czwartek, 19 marca 2020

Artyści dla fanów w quarantine

Z racji tego, że wszyscy siedzą w domu z powodu kwarantanny, mogą się znaleźć przypadki, które się kompletnie nudzą, bo nie mają kompletnie żadnych zainteresowań i są kompletnie wyprani i siedzą jedynie w telefonie, ale znajdą się też ludzie, którzy potrzebują czegoś, co choć na chwilę urozmaici im czas na przykład przy książce, czy przy rysowaniu, bo wpadają w rutynę. 

Ostatnio na Instagramie odbył się livestream, gdzie Chris Martin z zespołu Coldplay trochę pokoncertował i porozmawiał z fanami. Grał utwory, które mu proponowali fani, czy poodpowiadał na pytania. W ten sposób Chris chciał umilić chwilę czasu swoim fanom podczas, gdy trzeba siedzieć w domu. Akcja była pod hashtagiem #TogetherAtHome i wokalista miał nadzieję, że ktoś będzie ją kontynuował. 

Mi się tak cieplutko zrobiło na serduszku, bo artysta zrobił coś dla fanów, co bardzo dobrze się przyjęło. Na live'ie wspominał, że powinien być z zespołem, ale nie można wychodzić z domu. Tak więc, według mnie, miał czas, więc poświęć jego część dla swoich fanów, co jest bardzo sympatyczne ☺.

#TogetherAtHome Chris Martin



Tego samego dnia wieczorem przeglądając również Instagrama, natknęłam się na zapis live Mike'a Shinody z Linkin Park. Komponował on sobie swoją demo piosenkę, którą zresztą miał wysłać do fanów, którzy napiszą do niego SMSa. Oczywiście demo w krótkim czasie trafiło do sieci, o czym Mike wiedział, ale to mu nie przeszkadzało, bo piosenka jest demówką. Dodatkowo wkrótce pojawił się post, chyba na Twitterze, że Shinoda wpadł na pomysł, żeby w refrenie tej piosenki pojawił się inny głos i dał szansę swoim fanom, którzy zaczęli wstawiać pod hashtagiem #SingOpenDoor filmiki ze swoimi wykonami.

Mimo, że całości nie obejrzałam, bo wieczorem to jednak chce dość szybko i sprawnie posprawdzać te Instastory i potem przejść do słuchania muzyki na dobry sen, to jednak uważam to za fajną sprawę. Lubię patrzeć, jak jakiś artysta tworzy muzykę. Niegdyś oglądałam streamy Dana Reynoldsa z Imagine Dragons, który na Twitchu pokazywał, jak tworzy i to mnie fascynowało, bo wydawał dźwięki strunami głosowymi, na przykład, a potem w programie przekształcał to w dowolną formę. Dlatego fajnie mi się patrzyło na fragmentach live'u Mike'a, jak usłyszał coś co mu nie pasowało, czy próbował wkomponować gitarę do utworu, bo coś mu brakowało.

 Mike Shinoda trabalhando na música demo "Open Door" (Instagram Live 17/03/2020)
Kliknij w obraz, by przejść do wideo


W ten sam wieczór, dalej przeglądając Instastory trafiłam na live'y Pete Wentza z Fall Out Boy, Ryana Teddera z OneRepublic, prawdopodobnie by przypomnieć o tym, ze na Instagramnie zespołu również będzie live, na którym również zagrali mini koncert, czy Stephena Amella, serialowego Green Arrowa, w którego się już nie wcieli, ale kontakt z fanami nadal został. Tylko powierzchownie zobaczyłam te zapisy, bo jak wspominałam, chciałam szybko to obskoczyć.

Tak wiec, z tego co na szybko zaobserwowałam, to Pete po prostu rozmawiał sobie z fanami, Ryan właśnie potem razem z kolegami z OneRepublic zagrali Instagramowy koncert, aby również entertainment swoich fanów i chyba też spełniali piosenkowe prośby widzów, no a Stephen kiedyś często robił live'y, ale ostatnio coś zaprzestał, wiec powrócił ponownie porozmawiać ze swoimi fanami, nie tylko poprzez komentarze, ale poprzez rozmowę przez kamerkę.

 Pete Wentz IG livestream 3/16/2020

 ONEREPUBLIC INSTAGRAM LIVE 1
Aby zobaczyć zapisy z dwóch powyższych live'ów, wystarczy kliknąć w obrazek 



To wszystko wywarło u mnie pozytywne wrażenie. Strasznie doceniam to, że artyści poświęcają chwilę czasu dla fanów, żeby złapać z nimi kontakt. W przypadku czasu teraźniejszego, umilić właśnie chwilę czasu podczas trwającej kwarantanny. Mimo, że nie jestem tak mocno na zaangażowana w Instagrama wciągu dnia, bo przeglądam go rano i wieczorem i mam do czynienia tylko z zapisami, a to co faktycznie chce obejrzeć, to oglądam zapisy na YouTube, to jednak do cieszę się, że coś takiego miało miejsce i w sumie ma miejsce, bo OneRepublic z tego co wiem dzisiaj w nocy ponownie będzie robił live'a, a Mike Shinoda robił go następnego dnia po tym, o którym wyżej pisałam. To fajny gest? chyba tak to można nazwać. Pokazuje to też, że skoro jest czas i okazja, to można poświęcić jego kawałek fanom, co czyni ich, nie chce napisać, że prawdziwym artystą, ale takim wdzięcznym. Cholipka, brakuje mi słów. To pewnie dlatego, że brat mnie w żuchwę, centralnie w jedynkę, walnął... 😂 No, cholera, teraz mnie boli... Ale nie ważne, czas kończyć mój zachwyt. Pamiętajcie o myciu rąk, zostańcie w domu i rozwijajcie swoje pasje!


#ZostańWDomu
#StayInHome

środa, 18 marca 2020

Kwarantanna time

Światem opanował niejaki korona wirus, a niektóre polaczki już za czasów pierwszego PODEJRZANEGO o zakażenie siały panikę i wykupywały wszystko ze sklepów. To samo się działo, gdy pojawił się faktyczny zakażony, to już całkiem ludzie powariowali. Mogłam delikatnie to odczuć, gdy pojawił się pierwszy zakażony w moim województwie, lubelskim, i to jeszcze niedaleko miejscowości, w której mieszkam. Otóż tego dnia, co pojawiła się informacja o tym pacjencie, wieczorem, niedługo potem pojechałam załatwić pewną sprawę z mamą. Mama spotkała jakiegoś mężczyznę, co z resztą jechał wcześniej za nami, wyjechał ze sklepu, w którym, jak mówił, NIC NIE BYŁO, nawet PAPIERU TOALETOWEGO. Z racji tego, że tego samego dnia rano zawiozłam mamę na badania do szpitala, to świrować zaczęła i moja mama. I mówi do mnie "A co jeśli ja mam tego korona wirusa". Na co ja tylko w myślach miałam facepalma i próbuję jej wyjaśnić - "Ty byłaś w szpitalu RANO. O tym chorym pacjencie dowiedzieliśmy się WIECZOREM, który leżał w szpitalu w INNEJ MIEJSCOWOŚCI, a nie w Lublinie.". Dodatkowo, jak moja mama dowiedziała się, że tego chorego mają przenosić do szpitala, w którym ma mieć zabieg to już kompletnie zaczęła się panika. 

Sytuacja w Polsce się trochę pogorszyła od tamtego czasu i teraz mamy kwarantannę. I teraz, są dwie grupy ludzi, którzy mnie wkurzają. Pierwsza grupa, to ta kompletnych ignorantów, którzy czas kwarantanny uważają za WAKACJE i, póki jeszcze były otwarte, szli do centrów handlowych, albo jadą nad zalew... Druga grupa zaś, to tych, co aż ZA BARDZO PANIKUJĄ, boją się wszystkiego i właśnie wykupują ze sklepów, nawet papier toaletowy... No w sumie znalazła by się jeszcze trzecia grupa, tych co chcą chodzić do kościoła, ale może lepiej pominę ten temat. Wszystko podsycają media, informując że tu ktoś umarł, a tam ktoś nowy zachorował, nie wspominając, że są też osoby WYLECZONE. Ostatnio jak widziałam jakąś wiadomość, to było 3 zgony i 13 WYLECZONYCH, tu w POLSCE. Ale tylko RAZ widziałam wiadomość, gdzie ktoś poinformował o tych wyleczonych pacjentach. 

Owszem, epidemia jest poważna,  ale cała ta sytuacja mnie dość mocno irytuje. Irytuje mnie podejście ludzi, irytują mnie media. Panikując nie polepszymy sytuacja, a wręcz ją pogorszymy. Najlepiej zachować w jak najbardziej możliwy sposób spokój, poddać się tej kwarantannie i nie wychodzić bez potrzebnie z domu, a po wyjściu gdzieś w miejsce publicznie, myć ręce. Zalecam też obejrzeć poniższy film Carrionera i nie siać więcej paniki, jak inni...



KORONAWIRUS! - Czy jest powód do paniki? Co powinieneś wiedzieć



#ZostańWDomu

PS. To uczucie, kiedy myślałeś, że wpis się opublikował, a dwa dni później widzisz, że jednak nie... 🤦‍♀ Dziękuję komputerze...

niedziela, 1 marca 2020

Słucham One Direction?!

Nawet ja nie spodziewałam się, że do tego dojdzie 😂.

Jestem jedną z tych osób, która wprost nienawidziła One Direction i w czasach świetności tego muzycznego tworu, gdy byłam w gimnazjum, byłam dość mocno narażona na ich muzykę, bo słuchała ich moja przyjaciółka. To były czasy, gdy przychodziło się do szkoły, a ona miała fascynujące (dla niej) newsy dotyczące muzyki tego boy bandu. Dodatkowo przechodziłam bardziej w Rockowo-Metalowe klimaty, co jeszcze bardziej mnie odpychało. Do tej pory uważam, że One Direction było trochę taką maszynką do zarabiania pieniędzy. Jednak na tą jedną całość składało się pięć różnych osób, którzy, jak się okazało, robią teraz kompletnie inne muzyczne rzeczy. 

Ale od początku.
Otóż magiczna platforma jaką jest YouTube zaproponowała mi pewnego razu nowy teledysk Harry'ego Stylesa. Z początku to omijałam, ale im więcej to omijałam, tym częściej mi się to pojawiało w proponowanych. Raz najechałam kursorem na to wideo i pokazały się fragmenty tego teledysku. Pomyślałam sobie, że kliknę, zobaczę, nic nie zaszkodzi, a przy okazji zobaczę jaką to muzykę tworzy ta jedna piąta One Direction. No i, się zdziwiłam. Teledysk do "Adore You" jest jednym siedmiominutowym kreatywnym obrazem! Jedyne co mi przyszło do głowy po obejrzeniu tego teledysku, to że długo nie widziałam tak kreatywnego teledysku. To jest jak krótkie opowiadanie. Dodatkowo sam utwór, no, jest dość chwytliwy, bo słucham go do tej pory. Zobaczyłam go jakoś po premierze, która była szóstego grudnia jeszcze zeszłego roku. To trochę się trzyma. Co ja mam powiedzieć, fajna jest ta piosenka. Słuchając jej to ma się taką energię, takie pozytywny vibe. Jak jej słucham to jakoś mi tak weselej się robi.

Harry Styles - Adore You (Official Video - Extended Version)

Pomyślałam sobie, że skoro ta piosenka mi się spodobała, to może warto sprawdzić całą płytę, ale na nią musiałam chwilę poczekać, bo nawet jej premiery nie było. A gdy już była, to ja, jako 'geniusz', postanowiłam sprawdzić po fragmentach jak utwory brzmią, dlatego weszłam na stronę Empiku, i sobie sprawdziłam. Ich brzmienie również mnie zaskoczyło, bo powiało czymś takim świeżym, fajnie się zapowiadało, dlatego przesłuchałam płytę "Fine Line". No i się zaskoczyłam. Na początku są cztery utwory, które mi się spodobały i nawet zaznaczyłam sobie serduszko na Spotify, to są utwory "Golden", "Watermelon Sugar", "Lights Up" no i "Adore You". Po pierwszym przesłuchaniu zaznaczyłam te utwory, które właśnie po pierwszym razie wpadły mi w ucho i gdy słuchałam drugi raz całości, to dołączyły jeszcze utwory "Falling" i "To Be So Lonely". Reszta piosenek też są fajne, mają ciekawe brzmienia, co mnie zaskoczyło, ale nie wpisały się w moje ramy. Choć patrząc na to, że połowa piosenek mi się spodobała i została na dłużej i w mojej głowie i na playliście na Spotify, a reszta nie jest jakimś ścierwem, tylko po prostu u mnie się nie wpięła. 

Harry Styles - Watermelon Sugar

Z początku słuchałam tylko "Adore You", "Watermelon Sugar" i "Lights Up", bo ich zapamiętałam najbardziej, jako że YouTube lubił mi to proponować, oraz to, że to chyba były pierwszymi piosenkami jakimi się Styles podzielił, ale mogę się mylić. W każdym razie pamiętałam tylko o tych utworach i ich słuchałam, ale pewnego razu jak sprzątałam w domu i leciała mi playlista wszystkich polubionych przeze mnie utworów playlista na Spotify, to w pewnym momencie zaczęła lecieć piosenka "Golden" i ja takie "O cholera, nie pamiętałam o tym numerze, a jest zajebisty". I od tamtej pory również jest często słuchany. Jego brzmienie jest... nawet nie można znaleźć odpowiednich słów. Jest taki delikatny, lekki, wokal tutaj jest świetny, a w refrenie słychać taką głębie, że mam wrażenie, iż dźwięki idą jeszcze dalej niż ich słychać. No raz posłuchasz i się nie uwolnisz.

Harry Styles - Golden (Official Audio)

Tak więc zaczęło się od jednej piosenki, potem doszło do tego dwie, potem jeszcze jedna, o której nie pamiętałam, a ostatecznie skończyło się na sześciu. Ogólnie cała płyta zaskoczyła mnie taką świeżością. To co mnie ucieszyło, to to, że w kompozycja są INSTRUMENTY. W Popie teraz rzadko się tego słyszy. Teraz wystarczy jakieś chwytliwe "umcy umcy", byle jaki tekst i gotowe. Na szczęście Harry nie poszedł w tą stronę i na przykład w "Watermelon Sugar" słychać fajną gitarę elektryczną, jak i akustyczną, czy nawet trąbkę, W "To Be So Lonely" jest gitara, która mi przypomina trochę ukulele, w tytułowym "Fine Line" poza gitarą, trąbką jest perkusja, a melodia rozwija się do takiego orkiestryjnego brzmienia. W "Sunflower, Vol. 6" słychać fajne klawisze, w "She" fajny bas, w "Treat People With Kindness" słychać chór kościelny, zaś w "Falling" jest piękne pianino. Swoją drogą ta piosenka mnie urzekła po obejrzeniu występu Stylesa na BRIT Awards, bo pokazał on swoje wokalne możliwości, pokazał emocje tej piosenki. Magia muzyki na żywo.

Cholipka, jak tak słucham tych niektórych piosenek, żeby coś o nich napisać, to mi się coraz bardziej zaczynają podobać 😛.
Kto wie, może w przyszłości całej płyty będę słuchać ¯\_(ツ)_/¯.

Harry Styles - Falling (Official Video)



Skoro doszłam do takiego momentu, to postanowiłam iść dalej i zobaczyć co tworzą pozostali. Ciekawiło mnie to jak brzmi chłopaków muzyka poza One Direction, po przesłuchaniu "Fine Line". Ciekawiło mnie w jaką stronę poszli. Tak więc kolejnym albumem był "Flicker" Nialla Horana. Pierwsza na niej piosenka mi się spodobała, "On The Loose", też jest wpadająca w ucho, podoba misie brzmienie i gitara, która tam gra, i elektryczna i akustyczna, choć mam wrażenie, że gdzieś coś podobnego słyszałam. Ale to może być takie złudzenie, bo kojarzę ją trochę z tymi mainstreamowymi piosenkami, co są popularne, i z resztą nawet koło takiej muzyki tą piosenkę słyszałam, więc to mogą być tylko moje skojarzenia. 

Niall Horan - On The Loose (Official)

Potem jest piosenka "This Town" i ona przypomina mi muzykę Eda Sheerana zza czasów jego pierwszej płyty. W sumie to prawie wszystkie utwory mi się tak kojarzą. To chyba przez tą gitarę akustyczną, która przewija się przez wszystkie utwory. Ale to nie jest źle! Własnie cieszę się, że i on nie poszedł w jakieś marne "umcy umcy", tylko to są takie przyjemne melodie, taka miła muzyczka, którą się fajnie słucha. Najważniejszym aspektem jest to, że słychać w nich INSTRUMENTY. Można i utworach słyszeć gitarę akustyczną, ładnie przygrywającą elektryczną, jak w "Mirrors", chociaż takową słyszałam jeszcze w kilku utworach, a w "Too Much To Ask" jest ładne pianinko, ogólnie ten utwór ma ładną melodię. Cała płyta się łączy w jedną spójną całość. Ostatecznie na mojej playliście na Spotify znalazły się dwa kawałki "On The Loose" i "Since We're Alone", ale kto wie, może i inne kiedyś mi się spodobają tak bardziej, żeby słuchać ich na co dzień. 

Niall niedługo wydaje swoją drugą płytę i zapewne zobaczę, co na niej stworzył.

Since We're Alone


Potem słuchany był Louis Tomlinson. (Swoją drogą żyłam cały czas w będzie, że jego nazwisko to 'Tommilson'😛). Jego płyta "Walls" zaczyna się od żywego "Kill My Mind", i znowu, gitarka elektryczna, akustyczna, w ogóle cały zespół jakby grał. Teraz jak sobie tak myślę, to fajny był by do samochodu, podczas jazdy. Utwór "We made It" jest nawet fajny, ale byłby fajniejszy, gdyby nie miał w sobie takiej mainstreamowej kompozycji, no słychać tam takie popularne chórki, które słyszę w mainstreamie, albo ten bit, co wchodzi na refrenie. "Don't Let It Break Your Heart" również jest fajną kompozycją, można ją polubić, w szczególności, że w teledysku robią napad i jeżdżą BMW 😂. A na przykład przy piosence "To Young" wyczuwam Ed Sheeran vibe. Ogólnie wszystkie utwory mają w sobie gitarę akustyczną, no i, po raz kolejny, INSTRUMENTY. Mam wrażenie, że to też jest takie świeże.

Louis Tomlinson - Kill My Mind (Official Video)



Potem zaryzykowałam swoim życiem i zdrowiem, i posłuchałam albumu... Liama Payna, "LP1". Szczerze to zachęciły mnie do jej posłuchania negatywne nagłówki jakichś artykułów i komentarze co do tej płyty, które mówiły, że ten album jest zły. I pierwszy raz zgodziłam się z tymi nagłówkami. On jest BARDZO ZŁY. On jest kwintesencją tego, czego nie cierpię w muzyce, nazwijmy to, popularnej. Ja nie lubię takiego rodzaju muzyki, tak co najmniej, w 95 procentach, bo taka Billie Eilish brzmi dla mnie w każdej piosence tak samo, Ariane Grande kopiuje innych, a Justin Bieber próbuje wszędzie po taniości sprzedać swoją nową gówno pioseneczkę, żeby być na pierwszym miejscu na listach. No a Liam chciał pójść na łatwiznę i też zrobić taką muzykę. Tylko mu nie wyszło. I to nawet mówią osoby, które słuchają tej popularnej muzyki. Piosenki są nudne, mocno mainstreamowe, a teksty słabe i płytkie. On najgorzej poradził sobie na solowej drodze. Nie wziął przykładu ze swoich kolegów wspominanych wyżej i chyba liczył na łatwe pieniądze, że to tak ujmę.

Zaś muzykę Zayna zostawiłam na etapie słuchania fragmentów na stronie Empiku. Na tym etapie już mnie nie przekonała, więc już nie męczyłam się, tak jak przy Paynie. Po fragmentach album "Mind Of Mine" wydawał mi się taki mdły w większości utworach, ale żywsze kompozycje też są. Z albumem "Icarus Falls" jest podobnie, choć w utworach dzieje się więcej. Fajnie, że nie robił płyt na jedno kopyto, tylko próbował robić coś więcej niż na poprzedniej. Muzyka może nie na moje uszy, ale zła nie jest, to nie jest coś tak złego jak "LP1" wspominane wyżej.

Na chwilę jeszcze powrócę go Harry'ego Stylesa, bo nic nie wspominałam o jego debiutanckim albumie, ale sprawa jest prosta, również mnie materiał nie porwał, zły nie jest, no ale to mnie zwyczajnie nie trafia, jak albumy Zayna.


No, i takim sposobem prędzej napisałam wpis o muzyce ludzi z One Direction, niż o nowej płycie Seleny Gomez 😂. Tego to nawet ja się nie spodziewałam. Z początku myślałam, że dzieła Harry'ego Stylesa, Nialla Horana i Louisa Tomlinsona będą czymś bardzo zbliżonym do tego co tworzyli w One Direction, albo że będzie to coś takiego jak to coś od Liama Payna, no i pozytywnie się zaskoczyłam. Muzyka jest słuchalna, że jakby puścił ją ktoś gdzieś tam w tle, a ja bym jej nie znała, to nie miałabym żadnych 'ale' co do niej. Fajnie, że ta trójka, no dobra, czwórka, poszła w swoje strony i realizują się w czymś innym niż to co tworzyli razem. Tylko temu jednemu coś nie wyszło. Płyty "Fine Line", "Flicker" i "Walls" są dowodem, jak można zrobić fajną muzykę, Popową, z INSTRUMENTAMI, która spodoba się nawet takiej osobie jak ja. Tak, zawsze będę zwracać uwagę na instrumenty 😆.

Hmm, fajnie była napisać taki luźny wpis, tylko z pomocą zaznaczonych punktów 🙆.


poniedziałek, 24 lutego 2020

Wojna w jednym ujęciu. | "1917".

Dzień po premierze (tej polskiej) miałam przyjemność zobaczyć film "1917" (tak, i dopiero teraz piszę ten wpis) i to było coś czego nigdy wcześniej nie widziałam. Zrobił on na mnie takie wrażenie, że teraz jak go sobie wspominam, albo oglądam jakieś materiały z nim związane, to ja mam takie emocje, jakbym oglądała go przed chwilą, albo co najmniej dnia poprzedniego. Przeżywam go na nowo. W kinie do tej pory byłam na paru filmach wojennych, byłam na takich tytułach jak, między innymi, "Furia" ("Fury", 2014), "Dunkierka" ("Dunkirk", 2017), czy "Przełęcz Ocalonych" ("Hacksaw Ridge", 2016) i w nich trochę więcej działo się na ekranie, pokazywana była walka dwóch stron, ataki z powietrza, czy praca załogi czołgu. Ujęcia były żywsze, bo były cięcia, kamera 'latała' od jednej postaci do drugiej, od jednego czołgu do drugiego, od jednego samolotu do drugiego. No i fabuła była dość konkretna, że to tak ujmę. 

Zaś "1917" był czymś kompletnie odmiennym. Jego fabuła była dość prosta, dwóch żołnierzy dostaje polecenie, aby dostarczyć wiadomość do innego batalionu, w którym jest brat jednego z nich, no i mają niecały dzień na to zadanie. I oglądamy podróż tej dwójki. Niby prosta historia, ale pokazana po mistrzowsku. Od początku filmu śledzimy naszych dwóch bohaterów, Williama Schofielda i Toma Blake'a i to dosłownie śledzimy, bo kamera zawsze skierowana jest na nich.Czy jest bliżej, czy dalej zawsze jest na nich. Ja podczas seansu czułam się, jakbym faktycznie z nimi szła, co stopniowo nasilało uczucie takiego niepokoju u napięcia, które powoli rosło, gdy szli coraz dalej na terytorium wroga. Widzimy jak idą po błocie, starają się uniknąć większych dołów po wybuchach, żeby nie ugrzęznąć, mijają martwe konie i martwych ludzi, a gdy idą przez miejsce, gdzie jeszcze niedawno był ich wróg, spotykają wybuchową niespodziankę, wielkie działa i wielkie łuski po nabojach. Ogólnie w
tym momencie w filmie, gdy właśnie wchodzą do Niemieckich okopów, to odczuwałam największe napięcie od początku filmu i potem trzymał się do samego jego końca. Wchodzą do miejsca, które teoretycznie opuścili Niemcy,mimo tego, że było opuszczone, to musieli być ostrożni, bo z Niemcami nic nie wiadomo. każdy ich krok przyprawiał mnie o dreszcze, a mój mózg produkował milion sytuacji jakie mogą się tam wydarzyć, albo zaraz skądś wyskoczą Niemcy i okaże się, że tak naprawdę nie opuścili tego miejsca, albo że za każdym rogiem coś złego ich czeka. Wszystkie emocje odczuwałam w trochę inny, głębszy sposób, bo film ten został zrobiony w JEDNYM UJĘCIU. Tak. Film wygląda jak jedno, wielkie, dwugodzinne ujęcie, jakbyśmy szli realnie z dwoma bohaterami. Oczywiście cięcia są, no bo nie dałoby tak się nakręcić całego filmu, ale one są ukryte tak, że trzeba by było chwilę usiąść i pomedytować, gdzie one są. Już na początku można było to zauważyć, jak oni zostali wezwani i wchodzili wgłąb okopu, my oglądając "wchodzimy" razem z nimi i mnie to zafascynowało, jak to genialnie wygląda i jak to genialnie się ogląda. Swoją drogą film zaczyna się tak, jakby się przechodziło koło tej dwójki bohaterów, a oni sobie rozmawiają zwyczajnie na bieżące tematy, jak na przykład czy przyszła poczta. To mi się spodobało. 

Film rozkręca się powoli, co jak dla mnie jest czymś dobrym, bo fajnie można wdrążyć się w film. Sceny między ukrytymi cięciami potrafiły być długie i często bez kompletnie żadnych dialogów, co dało autentyczności. Wspominałam, że kamera patrzy cały czas na głównych bohaterów, więc wszystko jest jest na drugim planie. Zatem gdy idą w okopach to widzimy za nimi żołnierzy, którzy śpią, jedzą, albo palą papierosa. Gdy jest scena, gdzie wystrzeliwują racę, to widzimy moment, gdy jeden z nich ją wystrzela, a kilka minut później za nimi, na drugim planie, widzimy jak ta raca spada. Normalnie jestem przyzwyczajona, że kamera poszłaby za tą racą, potem by było cięcie, spojrzenie na jednego bohatera, cięcie, spojrzenie na drugiego bohatera, gdy jest dialog. 

Opowiadana historia jest prosta, ale ta prostota mnie urzekła. Ten film pokazuje, że nie zawsze musi być jakaś obszerna fabuła, żeby zrobić dobry film. W sumie nawet za bardzo na niej się nie skupiałam, dopiero pod koniec, gdy już była taka walka z czasem, aby donieść tą wiadomość, a jeszcze po drodze były jakieś różne przeszkody. Ja jak zbliżał się ten punkt kulminacyjny filmu to siedziałam, ściskałam zęby i zagryzałam wargi. Ja się nawet chyba lekko zestresowałam, żeby ta cała misja się udała. No a do tej pory to ja skupiałam się, żeby tamci dwaj przeżyli tą całą wyprawę i kolejne rzeczy które ich spotykały również podnosiły mi ciśnienie. Jeszcze wszystko to podbijała świetna muzyka. Świetnie komponowała się z tym co działo się na ekranie. Robiła świetną robotę w tych ważnych momentach. 




Postacie dwóch żołnierzy, Schofielda i Blake'a nie są jakoś mocno rozbudowane. W sensie, jak już wspominałam, to jest tak jakbyśmy do nich się przyłączyli i oni sobie rozmawiają miedzy sobą jak normalni ludzie. To tak jakby na pierwszym roku w nowej szkole zapoznawać się z ludźmi i po podeszłoby się do jakichś dwóch osób, które wydają się być w porządku i się słucha ich rozmowy, bo nie chce się wcinać i dowiaduje się o nich jakichś rzeczy. Tak więc o naszych bohaterach dowiadujemy się dość mało, ale w gruncie rzeczy mi to wystarczyło. Dla mnie wystarczające było to i to jak aktorzy ich przedstawili, ucharakteryzowali. Po szczątkowych informacjach wiemy, że co nieco posmakowali wojny, a jeden z nich dostał nawet medal, który wymienił na wino, ale widać też to, że jednak są niedoświadczeni. 

Często spotykam się w filmach wojennych, że główna postać, główne postacie są mniej lub bardziej za przesadnie wybite z tłumu, że to tak ujmę, i są one trochę za przesadnie mądrzy, umiejętni, odważni i czasem nawet kuloodporni, zaś w "1917" odniosłam wrażenie, że oglądam dwójkę zwykłych żołnierzy. Nie byli oni nieustraszeni, oni bali się tak jak normalny człowiek. Była też scena, że jeden mocno uderzył się w głowę i stracił przytomność, i jakby przyszło co do czego, i film byłby produkcji (prawdopodobnie) Amerykańskiej, to taki żołnierz chwilę by poleżał i by wstał i szedł dalej, zaś nie w omawianym filmie, tam stracił przytomność, a potem po otoczeniu, gdzie zrobiło się kompletnie ciemno, widać było, że minęło trochę czasu i dopiero wtedy się obudził. Tak więc to dało takiej autentyczności. 




Zważywszy na to, jak został ten film nakręcony, to ciekawiło mnie to jak przebiegała jego produkcja. Ja po obejrzeniu już samego finalnego efektu byłam zachwycona, a po obejrzeniu różnych materiałów zakulisowych, czy wywiadów z odtwórcami głównych ról, to moje zachwycenie wzrosło co najmniej o dodatkowe sto procent. Jedną taką rzeczą, co mnie zachwyciło, to to, że twórcy kręcenie niektórych scen było planowane na... makietach. Tak. Na makietach planu filmowego. W taki sposób planowali jak oświetlić plan filmowy, jak rozprowadzić oświetlenie, by zobaczyć jak rozprowadzają się cienie, by potem płynnie kręcić ujęcia. A kręcenie scen w okopach zależało od chmur. Chodziło o naturalne oświetlenie, bo z wiadomych przyczyn nie mogli wszędzie w tych okopach rozstawić oświetlenie, dlatego polegali na świetle dziennym, ale słońce musiało być za chmurami, by to światło było równe, plus, żeby pasowało do klimatu wojny. Jeszcze jedna rzecz, która mnie urzekła, to to, że oni faktycznie wykopali rowy, by potem je przekształcić je w filmowe okopy. Zazwyczaj spotykam się, że takie rzeczy są budowane w jakichś halach do kręcenia filmów, a tu, wykopali gdzieś koło jednej mili rowów, by nakręcić film. 

Zawsze mam z tyłu głowy po obejrzeniu jakiegoś filmu, że zobaczenie kulisów jego powstawania zniszczy efekty końcowe, jakie powstały, ale z drugiej jednak strony jestem ciekawa, jak taki film powstaje. Ciekawi mnie to, jak powstają filmu różnego gatunku, jak niektóre rzeczy się robi, jak niektóre rzeczy się wykonuje. Można porównać jak coś wygląda w trakcie produkcji, a potem finalnie w filmie. Można też zobaczyć pracę aktorów i że w niektórych przypadkach nie jest to lekka praca. W przypadku aktorów grających w "1917", mówię tu bardziej o tych co odgrywali główne role, George'u MacKayu i Dean-Charles Chapmanie, bo to z nimi oglądałam wywiady i w momencie pisania tego wpisu nie pamiętam, czy mówili o sobie, czy o wszystkich, to zważywszy na to, że to film jednoujęciowy, to mieli oni próby sześć miesięcy przed kręceniem filmu, a najdłuższa scena, którą nagrali bez przerwy, sięgała blisko dziesięciu minut. Tak wiec szacuneczek. Zrobiło to na mnie wrażenie. Zresztą, oglądając to wszystko zakulisowe, to ja byłam pod wrażeniem. Byłam też podekscytowana, tym co zobaczyłam. Zafascynowało mnie to co zobaczyłam podczas produkcji tego filmu.




"1917" ma prostą fabułę, która powoli się toczy, ale to mi nie przeszkadza, bo zdjęcia pięknie płynęły zlepione w jedno ujęcie i powoli stopniowo mnie wciągały, że nawet nie poczułam długości filmu. To był pierwszy takiego rodzaju film, jaki oglądałam i zapewne pozostanie mi w pamięci. Miałam jeszcze pisać tu jakieś podsumowanie, zakończenie, ale jednak sobie odpuszczę, bo i tak ten cały wpis brzmiał lepiej w mojej głowie, nawet z poprawkami, jakie wprowadzałam podczas pisania. Tak więc film wywarł na mnie ogromne wrażenie i cieszę się, że mogłam obejrzeć coś tak wybitnego.







piątek, 21 lutego 2020

Niespodzianka Seleny Gomez! | Feel Me (Official Lyrics)

Budzę się dzisiaj po tym jak kot ostatecznie wybudził mnie ze snu, przeglądam internet, a tam mnie informują, że Selena Gomez oficjalnie wydała piosenkę "Feel Me".

Artystka zaprezentowała ten utwór cztery lata temu, na jednym z koncertów z Revival Tour i ludziom tak się spodobała, że słuchali jej z nagrań z tego koncertu, mając nadzieję, że wkrótce będzie miała oficjalną premierę. Jednak jak dobrze pamiętam niedługo potem zadziały się różne rewolucje w życiu artystki, po czym miała czteroletnią przerwę, więc po takim długim czasie nikt nie spodziewał się, że "Feel Me" ujrzy kiedykolwiek światło dzienne. 

Jednak Selena ostatnimi czasy zaczęła nowy rozdział w swoim życiu, najpierw wydała dwa single, niedługo potem nowy album, wkrótce ogłosiła własną markę kosmetyków, a na wywiadach widziałam ją jako szczęśliwą osobę, która zmieniła się po tym co przeżyła. Widać w niej pasję w tym co robi, nie zważa już na pewne rzeczy, pewnych rzeczy nie chce robić, jest po prostu sobą. Ja mam wrażenie, że nie będzie ona słuchać się powiedzmy kogoś z wytwórni, czy kogokolwiek innego, jeżeli nie będzie jej coś pasowało, nie będzie robiła czegoś pod publikę, z tego co widziałam ma koło siebie odpowiednich, zaufanych ludzi. Takie odniosłam wrażenie po jej wypowiedziach. Tak więc Selena, jako 'nowa', szczęśliwa osoba spełniła prośbę fanów i opublikowała dziś piosenkę "Feel Me", czym uszczęśliwiła swoich słuchaczy.

Artystka spytana o ten utwór powiedziała, że jest nieaktualna, nie opisuje tego jak się czuje, więc prawdopodobnie nie znajdzie się na żadnym krążku, ale od dzisiaj fani będą nie będą musieli katować uszu nie najlepszymi nagraniami z koncertu, a będą mogli delektować się studyjnym nagraniem tej piosenki. Ja do tej piosenki miałam neutralny stosunek. Podobała mi się, i nadal podoba, jest bardzo fajna, i twierdziłam, że fajnie by było usłyszeć jej oficjalne audio, ale jakby tak się nie stało, to nic nie szkodzi. Tak więc fajnie słyszeć ją na oficjalnym audio 😉.




czwartek, 30 stycznia 2020

To koniec "Arrow".

Właśnie obejrzałam ostatni odcinek "Arrow" i tak trochę smutno mi się zrobiło. Mimo, że ten serial miał wzloty i upadki, miał swoje dobre i złe strony i miał dobre i złe sezony, to jednak mam do niego duży sentyment. "Arrow" był pierwszym serialem superbohaterskim jaki zaczęłam oglądać, jeszcze zza czasów kiedy nie miałam swojego pokoju i oglądałam nałogowo telewizję. W zasadzie jestem z nim od początku, od pierwszego sezonu, bo jak dobrze pamiętam pierwszy sezon oglądałam w telewizji, bo tam zaczęli go puszczać i gdy go reklamowano, to mnie zainteresował, a niedługo potem dowiedziałam się o drugim sezonie, że będzie miał swoją premierę, i jeszcze wtedy miałam nadzieje, że będzie on w telewizji. Ale gdy okazało się że w telewizji go nie puszczą, przeniosłam się na internet i to były pierwsze kroki porzucania telewizji. Tak więc przez osiem lat obserwowałam przygody zielonego łucznika. Niektóre rzeczy i postacie mnie wkurzały, niektóre sezony bardzo mi się podobały, do niektórych miałam mieszane uczucia, niektóre zaczynały się dobrze, zaś kończyły słabo, a niektóre kompletnie mi się nie podobały. Pewne rzeczy ja bym zrobiła inaczej, w inną stronę poprowadziła bym niektóre wątki fabularne, ale mimo iż ma prawdopodobnie trochę więcej wad, niż zalet, choć w sumie nie jestem tego pewna, bo bym musiała obejrzeć od nowa wszystkie sezony, to jednak będę go dobrze wspominać. Kiedyś obejrzę go od początku, przypomnę sobie te czasy jego świetności oraz jego złe strony i jak dobrze pójdzie, napiszę elaborat w jednym z wpisów na blogu. Już widzę, jakie to może być długie 😂.

Jak dobrze się orientuje, ma być kontynuacja "Arrow", serial zatytułowany "Green Arrow And The Canaries". Trochę mam wątpliwości co do niego, ale jak będzie to zobaczę. W końcu na początku nie byłam przekonana do "The Flash", a teraz go oglądam. 



niedziela, 12 stycznia 2020

"Hmmm". "Fuck". | "The Witcher".

Tytuł "Wiedźmin" to duma dla Polaków, patrząc na Sagę i na grą, więc gdy rozniosły się pierwsze wieści o tym, że Netfix chce zrobić serial o tym tytule, to zrobiło się dosyć głośno o tym. Moją pierwszą reakcją było lekkie zdziwienie, że taka platforma chcę zrobić taki serial, a druga moja reakcja, to po prostu się ucieszyłam, bo uważałam, że to bardzo dobry materiał na serial, tym bardziej, że Netflix prawdopodobnie miałby wystarczający budżet, żeby go dobrze zrobić. 

Gdy pojawiły się pierwsi kandydaci do obsady, powoli rozpętywała się burza wśród niektórych, a na dobre się rozpętała, gdy obsada była już finalnie wybrana. Ludziom nie podpasowały aktorki, które miały zagrać Yennefer i Triss. Potem przeszkadzało im to, że na planie zdjęciowym są między innymi osoby czarnoskóre, bo przecież w tamtych czasach nie było czarnoskórych w Słowiańskiej społeczności. Jednak chyba najczęściej spotykałam się z porównaniami i nawiązaniami do gier, czy powstałej polskiej produkcji. Niestety ja też na chwilę wpadłam w tą pułapkę i faktycznie początkowo przeszkadzało mi to, że Triss i Yennefer nie będą podobne do tych z gier. Jednak szybko ogarnęłam się i zasadziłam se kopa w tyłek. Zawsze uważam, nie ważne jaka produkcja, że gra to gra, serial to serial, a film to film, to są kompletnie inne ODDZIELNE rzeczy, zrobione na podstawie tej samej historii. Tak więc puknęłam się w głowę, przypomniałam samej sobie , że "hej, gra a serial Netflixa, to będą kompletnie różne rzeczy". Równocześnie z tym problemem, miałam jeszcze drugi, który dotyczył aktora mającego wcielić się w tytułowego Wiedźmina. Miałam delikatne uprzedzenia co do Henry'ego Cavilla, bo lekko mówiąc nie przepadam ze jego rolą Supermana. No nie lubię tego superbohatera, nic na to nie poradzę. Na szczęście porzuciłam to myślenia i przestałam patrzeć przez pryzmat roli granej przez aktora. 


Zaś po obejrzeniu najpierw Teaseru, potem finalnego Traileru zrobiła mi się taka ochota, żeby w końcu móc obejrzeć ten serial, że parę razy oglądałam ten trailer, bo zrobił na mnie wrażenie i miałam nadzieję na dobry serial. No, o ile tego by nie spartolili. Oczywiście znalazły się te najbardziej irytujące ludzie, którzy czepiali się, że nie ma Słowiańskiej muzyki, czy we fragmentach scen walki nie ma pokazanej krwi. Najwyraźniej zapomnieli, że to TRAILER, gdzie wszystkiego nie pokarzą. Byli tacy, co przerabiali zwiastun i podkładali muzykę z gry, czyli taką, jaka teoretycznie miała być. 

Gdy był dzień premiery, to omijałam wszystko, co było związane z serialem, żeby nie dowiedzieć się żadnego, nawet najmniejszego spoilera. Z obejrzeniem miałam czekać na swój "odpowiedni czas", bo byłam w trakcie pracy nad poprzednim wpisem, ale prawie wszędzie ktoś chwalił się, że ogląda, zaczął oglądać, pojawiały się pierwsze opinie, internet zaczął o tym gadać no i sama zaczęłam oglądać, bo ci wszyscy ludzie jeszcze więcej ochoty narobili. Po pierwszym odcinku byłam ZACHWYCONA! Już na początku jest świetna walka Geralta z potworem, wprawdzie nie duży urywek, bo to był początek, przed intrem, ale i tak mi się podobał. Niedługo potem Geralt musiał walczyć z pewną grupą mężczyzn (staram się nie spoilerować). I ta walka była zwyczajnie poezją. Jak ja to oglądałam pierwszy raz, to mi tchu zabrakło. Potem jak już cały odcinek obejrzałam, to powróciłam między innymi do tej sceny, żeby rozpłynąć się nad nią jeszcze raz. Wtedy też przekonałam się do Henry'ego Cavilla w tej roli, który z resztą nie chciał  dublera,  chciał  żeby ta  postać, 
to był tylko on i żeby była jak najbardziej wiarygodna i sam machał mieczem, przy czym, akurat ta scena podobno była kręcona w jednym ujęciu, BEZ ŻADNYCH CIĘĆ. Tak więc ogromny szacun, świetnie to wyszło. Mówili, że serial ma być tylko na podstawie książek, i już w pierwszym odcinku to widziałam. Wprawdzie książki zaczęłam czytać dość dawno, gdzieś między pierwszą, a drugą klasą technikum i doszłam do piątej część (jeszcze trzy biedne części czekają na mnie ze dwa lata na półce), tak więc pierwsza książka, z opowiadaniami była czytana dawno, ale oglądając pierwszy odcinek miałam takie retrospekcje z tego co przeczytałam. To było fajne uczucie zobaczyć coś zekranizowanego, co się wcześniej przeczytało. Mimo, że Grealt mi zaimponował, to jednak gdzieś wydawało mi się po tym pierwszym epizodzie, że był trochę sztywny w dialogach. Może po prosu to był pierwszy raz, jak zobaczyłam wersję Netflixowego Wiedźmina, i musiałam wgłębić się w ten świat, który został stworzony.

Drugi epizod jest już trochę spokojniejszy. W pierwszym poznawaliśmy zarysy postaci Geralta i Ciri, zaś w drugim pojawia się Yennefer. Pojawia się też postać Jaskra, a jak pojawia się Jaskier, to pojawia się humor. Ogólnie spodobała mi się kreacja tej postaci. On jest takim typem, że prawie na każdym kroku, cokolwiek by nie powiedział, to prawie zawsze się zaśmiejesz. Jest trochę zrobiony na takiego troszkę typowego błazna w serialu, który łazi za głównym bohaterem, ale na szczęście tego tak mocno nie widać. Też ze strony Geralta pojawia się humor, bo na przykład jak walczy z pewnym stworem, to wymienia z nim śmieszny dialog, i tu było kompletne przeciwieństwo tego, co widziałam w pierwszym odcinku, czyli że ta postać trochę jakby sztywna była. Geralt brzmiał jakby wyszedł z takiej swojej sztywnej kreacji i pokazał, że ma w sobie jeszcze inne emocje. No i na końcu pojawia się słynna już piosenka Jaskra, "Toss A Coin To Your Witcher", którą w internecie słyszę WSZĘDZIE, bo wszędzie gdzie może, to się pojawia. No wpada do głowy, nie powiem, i nie da jej się tak szybko pozbyć. A tym bardziej, gdy powstaje metalowe wersja od Leo z Frog Leap Studios. Swoją drogą, ludzie tak oszaleli na punkcie tej piosenki, że pod dwoma wcześniejszymi coverami piosenek "Dance Monkey" od Tones And I (swoją drogą również genialny) i "It's The End Of The World As We Know It" autorstwa R.E.M ludzie wypisywali w komentarzach, żeby zrobił cover właśnie tej piosenki z "Wiedźmina". No i zrobił. Załączam poniżej. 

Toss a Coin to Your Witcher (metal cover by Leo Moracchioli)


W trzecim odcinku wracamy trochę do dynamiki, przynajmniej w kontekście walki, bo Geralt zmierza się z kolejnym potworem, strzygą. I to była bardzo fajna walka, bardzo mi się podobała, że też po obejrzeniu całego odcinka ponownie sobie tą scenę odtworzyłam. Jeszcze ona przeplatała się ze scenami przemiany Yennefer, co było fajnie zrobione, bo to było takie płynne, płynne przejścia, jakieś ujęcie starcia Geralta ze strzygą, która w jakiś sposób kończy się nawiązaniem do ujęcia Yennefer, które zaraz nastąpiło. I tak na przemian. A te dwa wątki łączył krzyk. Ja w pewnym momencie miałam już dość tych krzyków i pod koniec to nawet sobie zmniejszyłam głośność. Jeszcze mam słuchawki douszne, a nie nauszne, bo oglądam na telefonie, bo mi wygodniej słyszeć na przykład angielski, po za tym mój komputer, to uhh, no, tak więc trochę ból. Ogólnie sama strzyga wyglądała przekonująco. Jest paskudna, jak na potwora przystało, więc wszystko jest na miejscu. Sprawdziłam ja strzyga wygląda w grze, no to ta w serialu Netflixa mi się bardziej podoba. Ale na przykład mój brat jak ją zobaczył, to zareagował słowami "tak wygląda strzyga?". 




Nie zwalniamy tępa, bo kolejny odcinek również jest świetny. Na początku jest tak genialna scena z humorem, że ja sobie aż cofnęłam, żeby zobaczyć ją jeszcze raz. Jaskier znowu dał powód do śmiechu. Potem konwersacje jego i Geralta również dawały powód do śmiechu, ale ta pierwsza scena, po prostu wystarczyło, żeby Jaskier odezwał się w trzech słowach, by człowieka rozbawić. Poza tym myślę, że jest to dość ważny odcinek, bo Geralt narzuca na siebie Prawo niespodzianki, po tym jak pomógł niejakiemu Jeżowi, przy czym znowu miałam okazję podelektować się pięknymi scenami walki, przy których była świetna muzyka. Najpierw scena slow motion, gdy Geralt skoczył by przeciąć włócznię, czy coś takiego, strażnika, który chciał zabić Jeża, a potem to już cała sekwencja, na którą się miło patrzyło. Swój czas miała też Yennefer, która miała swoją misję do wypełnienia i początkowo to sceny z jej udziałem były wypełnione dynamiką, więc można było zobaczyć jak sobie radzi. Troszeczkę jej nie poszło, z tą jej misją, ale widać było, że się naprawdę stara. 




Następny odcinek był taki luźny, lekki, z dużą dawką humoru i było pierwsze spotkanie Gralta i Yennefer. To jest chyba jeden z odcinków, w którym charakter Geralta mi się najbardziej podobał, jego ton głosu nie wydawał mi się taki sztywny, a i sarkazm z jego strony się pojawił. Też ten odcinek nie miał takiej ponurej aury, jaką ma większość  odcinków. 



Piąty odcinek, to odcinek poszukiwań smoka. Geralt dołącza do grupy, którą zebrał Borch Trzy Kawki. Jest on również bardziej spokojny i dopiero na końcu walczą w obronie, pewnej rzeczy z tymi złymi. Gdzieś w międzyczasie Geralt kłóci się z Yennefer o jej marzeniu zostaniu matką (bo nie może ją być) i o jego dziecko z Prawa Niespodzianki, dlatego w następnym odcinku widzimy białowłosego w Cintrze, by spełnić swój obowiązek. Królowa Calanthe chce go oszukać, w końcu Cintra zostaje zaatakowana, a Geralt wyrusza w poszukiwaniu Ciri. Przy siódmym odcinku można było mieć wrażenie, ze delikatnie powiewa nudą. Mam wrażenie iż był takim organizacyjnym odcinkiem, żeby poskładać pewne informacje, żeby bez bałaganu wejść w odcinek ósmy. Po prostu było tam dużo wydarzeń, w różnych liniach czasowych i jakby nie zrobili takiego odcinka, to można by było pogubić się jeszcze bardziej. 

Zaś ósmy odcinek to głównie Bitwa o Sodden, a drugim, takim drugoplanowym aspektem jest dążenie do tego, by Geralt spotkał się ze swoim przeznaczeniem. Widzimy małymi urywkami jego drogę, gdzie najpierw walczy z potworami i zostaje ranny, a potem próbuje mu pomóc pewien mężczyzna. Zaś bitwa o Wzgórze Sodden może nie była jakoś bardzo spektakularna, ale dużo się działo, oko miało się na czym zawiesić, nie była nudna i mi się podobała. Tymczasem Ciri trawia pod opiekę pewnej kobiety, która chce pomóc zagubionej dziewczynie. Mało o niej wspominałam, bo w sumie podczas pisania tego tekstu jakoś zabrakło mi miejsca, poza tym jest taki dość zwyczajny. Dziewczyna musi sobie radzić w sytuacji w jakiej się znalazła, i musi uważać komu ufać, no i przy okazji szuka swojego przeznaczenia. 




Ja w ten serial się tak wciągnęłam, do takiego stopnia, że jak na YouTube wyświetlił mi się jakiś filmik, powiedzmy kompilacja humoru z serialu, to ja w niego klikałam. A wiadomo, jak się w coś raz kliknie, to potem YouTube podstawia więcej podobnych materiałów, no, a ja w większość klikałam. Niektóre były nawet fajne. Teraz to się trochę uspokoiło, bo i ludzie pewnie nie robią tych filmików masowa, jak zaraz po premierze, kiedy była ich największa fala. Tak mi się spodobał "The Witcher", że czekam na drugi sezon, z miłą chęcią obejrzę. I tak, wiem, pierwszy sezon nie jest tak do końca bez wad, są pewne rzeczy, które bym zmieniła, inaczej zrobiła, ale mimo to powstało coś bardzo fajnego. Trzeba aby podszlifować ten kamień, żeby wydobyć z niego diament. Z tego co się dowiedziałam, to osoba, która zajmuje się tym serialem, Lauren Schmidt, chciała, by w tym pierwszym sezonie widz pobył z tymi trzema najważniejszymi postaciami, żeby zapoznał się z klimatem i z przedstawionym światem w "Wiedźminie". Wprawdzie dla mnie, to było trochę mało, żeby zaprzyjaźnić się z poszczególnymi postaciami, w końcu było dużo wątków, w różnych czasach i było ciężko skupić się na czyś jednym. Myślę, że jak w kolejnym sezonie opowiadana historia będzie spójna, to wszystkie wątki, jak i bohaterowie się rozwiną.

Było dużo niezadowolenia ze strony niektórych ludzi, że w serialu są złe rekwizyty, jak chociażby jakiś kubek, czy monety, że złe są kostiumy, dobór aktorów, czy karnacja aktorów. A mi żadne z tych rzeczy nie przeszkadzała. Yennefer wypadła lepiej niż się z tego spodziewałam. Przy tej postaci w ogóle można było obserwować jej przemianę charakteru. A charakter zmienił się z takiej bidulki, do takiej potężnej kobiety. Myślałam, ze aktorka jest za delikatna ,a tą rolę, ale nie, udźwignęła tę rolę. Osoby czarnoskóre, które znalazły swoje miejsce w serialu pasowały mi do ról driad, czy elfów, nawet podkreślały te kreacje. Faktycznie czasami twórcy biorą niepotrzebnie takie osoby do swoich produkcji, ale nie w "Wiedźminie". Muszę raz jeszcze wspomnieć o scenach walki, no bo to czysta poezja i mogłabym oglądać taką YouTubową komplikację z nimi właśnie. Jestem ciekawa, jak podejdą do drugiego sezonu, który ma podobno być bardziej skupiony na Geralcie i Ciri.

To tak pokrótce, na szybko, starałam się jak najmniej spoilerować, Myślę, że najważniejsze rzeczy i momenty pominęłam. Chociaż myślę, że ci co mieli obejrzeć "Wiedźmina", to już obejrzeli, patrząc na to, jaki był popyt po premierze. Ogólnie, to chyba będzie najkrótszy wpis, patrząc na ostatni, jaki wyprodukowałam 😆.