkrótce okazuje się, że ta pani prezydent, czy ktoś tam, i reszta ważniaków, chce podać frakcji wojowników jakąś substancję, po której osoby będą podatne na manipulację. Po prostu ważniaki mogli nimi sterować. Tylko ta substancja nie działa na niezgodnych. I Tris była cały czas świadoma, kiedy cała frakcja została wysłana, by zabiła inną frakcję, tą najbiedniejszą, gdzie na początku była sama Tris i jej rodzina. Dziewczyna się wyłamuje, by ratować swoją matkę. Razem z nią wyłamał się Four, bo typo chciał go zabić, myśląc, że jest pod wpływem substancji. Ważniaki się oczywiście skapnęli, że coś się dzieje. Rzecz jasna podjęli działania w tym kierunku. Zaś Tris chce uwolnić ludzi z frakcji od substancji, tym samym przerwać zabijanie. Odpowiedni ludzie próbowali ją powstrzymać, ale ostatecznie jej się udało.


Po zakończeniu filmu nie miałam większych odczuć, po prostu mi się podobał, nic więcej. Czyli trochę się pozmieniało od pierwszego obejrzenia. Przyjemnie mi się go oglądało i podobał mi się ten świat, ale nie porwał mnie tak jak za pierwszym razem. Pewnie na młodszą mnie zrobił większe wrażenie. Główna bohaterka nadal mi się podoba. Dobrze, że ta postać nie została napisana w ten sposób, iż od początku umie wszystko, umie w bitkę, umie strzelać i jest nieustraszona. Cieszę się, że tak się nie stało. Podobało mi się właśnie to, jak Tris na początku jest taki słabeuszem, z racji tego że wszystko jest dla niej nowe, nie radzi sobie na przykład z uderzeniem drugiego człowieka. A potem, z czasem, uczy się wszystkiego, trenuje i wyrabia sobie charakter.

Wydawałoby się, że w przedstawionym mieście jest wszystko uporządkowane. Jest podział na frakcje, do których należą przypisane obowiązki. Jednak w trakcie filmu powoli dostrzega się, że jednak ten system nie jest idealny. Teraz przyszło mi do głowy, że w sumie zobaczyłabym życie w mieście i wewnątrz wszystkich frakcji. To by było fajnie zobaczyć jak żyje się w nich, zobaczyć wady, zalety. Myślę, że takie pokazanie społeczności i jak ona funkcjonuje mogłaby pokazać bardziej tamtejszy świat. Podobnie miałam po obejrzeniu trzech filmów z serii "Maze Runner", też miałam taki niedosyt i chciałam poznać ten świat. Jak dobrze się orientuję, "Divergent" też ma swoje książki, że to tak ujmę, ale aż tak mocno nie wciągnął mnie ten świat, żeby po którąś sięgnąć. "Maze Runner" zaintrygował mnie na tyle, że skompletowałam całą serię książek. Po prostu jedne historie wciągają, intrygują i budzą zainteresowanie bardziej, a inne mniej.




W drugim filmie, "Insurgent", główna bohaterka ze swoimi ludźmi znajduje schronienie w leśnym obozie, nazwijmy to tak, ja naprawdę nie przywiązywałam większej uwagi na jakieś takie nazwy, bo skupiałam się bardziej na tym co się dzieje i co bohaterowie mówią. Jak oglądam coś po angielsku, to czasami muszę się bardziej skupić. W tym lesie ludzie zbudowali sobie osadę, żyli jak na wsi. Ich spokój został zakłócony, ponieważ pani Jeanine wysłała tam swoją armię w poszukiwaniu niezgodnych, którzy byli jej potrzebni. Tris razem z Four i bratem Calebem musieli uciekać. Być może udałoby się im to zrobić bez większego echa, ale niejaki Peter postanowił ich wydać i zaczęły się dymy. Zaczęło się strzelanie i badanie ludzi, czy są zgodni, czy niezgodnie. Tris i chłopakom udaje się uciec. Kiedy oni tak biegli i uciekali, to delikatnie śmiałam się, bo Tris i Four byli przyzwyczajeni do wysiłku fizycznego, ale Caleb już nie i on tak się mordował, żeby nadążyć za tamtą dwójką. Do tego robił takie miny, aż całość wyglądała komicznie. 

Trójka trafia do grupy ludzi, która okazuje się grupą bezfrakcyjnych, dowodzoną przez matkę Four, dzięki któremu w ogóle udało im się tam dostać. Jest to coś nowego dla nich, bo ludzie w tej bezfrakcyjnej grupie byli takimi buntownikami, a dotychczas byli przyzwyczajeni, iż ludzie byli podzieleni na frakcje w których żyje się według zasad i ogółem żyli według zasad panujących w mieście. Tu Caleb znowu mnie rozśmieszył, bo wyglądał na przestraszonego dzieciaka, gdy widział tych wszystkich ludzi. Evelyn, matka Four, wyraża skruchę co do przeszłości jej i syna, ale ten kompletnie jej nie ufa. No mnie do końca do siebie nie przekonała, nie brzmiała do końca szczerze i miałam pewne przeczucia co do tej postaci. Evelyn jest przeciwniczką Jeanine, nie podobają się jej rządy tamtej kobiety, więc łatwo się można domyśleć, co stanie się w związku z tym faktem.


Tris dowiaduje się o prawdziwym powodzie, dlaczego Jeanine zaatakowała frakcje do której dziewczyna do niedawna należała, co widzieliśmy pod koniec pierwszego filmu, a potem szukała niezgodnych. Chodzi o tajemnicze pudło (w angielskim było to po prosu 'box'), które zostawili stwórcy bodajże, w każdym razie ci, co to wszystko wymyślili w mieście. Ale do otwarcia tego pudła potrzebni są właśnie niezgodni, więc Jeanine zgarnia sobie takie osoby, które są poddawane dziwnym rzeczom i umierają. I tak szukają tej właściwej osoby, aż w końcu pani Jeanine olśniło, iż to Tris jest kluczem do jej problemu. Dlatego wykorzystuje czipy u niektórych, steruje nimi i takim sposobem wysyła wiadomość do dziewczyny, że chce ją u siebie. Dość brutalną wiadomość bym powiedziała.

Tris z uwagi na to, że obwiniała się o wiele rzeczy, poszła do Jeanine. Dziewczyna nie chce, by ktoś więcej stracił życie. I tym razem to ona została podłączona do dziwnych kabli oraz poddana zabiegowi? badaniu? Coś w tym rodzaju. Co ciekawe, tuż obok Jeanine stal Caleb, który jej asystował, a który wcześniej odłączył się od siostry. No ja byłam tylko jak ten Leonardo DiCaprio wskazujący palcem, znany z memów. To zły chłopak nie był, ale spodziewałam się tego po nim. Zwyczajnie sądził, że to jest słuszne. Też miałam wrażenie, że jest zagubiony, nie do końca wiedział co może być dobre, a co złe i sprawdza to swoimi decyzjami. 


Tris z każdą kolejną sesją odblokowuje progi pudła. Jak dobrze pamiętam, te progi tyczyły się wszystkich frakcji i na etapie danej frakcji trzeba było myśleć jak osoba z tej frakcji. Niezgodni właśnie mają wszystkiego po trochu, w różnych procentach. Jednak każdy kolejny krok dawał się we znaki na zdrowiu dziewczyny. Też widać było, że jej brat patrzący się na jej cierpienie trochę źle się czół z tego powodu. Na tym momencie filmu ciekawa byłam, czy Caleb zmieni zdanie. Do momentu coraz bardziej niemiłych widoków swojej siostry, dawał wrażenie, iż bardzo popiera te działania, nawet wytrzymywał widoki kolejnych zmarłych osób. Mógł przy tym zostać, oraz mógł się z tego wycofać i to mnie ciekawiło, do czego dojdzie. Pewne podpowiedzi był, ale nigdy nie wiadomo, wszystko mogło się wydarzyć. 

Przy ostatnim etapie otwierania pudła zrobiło się niebezpiecznie, że tak powiem. Funkcje życiowe Tris były zagrożone. Zalecano pani Jeanine, by przerwać, ale ona nie, bo przecież są tak blisko. Temu wszystkiemu przyglądał się Caleb, jak zwykle z kamienną twarzą. Serio, mam wrażenie, że miał tylko jeden wyraz twarzy. Przynajmniej w większości czasu. Jeszcze kilka razy było proponowane Jeanine, aby przerwać, bo Tris zbliżała się do końca, że tak to ujmę. I cel został prawie osiągnięty. Ostatni level, po którym można by było otworzyć pudło było bardzo blisko. Tyle że Tris (prawie)umiera. Wszyscy widzą dziewczynę bez tchu. Nawet nie wiem, czy sprawdzali jej tętno na przykład, ale od razu stwierdzili zgon. Zaś Jeanine była like "next please", a do Caleba mówi coś w rodzaju iż w niektórych sytuacjach potrzebne jest poświęcenie. Niezłe słowa otuch po czyjejś stracie bliskiej osoby. 


Oczywiście Tris przeżyła, nikt nie wie jak i nie wie co, ale tak. Natomiast Four razem ze swoimi ludźmi oraz ludźmi matki wpadają do budynku, robią trochę zamieszania. Four odnajduje Tris, która chce dokończyć, to co zaczęła Jeanine. Uważa, że informacje w tajemniczym pudle mogą być ważne. Dokonuje tego i okazuje się, iż miasto to w sumie eksperymentem a niezgodni nie są groźni, tylko wręcz przeciwnie, nawet ważni. Jeanine chce pudło zniszczyć, chce ukryć wiadomość od stwórców, która kłóci się z jej przekonaniami. 

Ostatecznie Tris zabiera pudło. Evelyn ze swoimi ludźmi przejmuje miejscówkę Jeanine i ją zabija, czego z resztą obiecała swojemu synowi nie robić, to tak co do ufanie tej postaci. Dodatkowo zgarniają wszystkich, którzy współpracowali z Jeanine. Wiadomość od stwórców została wysłana na całe miasto, żeby ludzie mogli poznać prawdę. I poczuli chyba wolność, bo powychodzili na "ulicę", sugerując iż wyjdą z miasta. 

Podczas oglądania tego filmu odebrałam najwięcej bodźców. Na pewno więcej niż przy pierwszym. Przez większość czasu trzymał w napięciu, niektóre rzeczy mnie intrygowały, na przykład czy Evelyn mówi prawdę i zrobi tak jak twierdziła. W momencie gdy Caleb poszedł w swoją stronę, to zasiało u mnie podejrzenia, a potem gdy już pracował koło Jeanine miałam nadzieję, że jak będzie trzeba, to się ogarnie, zobaczy co dobre co złe. Zaś postacią denerwującą mnie za każdym razem, gdy się pojawiała, była postać Petera. On stal tam gdzie było mu wygodnie, tam gdzie będzie miał korzyści. Po prostu dwulicowy łachman. Same przeżycia Tris podczas prób otwarcia pudła było dawką emocji. Momentami było mi jej naprawdę szkoda. Plus cały czas powracały nieprzyjemne wspomnienia, które ją dręczyły. Niektóre z nich były typowe dla głównego bohatera wydarzenia, jak obwinianie się za śmierć osoby, na którą nie do końca miała wpływ. Zaś przy wiadomości to się lekko zszokowałam. Nie pamiętam dokładnie, ale moje prześwity w pamięci mówią mi, iż po pierwszym seansie "Insurgent" nie miałam aż tyle wrażeń. Chyba nawet na tamten moment średnio mi się podobał, miałam mieszane odczucia co do niego, a teraz jest wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobał. 




W "Allegiant" okazuje się, że Evelyn, która przejęła władzę, razem ze swoimi ludźmi rozpoczyna egzekucje na ludziach pracujących z Jeanine. Tris postanawia się stamtąd wynosić. Four podstępem odbija Caleba z jednej z cel. W zasadzie nikt o to go nie prosił, zrobił to sam z siebie, dla Tris. 

Tak więc Tris ze swoją ekipą, niestety Peter też się zahaczył, ucieka z miasta. Przemierzają kawałek za pokonanym murem i odkrywają zniszczony świat. Przemierzając czerwone ziemie znajdują ich ludzie Evelyn i muszą uciekać. W pewnym momencie otwiera się brama jakiejś niewidocznej ściany. To wyglądało jakby miasto i kawałek poza nim były pod jakąś kopułą. Po drugiej stronie tej bramy na Tris i resztę czekał tajemniczy komitet powitalny, który zawija ich do obiektu zwanego jako biuro Genetic Welfare. Po angielsku, nie wiem jak po polsku. 

Tris zostaje zaprowadzona do dyrektora tego biura, Davida. Od niego dowiaduje się, iż obserwuje całe miast, wie co tam się dzieje, tym samym zna dziewczynę na wylot. Biuro uważa dziewczynę za cud, bo jest "czysta", zaś inni, jak Four i Caleb są "uszkodzeni". David daje Tris urządzenie, dzięki któremu widzi wspomnienia jej matki, która została uratowana, a później pracowała z Davidem nad stworzeniem systemu frakcji. 

Four zostaje zaprowadzony do tych co zajmują się bronią i strzelaniem. Uczą go tam posługiwania się dronami wykorzystywanych podczas walki. Caleb i Peter przydzieleni są na stanowiska, gdzie obserwuje się to, co się dzieje w mieście. I właśnie Caleb, który zafascynowany otaczającą go technologią, widzi spotkanie drużyny Evelyn i drużyny Johanny. Nazywającej siebie Wiernymi. Obie przywódczynie są gotowe do wojny, którą rozpoczyna Edgar, człowiek Evelyn, zabijając jedną osobę z przeciwnej drużyny. 


Gdy Four idzie na swoją pierwszą akcję, gdzie razem z innymi ma ratować dzieci. Szybko odkrywa iż to wcale nie jest ratowanie, tylko porywanie, by biuro miało w przyszłości ludzi. Mężczyzna mówi Tris o swoich wątpliwościach co do tego całego biura i jego działań, ale dziewczyna chce współpracować z Davidem. Ale wkrótce i ona przekonuje się, że David nie jest taki dobry, jak cały czas próbował siebie przedstawić. I to właśnie on wysyła Petera do miasta, by dostarczył on Evelyn pewien gaz. A że Peter to naczelny lizodup, to z miłą chęcią to zrobił i zasugerował użycie tego gazu na Wiernych, a tym bardziej po jego przetestowaniu, kiedy osoba poddana działaniom tego gazu traci wspomnienia i nie ma pojęcia kim jest. Jednak Evelyn nie wie, że to zadziała nie tylko na wiernych, alei na całe miasto, w tym i ją. 

David próbował się pozbyć się Four, bo widział w nim zagrożenie, ale mu to nie wyszło do końca tak jak chciał. Zaś Tris razem z Calebem i Christiną pędzą do miasta, by zapobiec złym rzeczom. Trochę musieli się namęczyć. Caleb się zrehabilitował, bo pomógł przy powstrzymaniu gazu. David próbował im przeszkodzić, bo nadal mógł ich obserwować. Ale to też mu nie wyszło. Tris odcięła miasto od tamtego całego biura, żeby ludzie swobodnie sobie żyli, już bez frakcji i niczego takiego. Wydaję się, że mieszkańcy będą mieli spokój, ale końcówka sugeruje iż nie do końca. A najzabawniejszym aspektem było to, jak Peter na końcu próbuje dostać się na stronę Davida, ale mu nie wychodzi. 

Trzeci film był najsłabszym z trójcy. Na początku coś się działo, potem resident sleeper i na końcu coś się dzieje. Zły nie był, bo też mimo braku jakichś wybuchów i innych takich, to gdzieś tam ciekawiły mnie niektóre rzeczy oraz to jak się różne wątki potoczą. Jednak te sceny stonowane powinny być przełamywane czymś bardziej dynamicznym. Nie tylko na początku i na końcu. Koniec ostatniej sceny mnie zszokował i zostawił kilka pytać, choć nie na tyle, by sięgnąć po książki n podstawi których powstała filmowa seria. 




Z trzech filmów najlepiej podobała mi się druga część, a najmniej trzecia. A jak te wrażenia mają się to tych sprzed paru lat? Na pewno zmienił się ranking, wtedy najbardziej podobał mi się pierwszy film, drugiego nie do końca rozumiałam, prawdopodobnie przez te symulacje, przez które przechodziła Tris. Wtedy rzeczywistość mieszała się fikcją tych symulacji. No a trzeci to nie zrobił na mnie wrażenia. Nawet chyba mnie zawiódł, bo ja się wtedy niepotrzebnie ekscytowałam przed premierą, że na pewno będzie to dobry film. 

Na pewno na młodszą mnie zrobiły te filmy większe wrażenie niż teraz. Mimo różnego stopnia podobania się tych filmów, to one w jakiś sposób fascynowały mnie. Teraz jestem trochę starsza, trochę filmów obejrzałam i też zmieniło się to co mi się podoba i tego typu rzeczy. Wiadomo, z czasem człowiek się zmienia, a razem z nim rzeczy, które mu się podobają oraz rzeczy wywołujące różne bodźce. 

To było bardzo ciekawe obejrzeć film, który widziało się dłuższy kawałek czasu temu. To było tak dawno, że tych filmów nie pamiętałam i jak teraz je oglądałam, to ze świeżą głową, jakbym ich nigdy nie widziała. Nie wiem, czy kiedyś wrócę do "Divergent series", ale jest wysokie prawdopodobieństwo, że nie.

W końcu udało mi się ogarnąć ten wpis. Miałam zastój weny podczas jego pisania. Fragment napisałam 7 kwietnia, jak podaje ostatnia modyfikacja, a dużo wcześniej pisałam ten wpis na papierze. A filmy jeszcze wcześniej obejrzałam. Więc trochę to trwało, a miałam to sprawnie załatwić 😆. A na horyzoncie mam jeszcze jedną rozpoczętą robotę do skończenia, więc przydałoby się wziąć się w garść i do pracy 😂. Chyba, że znowu spotkam zastój weny.



poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Obejrzałam pierwszy film DC. I to czterogodzinny. | "Zack Snyder's Justice League"

Znaczy nie taki pierwszy, bo widziałam wcześniej "Suicide Squad", czy "Joker", ale pierwszy mam na myśli film z superbohaterami, nigdy wcześniej nie oglądałam na przykład filmów z Supermanem, Batmanem i innymi takimi.

Do tej pory z superbohaterami z uniwersum DC nie było mi po drodze, oczywiście z tymi filmowymi, bo seriale niektóre z takowymi oglądałam. Jakoś filmy o Supermanie, albo Batmanie jakoś mnie nie przyciągały. Kiedy pojawił się jakiś trailer, takiego "Aquamana" czy "Justice League" w wersji z 2017 roku i zainteresowałam się filmem, to potem pojawiały się recenzje, opinie i oceny na Filmwebie i okazywało się, że nie były tak fajne jak trailery zapowiadały. I to tak mnie zniechęcało do tego uniwersum. Nawet gdy wyszedł trailer "Wonder Woman", a po premierze zgarniał pochwały, na IMDb ma ocenę 7,4, to się jakoś nie przekonałam się do seansu. Mimo to, iż interesowały mnie jakieś postacie, na przykład Aquamana, ale opinie o filmie odrzuciły mój pomysł o obejrzeniu niego. Podobnie z postacią Flasha, którą chciałam zobaczyć, jak została przedstawiona przez innego aktora, w innej produkcji, ale "Justice League" okazał się według opinii kiepskim filmem.

W filmowym świecie bliżej było mi do Marvela. Choć ostatnim czasem mi się przejadł. Cały czas coś było z tego wypuszczane. Z DC oglądałam jedynie seriale, te z CW. "Arrow", "Flash", "Legend's Of Tomorrow". Jak się pojawiła informacja o tej drugiej wersji Ligi, to gdzieś ponownie obudziło się we mnie jakieś małe zainteresowanie. Gdy już pojawiła się, to zdziwiłam się tymi czterema godzinami, ale i nabrałam ochoty na obejrzenie, bo opinie mówiły, że to bardzo dobry film. Z początku to nawet 9,5 na IMDb było. No i obejrzałam. Szybciej niż serial, który miałam zacząć oglądać, a odciągam to już nie wiem ile (a zaczęło się od "zacznę oglądać za tydzień"). 

Na początku czułam się trochę dziwnie, gdy zaczynał się film, bo i pierwszy film z DC, ze światem, którego od tej strony nie znałam, i nie widziałam innych filmów z DC, do tego nie lubiłam koncepcji postaci Supermana i Batmana, nie wiem dlaczego, może kiedyś się to zmieni. I pomyślałam sobie, że, cholera, jak "Liga" będzie nawiązywać do poprzednich produkcji, to nie będę w temacie. Na szczęście po kilku minutach, gdy weszłam trochę ten świat, moje dziwne uczucie znikło, a w trakcie oglądania nie odczułam, że czegoś nie wiem. Z racji tego, że właśnie innych filmów nie widziałam, to i nie wiem, czy są nawiązania, czy nie, ale jeżeli są, to ci co oglądali to wiedzą, tacy jak ja nie oglądali nie wiedzę, ale taki random jak ja może sobie "Zack Snyder's Justice League" obejrzeć i wiadomo o co chodzi. Podczas oglądania nie poczułam, że czegoś nie wiem, tak został zbudowany ten film. Znaczy, jak były odniesienia do filmu, w którym był Batman i Superman, to się mniej więcej domyślałam, o co chodzi, bo mimo iż nie oglądałam, to gdzieś tam było mówione. A siedzę w tematach filmowych, interesuje się, więc chcąc nie chcąc obiło się o uczy. 

Wpierw powoli wchodziło się w fabułę, coś się dzieje u Amazonek, wysyłają one sygnał, który dotarł do niejakiej Wonder Women. Batman w normalnym ubraniu szuka innych ludzi o supermocach, bo przeczuwa, że coś nadchodzi. W między czasie, gdy przedstawiany jest powoli problem, poznajemy postacie Aquamana, Flasha i Cyborga. Trochę ich poznajemy, trochę ich historię oraz ich motywów. Podobało mi się to, że bez pośpiechu poznałam te postacie. Ogólnie każda z głównych postaci miał swój czas na ekranie. Nie czułam, że kogoś jest za dużo. Nikt mnie nie irytował. Każdy mógł pokazać co potrafi, w szczególności ci, co na czas pierwszej wersji filmu nie mieli swojego. 

Bardzo spodobała mi się postać Flasha, i jak tę postać przedstawiono. Tam była jedna cringe'owa scena, ale da się ścierpieć, długa nie była. Nie byłam do niego przekonana, miałam obawy, co pewnie było spowodowane patrzeniem przez pryzmat serialu. Te odczucia zostały mi po obejrzeniu traileru "Justice League" z 2017 roku. Okazało się, iż filmowy Barry Allen to bardzo fajny chłopak z poczuciem humoru. Nawet nie trzeba było go prosić, by dołączył do zbieranej przez Bruce'a Wayne'a ekipy, który nawet nie zdążył się do końca spytać, co on w ogóle chce. Swoją drogą bardzo podobał mi się moment w scenie, gdzie pierwszy raz tamci dwaj rozmawiają i w pewnym momencie Bruce rzuca w kierunku Barry'ego Batmańską rzutką, a speedster używając swych mocy tak się jej przygląda, a potem jak ogarnia, kto do niego przyszedł, łapie ją. Bardzo mi się podobało jak moce szybko biegającego zostały pokazane, nie tylko w tej scenie z resztą. W momencie, gdy go poznajemy jest świetna scena, gdzie pokazana została jego szybkość, on tyle porobił, a dla normalnych ludzi była to chwila. Na końcu filmu Flash miał genialną scenę, która mnie ujęła. Pokazany został speedforce, możliwości, jakie niosą ze sobą moce Barry'ego. W ogóle moment, gdy chłopak jest w swoim mocno przyśpieszonym czasie został tak super pokazany, wszystko wokół jakby włączyło pauzę, a chłopak normalnie się porusza, z piorunami. Pod niektórymi względami ten filmowy Flash bardziej mi się podoba. Chciałabym zobaczyć jego solowy film, bo poczułam świeżość co do tej postaci. 

Cyborg sam w sobie trochę mniej mnie zafascynowała, ale jego historia. Ojj, jego historia. To jak się stało, że jest tym Cyborgiem. Ujęło mnie. Nie wiem co chłop, który go stworzył miał w głowie, no ale cóż. Nie dziwię się, że chłopak (o ile można go tak nazwać) nie mógł się pogodzić ze swoim nowym życiem.No było emocjonalnie. I creepy. Podczas seansu okazało się, że Wonder Woman nie irytowała mnie tak, jak się tego spodziewałam. Trochę uprzedzona byłam do niej, ale to spowodowane było tym, że straszny hype na nią wyrósł, bo w końcu jakiś dobry film z DC wyszedł i się ludzie jarali. Jednak oglądając "Justice League" Snydera spodobała mi się ta postać. Przyjemnie mi się oglądało Dianę, pierwsza scena z jej udziałem była bardzo dobra, podobała mi się. I oglądałam porównanie tej sceny, tą z 2017 z tą z 2021. Gdybym obejrzała tą pierwszą, to prawdopodobnie nadal bym tej postaci nie lubiła. Kiepskie to było w przeciwieństwie do tej drugiej wersji. Przez chwilę miałam w myśli, by zobaczyć ten film z 2017 roku, sprawdzić jak bardzo słaby jest, ale patrząc na to porównanie i parę innych, które oglądałam, to chyba jednak nie. Przed obejrzeniem nowej "Ligii" podobne odczucia jak do Wonder Woman miałam do Batmana i Supermana. Ich nie lubiłam. Zaś jak oglądałam film, to te postacie były w porządku, nie odczuwałam jakichś negatywnych emocji. Na razie są dla mnie neutralni. Również przeszło mi przez myśl, by zobaczyć ich filmy, ale zobaczę, co z tym dalej zrobię. A, i jeszcze Aquaman. Chłop jest po prostu zajebisty. Ja się z nim utożsamiam, nie tylko dlatego, że mój znak zodiaku to Aquarius, ale dlatego, że często używa sarkazmu, do rzeczy podchodzi tak na luzie, może nawet z obojętnością. Ja robię tak samo. Szkoda że było go troszeczkę za mało w filmie, mogłoby być go troszkę więcej. Do tego dostał słaby film, który mimo słabizny obejrzałabym dla samego Aquamana. 

Gdy cała ekipa została zebrana, zaczęła działać, bo ten zły już nawet nie pukał do drzwi, tylko robił swoje. I to jak oni współpracowali, to aż miło się patrzyło. Jeden coś robił, potrzebował pomocy, drugi to zauważył i ruszył na pomoc. Jedna strona nie prosiła, druga strona nie pytała, czy potrzebna pomoc. Wystarczyło, że w swoich działaniach po prostu siebie obserwowali. Bardzo mi się to podobało. Na przykład Wonder Woman skacze za swoją bronią, by ją złapać. Flash widzi, że nie da rady, więc biegnie jej na pomoc, by te broni jedynie tyknąć palcem. Między bohaterami nie było gwiazdorzenia, nie było czegoś takiego jak "idę sam, bo jestem najlepszy", "zajmę się tym, by reszta nie musiała ryzykować życia", czy inne takie. Częsta w filmach główny bohater aż za bardzo chce pokazać swoją odwagę i heroizm, co dość mocno kuje w oczy. A Liga elegancko płynęła w swoich działaniach. 

"Zack Snyder's Justice League" ma wstęp, przedstawienie postaci, rozwinięcie i zakończenie. Na początku pokazali o co się rozchodzi, pokazali postacie z kawałkiem ich historii, by trochę się z nimi zapoznać. Potem rozwinęła się współpraca Ligi razem z rozwinięciem fabuły, gdzie zaczynają się dziać rzeczy, no i na końcu zakończenie całego problemu z tym złym. Koniec sugerował kontynuację, więc jak to będzie ponownie od Snydera, to z miłą chęcią obejrzę. 

Film jest tak zbudowany, że wszystko składało się w całość, nie było niedomówień, a te cztery godziny nie były nawet odczuwalne. Tak wszystko płynęło, że bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się oglądało. To dla mnie taka świeżość w filmie o superbohaterach po Marvelu. Pewnie dlatego, że Marvel delikatnie mi się przejadł. Może właśnie obejrzę jakieś wcześniejsze produkcje DC, tak żeby nie siedzieć aby w jednym świecie. 


niedziela, 21 marca 2021

Kolejne próby makijażowe.

Jak to się zaczęło, że zainteresowałam się makijażem? Pierwszy wpis na ten temat:

Rozwinięcie tematu. Drugi wpis o makijażu:

Tak dla przypomnienia, skąd makijażowe wpisy się wzięły.



Ostatnio mam zastój w pisaniu wpisu, i ogólnie moja wena sobie gdzieś poszła. Tu wiem co chcę napisać, a tu kompletnie nie wiem jak ubrać w słowa. Przypomniało mi się, że mam wpisy makijażowe przygotowane, więc postanowiłam jeden wykorzystać, bo moje pisanie jeszcze może trochę potrwać 😆.


Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, paletka z Makeup Revolution, Sophix, zainspirował mnie do dalszych, bardziej regularnych prób malowania makijaży i pisania o tym, tak po prostu, bo temat ten mnie bardzo zainteresował.

Tak więc próbowałam nowych rozwiązań, nowych połączeń, szukałam nowych sposobów nakładania cieni, sposobów blendowania, czy sposobów używania pędzli. Poza obejrzeniu iluś tam filmów na YouTube i przyglądaniu się jak autorki filmów nakładają, blendują i sposób posługują się pędzlami, to ja niczego po nich nie powtarzałam, tylko sama kombinowała i to co podpatrzyłam wykorzystywałam w swoich zamysłach. Sama odkrywałam wszystko. 

Na początku używania tej palety z Revolution, to to moje używanie było trochę takie nieśmiałe. Patrząc na poniższy makijaż, do którego wzięłam ten pomarańczowy kolor: 



Do tego pomarańczowego, ja, jako mroczna dusza, musiałam dodać czarnego. Ja wtedy miałam fazę na robienie, a raczej na próbowanie robienia Rockowych makijaży. Teraz też tak mam, ale jestem otwarta na inne rzeczy.



Słabe zdjęcie, ale cóż. 

Na zamkniętym oku nie wygląda najlepiej, ale jak oko się otworzy, to już nie wygląda najgorzej. Widać, że tego mistrz nie robił, ale nie jest to jakieś najgorsze. Bywały gorsze. Najładniej to wygląda na zdjęciu na wprost. Ten czarny z pomarańczowym fajnie się wymieszały, tworzą taką fajną spójną całość. Ja pamiętam, wtedy używałam głównie dwóch, czasami może trzech cieni, bo na więcej kolorów chciałam się przygotować, chciałam nabrać trochę doświadczenia w malowaniu i wolałam zacząć od mniejszej ilości, żeby było po prostu łatwiej.




Po zakupie tej paletki przez conajmniej tydzień robiłam codziennie jakiś makijaż i tak w trakcie pisania tego wpisu pomyślałam, że zapodam jeszcze jeden makijaż, bo pasuje do tego poprzedniego i w ogóle chyba będę po dwa zapodawać, jak i może więcej, gdy będzie więcej podobnych. Zobaczymy. Trochę improwizuję. 

Tak więc znowu poszedł ten pomarańczowy, ja się naprawdę jego czepiłam, nałożyłam go w kąciku oka i on promieniował, żeby potem się z kolejnym zblendować. Potem poleciał kolor Danger, taki bordowy, chyba, ja jestem prostym człowiekiem, jakichś innych dziwnych nazw nie znam. Ech, słabe zdjęcie. No i ponieważ chciałam być ambitna, to jeszcze do tego czarny dorzuciłam. 


Wyszło tak, not bad. No teraz, to bym próbowała jeszcze bardziej wyblendować kolory, a cieniowanie bym próbowała, jako tako, zakończyć taką chmurkę. Rzecz, która jest widoczna, to ta perfidna krecha od taśmy, którą sobie pomagałam, a wokół niej jakieś plamy i inne niefajne rzeczy. Musiałabym teraz powtórzyć i zobaczyć jak taki makijaż by mi wyszedł, od września 2019 trochę minęło. Ale po kolei, najpierw to co już mam, potem po kolei palety, omówienie och szerzej i tak dalej. 




Na teraz to koniec moich makijażowych przygód. Jak dobrze pamiętam swoje notatki, to kolejne makijaże będą w brązach, plus mały fail, ale te też muszą być. A teraz It's time to go, for now. Bye!


poniedziałek, 8 marca 2021

Obejrzałam serial dla małolatów. | "Girl Meets World"

Zamiast obejrzeć jakiś serial z listy do obejrzenia, to ja jakiś serialik oglądam 😆. 

Ja seriale poznaje w różne sposoby. Sprawdzam filmografię jakiegoś aktora/aktorki, widzę reklamę na Twitch - "The Boys" albo "Hunters" często reklamowali, zobaczę może jakąś recenzję lub gdzieś coś usłyszę. Albo... zobaczę jakiś filmik z jakąś komplikacją i coś wpadnie w oko. 

Pewnego razu nie mogłam usnąć, pewnie pełnia księżyca była, czy coś, i oglądałam YouTube. Tam zaproponowano mi jakieś wideo, które obejrzałam, a pod tym filmem zaproponowano mi komplikacje najlepszego "czegoś", nie pamiętam, z seriali Disneya. I w tej komplikacji były urywki "Czarodziejów z Waverly Place", "Taniec Rządzi", chyba jakaś "Hannah Montana", a między nimi gdzieś przewijały się sceny z "Girl Meets World". Potem pojawiały mi się kolejne rzeczy z tym serialem, a w tym wszystkim zainteresowała mnie postać Mayi. Spodobał mi się jej charakter. Widać było, że to buntowniczka, lubi rzucić ciętą ripostą, sprytna, cwana dziewczyna. Po prostu wydawała mi się fajną interesującą postacią. I przeszło mi przez myśl, żeby sprawdzić sobie ten serial, bo spodobała mi się ta postać tej dziewczyny i fajnie byłoby zobaczyć chociaż jeden, czy dwa pełne odcinki tego serialu. Pomyślałam, że prosty angielski, to trening językowy, nie będę miała co oglądać, to sobie włączę. A w razie gdyby i się nie spodobało, to zawsze jest "x"  w zakładce. 

I sobie włączyłam ten serial. Dwa pierwsze odcinki włączyłam właśnie na próbę, żeby zobaczyć, czy to jest oglądalne. Ogółem nowe seriale z Disneya, Nickelodeon, czy czegoś innego nie przemawiają do mnie. Te seriale po "Czarodziejach z Waverly Place", "Hannah Montana" i innych z tego okresu, kompletnie mi się nie podobają, są głupie, ich fabuła jest nijaka, o niczym. Ja rozumiem, że dla młodszej widowni i humor ma być prosty, i fabuła taka adekwatna dla danego wieku, czasami coś takiego lekkiego odmóżdżającego, aby dzieciak się odstresował, ale humor polegający na śmianiu się z papierka po cukierku leżącego na stole, a postacie są głupie i kreowane na brak mózgu, a fabuła nie opowiada o niczym, to nie jest coś, co bym puszczała jakiemukolwiek dziecku. Dlatego byłam ostrożna co do "Girl Meets World", bo właśnie na pierwszy rzut takim serialem się wydawał. 

Obejrzałam całe trzy sezony i pozytywnie się zaskoczyłam. Taki prosty Disneyowski serial, w którym dorastająca dziewczyna spotyka się z realiami świata. Wiadomo, że jak jest się w wieku między dziecięcym a nastoletnim, to rzeczy się trochę zmieniają, nie jest się jakoś bardzo dorosłym, ale w sumie dzieckiem też nie za bardzo i nie wiesz, czy możesz bawić się lalkami, czy już nie wypada. A dorastając ma się do czynienia z coraz większą ilością rzeczy, coraz bardziej poznaje się życie i jak działa świat i niektóre rzeczy dotykają mniej, inne bardziej. Z tym wszystkim możemy spotkać się w tym Disneyowskim serialu.


Główną bohaterką jest Riley, ale oczywiście zahaczane są inne postacie, jak na przykład jej najlepsza przyjaciółka Maya, przyjaciele Lucas i Farkle, czy brat z rodzicami. Zaś właśnie Riley poznaje świat i to ona najczęściej ma jakiś problem, że to tak ujmę. Z większości odcinków można coś wynieść. Od takich prostych morałów, jak nie należy kłamać, że powinno się być sobą i nie upodabniać do kogoś innego, bo gdyby wszyscy ludzie byli tacy sami to na świecie byłoby monotonnie, plus sam fakt, że nie byłoby się sobą. Albo jeżeli podejmuje się zadania młodszego brata, to trzeba być odpowiedzialnym, lub trzeba trzymać się zasad, bo bez nich byłby chaos. Natomiast poruszane są również poważniejsze tematy, jak brak jednego z rodziców i nienajlepsze relacje z tym drugim rodzicem, zmiana klimatu, jakieś wydarzenia z czasów wojny, komunizm na przykład, czy nawet śmierć. W większości przypadków wynoszona była jakaś lekcja, przenoszenie czegoś z przeszłości, nawet jakiejś sytuacji z wojny, jako przykład w dzisiejszym świecie, że to tak ujmę. Oni wzięli jakąś sytuację podczas wojny i przełożyli na teraźniejszość. 

Był mały epizod postaci pani Svorski, mająca własną piekarnię, do której lubił chodzić Auggie, brat Riley. Lubił też pewien żart, który pani Svorski mu opowiadała za każdym razem, gdy przychodził. Brzmiał on "It's not Ukrainian bakery, it's our bakery", to nie Ukraińska piekarnia, to nasza piekarnia. Mogłam dokładnie tego nie zacytować, ale znaczenie nadal jest takie samo. I chyba każdy wie o co chodzi. Ja się tak zdziwiłam, że padł taki żart. W takim serialu, Disneya, amerykańskim, dla małolatów taki żart? pomyślałam. Jasne, iż to mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale Ameryka kojarzy mi się właśnie trochę z tym stereotypem, że amerykanie nie wiedzą gdzie Polska, czy inne, to i się trochę zdziwiłam, że ktoś zdecydował się umieścić taki żart. Będąc przy pani Svorski, to w chyba drugim odcinku z nią, oddaje ona swoją piekarnie matce Riley, a na końcu okazuje się, że pani Svorski zmarła. To bardzo zasmuciła wszystkich, bo do tej piekarni przychodzili wszyscy, ale najbardziej Auggiego i w którymś z kolejnych odcinków było odniesienie do tego, gdy chłopak "rozmawia" przed snem z panią Svorski, mając nadzieję, ze jest w niebie i go słyszy. Miałam takie "oooo", rozczuliło mnie to. Wiadomo, że dzieci, nie wiem ile Auggie miał lat, to jeszcze nie wszystko rozumieją, z takimi "dorosłymi" rzeczami mają pierwszy raz styczność i im trochę ciężej coś wytłumaczyć. I jak Auggie mówi, że gadają do siebie, tak naprawdę gadał do pani Svorski, to delikatnie złapało mnie za emocje.

"Girl Meets World" ma prosty humor pasujący do targetu, i choć zdarzyły się jakieś pojedyncze głupie teksty, to można je zdzierżyć, nie złapałam jakiegoś cringe'u, więc nie było źle. Ja się uśmiałam, szczególnie z tekstów Mayi, albo z dialogów między nią, a Riley. A ponieważ Riley jest trochę dziecinna i tak jak tytuł mówi, poznaje świat, a zszokować ją potrafią nawet proste rzeczy i oczywiste rzeczy, co również powoduje większe i mniejsze wybuch śmiechu. Też niektóre rzeczy specjalnie twórcy zrobili tak, aby się Riley zdziwiła, żeby po prostu było śmiesznie. 

A, nie wspominałam o jednej, dość ważnej myślę rzeczy. Chwilę wcześniej pisałam, że w większości odcinków wynoszona była nauka, wynoszony był morał, a to zrobione zostało w fajny sposób. Otóż Riley z Mayą i resztą przyjaciół, chodzi na lekcję histori, gdzie uczy ich jej tata. I to własnie on opowiadając o historii wyciąga z niej przydatne rzeczy. Zazwyczaj odcinki zaczynały się właśnie od lekcji historii i dotyczy jej tematu, w trakcie nich bohaterowie dowiadywali się czegoś, doświadczali czegoś, uczyli się czegoś, dochodzili do jakiegoś wniosków i na końcu jest morał. 

Też "Girl Meets World" jest odniesieniem, na Wikipedii pisało, że kontynuacją, serialu "Boy Meets World", i są w nim bohaterowie tego starszego. W "Boy Meets World" głównymi bohaterami byli rodzice Riley, oraz ich przyjaciele. I nie tylko rodzice pojawiali się w tym młodszym tytule, na przykład najlepszy przyjaciel Coreya, taty Riley, Shawn. Też w "Girl..." są ogólne odniesienia do "Boy...", albo nawet wchodzi w jego świat. Bardzo mi się to spodobało. 

Podobał mi się serial "Girl Meets World" jak na serial dla małolatów. I docelowy target będzie miał rozrywkę oglądając go, i coś z niego wyniesie. Ja tam obejrzałam go sobie do śniadania, albo ogólnie do jedzenia, ja robiłam sobie od czegoś przerwę, albo jak przetrawiałam koronkę, i miałam rozrywkę, i co obejrzeć takiego niewymagającego i trening angielskiego. Fajnie, że się okazało, iż serial ten nie jest głupkowaty, jak większość tych nowych seriali, z którymi gdzieś tam miałam styczność. Znaczy, nowe... nazywam je tak, bo wyszły po tych serialach, co ja oglądałam i ogólnie po tym jak już się ie interesowałam takimi rzeczami, a "Girl Meets World" to lata 2014-2017 jak dobrze pamiętam i w sumie aż taki nowy nie jest. Pewnie raczej do niego nie wrócę, ale jeżeli ktoś chciałby zobaczyć coś nowszego niż coś z 2006 roku, albo może z nostalgią zobaczyć co takiego nowego Disney ma w swojej ofercie, z ważywszy, że stworzył on kiedyś ulubione seriale z dzieciństwa, no to myślę, że "Girl Meets World" zasługuję na chwilę uwagi, jeżeli ktoś chciałby coś lekkiego do obejrzenia, albo może nie ma weny obejrzeć coś treściwszego, a jednak chciałby coś obejrzeć, to też się nada. Można sobie go włączyć jak telewizor, żeby sobie brzdąkał w tle, bo nad nim nie trzeba nawet mocno skupiać.

I tak się złożyło, że publikuje wpis o dziewczynie w dzień kobiet. Tak o.



wtorek, 2 marca 2021

"Fate: The Winx Saga". Fajnie było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla dużych dzieci.

W ostatnim czasie miałam okazję zobaczyć bardzo kontrololowersyjną produkcję Netflixa powstałą w oparciu i popularny serial animowany. Jeszcze przed rozpoczęciem produkcji Netflixowego tworu, na podstawie wstępnych informacji, przecieków i plotek, wylał się różnorodny tak zwany hejt, jak ta produkcja obraża prawie wszystkie grupy ludzi, że nie będzie jakichś postaci z wersji kreskówkowej. Ja do całej sprawy podchodziłam chłodno. Na nic się nie nastawiałam, nie miałam żadnych oczekiwań. Z jednej strony pomyślałam, ze fajnie by było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla bardziej starszego towarzystwa, ale z drugiej strony wolałam się nie nakręcać, w razie gdyby twórcom coś nie wyszło. 

Swego czasu, będąc dzieckiem, serial animowany "Winx Club" był moim ulubionym. Miałam na jego punkcie obsesję. Rysowanie postaci z niej, zbieranie karteczek, oglądanie po kilkadziesiąt razy odcinków, zabawa z innymi dziećmi wcielając się w bohaterki, nawet jakieś opowiadania pisałam. Jakiś czas temu nawet obejrzałam sobie ten serial jako dorosła osoba, bo chciałam go obejrzeć po angielsku, trochę taki trening językowy. Napisałam nawet wpis dotyczący tego, ale go ni opublikowałam do tej pory, bo się jakoś nie złożyło,a do tego pisałam wpis o najnowszym wtedy sezonie tego serialu, którego nie skończyłam. Jedyna różnica między oglądaniem jako dziecko, a oglądaniem jako dorosła, to to, że zmieniła mi się ulubiona bohaterka. Za dzieciaka moim autorytetem była Bloom, zaś jako dorosła wolę postać Layli/Aishy. Zwyczajnie charakter mi się zmienił i inne postacie do mnie docierają. A tak to tych samych momentów nie lubię i te same momenty mnie cringe'ują.


Gdy rozniosła się informacja o pomyśle stworzenia serialu aktorskiego w oparciu o animację "Winx Club", to się zainteresowałam, w końcu byłam wielką fanką oryginału. Jak już wspominałam, nie nastawiałam się na nic. Czasami środowisko kreskówki, które nie mogło pogodzić się z brakiem transformacji, postaci Tecny, zmianą imienia dla wróżki z mocami natury i innymi rzeczami, które miały być inne niż w animacji, nakręcało mnie negatywnie, ale na szczęście młotek mojego samodzielnego myślenia uderzył i mi przeszło. 

"Fate: The Winx Saga" zaczyna się wraz z nowym rokiem nauczania w Alfei, szkoły dla czarodziejek, specjalistów i innych takich. Swoją drogą niektórym przeszkadzał fakt, że w Alfei uczą się wszyscy, a nie tylko wróżki jak w kreskówce. Dla mnie to jest jakieś urozmaicenie. Dzięki temu jest więcej możliwości, mi się wydaje. No więcej będzie się dziać między różnymi uczniami, niż tylko między czarodziejkami. Za to jak w kreskówce (prawie) do szkoły przychodzi o imieniu Bloom. Ona taka zagubiona na dziedzińcu szkoły w pewnym momencie spotyka pewnego chłopaka o blond włosach. Chwilę pogadali i Bloom skontaktowała się z dziewczyną o imieniu Stella, która miała ją wdrążyć w nową dla niej sytuacje. Brzmiało to tak, jakby wcześniej się nie spotkały i tylko możemy się domyślać, jak trafiły na siebie. W kreskówce one się poznały i Stella zabrała Bloom do Alfei (to jest kolejna rzecz, do której niektórzy mogliby, albo nawet się przyczepili).


Kiedy Bloom trafia do swojego pokoju, my widzowie poznajemy resztę towarzystwa. Dzieląca z nią pokój Aisha, czarodziejka wody. W drugim pokoju wspólnego apartamentu jest Terra, czarodziejka natury, oraz Musa, która swoje myśli zagłusza muzyką. Zaś trzeci pokój należy do Stelli, czarodziejki światła, która jako jedyna ma pokój tylko dla siebie. Był to pierwszy odcinek, to i pierwsze wrażenie co do bohaterów. Bloom była w moim spostrzeżeniu taką cichą, zagubioną dziewczyną, która nie odsłania za szybko swoich kart o sobie. Ma podejście, że sama sobie ze wszystkim poradzi i nie chce angażować innych. Aisha jest takim stanowczym głosem. Z początku wydawała mi się trochę wredna, ale potem okazuje się taką wspierającą osobą, która trzyma się zasad. Terra mimo że jest nieśmiała, to jest strasznie gadatliwa, a tak ogółem jest taką empatyczna osobą, która jak się potem okazuje, umie wyciągnąć pazury. Musa to taka dziewczyna na ludzie. Jej moce to moce umysłu, w głowie słyszy uczucia innych, aby od nich odpocząć, zakłada słuchawki i słucha muzyki. Z początku tego nie wiemy, ale gdy rozmawia w pewnym momencie z Terrą przyznaje się to tego. Spodobał mi się ten motyw. Bo widać było po postaci, że z czymś się boryka, jednocześnie miało się wrażenie, że olewa swoją współlokatorkę, a tu było trochę zakrywanie swoich problemów. Stella jest taką scwaną bestią, ma się wrażenie. Jakby to powiedziały pewne influerserki, bad bitch, boss bitch, rich bitch. Dziewczyna nie daję sobie w kaszę napluć i to ona rozstawi wszystkich po kątach. 


Bloom jest zagubiona w nowej rzeczywistości. Posiada magiczne moce, których nie rozumie i nie panuje nad nimi. Jest w nowym miejscu, między ludźmi, których nie zna. Dodatkowo pewna nieprzyjemna i trochę mroczna historia ją prześladuje, a przez którą dziewczyna zdecydowała się pójść do Alfei i coś zrobić ze swoją tajemniczą, magiczną stroną. Oczywiście próbuje działać na własną rękę, co kończy się na przykład podpaleniem lasu i straceniu kontroli nad sobą, z czego ratuje ją Aisha swoimi wodnymi mocami. I właśnie ze swoją współlokatorką zaprzyjaźnia się jako pierwsza. Zrozumiałe, dzielą ze sobą pokój Swoją drogą na początku były znajomości między współlokatorkami, a potem poznawały się one między pokojami. Co było fajnie, bo stopniowo zawierały znajomość, a nie wszystko na raz i od razu wszyscy są przyjaciółmi. No jedynie ze Stellą było trochę inaczej, bo ona i ma pokój tylko dla siebie, i chodzi bardziej swoimi ścieżkami. 

Idąc z wątkiem głównym, który poniekąd tyczył się Bloom, poznajemy tę postać. Twórcy jednak nie zapomnieli o pozostałych postaciach i zarysowali pozostałe cztery czarodziejki z głównej piątki, kilki chłopaków i tą jedną złą dziewuchę. Niektóre postacie można określić, czy je się lubi, czy nie, ale dla niektórych jednak było za mało czasu, bo serial ma mało odcinków. Kreskówka ma wszystko takie ugrzecznione, bo wiadomo, jest skierowana do młodszych widzów, ale w aktorskim serialu, dla starszej widowni, mogli śmiało pokazać jacy faktycznie są nastolatkowie, którzy nie zawsze są grzeczni, korzystają z internetu, imprezują, zakochują się, czy mają swoje jakieś problemy i kompleksy.


Bardzo spodobała mi się Musa. W serialu animowanym dość często ta postać potrafiła mnie irytować, czasami nie podobały mi się jej zachowanie, ale to już bardziej kwestia gustu. w "Fate" Musa była wyluzowaną dziewczyną, a jej styl bycia przypominał mi, że "eee, easy". Bardzo podobała mi się kreacja tej postaci. Stella jest podobna do animowanej wersji, lecz takie smaczki jak dumne chodzenie z podniesioną głową, widoczną pewnością siebie i wypowiedzianą ciętą ripostą, gdy jest takie zapotrzebowanie. Część z tych zachowań pod koniec jest wytłumaczone i okazuje się, że dziewczyna, która wydawała się bez uczuć, jednak te uczucia ma. Kolejną postacią, która pasowała do siebie, była postać Rivena. To taki typowy łobuz, namawiający innych do różnych rzeczy, lubiący zapalić sobie papieroska, czy nie patrzeć na reguły i zasady. Zaś dla odmiany jego przyjaciel, Sky, był jego przeciwieństwem. Ale szczerze powiedziawszy ta postać jak dla mnie jest taka nijaka. No do mnie nie przemawia. O wiele bardziej wolę postać Sama, sympatycznego chłopaka, który nigdzie się nie wychyla i nie jest ani szkolnym łobuzem, ani szkolnym przystojniakiem. Też stronę nauczycielską pokazali w sposób, jaki mi się podoba. Poza nauczaniem, byciem jakimś wzorcem i ogólnie dawania dobrego przykładu, też lubią sobie usiąść i wyluzować przy szklaneczce whisky. No i ta zła, co jest impostorem w Alfei. Beatrix. Ona jest fajną złą postacią, taką mroczną i tajemniczą i w sumie nie wiadomo jaki ma cel, jakie ma zamiary. Mimo to, ja jej nie lubię. No niestety ja już tak mam, że irytują mnie złe postacie swoim zachowaniem i intrygami. No ale bez takich charakterów się nie obejdzie. Bez nich nie byłoby filmów i seriali. 


Fabuła jest prosta. Do Alfei przychodzą osoby chcące się nauczyć magii, którą zostali obdarzeni. Za barierą chroniącą teren szkoły, pojawiają się "the burned ones", po polsku spaleni, ale ja preferuję angielską wersję. Z tego powodu wraz z nasileniem zagrożenia, dyrektorka szkoły trenuje uczniów do walki, nie mówiąc im o co chodzi, ale i tak wkrótce się dowiadują. W niektóre rzeczy Bloom jest wmieszana, o czym sama dowiaduje się razem z widzem. Ogólnie Bloom dowiaduje się dużo o sobie. A że ci co wiedzą coś więcej o niej, nie chcą nic jej powiedzieć, uwalania ona pewną kobietę, która chce jej coś zdradzić, ale przy okazji powoduje tym inne problemy. Zaś to skutkowało szokującym zakończeniem. Znaczy to, co zrobili, było proste, ale i tak mnie zaskoczyło. Szczęka mi opadła, bo było sobie spokojnie, a tu bum! zaskoczyli. 

Bardzo spodobał mi się ten(nie)zwyczajny świat, w którym używanie magii styka się z używaniem telefonu i internetu. Podobało mi się też to, ze w uczniach nie było podziału, tak jak to było w kreskówce, gdzie chłopcy uczęszczali do szkoły dla specjalistów, a dziewczęta albo do szkoły dla czarodziejek, albo do szkoły dla wiedźm. W "Fate" w gronie specjalistów są też dziewczyny, a wśród tych czarujących można znaleźć chłopców. Nawet jeżeli zrobiliby, tak jak było w oryginale, to też byłoby fajnie, Te dwa punkty wyjścia są równie dobre, jak dla mnie, i oba byłyby dobrym rozwiązaniem. 


Tak jak zostały przedstawione postacie Stelli, Musy i Rivena pasowało do tego, jak wyobrażałam sobie te postacie, jeszcze przed ogłoszeniem powstania "Fate", gdy pewnego razu przyszło mi do głowy, że taki aktorski serial mógłby powstać. Pozostałe postacie też były w porządku, ale to te trzy były najbardziej takie wybijające się. W sumie do tego grona dołączę dyrektorkę Alfei, bo ona w sumie też została przedstawiona tak jak sobie ją wyobrażałam. W jednych momentach była stanowcza, w innych pokazywała wiarę w uczniów, a w jeszcze innych sytuacjach potrafiła być na luzie babką. A kiedy nasza piątka czarodziejek coś zmajstrowała, co nie było w teorii odpowiednie, to dyrektorka dała im ochrzan, a jak się plecami do nich odwróciła, to się uśmiechnęła, sugerując, że w sumie cieszyła się z tego co zrobiły.

Pierwszy sezon był krótki. To taka próbka i sprawdzenie, czy ludziom się to w ogóle spodoba. Myślę, że w zapowiedzianym drugim sezonie będzie się więcej działo, zobaczymy więcej potworów, więcej magii. Jedne tajemnice się rozjaśnią, a drugie się pojawią. Bardziej poznamy postacie, by w końcu stwierdzić, którą z nich najbardziej się nie lubi. Ja tak mam, że w każdym serialu jest jakaś postać, nieważne czy dobra czy zła, która zawsze mnie irytuje i denerwuje. Mam nadzieję, iż będzie działo się jeszcze więcej, jeszcze bardziej poznamy tamten świat. Moim zdaniem ma to potencjał, ma to duże możliwości, aby tego twórcy nie spartolili. Jakby to był Filmweb, dałabym 7 lub 7,5 na 10 dla tego sezonu. A teraz byle do drugiego sezonu.