czwartek, 8 grudnia 2022

"For what I did I should be dead". | "Dahmer - Monster: The Jeffrey Dahmer Story"

Ostatnio w internecie głośno się zrobiło o serialu Netflixa. Mimo, że mi się schodzi z pisaniem tego wpisu, to zdążyło trochę to ucichnąć, ale i tak nadal gdzieś tam jeszcze powraca ten temat, jak bumerang. Pojawiały się nagłówki typu "Czy to nowy hit Netflixa?", "Czy pobije popularność jakiegoś tam serialu" i inne temu podobne. Ja na początku olałam to, jak typowy ignorant. Jak se piszą, to niech se piszą, zazwyczaj nic ambitnego w czymś taki mnie ma. Ale, natknęłam się na reklamę z trailerem, i już nawet nie pamiętam co przykuło moją uwagę, że zechciałam zobaczyć ten trailer. Po jego obejrzeniu miałam tylko takie "okay". Jednak YouTube nie pozwolił mi zapomnieć o tym temacie i zaproponował mi wideo od YouTuberki, którą od czasu do czasu oglądam, a że lubię jak robi swoje filmy, to kliknęłam i w ten mówiący o Jeffreyu Dahmerze. Im dalej szło się w tą historię, tym bardziej opadała szczęka, no bo jak coś takiego mogło się wydarzyć. Po tym wideo oczywiście YouTube nie próżnował i zaproponował mi kolejne, od innej osoby, tylko z przed roku, i pomyślałam, a zobaczę. Okazało się, że w inny sposób ta historia została opowiedziana, no i trochę lepszy. Sprawa Dahmera tak mnie zaintrygowała, tak mi została w głowie, że zachciało mi się obejrzeć serial. I tak niechcący "Dahmer - Monster: The Jeffrey Dahmer Story" został najszybciej obejrzanym przeze mnie serialem. 



Nie wiem, czy w takim przypadku można mówić o spoilerach, bo w końcu jest to oparte na wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce. Gdzieś tam widziałam, że ludzie ostrzegają przed spoilerami. Ja zaznajomiłam się ze sprawą Jeffreya Dahmera przed obejrzeniem tego serialu. Więc pewnie nie będę ostrożna, by o czymś nie wspomnieć. Szczególnie, że minął już ponad tydzień od obejrzenia, w momencie, kiedy to piszę, a moja głowa dalej przetwarza informacje, bo nie wiarygodne jest to, co Dahmer uczynił, jak długo nie został złapany, choć były do tego okazje, albo nie mieści się w głowie, że można było mieszkać z takim człowiekiem, oraz tym podobne myśli, nawiedzające moją głowę. Tak mi się ta sprawa ostała w głowie, że w jeden dzień, jak obejrzałam trailer, obejrzałam te dwa filmy na YouTube, plus gdzieś tam dodatkowe informacje, postanowiłam obejrzeć serial Netflixa, a zaczęłam następnego dnia, co u mnie jest rekordem, bo ja zanim coś zacznę oglądać, to mniej lub bardziej się schodzi.

Przed rozpoczęciem oglądania tego serialu trochę się bałam. Miałam obawy, co mogę zobaczyć w tym serialu. Oglądając rzeczy związane z Dahmerem, albo coś tam o serialu, niby trochę oswoiłam się z tematem, to mimo to, taki dziwny niepokój miałam, wiedząc, co ten człowiek uczynił. Oczywiście wiedziałam, że serial jest serialem i nie pokarzą tam też nie wiadomo czego, ale myśli w głowie robiły swoje. Też to nie była moja pierwsza styczność z jakąś sprawą kryminalną, bo kiedyś oglądałam streamy, gdzie YouTuber opowiadał o różnych mordercach, tak zwanych wampirach, i nie tylko, którzy swego czasu byli w Polsce. Po omówieniu tych polskich miał potem omawiać tych z zagranicy, ale niestety porzucił projekt. I niektóre usłyszane historie mocno zahaczyły się u mnie w głowie, a myśląc o nich miałam takie, jak to możliwe, że do czegoś takiego doszło, albo, jak ludzie są zdolni do czegoś takiego. To ze sprawą Dahmera też tak miałam, tylko cztery razy bardziej, z jakiegoś powodu. Jeszcze dodatkowo wybrałam sobie dzień, żeby zacząć oglądać, w którym byłam po nieprzespanej nocy, więc przez brak snu głowa pracowała na najmniejszych obrotach, tym samym produkowała dziwne myśli, a po obejrzeniu dwóch (a miał być tylko jeden) odcinków tego serialu produkowała jeszcze dziwniejsze. Nie polecam ciężkich seriali oglądać po nieprzespanej nocy. Nocy nie przesypiać też nie polecam. 



Pierwszy odcinek 
"Dahmer - Monster: The Jeffrey Dahmer Story" rozpoczyna historię tego mordercy... od końca, i widzimy go, sportretowanego przez Evana Petersa, przychodzącego do swojego mieszkania razem z drugim mężczyzną, który był jego ostatnią ofiarą. Przedstawione jest jak mniej więcej wyglądała rutyna Dahmera. Tracy Edwards, który dał mu się zaprosić, już przy wejściu poczuł, że coś jest nie tak, na pewno z zapachem w mieszkaniu, dlatego zachowuje czujność, a gdy jego obawy się sprawdzają i nadarza się okazja, ucieka stamtąd. Wraca z policjantami, który w poszukiwaniu kluczy do kajdanek, które na swoim nadgarstku miał Edwards, znajdują zdjęcia, polaroidy, na których były poprzednie ofiary Dahmera. Policjant w szoku. Jeffrey Dahmer próbował uciec, ale mu się nie udaje i dochodzi do jego zatrzymania. I gdy był przyduszony do podłogi przez kolano policjanta, wymamrotał "For what I did I should be dead", za to co zrobiłem powinienem umrzeć. Podczas oglądania nie zwróciłam na to uwagi, bo w sumie skupiałam się na tym, co działo się na bieżąco na ekranie, ale jak robiłam sobie notatki do tego wpisu, to to zdanie zostało mi w głowie. Nie mam pojęcia dlaczego. Zajęło mi to myśli na chwilę. Nie była to jedyna rzecz, która spowodowała u mnie przemyślenia. 

Moment, w którym Jeffrey zostaje wyprowadzony ze swojego mieszkania przez policjantów, był w delikatnym zwolnionym tempie, jakby twórcy chcieli podkreślić ważność tego momentu. Sąsiedzi będący na korytarzu rozmawiają z policjantami i widzą, jak ich sąsiad jest zabierany. Glenda Cleveland, mająca Dahmera za ścianą, wykrzykuje, że wiele razy zgłaszała, iż coś jest nie tak, ale nikt jej nie słuchał. Kamera skupia się się na twarzy Jeffreya, która była kamienna, nie było na niej kompletnie żadnych emocji. I ta niedługa scena zapadła mi w pamięć. Również nie wiedziałam dlaczego. Więc postanowiłam nad tym pomyśleć. Obejrzałam parę razy ten moment, próbując może coś zauważyć, może dojść do jakiegoś wniosku, przemyśleń, cokolwiek. Co nie było proste, bo próbując robić cokolwiek przy tym wpisie kompletnie nie mogę się skupić i momentami czuje się, jakbym nie umiała złożyć zdania oraz nie znała żadnych wyrazów. Ale wracając. Wiadomo, że podczas oglądania człowiek skupia się na tym, co na bieżąco dzieje się na ekranie i nie wszystko wyłapuje, a przemyślenia nie przychodzą od razu. Więc przyglądając się tej scenie, zwróciłam uwagę na stojących na korytarzu sąsiadów. Widzą oni, jak ktoś będący w tym samym budynku, kogo mijali na korytarzu, zostaje wyprowadzany przez policję i podejrzenia niektórych się potwierdziły, że za drzwiami mieszkania tego człowieka działy się złe rzeczy. Też z racji tego, że kamera patrzy się na twarz Dahmera, no to chcąc nie chcąc i jemu się przyglądałam. I w tej kamiennej twarzy zauważyłam, że on doskonale zdaje sobie sprawę, że to koniec, dokładnie wiem co zrobił i co go czeka.

Tymczasem na policję wezwany zostaje ojciec Jeffreya, Lionel. Dwóch policjantów mówi mężczyźnie o czynach jego syna, a w tle tego co mówią są przebitki z tego, jak prowadzone są działania policji w mieszkaniu Jeffa. Robią zdjęcia temu, co tam znaleźli. Głowa w lodówce, części ciała w zamrażarce, czaszki i narzędzie typu nóż i młotek w sypialni, polaroidy, szkielet, czy torsy w beczce. Oczywiście ojciec w szoku, a dwaj detektywi zostawili go samego, żeby się oswoił z tym co usłyszał. 

Po pierwszym odcinku okazało się, że serial zaczyna się w miarę spokojnie. Stopniowo widzimy pewne rzeczy. Razem z postaciami poznajemy oblicze Jeffreya. Z Tracy Edwardsem wchodzimy do jego mieszkania i zauważamy niepokojące poszlaki, potem jego czyny, no i doprowadzenie do aresztowania, a z jego ojcem, dowiadujemy się czego złego dokonał Jeff, i jak te pierwsze dowody znalezione tuż przed zatrzymaniem, to był początek góry lodowej. Dobrze, że w tym pierwszym odcinku tak stopniowo przedstawione były wydarzenia, na początku tak pojedyncze rzeczy pod względem jakiś mocniejszych elementów, że o tak określę i dopiero na końcu coś więcej. Nie bombardowali od razu jakimiś masakrycznymi detalami, tylko dawali poszlaki na początek. Mogłam dzięki temu okiełznać formę i teść serialu, w jaką stronę on pójdzie i czego się spodziewać w kolejnych odcinkach.



Drugi odcinek zaczyna się ujęciami dziennikarzy zdających relację z pod bloku, w którym mieszkał Dahmer, to co działo się pod budynkiem, oraz prowadzonym przez policjantów Jeffreyem na posterunku, którego wkrótce zaczynają  przesłuchiwać. A razem z przesłuchaniem serial wraca do dzieciństwa Jeffa. Po opowiedzeniu fragmentu z dzieciństwa przeskakujemy do momentu, gdy jest młodym dorosłym, a po tym fragmencie pokazują nam dorosłość Jeffreya, no i jedną z jego ofiar. 
Pokazali nam po kawałku trzy okresy Dahmera, by potem w kolejnych odcinkach rozwijać te wątki. 

I tak poznajemy to, co działo się, gdy matka Jeffa była z nim w ciąży, poznaliśmy jego dzieciństwo, jego czasy liceum, gdy został wysłany na studia, czy do wojska, okres, kiedy mieszkał z babcią, a potem w swoim mieszkaniu. 

I właśnie kiedy Jeff był w łonie matki, jego rodzice mieli sprzeczki. Scena, kiedy są razem u lekarza sugeruje to, no bo pod tym względem, no to tylko to pokazali, w tej krótkiej scenie. Ale jak podczas jednej rozmowy byli na siebie cieci, no to można domyśleć się, że to raczej było na porządku dziennym. W ogóle widać, że ta ich relacja to taka mocno nie zdrowa była. Lionelowi nie podoba się, że jego żona bierze dużo tabletek i martwi się, czy to nie ma wpływu na dziecko. Ta zaś wymienia, która z tabletek w czym jej pomaga, z czego można wywnioskować, że kobieta ma problemy ze zdrowiem psychicznym.

No i Jeff od najmłodszych lat widział te kłótnie rodziców oraz całokształt tej ich niezdrowej relacji. Ojciec w nerwach wychodzi z domu po takich kłótniach, i w ogóle rzadko w nim bywa, a jak matka Jeffa, Joyce zostaje zabrana przez ambulans po próbie samobójczej, ten twierdzi, że udaje, by zyskać na atencji. Generalnie, to Jeffrey jest cichym, spokojnym chłopakiem, który jest samotnikiem i ma nietypowe zainteresowanie, które wzbudziło się po tym, jak towarzyszył ojcu przy usunięciu szczątek zwierzęcia z pod ich domu. Małemu Jeffowi podobał się dźwięk uderzanych o siebie kości. Ojciec pokazuje mu co nieco, czy to u zwierząt, czy to jakieś chemiczne rzeczy. Ojciec nie widział niczego złego w tym, że jego syn ma jakiekolwiek zainteresowanie, bo do tej pory nie miał żadnych, plus mógł dzielić się swoją pasją to chemii z synem, natomiast matka uważała to za obrzydliwe. 



W wieku młodzieńczym Jeffreya nic się nie zmieniło, rodzice nadal się kłócą, nadal fascynują go martwe zwierzęta, więc sekcja martwego prosiaka na lekcji w szkole była dla niego przyjemnością. W szkole też wygłupia się "doing a Dahmer", udając objawy mózgowego porażenia dziecięcego. Ale dochodzi do tego, że jego rodzice biorą rozwód. Ojciec nie mieszka w domu, a matka wraz z młodszym synem, bratem Jeffa, Davidem, wyjeżdża. Scena, jak matka Jeffa pakowała manatki i syna do auta oraz po wykrzyczeniu między innymi tego, że nie interesowało ją to, co Jeff z Lionelem robili, ale w sumie to chciała, żeby ją chociaż spytać o dołączenie, odjechała zostawiając tak po prostu starszego syna pod domem, no to ona była przykra. Zwyczajnie mi się smutno zrobiło. Patrząc na tą historię do tego momentu, ja widziałam osamotnionego chłopaka, którego rodzice niby byli, a jednocześnie ich nie było i dodatkowo musiał patrzeć się na ich niezgodę, co więcej tamci się rozwiedli i ostatecznie został sam w domu i popadł w pijaństwo. Plus Jeff był traktowany tak, jakby go nie było. Na tym etapie to brzmi jak historia młodego człowieka, któremu trafiło się nieszczęśliwe życie. Na co dzień ma się do czynienia z historiami osób, którzy są osamotnieni, czy niezauważani przez własnych rodziców, tylko niekoniecznie ktoś taki potem staje się mordercą. 

Poza piciem alkoholu, Jeff zainspirowany chłopakiem, którego widział jak biegał, zaczyna ćwiczyć, chce zbudować sylwetkę. Zaś co do tego chłopaka miał plan, ale ostatecznie z niego zrezygnował z jakiegoś powodu, i go nie zaatakował. Lecz pewnego razu postanawia zabrać autostopowicza, Stevena Hicksa. Przekonuje go propozycją wypicia paru piw i podwózką na koncert, na który się wybierał. Po paru godzinach pobytu w domu Jeffreya, Steven chciał wyjść, co Dahmerowi się nie spodobało, i jakby coś się w nim przestawiło, na ekranie było to widać, jak jego wyraz twarzy się zmienił, z takiego miłego chłopaka, do takiego pełnej furii, wpadł w szał pod wpływem którego wziął obciążnik ze sztangi i uderzył Stevena w głowę, a następnie go udusił. Jednak gdy Jeffa opuszczają emocje, i zdaje sobie sprawę co zrobił, jest w szoku, oraz jest przerażony. Pierwsze co mu przyszło do głowy, to ukrycie ciała pod domem, tam  gdzie swego czasu, będąc dzieckiem patrzył jak ojciec wyciągał szczątki martwego zwierzęcia. Zaś pod osłoną nocy wziął to ciało do garażu i je rozfragmentował. Potem worki z fragmentami ciała chciał wywieść, ale w trakcie drogi zatrzymała go policja. Policjanci wyczuli od niego alkohol, który oczywiście pił, a na pytanie co się znajduje w tych workach, Jeffrey odpowiedział, że ścinki z podwórka, bo przez rozwód rodziców nie może spać i zajął się pracami ogrodowymi. Jeden z policjantów mówi, że chłopak ma osiemnaście lat i że nie chce marnować mu życia, które ma całe jeszcze przed sobą, więc go puszcza, karząc wracać do domu. Skoro nie udało mu się wywieść zwłok, to musiał coś z nimi zrobić. Oddzielił tkanki od kości, które spłukał w toalecie, a kości wsadził do piekarnika, by potem je rozdrobnić młotkiem. 

Serial opowiedział to delikatnie inaczej, ale mi to nie przeszkadza. Bo nie w garażu, tylko w piwnicy, a po tym jak go policja zawróciła, to minęło trochę więcej czasu, nim do końca pozbył się ciała Hicksa. Też nie wspomnieli, że oddzielone tkanki od kości rozpuścił w kwasie. Natomiast w kolejnym, czwartym odcinku, nawiązano do poprzedniego, z powyższą historią, w scenie, gdzie Dahmer mówi o niej na przesłuchaniu. Generalnie, to podobał mi się zamysł twórców, że podczas opowiadania historii Dahmera co jakiś czas wtrącali oni do tego jak zeznawał, albo w trakcie jednej sceny są przebitki dotyczące rozmowy postaci na przykład. Oglądając pierwszą zbrodnię Dahmera w serialu, słuchając lub czytając o niej, byłam zdumiona, jak jemu przyszło tak po prostu do głowy, co zrobić z ciałem Stevena Hicksa, mało tego, nie miał żadnego problemu, by to zrobić. No ja jak sobie pomyślę o rozcinaniu ludzkiego ciała, to mi tak dziwnie w środku. Z tymi wszystkimi materiałami, z którymi miałam do czynienia, nie spotkałam się z jakimś opisem, o jakieś zmiance o tym, co czuł Dahmer przed, po uderzeniu Stevena w głowę, potem po zabiciu jego oraz podczas tego co robił z ciałem. Myślę jednak, że to, jak serial to ukazał było adekwatne, albo bardzo zbliżone. Domyślam się, że Dahmer nie chciał tego zrobić i działał pod wpływem emocji, a po tym co zrobił, był w szoku. Choć przypuszczam, że to mogło być coś, co obudziło w nim mordercę. To jak podszedł do pozbycia się ciała, zrobił z nim to, co robił z martwymi zwierzętami, może mówić, że coś mu się głowie włączyło. Gdy sobie myślałam nad tym, to potem przyszło mi do głowy zagadnienie, co robi się w mózgu człowieka, że staje się mordercą. Moja głowa tego nie ogarnia, że człowiek może pozbyć życia drugiego człowieka. Jak się dłużej o tym myśli, to głowa się trochę obciąża. Na bieżąco sprawdzam sobie informacje w trakcie pisania tego wpisu, chce jak najbardziej zmniejszyć prawdopodobieństwo pomieszania czegoś lub palnięcia głupoty, i właśnie będąc przy tym pierwszym morderstwie Jeffreya, zorientowałam się, że dokonał go mając osiemnaście lat. I to mnie tak uderzyło. Oczywiście był wspominany jego wiek, ale najwyraźniej moja głowa była tak zaaferowana tym co widziały oczy na ekranie, że się nawet tym nie zainteresował. 



Za jakiś czas Jeffa odwiedza ojciec razem ze swoją nową partnerką, i odkrywa, że ten żyje sam w domu. Lionel postanowił zająć się synem. Decyduje się wysłać go na studia. Jednak po trzech miesiącach zostaje wyrzucony przez problemy z alkoholem. Ojciec nie jest z tego zadowolony i wysyła go do wojska. Wytrzymał tam dwa lata, lecz i stamtąd go wydalili, również za pijaństwo, ale są też głosy, co też twórcy pokazali w serialu, że jest duże prawdopodobieństwo, że molestował mężczyzn w tym wojsku, choć z tego co się zaznajomiłam, nie jest to potwierdzone, nie ma sto procent pewności. Lionel zarządza, że syn zamieszka z babcią, której będzie przy okazji pomagać, no bo ma już swoje lata, a do tego ma znaleźć pracę. I Jeffrey się starał, bo faktycznie pracował, zahaczał o różne prace, ale ostatecznie zatrzymał się w fabryce czekolady. Ale w międzyczasie nie obyło się od incydentów, jak na przykład kradzież manekina ze sklepu odzieżowego, co było dyktowane jego odchyleniami. Zaczął też chodzić do barów dla gejów i wychodził on stamtąd z mężczyznami do łaźni, tam pili alkohol i Jeffrey podawał towarzyszom drinki z mieszanką usypiającą. 

W jednej ze scen, gdzie Jeff był z babcią, był moment, gdzie przeglądali zawartość drewnianego pudła, właściwie skrzynki. Były tam zdjęcia jego ojca i gdy babcia coś tam o nich opowiadała, Jeffowi robi się przykro, bo jemu nikt nie zrobił takiego pudła i nawet by nie było z czego go zrobić. Takie małe spojrzenie co mogło dziać się w jego głowie oraz jak działała jego rodzina, że to tak ujmę. Też babcia powiedziała coś w stylu "ty też mógłbyś 'coś tam'" i Jeffowi tym bardziej zrobiło się nieprzyjemnie. 

Przez dziewięć lat Jeffrey starał się, jak to określił w scenie z przesłuchania, być dobrym chłopcem. Starał się, to dobre stwierdzenie. Ten dość spory okres niestety się skończył. Jeffrey na jednej z wizyt w barze poznał mężczyznę i poszli razem do hotelu (w łaźniach nie był mile widziany). Oczywiście pili alkohol i Jeffrey chciał po raz kolejny zastosować mieszankę usypiającą, ale niechcący wpadł we własny dołek i sam wypił drinka z tą mieszanką. Skutkowało to tym, że obudził się obok martwego ciała swojego towarzysza. Z szoku próbował go reanimować. Gdy emocje się luzują, Dahmer zaczyna działać. Idzie, kupuje walizkę, wraca do tego hotelu i próbuje schować w niej to martwe ciało, co mu się udaje, i wraca do domu babci z tą walizką. W piwnicy dokańcza swoje działania i zostawia sobie głowę tego nieszczęśnika. I co ciekawe, chowa ją do tej drewnianej skrzynki, co były zdjęcia jego ojca, wcześniej te zdjęcia wyjmując. 

To co się stało w pokoju hotelowym pozostaje niepewne, bo są właściwie dwie wersje. Jedna, że właśnie Dahmer wypił tego drinka z tabletkami, a druga, że napił się alkoholu do nieprzytomności, uciął mu się film. Sam Dahmer twierdził, iż za dużo wypił i go odcięło oraz kompletnie nie pamięta tamtej nocy. Są tacy, co mu nie wierzą, i uważają iż Dahmer mógł nie mówić wszystkiego, coś zataił lub zwyczajnie kłamał. Jak było, teraz się nie dowiemy. Mimo to, Dahmer mówił, iż nie chciał zabijać tego mężczyzny, nie miał takiego impulsu, zwyczajnie dlatego, że był przystojny i uderzyło go to, co zobaczył po obudzeniu się. Co do przewiezienia walizki z hotelu do domu, to Jeffrey pojechał taksówką, a nie swoim samochodem. Co więcej, o ironio, taksówkarz pakując tą walizkę do bagażnika zażartował, że jest tak ciężka, jakby tam było ludzkie ciało. Po usłyszeniu tego opadła mi szczena. Bym się za głowę złapała, ale mnie zamurowało. Natomiast to co mi przyszło do głowy co do tego taksówkarza, to "gdybyś ty wiedział...". I ponownie, zamysł na jaki wpadł Dahmer z tą walizką mnie osłupił. On przecież niczego nie planował, jego głowa pracowała na bieżąco. 



Piąty odcinek ponownie zaczyna się przesłuchaniem i Jeffrey opowiada o hotelu, nawiązując do poprzedniego odcinka. Opowiada również o tym co robił mieszkając u babci. Jak zapraszał do domu mężczyzn, którym podawał drinki z mieszanką usypiająca oraz to co robił tym, których zabił, a było ich trzech. Wspominał również o babci, która musiała znosić zapraszanie obcych mężczyzn, czy nieprzyjemnymi zapachami wychodzącymi z piwnicy. Jest też wpadka Dahmera w swoich działaniach i zostaje aresztowany oraz skazany za molestowanie młodego chłopaka, ale dostał karę według rodziny tego chłopaka za małą i byli zawiedzeni. Serial przedstawił to w taki sposób, że sędzia był przychylny co do Jeffreya zważywszy na jego problem z alkoholem. Nie mogę sobie porównać do realnego przebiegu wydarzeń, bo w tych materiałach co zapoznawałam się ze sprawą, nic nie było o tym wspomniane lub zwyczajnie moja głowa tego nie zakodowała, tak też może być. Natomiast Jeffrey po odbyciu kary wyprowadza się od babci do swojego mieszkania i tu popełniał resztę swoich zbrodni. 

Szósty odcinek to opowieść o niesłyszącym Tonym Hughes. CO do tego mam mieszane uczucia. Niby dobrze, że pokazali historię jednej z ofiar Dahmera, ale mam wątpliwości do tego, co serial pokazał. Żaden nie wspominał, nie rozszerzał tego w swoich materiałach mówiących o Dahmerze. To co mówili, to cały schemat tego co Jeffrey robił, by ofiary poszły z nim do jego mieszkania. Więc wolę zostawić ten fragment w spokoju. 



Chronologicznie po zabójstwie Tony'ego Hughesa było zabójstwo czternastolatka o imieniu Konerak Sinthasomphone. Było to opowiedziane w drugim odcinku, ale nie chciałam tego poruszać, bo i tak nie wiedziałam, jak zacząć ten wpis. To jest jeden z głośniejszych momentów w historii Dahmera, z powodu wieku chłopca oraz to co się jemu przytrafiło. Otóż Jeffrey postąpił z chłopakiem według swojej rutyny. Kamera była oczami odurzonego chłopaka i widziała tylko Dahmera przychodzącego z wiertarką. Jeffrey potem zostawia nieprzytomnego chłopaka w mieszkaniu, a sam idzie do sklepu po więcej alkoholu. Podczas jego nieobecności Konerak się ockną i chciał ledwie przytomny uciec z tamtego miejsca. Sąsiadka Dahmera, Glenda Cleveland razem z córkami chciała mu pomóc, wezwała nawet policję. Jeffrey zastaje widok sąsiadki i jej córek, policjantów i skulonego chłopaka, i widać delikatnie, że się trochę przestraszył, ale podchodzi do tego chłodno, mówi, że z chłopakiem tworzą parę i ten wypił dużo alkoholu. Policjanci odprowadzają Dahmera i chłopaka do mieszkania, co nie podoba się Cleveland. Jeffrey pokazuje polaroida jako dowód tego co mówi oraz utwierdza policjantów, że zajmie się chłopakiem. Policjanci wychodzą, a Dahmer kończy to co zaczął, chłopak traci życie.

Kompletnie nie dziwie się, że podczas zapoznawania się z tą sprawą, historia Koneraka była jedną z główniejszych poruszanych w tych materiałach oraz nie dziwię się, że ludzi ona poruszyła, bo mnie też. Pierwszy raz o niej słuchając byłam zszokowana, a potem w kolejnych materiałach dodawali szczegóły, których ktoś tam nie wspomniał i czacha parowała. Młody chłopak wpadł w ręce kogoś takiego jak Dahmer, został odużony, ledwo żywy próbował uciec, a policjanci olali sprawę i pozwolili, by wrócił do Dahmera. Co więcej, Sinthasomphone był bratem chłopaka, za którego molestowania Jeffrey Dahmer został skazany. W kolejnych materiałach dowiedziałam się właśnie jeszcze więcej rzeczy. Otóż zanim Jeffrey wyszedł po więcej alkoholu, co było zasugerowane przez serial, to wywiercił nie dużą dziurę w czaszce Koneraka, mało tego, przez nią wlał kwas chlorowodorowy. To mi zwyczajnie rozwaliło głowę, ale powód czemu to robił, i to nie tylko temu biednemu chłopakowi, rozwala jeszcze bardziej. Otóż w głowie Dahmera powstała idea, by stworzyć z człowieka coś na wzór zombie, żeby żył, ale żeby był nieruchomy, żeby móc mieć nad nim kontrolę. Po zabójstwie Koneraka były jeszcze cztery ofiary. 

Od siódmego odcinka jest perspektywa innych ludzi, mających do czynienia z Dahmerem. Glenda Cleveland opowiada jak to było być sąsiadką Jeffreya. Borykała się ona z dokuczliwym smrodem, krzykami i hałasami dobiegającymi z mieszkania sąsiada. Wiele razy zgłaszała ten problem u źródła, na co w odpowiedzi dostała, że to jakieś mięso się zepsuło, a to coś tam majsterkował. Wiele razy zgłaszała na policję o tym, że w sąsiedztwie może dziać się coś niedobrego, ale była ignorowana.

Jest też spojrzenie na ojca Jeffreya, szuka on przyczyny, winnych i błędów w swoim wychowaniu, które mogły by spowodować u Jeffreya to, jakim on był. 

Podczas rozprawy sądowej rodziny ofiar mogły wygłosić mowy końcowe, wspominając o tych co stracili życie. Potem, jak te rodziny funkcjonowały w cieniu morderstwa. 

Mieszkańcy budynku, w którym mieszkał Dahmer również borykają się z tym z kim mieszkali. Dlatego ci co potrzebują, idą spać na korytarz, by być wśród ludzi. Wkrótce jednak budynek zostaje zburzony. 

Jest też reakcja społeczeństwa, jedni protestują, a drudzy przychodzą robić zdjęcia budynkowi, gdzie mieszkał Dahmer. Są też losy policjantów, którzy odprowadzili Koneraka do mieszkania Dahmera, oraz którzy wiele razy ignorowali zgłoszenia Glendy Cleveland. 



Wracając jeszcze do Jeffreya Dahmera, to jego ojciec z adwokatem chcieli, by został przebadany przez psychiatrę i żeby trafił do szpitala psychiatrycznego, a nie do więzienia. Jeffrey wie, że robił wszystko świadomie. Mimo to, robi to co chcą, ale i tak został uznany za świadomego popełnianych czynów, a na rozprawie mógł, tak samo jak rodziny ofiar, wygłosić mowę końcową. Następnie to już sceny z więzienia i jak on tam funkcjonował. Tam obudził się w Jeffreyu ten śmieszek z liceum i robił żarty więźniom. Zaczął dostawać listy od ludzi, którzy pisali mu, że są jego fanami. Temu się to spodobało i zaczął odpisywać. Podłapał też, że może prosić tych swoich "fanów" o pieniądze. A po za tym wykonywał więzienne obowiązki. Ale pewnego razu zostaje zaatakowany przez innego więźnia. Zostaje ranny, w szyję, ale przeżywa. Natomiast w trakcie pobytu w więzieniu, Dahmer się nawraca na wiarę w boga i wkrótce chce zostać ochrzczony, czego się dokonuje, i to w tym samym czasie, co jest egzekucja innego mordercy, Johna Wayne Gacy. W końcu Dahmer, jak i inny więzień, z którym sprzątał siłownię, zostaje pobity, śmiertelnie pobity. W scenie, gdy dostawał ciosy rurką, taką co na nią zakłada się obciążniki, mamy przerywniki w postaci urywków z pierwszego morderstwa Dahmera. Zaś jego rodzice nawet po jego śmierci się kłócili i sądzili, co zrobić z ciałem syna. Matka chciała, by przebadano jego mózg, a ojciec chciał by spełniła się wola syna i żeby został w całości skremowany. I stało się tak jak Jeffrey sobie tego zażyczył. 

Ponownie, trochę serial powiedział inaczej. Tak na szybko aby wspomnę, że Christopher Scarver, morderca Dahmera, wiedział, iż ofiary Jeffreya, to w większości byli czarnoskórzy mężczyźni. Tak samo wiedział, że ten drugi zamordowany więzień, Jesse Anderson, próbował wrobić czarnoskórego mężczyznę w morderstwo, które popełnił. Dodatkowo Dahmer i Anderson żartowali sobie, żarty typu morderca z mordercą, co Scarverowi się również nie podobało, więc miał swoje motywy. 




Serial oglądało się dość ciężko. Dobrze, że twórcy zrobili to tak, że stopniowane były treści. Podczas oglądania czuło się przygnębienie, początek historii Dahmera zwyczajnie był smutny i na etapie, kiedy nic nie zrobił, było mi go żal. Potem, gdy ukazywało się jego drugie oblicze, to mi się zmieniało, i ten transfer był dla mnie zadziwiający, że z żalu nad kimś, można tak się przestawić na myślenie, jak z takiego cichego, spokojnego chłopaka "wyszło" coś tak potwornego. I właśnie to, że on był cichy i spokojny, wyglądał zwyczajnie, niepozornie, nie rzucał się kompletnie niczym w oczy spowodowało, że nie budził podejrzeń u swych ofiar. To co robił Dahmer było czymś nie do pomyślenia, to jest coś co się w głowie nie mieści. To co robił ofiarom, a potem z ich ciałami rozwala głowę. Pozbawiał ich życia, rozczłonkowywał, robił jakieś chore eksperymenty, spełniał swoje fantazje, czy nawet zjadał jakieś części ciała. Serial pokazał fundamenty, skąd to odchylenie u Dahmera mogło się wziąć. Pokazał również jego geniusz mordercy, bo mimo, iż pierwsze morderstwa były przypadkowe, to jego głowa pracowała nad tym, co dalej robić. Potem, gdy doskonale wiedział co robi, to miał swój prawie stały plan i wykonywał jego punkty. Właśnie to jest niebywałe, że mimo działania cały czas tak samo, Dahmer tak długo nie został ruszony, że nawet nie było żadnych podejrzeń, a nawet jak jakieś były, to udawało mu się wracać do swojego cienia spokojnego typa, mającego problem z alkoholem. Dopiero jego własne czyny, zachłanność i za duża pewność siebie go zgubiły. Cztery ostatnie ofiary straciły życie w małym odstępie czasu. Co ciekawe, zabijanie dla Dahmera była najgorszym z tego wszystkiego co robił. 

Nie pokazali tak dużo drastycznych scen, niż się spodziewałam. Nagłówki niektórych rzeczy sugerowały, że tam nie wiadomo co pokazali. Oczywiście to co pokazali wystarczyło, nie raz skrzywiłam się z czegoś paskudnego. Kiedyś zastanawiałam się, po co w filmach i serialach są jakieś krwawe, czy obrzydliwe sceny, i tym podobne, ale to zwyczajnie daje takiej realności, bardziej można wyczuć się w opowiadaną historię. Wiadomo, że to film/serial, ale jak coś wygląda wiarygodniej, to się to lepiej ogląda. Wracając. "Dahmer" został świetnie zrobiony. Podobały mi się, jak zostały zrobione ujęcia, charakteryzacje postaci, dobór aktorów postaci, scenografia były świetne. Z wnętrz czułam klimat tamtych czasów, i te piękne, stare amerykańskie auta. A korytarz w budynku oraz samo mieszkanie Dahmera zostało odwzorowane dość dokładnie, aż byłam pod wrażeniem, gdy po obejrzeniu serialu zobaczyłam zdjęcia, jak w realu wyglądały.


Na słowa uznania zasługuje Evan Peters, który podjął się zagrania roli Dahmera. To jaką on robotę zrobił, to czapki z głów. Żeby zagrać taką postać, która swego czasu stąpała po ziemi i jeszcze robiła tak złe rzeczy, to trzeba było mieć odwagę. Potem, po obejrzeniu serialu, chciałam pooglądać jakieś materiały za kulisowe, w takim sensie, że aktorzy wypowiadają się o tym, jak przygotowują się do roli. I były takie materiały. Evan Peters opowiadał, jak to było, gdy zaproponowano mu rolę, że wahał się, bo miał ciężkich ról nie przyjmować (po wielu wymagających rolach w "American Horror Story"), ale przeczytał scenariusz, który mu się spodobał, bo był pięknie napisany i się zgodził. Przygotowując się do roli zapoznawał się z różnymi materiałami dotyczących Dahmera, jak ten znany wywiad co zrobiła jakaś tam telewizja, gdy ten już był w więzieniu i opowiadał tam on, z takim swoistym spokojem, jakby mówił o zwyczajnych rzeczach, o tym co robił, co czuł i co nim kierowało. Poza tym Peters analizował jego mowę, sposób chodzenia, poszedł nawet do człowieka od dykcji, by nauczyć się sposobu mówienia, wypowiadania się Dahmera. Mówiąc o przygotowaniach wspomniał, że chciał przygotować się jak najlepiej, chciał zrozumieć sposób myślenia Dahmera, co siedziało w jego głowie, a to było wyczerpujące. Dodatkowo jak już wszedł w tą postać, to z niej nie wychodził, by kręcąc postawa, czy mowa już po prostu była, i żeby mógł skupić się na dialogach na przykład. Natomiast aktorzy, którzy z nim pracowali zrelacjonowali, że gdy nie kręcili, była przerwa między ujęciami, to Evan nie wychodził z roli. O poranku nawet nie odpowiadał na "dzień dobry". Niecy Nash, wcielająca się w postać Glendy Cleveland, wspominała, że jak próbowała się przywitać z Evanem na planie, to właśnie jej nie odpowiedział, i za pierwszym razem była jak "ale jak to on mi nie odpowie na dzień dobry" i wymusiła odpowiedź, ale potem zauważyła, że jest on w swoim procesie i go zostawiła. Dlatego, jak ktoś ją pytał "jaki jest Evan", to odpowiadała, że nie wie. Po skończeniu kręcenia serialu okazało się, że Evan to miły człowiek. Ja się fascynuje powstawaniem filmów/seriali, oraz tym, jak aktorzy przygotowują się do swoich ról, szczególnie, kiedy one są trudne lub charakterystyczne, więc słuchałam o tym powyższym z dużym zainteresowaniem. 


Jak już wspomniałam o Glendzie Cleveland, to trzeba wspomnieć, że według prawdziwych wydarzeń nie była ona bezpośrednią sąsiadką Dahmera, ona mieszkała w budynku na przeciwko, ale to, że próbowała pomóc Konerakowi, było prawdą. Kobieta, która faktycznie była sąsiadką Dahmera miała inaczej na imię, ale nie zanotowałam. Plus, jak dobrze pamiętam, to wszyscy sąsiedzi skarżyli się na Jeffreya. Pomyślałam, że może twórcy zrobili tak, że ta postać Glendy w serialu reprezentuje tych wszystkich co mieli do czynienia z Dahmerem. Tak jak zrobili w serialu "Chernobyl" HBO z 2019 roku, gdzie postać Uliany Chomiuk reprezentowała całą grupę ludzi pracujących nad sprawą wybuchu reaktora. Czy tak jest, nie wiem, ale ja to będę tak traktować.

Oczywiście były różnice między serialem, a prawdziwymi wydarzeniami, mimo to i tak bardzo dużo rzeczy było zgodnych. Ja też przyzwyczaiłam się, że jak jest coś na podstawie prawdziwych wydarzeń, to niekoniecznie twórcy się ich trzymają. Więc jak ja widziałam na ekranie to, o czym słyszałam w materiałach zapoznając się ze sprawą, to już jest dobrze.

Dziwnym uczuciem było oglądać serial przedstawiający wydarzenia, które miały miejsce. W teorii oglądałam wcześniej wspomniany "Chernobyl", czy film "Deepwater Horizon", które są oparte na faktach, ale "Dahmer" chyba przez to jaką i czyją historię opowiadał przysparzał o to takie dziwne uczucie. I jak myślałam, że się z tą historią jako tako oswoiłam, to okazywało się, że jednak nie, bo na przykład obejrzałam inny, obszerniejszy materiał, albo pisząc ten wpis czasem musiałam zrobić pauzę i przetrawić coś ponownie myśląc, "jak mogło to się wydarzyć". 

Myślę, że dobrze iż historia Jeffreya Dahmera została pokazana. Dużo rzeczy tu poszło nie tak, sytuacja z Konerakiem, czy ignorowanie zawiadomień. Większość zabójstw było w mieszkaniu Dahmera i skoro sąsiedzi byli zaniepokojeni, to być może udało by się wcześniej go zatrzymać, gdyby tylko zostali wysłuchani. Warto, żeby ludzie wiedzieli iż był ktoś taki jak Dahmer i by jego ofiary zostały zapamiętane. Jako uzupełnienie do "Dahmer - Monster: The Jeffrey Dahmer Story" warto obejrzeć trzy odcinkowy dokument "Conversations with a Killer: Jeffrey Dahmer Tapes", tam są faktyczne taśmy Dahmera, wypowiada się też pani adwokat, która zaczynała swą karierę sprawą Jeffreya oraz jest tam mnóstwo informacji. 



Trochę zajęło mi pracy ten wpis, nawet się nie spodziewałam. Nie wszystko co chciałam zostało napisane, ale myśli szybko uciekały mi z głowy, co przy takiej sprawie to się nawet nie dziwię. Im dalej wchodziło się w tą sprawę, tym robiło się gęściej i właśnie musiałam czasem sobie przetrawić na nowo niektóre rzeczy. Toteż momentami pisząc musiałam zastosować jakieś zdanie rozluźniające. Mimo dobrze wykonanej roboty, jaką twórcy włożyli w ten serial, to chyba raczej do niego już nie wrócę, w sensie nie zrobię sobie powtórki, by ponownie w całości obejrzeć. Kiedy czasem odtworzyłam sobie któryś z odcinków, pisząc ten wpis, na na widok niektórych scen tak nieprzyjemnie mnie wzdrygało, więc chyba jeden raz wystarczy.

Podobno ma to być serial antologia, z czego reżyser Ryan Murphy jest znany, że każdy sezon jest o innym mordercy. Jak to będzie nie wiadomo, na razie to tylko plany, a w zależności od tego o kim będą robić kolejne sezony, i czy mnie zainteresuje, to może obejrzę. A póki co mogę powychodzić z rzeczy związanych z Dahmerem i odpocząć od tego tematu.



A tak nawiązując do początku tego wpisu, to kończąc go, byłam po nie przespanej nocy, także ten...


sobota, 3 grudnia 2022

Zbiorczo.

Często jest tak, że jest coś o czym mogłabym, albo właściwie chciałabym napisać, ale to by było za mało na taki jeden wpis. Pomyślałam więc, czemu by nie zebrać kilku rzeczy i nie zrobić z tego takiego wpisu zbiorczego. Dodatkowo pracuję nad wpisem, z którym jeszcze mi się zejdzie i momentami jest ciężko pod względem składania zdań na przykład, bo moja głowa trochę paruje, więc taki projekt poboczny, że tak powiem, mi się przyda. Człowiek się oderwie od tego jednego tematu. Czas wtrącić swoje pięć groszy w niektóre tematy. 



1. "Fate: The Winx Saga". Sezon 2.
Z tego miałam zrobić osobny wpis, ale stwierdziłam, że jednak nie, że nie warto. Pamiętam, jak przed rozpoczęciem "Fate" miałam obawy, co oni tam zrobili. Ostatecznie mi się podobał ten pierwszy sezon, mimo paru rzeczy co mi nie pasowały. Wtedy pomyślałam, że pierwszy sezon, ograniczony czas, może nie dużo finansów. Teraz też miałam obawy przed drugim sezonem, po obejrzeniu traileru. Miałam odczucie, że mogą coś głupiego wymyśleć, jakieś dziwactwa, albo coś z przesadą. Ostatecznie obejrzałam ten drugi sezon, prawie jednym ciągiem. I tak jak przy pierwszym sezonie, musiałam się przyzwyczaić do nowego serialu, tak przy drugim sezonie ponownie musiałam wczuć się w jego klimat. 

Po wydarzeniach z pierwszego sezonu, w Alfei jest nowa dyrektorka i nowe zasady. To jak uczniowie są traktowani (trochę ostro), nie podoba się głównym bohaterkom i chcą z tym coś zrobić. W szkole dzieje się coś złego, jeden z uczniów jest ranny, a główne bohaterki mają swojego podejrzanego. Terra stara się dowiedzieć co się stało z tym uczniem, co go zaatakowało. Pojawia się nowa wróżka, Flora (ku radości wszystkim tym, co narzekali), której moce wiążą się z naturą i dołącza do grupy naszych głównych bohaterek. Podczas bankietu absolwentów okazuje się, że wróg, nie jest ich wrogiem. Dziewczyny dowiadują się co atakuje uczniów. Beatrix znika, ale wkrótce okazuje się, że żyje i Musa, Sky oraz Riven idą ją ratować, a podczas akcji ratunkowej niedobre rzeczy się dzieją. Zaraz też się okazuję, że Musa została ranna i straciła swoje moce. Przyjaciółki chcą jej pomóc, ale ich magii nie idzie po ich myśli. Bloom domyśla się, kto stoi za atakami na uczniów i właśnie do niego idzie zdobyć informacje, jak pomóc Musie. W międzyczasie okazuje się, że zabawy z magią głównych bohaterek rozregulowały ich moce. Dziewczyny chcą interweniować, ale Bloom nie ma, bo w tym czasie dowiaduje się, co w teorii może zrobić, by pomóc Musie, trochę o swojej rodzinie i o dyrektorce szkoły, Rosalind, z którą się konfrontuje i w tym momencie traci kontrolę nad swoimi mocami, czym narobiła sobie problemów. Niespodziewanie jednak ktoś ją uwalnia. Specjaliści idą na akcję do siedziby złego, czyli Sebastiana, ale okazało się, że mają kreta i on wiedział, że przyjdą, więc ten wykorzystuje tą okazję i opanowuje Alfeę. Bohaterki i grupa specjalistów, którzy zostali poza szkołą, obmyślają plan, by powstrzymać Sebastiana, albo przynajmniej spróbować. A wśród uwięzionych w szkole są Flora i Musa. Bloom dostaje ultimatum, specjaliści realizują plan, a Musa ratuje Florę, która ma pomysł na pomoc, jako osoba od wewnątrz. Dziewczyny, te poza szkołą, idą wykonać swoją część planu i powstrzymać Bloom przed robieniem głupot. Ona natomiast poszła załatwić sprawę z Sebastianem samemu, ale reszta do niej dołącza, dzieją się smutne rzeczy. Plan Flory zadziałał, a pozostałe dziewczyny, razem z Bloom pozbywają się Sebastiana. 

W międzyczasie są problemy miłosne niektórych postaci, problemy personalne i tego typu rzeczy. Z początku, tak od jednego do trzech odcinków, to wydawało mi się, że powiewało nudą, jedynie dali jakiś akcent, który zaciekawił, ale potem robiło się coraz ciekawiej. A już mnie przestraszyli, że ten sezon, to będzie klapa. Fabuła nie była zła, dobrze mi się oglądało. Były jakieś momenty, gdzie byłam jak "i don't care", ale były też momenty gdzie mnie zaskoczyli, zainteresowali i ten drugi sezon był dla mnie o drobinę lepszy od tego pierwszego. Temu pierwszemu dałam 7 na Filmwebie, a drugiemu 8. Jednak ten serial w całości ma swoje wady. Jak przy pierwszym sezonie odpuściłam, no bo pierwszy sezon i tak dalej, to przy drugim mogli się postarać pod niektórymi względami. Za mało jest pokazane relacji między postaciami. Dosłownie nie wiadomo skąd są te przyjaźnie i te miłości. Te postacie kompletnie nie poznają się na ekranie. Tak jak postacie się nie poznawali, tak i widz oglądający nie ma jak za bardzo nawiązać z nimi więzi. Tak naprawdę mam odczucia jakiekolwiek tylko o dwóch postaciach. Bloom mnie irytowała, bo kto normalny idzie rozmawiać z wrogiem samemu, albo iść samemu z nim walczyć, i ogólnie jej niektóre decyzje, o których coś tam wspomniałam, to według mnie były głupie. A postać, która mi się podobała, którą polubiłam to Musa. Mogli pokazać więcej nauki magii wróżek, bo niektóre rzeczy to też nie wiadomo skąd się wzięły, a w zasadzie skąd to bohaterki wiedziały. Jedynie coś tam od strony Terry, co ona tam majstrowała, to można było się czegoś dowiedzieć. I niestety te niedociągnięcia prawdopodobnie spowodowały, że rzucili ten projekt i anulowali ten serial. Fajnie się oglądało, ale tęsknić nie będę. 




2. "Selena Gomez: My Mind & Me"
Drugiego listopada premierę miał dokument o Selenie Gomez i jako wieloletnia jej fanka, dorastająca z jej rolami oraz muzyką, to była obowiązkowa pozycja. Na początku miał być to dokument o trasie koncertowej Seleny, Revival Tour. I pierwsze sceny pokazywały przygotowania do tej trasy, to jak Selena kwestionuje wygląd swojego ciała, jak wygląda w stroju scenicznym, czy zastanawia się o sensie tej trasy, uważa że nie jest wystarczająca w tym co robi. Ostatecznie rusza ta trasa i wstawili przebitki z koncertów. Niestety w trakcie jej trwania trzeba było resztę koncertów odwołać z powodu stanu zdrowia Seleny. Po tym jest taki przerywnik z wiadomościami telewizyjnymi, kiedy mówią o Selenie i odwołanej trasie, po czym przenosimy się do czasu, gdy Gomez jest po leczeniu i w ramach dalszego recovery odwiedza osiedle, na którym dorastała, by przypomnieć sobie dobre, szczęśliwe chwile. Mamy moment wydania i promocji "Lose You To Love Me". Są kulisy wywiadów, gdzie niektóre z nich były głupkowate, a sama Selena była traktowana przedmiotowo. Denerwowało Selenę też to, że cały czas ciągnie się za nią nawiązanie do Disneya. Pokazana została podróż do Kenii, gdzie Gomez spędziła czas z tamtejszymi ludźmi, miała okazję rozmawiać z pewną kobietą, z którą miała trochę wspólnego. Ukazany też został jej strach przed powrotem, bała się powrotu do swojej pracy. Można było zobaczyć kulisy pierwszego od dwóch lat występów na żywo Seleny, oraz to jak się stresowała, czy wspominała o tym, iż ten występ nie był najlepszy, ale przełamał lody. Dotarliśmy do czasu covidowego. Selenie odzywa się lupus (po angielsku toczeń, ale wolę tą angielską nazwę), przechodzi leczenie. Są pokazane pierwsze kroki w kierunku działalności mającej na celu pomoc ze zdrowiem psychicznym ludzi. 

Można było zobaczyć życie gwiazdy od kulis, że to nie jest kolorowa bajka. Można było zobaczyć z czym zmaga się Selena. Myślałam że będzie pokazane nieco więcej, w sumie nie wiem dlaczego. Trochę brakowało mi takich wypowiedzi teraźniejszych, Seleny, jej mamy, rodziny, czy przyjaciół. Ale właśnie tak informacyjnie, żeby wiedzieć więcej, jak działa ta cała branża i przekonać się, że nie zawsze jest fajnie u takiego artysty, że za kulisami nie ma tego szerokiego uśmiechu. Wydaje mi się, że film jest bardziej dla fanów Seleny, którzy są w jej "temacie", żeby zobaczyli co się z ich idolką działo.




3. "Enola Holmes 2"
W drugim filmie Enola otwiera agencję detektywistyczną, ale potencjalni klienci, którzy do niej przychodzą, nie biorą jej na poważnie, bo jest dziewczyną, (jeden pyta się nawet o jej brata, Sherlocka). Poza pewnej dziewczynki, która zgłasza Enoli zaginięcie swojej siostry. Młoda pani detektyw przyjmuje tą sprawę. Zaczynając śledztwo, Enola zbiera informacje, a w międzyczasie nadal nie jest brana na poważnie, i ton filmu jest taki w tym momencie, że myślałam, że zaraz się okaże, iż ta zaginiona siostra zaraz przyjdzie, wróci do domu, czy coś w tym rodzaju, i będzie po śledztwie Enoli, dziewczyna się skompromituje, bo trochę za bardzo chce mieć jakieś śledztwo i za bardzo chce udowodnić, że ona potrafi. I z początku tok tego śledztwa był w lekkim tonie, ale z czasem robi się poważniej. Enola natyka się na swojego brata, a wkrótce okazuje się, że śledztwo jej i Sherlocka się łączą. I niechcący brat i siostra trochę razem pracują i ostatecznie sprawa zostaje rozwiązana.

Mi się film podobał. Nie było to coś niesamowitego, ale ja lubię takie detektywistyczne, Sherlockowe rzeczy. Lubię, jak pokazuję się sprawę, śledztwo, jak detektyw trafia na poszlaki, analizuje je, dochodzi do wniosków, jak wszystko rozpisane ma na tablicy korkowej (albo jej jakimś odpowiednikiem). Fajnie poprowadzona historia, może czasem delikatnie powiewało nudą, ale na ogół fabuła była ciekawa, dobrze się to oglądało, dobry film na sobotni wieczór z piwkiem i chipsami, niewymagający, idealny do wyluzowania się. Millie Bobby Brown bardzo podobała mi się w swojej roli. Postać Heleny Bonham Carter, jako mama Enoli, również świetna, ogólnie ta aktorka ma w sobie "to coś" co powoduje, że lubi się ją oglądać. Ogółem widziałam też i pierwszy film, ale wtedy jeszcze nie wymyśliłam takiego zbiorczego wpisu 😆, a i chyba żadnego wpisu nie robiłam o nim. Z resztą nie pamiętam, dawno to było 😛. Ale te filmy chyba są tak na równi, nie ma lepszego/gorszego. I w sumie dobrze.




4. "Wednesday"
Najświeższa obejrzana rzecz. Ja do tej pory nie miałam do czynienia z Rodziną Addamsów, jedynie coś o nich słyszałam, że coś takiego istnieje. Jak ogłaszali, że ten serial będą robić, to jedynie mi się o uszy odbiło. Może przez chwilę aby se pomyślałam, że "ooo, chcą zrobić nową wersję czegoś co już jest i pewnie coś spaprają" nawet nie będąc w temacie, ale szybko o tym serialu zapomniałam. Weszło jednym uchem i wyszło drugim. Kiedy wyszedł trailer i mi się mignął, no to oko się zawiesiło i go obejrzałam, a on mnie pozytywnie zaskoczył. Spodobało mi się to, co było w tym trailerze i pokazani bohaterowie, a w szczególności główna bohaterka, Wednesday (ale ja mam trudności w pisaniu tego wyrazu 😅). Nie wiem ile minęło czasu od ogłoszenia serialu, do wypuszczenia traileru, ale u mnie się tak pozmieniało, że ja lubię takie postacie jak Wednesday, klimaty takich postaci, to życie. Była premiera i obejrzałam. 

Wednesday Addams, dziewczyna o kamiennej twarzy, a właściwie grobowej, ubrana w czerń i, w czerń, sarkastyczna i mroczna, trafia do Akademii Nevermore, szkoły dla wyrzutków, miejsca gdzie są wilkołaki, wampiry, syreny, gorgony i inne potwory. Trafia do pokoju, gdzie jej współlokatorka, to kompletnie jej przeciwieństwo, bo Enid Sinclair, to wesoła, kolorowa, energiczna dziewczyna. No chodząca tęcza. Wednesday nie planuje tam długo zostać i planuje ucieczkę, lecz powstrzymuje ją od tego zabójstwa i grasujący potwór. Postanawia wszcząć swoje śledztwo, przy okazji mając swoje wizje. Śledztwo całkiem dobrze jej idzie, bo niektórzy zaczynają znikać. Podążając za poszlakami, wkrótce ma swoich podejrzanych, a przez to wszystko robi sobie coraz to nowych wrogów i niektórzy się od niej odwracają. Ostatecznie ten zły zostaje obnażony, sprawy dobiegają końca, a na końcu stało się coś nieoczekiwanego związanego z Wednesday.

Bardzo podobał mi się ten serial, mam nadzieję, że będzie drugi sezon. Tak jak przy "Fate" musiałam się przyzwyczajać, czy wczuwać, to tutaj nie musiałam tego robić, bo serial sam wciągał do swojego świata. Bardzo polubiłam Wednesday, jej charakter, poczucie humoru, oraz to jak prowadziła swoje śledztwo. Ponownie był akcent detektywa, co lubię. Lubię te jej wizję, teraz szalejącą po internecie w różnych wersjach scenę, gdy tańczy na szkolnej potańcówce, albo gdy gra epicką wersję "Paint It Black", The Rolling Stones, na wiolonczeli. Z resztą, ona ma wiele świetnych momentów. Natomiast Enid też dało się polubić, podobne postacie często są irytujące, a ona była spoko. Zrobili to dobrze. Podobała mi się fabuła potrafiła ona rozbawić, zaskoczyć, cały czas coś ciekawiło. Gdy pojawił się ten monster, no to widać było, że mieli ograniczone fundusze na jego CGI, ale to nic, serial nadrabia to CGI swoją treścią. Co do nazw wyrzutków (wilkołak...), to niektóre musiałam sobie przetłumaczyć, bo ja po angielsku oglądałam, więc jak coś jest źle, to trzeba winić tłumacza google 😅.

No i teraz gra w głowie wiolonczelowe "Paint It Black" i piosenka z potańcówki.




5. Trailer do filmu "Transformers: Rise of The Beast"
W momencie pisania tego wpisu pojawiły się dwa trailery do dwóch filmów. Jeden z nich to trailer właśnie nowego "Transformers". I w takcie oglądania uderzyła mnie taka nostalgia, bo ja przecież byłam wielką fanką tej serii filmów. Piszę w czasie przeszłym, bo dawno tych filmów nie oglądałam, pierwsze trzy oglądałam w momencie, gdy jeszcze oglądałam telewizję, a dwa ostatnie widziałam w kinie. No i jeszcze był "Bumblebee". Myślałam o rewatchu, ale żeby jeszcze się za to wziąć...

Zobaczywszy Optimusa Prime'a, jak on tam wygląda i jaką ma postać samochodową, to miałam takie "oooo", strasznie mi się podoba. Tak samo, to jak wygląda Bumblebee. A nowe roboty, transformujące się w zwierzęta, jest czymś nowym. Szczerze myślałam, iż będą wyglądać źle i że w ogóle to jest zły pomysł, ale teraz jestem ich ciekawa. Trailer skupia się bardziej na robotach. Są oczywiście jacyś ludzie, ale roboty przeważają. Z jakiegoś powodu ten trailer jest powiewem świeżości w tym świecie, kompletnie inaczej zapowiadają ten film w porównaniu do poprzednich. Trochę mało zdradza fabuły, ale to pierwszy trailer, zazwyczaj ten drugi trochę więcej pokazuje. Jestem ciekawa tego filmu, zobaczymy, czy trafię do kina by go obejrzeć. Może ten film sprowokuje mnie do rewatchu tej serii.




6. Trailer filmu "Indiana Jones and the Dial of Destiny"
Drugim trailerem jest właśnie ten do nowego Indiany Jonesa. I tak jak w powyższym przypadku, do tej serii też mam sentyment oraz też była ona moją ulubioną serią, tylko dawno nie widziałam. I jak oglądałam trailer do najnowszego filmu, to ponownie uderzyła mnie nostalgia. A w nim same typowe rzeczy i zjawiska dla tej serii filmów. Były rzeczy, które były czymś innym, ale przypominały mi poprzednie filmy, ten klimat. Oczywiście jest to kino z rodzaju rozrywkowych, więc nie ma co szukać realnych wydarzeń, bardziej takich, gdzie ktoś by się spytał "czy to jest realne? czy mogłoby się wydarzyć to w prawdziwym życiu?". Jestem ciekawa nowych przygód Indiany Jonesa, ciekawe co tam wymyślili. Ciekawi mnie rola Madsa Mikkelsena, wyglądał ciekawie w swoim stroju w tym trailerze, oraz roli Antonio Banderasa, którego dawno w jakimś filmie nie widziałam, a swego czasu oglądało się Zorro, czy "Desperado", "Trzynasty wojownik" też, więc chętnie go zobaczę.




To by było na tyle. Fajnie było sobie tak popisać bardziej na luzie. Nie wiem jak w przyszłości będą wyglądały takie wpisy, ale fajnie by było, jakby one były zróżnicowane, nie tylko pod względem rzeczy i tematów, ale i w sposobie ich tworzenia. Tymczasem trza wracać do głównego projektu.


sobota, 12 listopada 2022

Mój dziesiąty koncert zespołu Luxtorpeda.

Swego czasu regularnie chodziłam na koncerty zespołu Luxtorpeda, ale przez dwa lata wszystko się zatrzymało, a potem powoli się odmrażało. W czasie, gdy w innych miastach zaczęły się odbywać jakiekolwiek koncerty, w Lublinie było ich bardzo mało, a takich co by mnie zainteresowało nie było chyba w ogóle. Dziwiłam się, dlaczego tak jest, i dlaczego jakiś tam zespół robiąc trasę po Polsce pomija Lublin. Wkrótce się okazało, że jeden klub, Graffiti, zbankrutował, a drugi zburzono, dosłownie (przez rozbiórkę starego budynku i budowy nowego miał zostać przeniesiony, ale jak jest, to nie wiem). I wtedy było wszystko jasne.

Też z informacją, że ten jeden klub zamknęli, pojawiło się info, że otworzy się tam nowy klub. No i faktycznie wkrótce zaczęły pojawiać się jakieś wydarzenia w tamtym miejscu. Jak ja się nie uradowałam, kiedy pojawiło się wydarzenie na Facebooku, które mówiło, że w tym klubie zagra Luxtorpeda. Niestety moja radość szybko opadła, bo okazało się, że bilety trzeba przez internet kupić. No ja jestem typem człowieka, który lubi sobie pójść i kupić fizyczny bilet. Strzeliłam focha, no i przez dłuższy czas byłam przy tym, że nie pójdę na ten koncert. Ale im bliżej było tego koncertu, im więcej słyszałam od zespołu o koncertach, o trasie, w tym o koncercie w Lublinie, że zrobiło mi się szkoda. Zaczęłam o tym myśleć, że dawno nie byłam na ich koncercie, i poza tym w sierpniu, to nie byłam przez długi czas na żadnym koncercie. Dodatkowo Luxtorpeda ma nową muzykę, niesłyszaną na żywo. A jeszcze przecież niedawno rozczulałam się nad koncertem Luxtorpedy na Pol'and'Rocku. I w prawie ostatniej chwili, pięć dni przed koncertem, zagadałam z tatą i załatwiliśmy dla mnie bilet (ja nawet konta w banku nie mam, także ten).

Mając ten bilet i wiedząc, że pójdę na ten koncert, no to człowiek się cieszył, taka pozytywność w nim płynęła. A gdy przyszedł dzień koncertu, to jechałam na niego tak zestresowana, bo warunki pogodowe były masakryczne. Deszcz, mgła, odbijające się światło od tej mgły i wody. Dawno tak się nie stresowałam będąc za kierownicą, aż tak w brzuchu czułam. Jak dojechałam do miasta, i wpadłam na swój pierwszy przystanek, czyli Biedronka, to odetchnęłam z ulgą, choć na chwilę. A parkując stanęłam byle jak, nie patrząc się na miejsca parkingowe, bo przez pogodę nawet nie widziałam gdzie są miejsca parkingowe. Jakie było moje zdziwienie, gdy wysiadłam i okazało się, że stoję na miejscu parkingowym. Może nie idealnie, ale mieściłam się w miejscu parkingowym i stałam prosto. Po Biedronce była druga część stresu, bo jechałam drogą, którą dawno nie jechałam, plus nie wiedziałam, jak będzie z miejscem parkingowym. Jak już przejechałam tą część, którą dawno nie jechałam, to okazało się, że nie ma gdzie zaparkować. Szukałam rozwiązania tego problemu, już będąc na skraju paniki, że ja się zaraz spóźnię na ten koncert, czy cokolwiek. Ale patrzę, ktoś wyjeżdża z parkingu, a miejsce parkingowe idealne dla mnie, no to ja migiem i wracam się tam. Stoję na światłach i patrzę się ze zdenerwowaniem na sygnalizator, żeby mi się szybko zmieniło na zielone, żeby nikt mi nie zajął tego miejsca. Ostatecznie się udało zaparkować. Ale poszłam do kolejki pod klubem tak zestresowana, że masakra. Stojąc trochę w tej kolejce się trochę wyluzowałam, a jak już weszłam do lokalu, no to już nie było czym się martwić. Jedynie klub za późno zaczął wpuszczać ludzi i jak oddawałam kurtkę do szatni, to zespół zaczął grać, ale na drugim utworze już byłam na sali. Można było zauważyć trochę zmieniony i odnowiony lokal. Fajnie świeżym malowaniem pachniało. 

Dobra, bo ja mówiłam do siebie, że skupie się tylko na koncercie, a ja tu całe story of my life walnęłam.



Na początku chwilę musiałam się zaklimatyzować, introwertyk wśród tłumu, ale od razu mogłam zauważyć ekspresje ludzi, no i oczywiście pogo, więc po prostu zaczęłam czerpać z tego co niesie koncert i miałam resztę gdzieś (kiedyś miałam w głowie, że co jeśli ktoś mnie zobaczy jak kiwam głową, czy coś, i pomyśli sobie co za frajerka i tym podobne). Długo nie musiałam czekać, by przekonać się jak bardzo mi tego brakowało. Owszem, byłam w tym roku na koncercie Eda Sheerana, ale to zupełnie inny klimat. Tu polski zespół, grający mocniejszą muzykę, w nie dużym lokalu. Ale po ludziach też było widać, że brakowało im takiego koncertu. Śpiewali, krzyczeli, skakali, szli w pogo, nawet była jakaś mała dziewczynka, co 
headbangowała, albo chłopczyk, który siedział na barana u swojego taty, z plastikową gitarą i grał na niej razem z zespołem. Ba! Nawet jakiś około siedemdziesięcioletni pan był z synem. Świetnie było ponownie czuć klimat takich koncertów, na jakie zwykłam chodzić.


Na początku zagrana została cała płyta "Omega", czyli najnowsze wydawnictwo zespołu. Nawet nie wiem, czy grali po kolei, jak jest lista na płycie, czy jak im się podobało. Nie zwróciłam na to uwagi, skupiłam się na granej muzyce. Ludziom podobała się nowa muzyka, choć było widać, że nie wszyscy znają nowy materiał. Też jak stałam w kolejce, to mała grupka za mną, która stała, rozmawiała się tak, że wiedzą, że zespół ma nową muzykę, ale jej nie słyszeli. No ale kto znał, ten znał, kto dopiero poznawał, to słuchał, a kto szedł w pogo, to szedł w pogo. Plus zespół postanowił pomóc w publiczności, trochę ją rozruszać, przy utworze "Fetor mentora". Ze sceny poinstruowali, że jedna strona ma krzyczeć "fetor mentora ora", a druga strona "ból uszu ból uszu". Całkiem fajnie to wyszło, ale trochę późno narywanie włączyłam. 




"Omega" jest zbliżona do tych pierwszych wydawnictw zespołu, więc prawdopodobnie między innymi dlatego ludziom się podoba. Znaczy tym, co są może aż za bardzo przyklejeni do tych pierwszych płyt. Widziałam komentarze, gdzie ludzie piszą coś typu "fajnie, że nowa muzyka brzmi jak stara Luxtorpeda", czy coś takiego. Ja to nie patrzę w ten sposób, ogólnie na muzykę. Ja na muzykę patrzę tak, że co mi się podoba, to mi się podoba, każdy rodzaj muzyki, czy kompozycji niesie ze sobą coś innego, dlatego każda era jakiegoś zespołu, czy artysty, którego słucham, niesie ze sobą coś innego, a ja staram się wynieść z tego coś dla siebie.

Utwory z "Omegi" są jak "stara" Luxtorpeda, ale jednocześnie jest taka dzisiejsza. W sensie, słychać, że została zrobiona teraz, że jest świeża, mając klimat podobny do tego z początku działalności tego zespołu. Po prostu nie brzmi to, jakby zespół chciał naśladować swoją muzykę z tamtych czasów. W głowie miałam lepszy sposób na wyjaśnienie o co mi chodzi, ale jak zaczęłam pisać, to postanowiło opuścić moją głowę.

Cała "Omega" mi się podoba, ale wiadomo, że są takie utwory, które się częściej odtwarza. W moim przypadku to "Krew z krwi", "Ja", czy "Przygotuj się na najlepsze". Ale też nie przejdę obok świetnej gitary w "Ofiara z woli boli", przy tym utworze pogowicze mieli co robić. W "Bezkres" też było fajne ciężkie granie. W ogóle, to cieszę się, że zagrali całą płytę, bo każdy utwór zasługuje na usłyszenie go na żywo, a zapewne w przyszłości nie wszystkie będą grane na koncertach. Jedne są bardziej "koncertowe", inne mniej, jedne będą miały większe zainteresowanie, inne mniejsze. Utwory "Krew z krwi" i "Ja" brzmią genialnie, ale na żywo brzmią jeszcze bardziej genialnie, czuć taką taką głębię w nich.




Po zagraniu "Omegi" przyszedł czas na inne utwory. "3000 świń", "Mambałaga", "Siódme", "Autystyczny", "Progres nie problem", "Cel", "Opty Pesy", "Na czworakach", "List", "Wilki dwa", czy "Hymn". I tu ludzie już czuli się o wiele pewniej, bo grane były doskonale znane utwory. Krzyczane było przy "Wilki dwa", "Hymn", czy "Autystyczny". I ten głos ludu to jeden ze składników magii koncertów. To jest niesamowite, jak wszyscy jednocześnie krzyczą to samo. Porobiłam sobie krótkie nagrania, i jak sobie je odtwarzam, to aż mi się sama morda zaczyna uśmiechać. A podczas "Hymnu" bardzo podobała mi się gitara, jak została zagrana, co też jest częścią magii koncertów, bo nie koniecznie musi być zagrane tak, jak zostało nagrane na płytę, tylko można to urozmaicić i wtedy wychodzi świetne brzmienie. Zaś podczas "Autystycznego" Litza zaprosił tego chłopczyka co siedział tacie na karku z plastikową gitarą, i to było takie fajne i miłe, mi co ja dzieci nie lubię, to aż się miło i ciepło na  serduszku zrobiło.






To będzie ten koncert, który na pewno zapamiętam. Byłam na nim po tak długiej przerwie, czerpałam z niego ile się dało, był to mój dziesiąty koncert Luxtorpedy, więc lepszego nie mogłam sobie nawet wymarzyć. I dobrze, że jednak mi się odmieniło i na niego poszłam. O krok od tragedii było 😆. W ogóle, to nawet nie wspomniałam, że ten koncert odbył się piątego listopada 😬. Po koncercie wyszłam naładowana pozytywną energią, z zacieszem tego co doświadczyłam i już nawet nie stresowałam się jazdą po dawno nie przemierzanych ulicach.

Trochę chaotyczny ten wpis. Jak zwykle jak chciałam coś na szybko napisać i nawet miałam w głowie to, co chciałabym napisać, to po drodze się wszystko rozsypało, jak sól 😛. Dlatego zawsze wpisy najpierw pisze w wersji papierowej, żeby potem podczas pisania tutaj coś zmienić, jak przyjdzie mi jakieś lepsze zdanie do głowy. A skoro przy tym jesteśmy, to właśnie jestem w trakcie pisania pewnego wpisu "na brudno" na papierze, ale warunki koło mnie mi nie sprzyjają, kiedy pisze i trochę się to wlecze, a i temat nie jest łatwy i muszę uważać. Najgorzej kiedy wiem co chcę napisać, ale nie umiem ubrać tego w zdania 😕.

Dobra bedzie tego, trza skupić się na robocie 😆.



piątek, 7 października 2022

Tego nikt się nie spodziewał. | Ed Sheeran, koncert. | Warszawa. Dzień 2. | 26.08.2022

Drugi dzień w Warszawie rozpoczęło, w sumie śniadanie. Zapowiadał się zwariowany czas, więc warto było przyjąć jakieś wartości energetyczne. A ja nie jem śniadań, albo przynajmniej nie zaraz po obudzeniu, więc to był wyczyn. Też to śniadanie nie było duże, bo w pewnym momencie zrobiło mi się nie dobrze, ja tak mam, ale zawsze coś się zjadło. No i można zaczynać dzień. Tym bardziej, jak się kawkę wypiło. Chociaż nie, jeszcze moment.


Przygotowania
Zanim przejdę do przygotowań tego ranka, chcę wspomnieć trochę o przygotowaniach, które były trochę wcześniej i są one powiązane. Otóż, przez dłuższy czas nie docierało do mnie, że jadę na koncert, potem, że koncert za trzy miesiące/koncert za trzy tygodnie. Dopiero choć trochę to do mnie docierało, gdy ogarniałyśmy z kumpelą hotel, transport i inne. Wtedy coś mnie tknęło i zaczęłam myśleć o ubiorze, makijażu, a nawet o paznokciach. Nie chciałam tam pójść tak zwyczajnie, chciałam, aby ten dzień był takim dniem specjalnym. Wszystko miało nawiązywać do Eda Sheerana, do jego najnowszej płyty. Czerwone krótkie spodenki, dopasowałam z czarną zwykłą koszulką na ramiączkach (najnowsza płyta jest właśnie w tych kolorach). Na paznokciach chciałam wszystkie kolory z płyt, ale tak wcześnie o tym pomyślałam, że mi lakiery potrzebne, że kupiłam tylko czerwony i czarny. Chociaż to. I dosłownie w wieczór przed wyjazdem pomalowałam te paznokcie. Na początku czarny/czerwony na zmianę, i tak miało zostać, ale coś mnie tknęło i na dwóch paznokciach u jednej ręki maznęłam znaki '=' i '÷', i analogicznie u drugiej ręki '+' i 'X'. To było kompletnie prowizoryczne i spontaniczne, a wyszło lepiej niż myślałam. No i makijaż. Na początku chciałam zrobić mega kolorowe oczy z kolorami: pomarańczowym, zielonym, niebieskim, czerwonym. I myślałam, jak je wszystkie połączyć na jednej powiece. Ale zanim zaczęłam próbować, przyszło mi do głowy, dlaczego by nie zrobić jednego oka w jednych barwach, a drugiego w dwóch kolejnych barwach. Wiadomo, że pomarańczowy z czerwonym się połączy z łatwością, ale z niebieskim i zielonym musiałam pomyśleć. Posprawdzałam, które kolory z jakiej palety, oraz który kolor pierwszy, w przypadku niebieskiego i zielonego. Na dniach sprawdzałam, jak działać na oku, a w dzień samego koncertu jedno oko inne, a drugie inne wykonywałam pierwszy raz, i wyszło. Paznokcie udokumentowałam, no ale z makijażu to widać tyle, ile widać poniżej. 



Wiem, że malując paznokcie wyjechałam na skórę, ale czego chcieć od last minute malowania, oraz malującej lewej ręki, gdy jest się praworęcznym. Swoją drogą te moje starania potem były docenione, bo niektóre osoby zauważyły te moje nawiązania w ubiorze, makijażu, i paznokciach.

No i przechodząc już do hotelowych przygotowań, to pierwsze co zrobiłam, to fryzura. Było tak gorąco, że trzeba było coś zrobić z włosami, szczególnie długimi. Żeby zostawić sobie przedziałek na środku, zrobiłam sobie dwa warkoczyki z części włosów. Od przedziałku na jedną stronę i do miejsca, gdzie by był przedziałek na boku, z drugiej strony tak samo, a reszta włosów, razem z tymi warkoczykami zebrałam w wysoki kucyk. I od razu lepiej się zrobiło. Podczas mojego czesania, kumpela zaczęła wyciągać na biurko kosmetyki. I... zajebała całe biurko. Jak mi się z tego śmiać chciało i w ogóle to się z tego śmiałyśmy. Jeszcze jak robiła makijaż oczu, to ja w tym czasie też już zaczynałam działania w tym kierunku, ale ona postanowiła zmyć, bo jej się nie podobało, i zrobić od nowa. A jeszcze chciała se czesanie zrobić. Ostatecznie ja skończyłam malować oczy mniej więcej chyba razem z nią, plus jeszcze jakieś poprawki, a w międzyczasie pakowałam rzeczy te, które już nie będą mi potrzebne. Ostatecznie jakoś po dziesiątej już byłyśmy zebrane. A przygotowania były wiadomo przy jakich dźwiękach 😛.



Przed koncertem
Po wylogowaniu się z hotelu, wyruszyłyśmy w podróż, aby znaleźć się pod stadionem. Po tejże podróży, która trochę trwała, bo to prawie cała trasa tego autobusu, cośmy jechały, wyruszyłyśmy pieszo, by wejść na teren stadionu i poszliśmy pod naszą bramkę, by dołączyć do koczujących tam ludzi, których o dziwo nie było dużo. Bardzo się nie śpieszyłyśmy, było gorąco, jak cholera, a trzeba było przeżyć do piętnastej, aż nas wpuszczą, no i resztę czasu, razem z koncertem. Ogólnie po tym, jak całkiem blisko udało nam się być na koncercie cztery lata temu, nie zależało mi, tak samo jak mojej kumpeli, żeby i tym razem starać się być jak najbliżej sceny. Ja się radowałam samym faktem, że mogłam tam być i że usłyszę muzykę Eda na żywo. No i żeśmy sobie wszyscy tak siedzieli, w gorącu, w pełnym słońcu. 


Posiedzieliśmy tak do dwunastej, bo ku naszemu zdziwieniu, postanowili nas wpuścić, no a do piętnastej jeszcze daleko. Ja z kumpelą i tak nie weszłyśmy, bo musiałyśmy zanieść bagaże do depozytu, który właśnie został otwarty. Ale przy okazji zaopatrzyłyśmy się w merch. Bardzo mi to pasowało, bo kupiony merch poszedł do plecaka, plecak do depozytu i odpoczęły moje plecy, i ogólnie spokój z tym już był. W ogóle, to byłyśmy pierwsze do tego depozytu. Potem wróciliśmy pod bramki, ale musiałyśmy pójść na około, a nie tak jak weszłyśmy, bo tak nam kazali, no i pod tymi bramkami też byłyśmy pierwsze. Był tam fajny pan ochroniarz, czy tam ktoś z organizacji, i były ciekawe oraz humorystyczne rozmowy. Powiedział, że jak chcemy nie stać na śłońcu, no to żeby iść na drugą stronę, bo tam cień, bo były bramki po dwóch stronach. Prawdopodobnie był to lekki sarkazm, bo zanim byśmy tam doszli, to łoo matko. A ja mówię, zmęczona dotychczasowymi podróżami, słońcem i gorącem, że nigdzie się nie ruszam, a ten pan do mnie, że ja to nawet powinnam zostać, bo jestem blada. Śmiechłam. Prawdę powiedział, ja piwniczak, z domu nie wychodzę. Ale długo czekać nie musiałyśmy. My z kumpelą i parę innych osób, które doszło, bo przyszedł kierownik i powiedział, żeby wpuszczać ludzi longiem. No i zostaliśmy wpuszczeni. Pierwsze co musieliśmy zrobić, to oddać korki od wody. W ogóle z tymi korkami to niezły cyrk. Robienie czegokolwiek z otwartą butelką wody, no to dość kłopotliwe. Przy kolejnym punkcie zeskanowali nam bilety, przeszukali i puścili dalej. Stres związany z biletem minął, nie mam zaufania do tych elektronicznych. A idąc dalej, była kolejka. To był taki punkt poczekalni, a w pobliżu można było kupić wodę, kupić jakąś przekąskę, czy pójść do TOI TOIa (to akurat dla mnie bardzo ważny aspekt). No i siedzieliśmy ze wszystkimi dalej. Do ponad piętnastej, bo opóźnienia były. Ale w cieniu, co najważniejsze, a co było też celem organizatorów. Słyszeliśmy soundcheck, rozmawialiśmy z naszymi towarzyszami, czy też z nieznajomymi ludźmi. W moim przypadku to były dwie dziewczyny, ale to i tak rekord. W międzyczasie ogarnęłam, jak mnie słońce złapało i skóra lekko piekło, ale dzięki siedzeniu w cieniu ta reakcja skóry się uspokoiła, i w ogóle odpoczęłam. W pewnym momencie cały lud wstał i pognał czym tchu do przodu. A my z kumpelą od razu spojrzałyśmy się na siebie wiedząc o co chodzi. I mówię, pewnie fałszywy alarm, tak jak to było cztery lata temu. No i tak było. A że było właśnie opóźnienie, to przyszedł kierownik i powiedział, żeby rozluźnić tłum i zrobić krok do tyłu. Pod koniec tego czekania soundcheck miał Ed, i okazało się, że miałam rację, że wcześniej to nie był Ed i że wykonywał swoje utwory (moja kumpela, jak i dwie nowopoznane dziewczyny sądziły, że nie wykonuje się na soundchecku utworów granych potem na koncercie). W pewnym momencie usłyszałam jeszcze jeden głos, i wiedziałam, kto dołączy do Eda przy utworze "2step". 



Nie spodziewałyśmy się, że to się tka skończy
Przyszedł czas, przyszedł pan kierownik, który nam wszystko wytłumaczył i zabrał nasz tłum w drogę ku płyty stadionu. To była długa wędrówka, chyba prawie cały stadion żeśmy obeszli. Na dodatek wyszliśmy na słońce o moja skóra sobie przypomniała, żeby piec. Dodatkowo, jak se odpoczęłam, to znowu byłam zmęczona. Byłam jak "ale mi się nie chcę", i z resztą tak się poruszałam. W końcu doszliśmy do kolejnych bramek, i znowu skanowali nam bilety. A przed skanowaniem kierownik ponownie tłumaczył rzeczy i kazał między innymi nie biegać. Jak się potem okazało, mieli sposób na biegających i przy końcu takiej, powiedzmy, rampy oraz wzdłuż niej, stali ludzie od organizacji i trzymali taki sznur, szarfę, czy co to tam było, a gdy szliśmy, to oni nas trzymali w ryzach tego sznuru, jak takie przedszkolaki byliśmy. I już nikt nie biegał. Znowu przeszliśmy spory kawałek, aż w końcu dotarliśmy do wejścia na płytę. Też wcześniej mieliśmy małą zapowiedź tego co tam się znajduje, ale gdy weszliśmy to łooo maaatkooo. Szczena opadła. Potem ci ludzie, co nas trzymali zrobili tak, że my rozchodziliśmy się w dwie strony wokół sceny. To było bardzo mądre rozwiązanie ze strony organizatorów. No i jak żeśmy się tak wokół sceny porozchodzili, no to brak słów. Abyśmy to udokumentowali. 






To jednak był level, jak nie dwa, wyżej, od tego, co było cztery lata temu. Nie nastawiałam się kompletnie na nic. To trochę mnie rozwaliło, tak pozytywnie, rzez jasna. Nie mogłam przestać się patrzeć na tą scenę. Dodatkowo zastanawiałam się, jak to wszystko się trzyma, jak to ktoś skonstruował, jak to ktoś wymyślił, no i ogólnie, jak epicko to wygląda. A że było dużo czasu, to spokojnie mogłam prowadzić swoje obserwacje. Chodź po tym, jak te pierwsze emocje opadły, zdjęcia zostały napykane, a widea nagrane, oraz chwile posiedziałam, to stwierdziłam, że póki mało ludzi, to pójdę do toalety. Sporo było czasu, więc wolałam pójść. Też wiedziałam, że więcej nie pójdę. Wychodziło się obok wejścia. Znowu moja skóra poczuła promienie słoneczne, a jak wracałam, no to trzeba było wejść tak, jak wchodziło się z grupą. A w miejscu, gdzie nas wypuszczano z korytarza sznurowego, stali ci sami ludzie i już nie wpuszczali. Trzeba było wejść w miejscu, gdzie nie było tego sznura i wrócić się, dosłownie przejść na drugą stronę, tam gdzie zostawiłam kumpelę. Ale w pierwszej chwili to się przestraszyłam, że nie wrócę. No i jak wróciłam, jak siadłam, to się nie ruszałam. Podziwiałam scenę i rozmawiałam z kumpelą, a w porywach odpisywałam z niektórymi na messengerze. 




Jeszcze chwila
Wbrew pozorom szybko zleciało. Jako pierwszy support na scenę weszła Cat Burns. Jej muzyka nie trafiła w moje gusta, ale słuchając, to co mówiła, a potem teksty śpiewanych utworów, to mogę stwierdzić, że to nie jest jakaś kolejna piosenkareczka pop, tylko ze swoją twórczością niesie coś więcej. Mówi o swoich lękach, czy o tym, że jest introwertyczką i przekazuje, żeby jej bliscy się na nią nie gniewali, ani nie denerwowali, gdy się nie odzywa, bo po prostu w danej chwili potrzebuje spokoju i wyciszenia. Wiadomo dlaczego akurat te dwa przykłady zostały mi w pamięci 😏. Jako drugi support wyszła Maisie Peters. No jej już bliżej było do typowej gwiazdki popu 😛, ale mówiła o tym, jak pisze teksty piosenek, o tym jaka sytuacja, jaki człowiek spowodował, że daną piosenkę napisała. Napisała na przykład piosenkę o swojej siostrze. Bardzo nie pamiętam, co jeszcze mówiła, bo jakoś nie mogłam się skupić i jednym uchem wlatywało, drugim uciekało. Muszę powiedzieć, że bardzo podobała mi się jej energia na scenie oraz to, że miała swój nie duży zespół i grały żywe instrumenty, ja to zawsze doceniam. W przypadku Burns, jak i Peters, nie znałam ich twórczości i powiedziałam, że ich muzyka mnie nie zainteresowała. Ale zmieniło się to trochę w przypadku Maisie. Nie mniej jednak, o tym kiedy indziej. No i gdy nadchodził czas, technicy wpadli na scenę i pracowali jak mrówki, dosłownie, co zrobiło na mnie wrażenie. Na początku to było widać, jak myk myk myk, szybko jedni z czymś wchodzili, drudzy wychodzili i potem delikatnie zwolnili, bo jak się domyślam, już mieli coś do zrobienia, co zajmowało więcej czasu. Fascynującym było, i trochę zabawnym dla mnie, jak przez wejście pod scenę jeden podawał jakąś rurę temu co jest na górze, na scenie. Czasem ten na dole musiał chwilę poczekać i tak stał z uniesioną tą rurką 😆. Panowie całkiem sprawnie się uwinęli i ten wielki okrągły element sceny się obniżył i z czasem zaczęło się odliczanie. Swoją drogą, ten okrągły element był tak blisko, że mnie światło od niego raziło.






Ed Sheeran
Dziesięciominutowe odliczanie szybko minęło. W ogóle, tego dnia czas szybko mijał. Odliczanie od "dziesięć (dziewięć, osiem, siedem...)" pobudziło moją ekscytację. Wiadomo, że setlista nie jest sekretem, więc wiedziałam, co zostanie zagrane jako pierwsze, dlatego tym bardziej moja ekscytacja przychodziła z każdym numerem w dół. I kiedy wszyscy wykrzyczeliśmy "one" już usłyszeliśmy dźwięki pierwszego utworu, jakim był "Tides". Bardzo cieszyłam się, że właśnie on rozpoczyna koncert. Uwielbiam go w wersji studyjnej. Uwielbiam jego brzmienie i jego tekst. I tak jak się spodziewałam, na żywo był jeszcze piękniejszy. I jak jest taka przerwa w melodii, i jest refren, "Time stops to still...", i ja kocham ten moment, to na żywo, z echem po stadionie robi takie wrażenie, że aż delikatnie oczy mokre mi się zrobiły. Wspaniałe rozpoczęcie.


Kolejnym utworem Ed postanowił wybuchnąć i rozkręcić imprezę i zagrał "Blow". I tak jak było wystarczająco gorąco, to mimo to Ed postanowił nas podgrzać, pirotechniką. W mojej głowie powstał mały żart (i tam został 😅😂), że miałam mały namiastek koncertu Rammstein. Szkoda tylko, że nie mogło być takich strzelających kolorów u góry tej okrągłej części sceny, co przed momentem była opuszczona. I kolorki nie zrobiły blow razem z piosenką, dach stadionu na to nie pozwolił. Ale jako typowy Polak muszę zaznaczyć, że nie tylko my my mieliśmy 'najgorzej', nie tylko u nas dach na to nie pozwolił 😛. Jak to się mówi, jes jak jes, to jeszcze da się przeżyć, gorzej, jakby coś ze sceną nie mogło by być u nas na stadionie.


Dwa poprzednie utwory, które robiły tak jakby jako pierwsza część setu, były grane z pomocą zespołu, ale kolejna część była już tradycyjnym koncertem Eda. Jego głos, gitara i looper. Następnym utworem był "I'm A Mess". Swego czasu, to był utwór, który odtwarzany był przeze mnie najczęściej w momencie, gdy większość cały czas zachwycała się "Thinking Out Loud". Bardzo lubiłam wykonania na żywo tego utworu i bardzo się cieszyłam, gdy mogłam usłyszeć go na pierwszym koncercie. Znakomicie było go usłyszeć na żywo po raz drugi. 


Po chwili Ed zaczął komponować na scenie i usłyszeliśmy pierwsze dźwięki "Shivers". Ile by razy tego nie robił, to ja będę zawsze podziwiać jego pracę z looperem. Patrzy się na to i słucha za każdym razem, jakby się miało styczność z tym pierwszy raz. To robi duże wrażenie, jak nagrywa dźwięki, puszcza je, tak jak piosenka leci w studyjnej wersji, a do tego jeszcze gra na gitarze i śpiewa. Bardzo lubię moment nagrywania dźwięku, dogrywania kolejnych i kolejnych, aż melodia komponuje się na żywo. To jest ten element, między innymi, dla którego chodziłabym na więcej koncertów Eda.

Przy następnym utworze zrobiło się spokojniej. Nadszedł nastrój z pierwszej płyty Eda, i zagrał on nam "The A Team". Jaki to był vibe! Przed oczami przeleciały mi wspomnienia, jak poznawałam muzykę Eda, a wtedy do dyspozycji miałam album "+", no i jego EPki, więc póki się drugi album nie pojawił, to właśnie jego wczesna muzyka grała mi w słuchawkach. Potem, jak wzbudziło się u mnie zainteresowanie, to czytałam o Sheeranie, żeby go poznać. Dodatkowo wspomnienia tak ogólnie, z tamtych czasów, takie no, z życia. Ten vibe jeszcze powróci.


Ale zanim powróci, Ed postanowił rozruszać publiczność z "Castle On The Hill". No i żeśmy skakali i śpiewali. Ten utwór również uwielbiam na żywo. A jeszcze będąc na takim wykonaniu na żywo, kosmos. Lubię melodię i tekst tego utworu. I jest tam taka pauza w muzyce, gdzie jest tylko wokal i ponownie, ten wokal roznosił się po stadionie, po czym wraca muzyka. 

Jako kolejne rozbrzmiało "Don't" zmieszane z "No Diggity". Oczywiście ten drugi tytuł nie należy do autorstwa Eda, ale już wcześniej coverował ten utwór, plus świetnie pasuje do "Don't". Też fajne urozmaicenie w granu piosenki.

Zaraz po tym wróciliśmy w klimaty pierwszej płyty i zbudowaliśmy "Lego Hause". Ponownie powiało nostalgią i wspomnieniami. To też grając między innymi ten utwór robił to, jak na początku swojej kariery. Tylko on i gitara. Według niektórych, najlepsze czasy. Ale ma w sobie klimat ten odbijający się na stadionie głos Eda oraz brzdąkanie gitary. Muszę jednak przyznać, że liczyłam trochę na "Give Me Love", ale ten utwór został zagrany na pierwszym koncercie, czego dowiedziałam się jakoś po koncercie, podczas którego kompletnie o tym zapomniałam, że chciałam usłyszeć tą piosenkę. Po prostu cieszyłam się z tego, czego mogłam doświadczyć i korzystać jak najwięcej z tego, gdzie jestem. No i jak dowiedziałam się o tym "Give Me Love", to miałam takie "Oh no! Anyway...". 

Ostatnim w tej części setu, był "The Joker And The Queen". Ten utwór ma w sobie coś takiego, że cieszyłam się, że go usłyszałam. Plus on ma taki vibe z pierwszej płyty. Niby nie miałam przy tym utworze czegoś takiego, że chciałabym go usłyszeć, czy nie chciałabym go usłyszeć, no po prostu obojętne to dla mnie było, a po usłyszeniu go miałam takie pozytywne odczucie. I jak później się dowiedziałam, że na pierwszym koncercie był "Visiting Hours", to mimo, że trochę bardziej lubię ten utwór, to sobie pomyślałam, że w sumie dobrze, że usłyszałam "Jokera". Nie wiem co zaszło w mojej łepetynie, i o co jej chodziło, ale nie ważne 😆.


Nową cześć setu rozpoczynała składanka składająca się z "Own It", "Peru", "Beautiful People", "I Don't Care", czyli utwory w colaboracji z jakimś innym artystą. Tu też dołączył zespół. Miałam trochę mieszane uczucia co do tego, bo na przykład za "Peru" nie przepadam, a od "I Don't Care" wolałabym inny kawałek, ale zaraz pomyślałam, a walić to, i zwyczajnie dobrze się bawić. Choć zostało to trochę jako najsłabszy punkt koncertu. Słychać było po ludziach, że są trochę zmieszani, choć byli i tacy co się faktycznie dobrze się bawili. Też człowiek widząc energię Eda, który skakał po całej scenie, zarażał taką pozytywnością. W tamtej chwili podczas słuchania tej składanki przyszło mi do głowy, że w sumie fajnie, że zagrał utwory, które były we współpracy z innymi artystami. Też mi się przypomniało, że kiedyś myślałam o tym, że mógłby takie utwory zagrać i uradowana bym była, gdyby zagrał te utwory, które lubię. No i zrobił to, tylko zagrał nie moje utwory, że tak powiem. Ed do tej pory grał tylko swoje utwory, więc sympatyczna taka zmiana reguły. 

Po składance zagrane zostało "Overpass Graffiti". I jak Ed mówił przy swoim powrocie, po wydaniu "Bad Habits", że niektóre utwory brzmiałyby lepiej z zespołem, no to miał rację. Tak jak ten utwór sam w sobie jest piękny, to na żywo również jest piękny i jeszcze bije magią muzyki wykonywanej na żywo. Miała tu być akcja koncertowa, ale ludzie chyba byli tak pochłonięci koncertem, że zapomnieli. W sumie to i tak było to dla mnie obojętne. 

[Tu powinno być video z fragmentem tej piosenki, ale plik był za duży dla bloggera, a YouTube zrobił z tego Shorta i nie wiem, jak to odwrócić, a że chce opublikować ten wpis, to już dalej się z tym nie bawię i zostawiam link, o ile zadziała... 😒 https://www.youtube.com/shorts/izFORkC3gGE]


Następne było "Galway Girl", i to jeszcze jakie! Poza tym, że zagrane z zespołem, to jeszcze ze skrzypcami na żywo! Wyszła kobieta i grała na skrzypcach. No genialne! Poczuło się klimat tego utworu.


Na końcu tego setu zrobiło się spokojniej, i już zespół ucichł, przy "Thinking Out Loud". Ten utwór jest już tak przehype'owany, za dużo odtwarzany, że mam reakcję zobojętnioną co do niego. Ale światełka publiczności zrobiły robotę. W ogóle, przy chyba większości tych spokojnych utworów ludzie robili światełka i robiło to świetną robotę. I myślę, że to była najlepsza akcja koncertowa, bo nie była planowana.


Czwarty set Ed rozpoczął ponownie nie swoją piosenką. Znaczy pod pewnym względem jego, bo on ją napisał, czyli "Love Yourself". Nie przepadałam za tą piosenką, nie tylko z powodu Justina Biebera, ale Ed fajnie zakończył tą piosenkę, śpiewając "Maybe you should go fuck yourself", o ile niczego nie pokręciłam. Ja dopiero po koncercie zauważyłam ten smaczek, jak w internecie ludzie zaczęli dzielić się nagraniami z koncertu. Wiadomo, że podczas samego koncertu, człowiek nie wszystko zauważy, więc takie dzielenie się między ludźmi jest spoko, bo odkryjesz to, co ci umknęło przez euforię koncertową. I to mnie tak rozbawiło, no chłop ma poczucie humoru.

Przyszedł też czas, by pośpiewać. Znaczy, to nie tak, że do tej pory nikt nie śpiewał, ale przy piosence z tytułem "Sing", no to przydałoby się pośpiewać. I Ed o to zadbał, kazał nam śpiewać to sławne "ooooooo ooooo", ale nie tak po prostu, tylko mieliśmy zacząć najciszej, a po jego słowach "and a little bit louder!" trochę głośniej, i tak krok po kroku doszliśmy do darcia mordy. Świetne to było, świetny to dało efekt. 


Jak już pośpiewaliśmy, to przyszedł czas na "2step". I to na wyjątkowe jego wykonanie. Otóż, tak jak myślałam, po usłyszeniu fragmentu soundchecku, Ed zaprosił wokalistę Ukraińskiego zespołu Antytila, by zagrać ich wspólną wersję tego utworu. W trakcie, gdy Ed zapraszał swojego gościa, zauważyłam, że obok mnie jest kobieta z flagą Ukrainy i próbuje ją rozprostować. Widziałam, że jest w nerwach i jej się to nie udaje, więc sięgnęłam ręką, żeby jej pomóc. To było na takich wariackich papierach, tak to się szybko wszystko działo, i spontanicznie, że aż w pewnym momencie zgłupiałam, zapomniałam jak idą kolory flagi Ukrainy, no to w tamtym momencie stwierdziłam, że aby pomogę w ogóle ją rozprostować. Ostatecznie się udało. Po wykonaniu utworu na scenę weszli ludzie z flagą Ukrainy, a wokalista Antytili między innymi podziękował nam Polakom, za pomoc, jaką udzielamy obywatelom Ukrainy. Ta pani, co była obok z flagą, rozpłakała się, ja jak ją zobaczyłam, to moje oczy też chciały płakać, ale się powstrzymałam, między innymi z powodu makijażu, żeby nie wyglądał jeszcze gorzej. 


Po tylu emocjach przyszła pora odetchnąć przy "Photograph" i "Perfect". No "Perfect" jak "Perfect", ale "Photograph" zostało zagrane w taki sposób, w jaki nie słyszałam. To było proste, ale miało w sobie duszę. Tak poczuło się ten utwór. 


Wystarczy tego odpoczynku. Przynajmniej na chwilę, bo zagrany został "Bloodstream". To jest jeden z tych utworów, co ile bym go nie słyszała, to on nigdy mi się nie znudzi i słuchając go czuję się, jakbym go słyszała pierwszy raz. 


Ostatni set, to impreza! "Shape Of You", "Bad Habits", "You Need Me, I don't Need You", tyle wrażeń. W graniu "Shape Of You" nic się nie zmieniło, ale zmieniła się scena i Ed mógł sobie pobiegać, nic go nie ograniczało. Zaś komponowanie "Bad Habits" bardzo mi się podobało. Jak już wspominałam, komponowanie ile bym tego nie doświadczała, zawsze to będę podziwiać, a w szczególności, gdy utwór grany jest pierwszy raz. Do tej pory jestem oczarowana. 


"You Need Me, I Don't Need You" to oczywiście finał. Jego doświadczyłam, ale doświadczając po raz drugi, to po prostu czysta przyjemność. Praca z looperem, śpiewanie, skakanie, znaczy ja nie skakałam, bo poza tym, że nagrywałam, no to już na tym etapie byłam dość zmęczona. Ale zauważyłam, że większość ludzi też. Po skończeniu grania tego utworu, Ed powiedział, że nas kocha i że see you soon. 



Po koncercie
Gdy to wszystko się zakończyło, to byłam po środku między "ooo, szkoda, że to już koniec", a "oo, koniec, można iść, zmęczona jestem". Ale zanim sobie odpoczęłam, to trochę minęło. Przy opuszczaniu stadionu można było zobaczyć ile ludzi. Wcześniej to człowiek czym innym był zaaferowany. A jeszcze jak się stało pod samą sceną, to wychodziło się jako ostatni, to widzi się cały ten tłum. Ja w pewnym momencie, jak już wiedziałam gdzie iść, żeby się nie zgubić, zarejestrowałam tą chmarę ludzi. 


Po odebraniu rzeczy z depozytu, co poszło wszystko sprawnie i szybko, zaczął się cyrk. Internet nie działał, nie wiedziałyśmy z kumpelą gdzie iść, ona się denerwowała, bo jej chłopak na nas czekał, ja chciałam po prostu wyjść, żeby mniej tłoczniej było, ludzie chodzili w różne strony, przeszkadzając sami sobie. Ostatecznie poszłyśmy trochę dookoła, ale patrząc na to, ile ludzi wychodziło, to by wyszło na jedno. No, gdyby nie to, że plątałyśmy się przez ten chaos. Najważniejsze, że w końcu dotarłyśmy do miejsca gdzie chłopak kumpeli na nas czekał. Potem znowu spory kawałek musieliśmy się przejść do samochodu. Ale ostatecznie załadowaliśmy się do auta i mogliśmy jechać do domu. Normalnie byśmy zostały na noc gdzieś w jakimś hotelu, ale dzień po koncercie, ja miałam imprezę osiemnastkową siostry ciotecznej, a kumpela szła na czyjeś wesele. Na szczęście do Lublina nie jedzie się długo (jak nie jedzie się pociągiem). A w trakcie drogi hot dog, bo mało co było jedzone, i browar dla nie kierujących. Świetne było uczucie, kiedy mogłam się napić browara, i to w trakcie drogi, bo w końcu nie byłam kierowcą. 


Podsumowanie
Nie mając wygórowanych oczekiwań, niechcący z kumpelą trafiłyśmy pod samą scenę. Tak jak cztery lata temu, byłyśmy dość blisko sceny i to były emocje, tak i w tym roku oczywiście tych emocji nie brakowało. Nie miałam takich samych odczuć, jak przy pierwszym koncercie, wiadomo, pierwszy koncert jest jeden, ale czułam, że byłam w wyjątkowym miejscu. Postanowiłam wyciągnąć z tego koncertu jak najwięcej, żeby bawić się jak najlepiej. Dlatego też nie nagrywałam dużo, jedynie po fragmencie, no z czterema wyjątkami. Skakałam, darłam mordę, zwyczajnie śpiewałam, wsłuchiwałam się w muzykę i obserwowałam energię Eda na scenie. W ogóle, jak tak skakałam, to się przemieszczałam po trochu w bok i w końcu od kumpeli dzieliły nas dwie dziewczyny, z czego potem żeśmy się śmiały. Podczas koncertu, jak i po nim, miałam odczucie, jakby to był sen. Nie umiem tego opisać, ale do tej pory mam takie uczucie, że mnie tam nie było, przez co mam zaniki we wspomnieniach i miałam taką niepewność podczas pisania oraz w tym co napisałam. Nie lubię tego uczucia. 

Setlista była bardzo zróżnicowana. Były utwory z każdego albumu, nawet z "No.6 Collaborations Project", plus utwory stworzone z innymi artystami. Pamiętam, jak cztery lata temu na koncercie Divide Tour Ed skupił się na utworach właśnie z tego albumu i dużo ludzi trochę narzekało, iż jest bardzo mało innych płyt. Ja to się cieszyłam, że w ogóle mogłam tam być, ale po tamtym koncercie przyszło mi do głowy, że "ale fajnie, jakby Ed zrobił koncert z utworami z każdego albumu" i oto, po czterech latach, właśnie to się stało. To co Ed zagrał w większości mnie zadowoliło, no ten fragment ze składanką niby fajny, ale gdzieś tam z tyłu mam to "ale". Można to przyjąć w momencie, gdy zagrane zostały takie utwory jak "Castle On The Hill", "Lego Hause", "Bloodstream", czy "Overpass Graffiti", nie wspominając o epickim "You Need Me, I Don't Need You" na końcu. Najlepsze momenty podczas koncertu, to "Tides" i jego rozpoczęcie koncertu. Ten utwór na żywo, z odbijającymi się dźwiękami po stadionie, to coś fenomenalnego. Drugim momentem, to "Galway Girl" ze skrzypcami na żywo. Trzecim, to "2 step" z wokalistą Antytili. No a czwartym, to koniec koncertu, "Bad Habits" i "You Need Me, I Don't Need You". Do tego światełka publiczności, śpiewnie podczas "Sing" i odbijanie się dźwięków po stadionie.


Przed koncertem w 2018 roku gdzieś tam sobie sprawdzałam, jak do tej pory wyglądały koncerty Eda, no i będąc na koncercie widziałam glow up. A teraz, będąc na koncercie w 2018 roku i w tym roku, mając porównanie na żywo, i to jaki rozmach poniósł Eda przy Mathematic Tour, no to to dopiero glow up! Ta scena na środku stadionu, mająca na środku, albo schodki pod scenę, albo małą podwyższoną sceną, w zależności, czy Ed wchodził na tą część podczas koncertu, czy chował się na chwilę pod scenę, a wokół sceny była taka jakby bieżnia, która poruszając się, wiozła Eda, żeby ten nie musiał chodzić, jak grał na gitarze. Jak się domyślam, pomysł na scenę, oraz jej umiejscowienie na środku, miał na celu, by widownia miała większą widoczność na to, co dzieje się na niej.

Niesamowite jest to, jak jeden człowiek potrafi zrobić show, jak z chłopaka z gitarą, wyewoluował w artystę, który robi koncerty z rozmachem i takie, by jego słuchacze na koncertach jak najlepiej się bawili. W tegorocznej edycji z małą pomocą zespołu, bo Ed chciał spróbować czegoś nowego i uważał, że niektóre utwory właśnie z zespołem brzmiałyby lepiej. Pamiętam, że ludzie się przestraszyli tego, że Ed chce zespół, ale oczywiście gitara i looper nie odeszły w zapomnienie i mają się świetnie. Na pewno koncert Eda, to u mnie wydarzenie roku. Miałam nadzieję, że będę miała szansę choć na jeszcze jeden jego koncert pójść. Myślę, że w przyszłości może rozwalić system jeszcze bardziej. 


Idąc na ten koncert chciałam bawić się jak najlepiej, nie zważać na to, że "ludzie na mnie patrzą" i że może zrobię coś, co może byłoby powodem do wstydu. I się udało, bo skakałam i darłam mordę i miałam wyjebane na ludzi. Miałam małe marzenie, żeby na koncercie napić się piwa, ale niestety się nie udało, no bo jak już byłam pod samą sceną i wystarczająco nachodziłam się do toalety, no to szkoda by było 😛. Ale za to piwo było w drodze powrotnej. Wszystko poszło po mojej myśli z czego się bardzo cieszę. Koncert był świetny. Można żyć dalej.