niedziela, 7 czerwca 2020

"Black Lives Matter" TO KPINA | ZAMIESZKI W USA! - Słuchaj, czego nie mówią, patrz na to, czego nie pokazują

Te dwa filmy podsumowują to co ja uważam o tym co się dzieje teraz w USA. Nic dodać nic ująć. 
A to, że czarnoskóra kobieta mówi, że te protesty to "żart", to chyba o czymś świadczy.
Warto się zapoznać, bo jak już wspominałam, ludzie idą w trochę złą stronę...


ZAMIESZKI W USA! - Słuchaj, czego nie mówią, patrz na to, czego nie pokazują
Tu powinien być film z YouTube, ale wyświetla mi się tylko taki obraz, jak poniżej, więc trzeba w ten obraz kliknąć, by do niego przejść.



"Black Lives Matter" TO KPINA



czwartek, 4 czerwca 2020

Dlaczego tego nie kontynuowali ja się pytam. | "Constantine"

Z postacią Johna Constantina poznałam się dawno temu, gdy jeszcze oglądałam telewizję, gdzie na jednej ze stacji wyemitowany został film "Constantine" z 2005 roku, w którym rolę główną grał Keanu Reeves. Jak dobrze pamiętam miał on fajny, mroczny klimat. Film ten bardzo mi się spodobał i nawet trochę bałam się niektórych rzeczy, no bo byłam młodsza, i to sporo, więc to zrozumiałe. Też to był pierwszy, albo jeden z pierwszych filmów z elementami horroru. Swoją drogą muszę ten, jak i kilkanaście filmów, ponownie obejrzeć, bo w wielu przypadkach to już parę lat odkąd ostatni raz je widziałam i przydałoby się odświeżyć, w szczególności iż niektóre są świetnymi produkcjami.

Jakiś czas później, oglądając serial "Arrow", postać Constantina pojawiła się w jednym z odcinków, jak dobrze pamiętam, czwartego sezonu. Wcielił się w niego Matt Ryan i była to kompletnie inaczej wykreowana postać, niż to co widziałam w filmie. Był on przez chwilę w "Arrow", zrobił robotę i tyle go było. Na tamten moment była to dla mnie ciekawa postać, ale nie wdrążałam się w temat. 

Potem Constantine Matta Ryana pojawił się na chwilę w serialu "Legends Of Tomorrow", a w kolejnym sezonie serialu pojawił się jako regularna postać. Nie pamiętam dokładnie które to były sezony, ale w sumie to nie istotne. Już przy pierwszej okazji, gry ta postać pokazała coś więcej, miała taką szansę w tym serialu, to mi się spodobała, a gdy już weszła na stałe do obsady, to już całkiem ciekawie się zrobiło. Constantine w Legendach był taką tajemniczą postacią i mnie intrygował swoimi poczynaniami. Gdzieś po drodze natknęłam się na informację, że jest serial "Constantine", kompletnie tego nie wiedziałam, się nieźle zdziwiłam, ale przeszłam koło tego tematu obojętnie. Chyba to było na początku jego obecności w "Legends Of Tomorrow", ale pewna nie jestem, no bo przecież na początku zignorowałam ten serial. Gdy Constantina było więcej właśnie w Legendach, to z czasem przypomniałam sobie o serialu z nim i stwierdziłam, że w sumie można by było go obejrzeć. Ale ta myśl tak jak szybko przyszła tak szybko się rozmyła i zanim zebrałam się do jego obejrzenia, to trochę minęło. Jak zawsze. W moim przypadku.


Oglądając najnowszy, piąty sezon "Legends Of Tomorrow", przyglądając się z zaciekawieniem na wątek i postać Constantina, nabrałam w końcu ochotę na jego serial. Już przy poprzednim sezonie gdzieś przeszła mi taka myśl przez głowę, no ale właśnie, przeszła i poszła. W Legendach postać ta jest tajemniczy, innym bohaterom mało co o sobie mówi, dużo rzeczy zachowuje dla siebie, jeżeli mówi o czymś, co tyczy się niego, to robi to w taki sposób, by nikt nie rozpoznał, że jakaś historia tyczy własnie jego i najlepiej by było, jakby mógł pracować sam, co oczywiście kłóci się z tym, ze dołączył do grupy. Co do serialu o Johnie, to nie miałam jakiś wygórowanych oczekiwań, po wstępnych jakichś wyszukiwaniach, ocenach na IMDb, czy Filmwebie, stwierdziłam, iż może to być dobry serial. 

Gdy zaczęłam oglądać "Constantine", to serial potrzebował chwili, by się rozkręcić. Nie oznacza to jednak, że czegoś mu brakowało w pierwszych trzech, czterech odcinkach, tylko po prostu były zbliżone do siebie schematami fabuły, nie pokazały mi czegoś więcej, nie zaskoczyły mnie w jakiś sposób, albo historia mimo iż była ciekawa, no to był jakiś niedosyt. Chyba każdy ma takie uczucie, że ogląda odcinek jakiegoś serialu i mimo, że jest dobry, no to brakuje mu takiej iskierki. Twórcy "Constantine" zwyczajnie chcieli wdrożyć widza na spokojnie, żeby na początku nie było jakoś za dużo wariacji, żeby się nikt nie przyzwyczaił i najlepsze rzeczy zapodać na koniec. Tak o czwartym/piątym odcinku już działo się coraz więcej. W odcinkach zaczynały pojawiać się rzeczy, które mnie zdziwiły, zachwyciły, zaciekawiły, czy lekko zszokowały. 


Podobały mi się sprawy prowadzone przez Constantina i w jaki sposób on to robił. Lubiłam patrzeć na stronę detektywistyczną, jak i na okultystyczne rzeczy, które on tam robił. Z czasem robiło się coraz ciekawiej i z takich w miarę prostych rzeczy przechodziło się do takich rzeczy jak na przykład sprawa opętanego chłopca, jak się potem okazało, przez duszę żywej osoby, albo gdy John wezwany przez starą znajomą próbuję rozwikłać zagadkę znikających dzieci i z pomocą kobiety ratuje je przed demonem. Ale po uratowaniu dzieci i pozbyciu się demona, dwójka ta konfrontuje si z kolejnym stworem, więc znajoma Johna, zakonnica, postanawia go poświęcić, by móc uchronić dzieci i postrzela go. No też bym się nie spodziewała po zakonnicy. Ale potem musiała Johna ratować, bo ten by zostać przy życiu wpuścił do siebie demona. No cóż, karma wraca. Ten odcinek był świetny, a końcówka z zakonnicą mnie zaskoczył, a to co zrobił John, żeby się ratować, też nie przeszło obojętnie. No patrzyłam ze zdziwieniem. Były jeszcze inne rzeczy, które były ciekawe lub mnie zaciekawiły, ale nie ma co spoilerować. 

Były momenty, gdzie Constantine borykał się ze swoją przeszłością i my jako widzowie to oczywiście widzieliśmy, zaś postacie w serialu już nie do końca, bo podobnie jak w "Legends Of Tomorrow", większość swoich emocji ukrywał, co w sumie tworzyło tą postać bardziej ciekawą. Mi się to podobało. Nie wiem dlaczego, ale ja lubię takie postacie, które nie mówią o swoich uczuciach, emocjach tak wprost, które dużo rzeczy przeżywają w swoim zaciszy. Nie wiem, mam podobny charakter, może dlatego.  


Trochę liczyłam na pokazanie magii w taki sposób w jaki zrobili to w "Legends Of Tomorrow", no albo przynajmniej podobny, bo te był jeden z elementów, które mnie przyciągały i interesowały jak będą wyglądać w "Constantine". Jednak tak nie było i magia zrobiona była inaczej. Może trochę szkoda, ale wielka tragedia się nie stała, bo to by było takim jakby dodatkiem do całości. W jednych momentach fizycznie była ta magia widoczna, gdzieś tam jakieś rzeczy się podnosiły, czy coś, a w jednych nie, jakby jej nie było, albo jakby to była normalna zwyczajna rzecz, co teraz pisząc to, przyszło mi do głowy, że w sumie było dobrym pomysłem. Co do magii, to jeszcze John inaczej wypowiadał zaklęcia, w sensie, w innym języku. W legendach wypowiadał je w języku, którego nie mogę zidentyfikować, zaś w "Constantine" dużo było zaklęć po angielsku. Swoją drogą, to czasami brzmiały jak modlitwy. 

Spodziewałam się, że serial będzie dobry, a on mnie zaskoczył i okazał się być bardzo dobry. Na Filmwebie dałam mu ósemkę. Swoją drogą, ja po obejrzeniu każdego odcinka, oceniałam go, i jak już po obejrzeniu całości chciałam wystawić mu tą całościową ósemkę, bo według mnie zasłużył, to tak dla śmiechu obliczyłam sobie średnią z tych ocen pojedynczych odcinków i to co mi wyszło zdziwiło mnie i rozśmieszyło jednocześnie. Otóż średnia wyszła mi 7 i 9 setnych? chyba, nie pamiętam dokładnie końcówki, tylko ta siódemka i dziewiątka wpadła mi w oko. Po tym wyniku stwierdziłam, że ta moja ósemka jest całkowicie legalna i nie jest to tylko moje widzi mi się. 


Zanim obejrzałam "Constantine" dopuszczałam do siebie myśl, że może nie był wystarczająco dobry i dlatego go nie kontynuowali, jednak teraz po obejrzeniu kompletnie tego nie rozumiem. Jeszcze zakończyli go po trzynastu odcinkach, tak jakby w połowie całej serii, sezon ma zazwyczaj po 24 odcinki. Też dopuszczałam tą możliwość, ze pierwszy sezon miał być takim prologiem i następny był by już pełny, ale zakończyli to w takim trochę durnym miejscu. Koniec sugeruje kontynuację, więc tyle dobrze, że jakby ktoś chciał (fajnie by było), to mógł by to kontynuować. 

Z tego co przeczytałam, to Matt Ryan stwierdził, że gdyby serial transmitowany był na innej stacji niż NBC, to prawdopodobnie miałby lepsze szanse. To może być słuszna uwaga, bo gdyby "Constantine" był puszczany na CW, gdzie są emitowane "The Flash", "Legends Of Tomorrow", "Supergirl", "Batwoman" i inne, to faktycznie miałby większe szanse. Ludzie oglądający tę stację, a właściwie seriale na niej, są bardziej podatni na oglądanie ich kolejnych produkcji.  Też z tego co się orientuje, to postać Johna Constantina w Legendach jest lubiana, no przynajmniej nie wpadło mi w oczy jeszcze nic złego na ten temat, więc kto wie, może CW przejmie i wznowi projekt "Constantine" (w ich sytuacji, dla pieniążków). Fajnie by było. Skoro niektórzy reaktywować chcą dawno zakończone seriale, to może i takim trochę świeższym ktoś się zajmie.

Nadzieję można mieć zawsze, a tymczasem to tyle ode mnie. Jeżeli ktoś tak jak ja siedzie trochę w tych serialach od CW i jeszcze nie oglądał "Constantine", to ja polecam, zależy też kto ma jakie gusta, ale powinien się spodobać. Mi się podobał.




wtorek, 2 czerwca 2020

Zło złem nie pokonasz.

W ostatnim czasie bardzo głośno jest o sprawie Gearge'a Floyda, który został zamordowany przez policjanta. Możliwe, że nie byłoby tak głośno, gdyby nie to, że był to czarnoskóry mężczyzna, a ten policjant był biały. 

Gdy zaczynało się o tym coraz więcej mówić, byłam do tego sceptycznie nastawiona. Wszyscy udostępniali tylko zdjęcie Floyda i jego cytat "I can't breathe" oraz tylko JEDNO i to samo wideo, jak policjant dusi tego mężczyznę. 

Moje myśli były wtedy takie, że poza tym jednym nagraniem nie ma nic, albo przynajmniej nic innego poza nim nie udostępniali i nie stawiałam sobie żadnej tezy na ten temat. W głowie miałam jedynie domysły, że był jakiś powód tego jak zachował się ten policjant, że być może Floyd nie chciał się słuchać, stawiał się, nie chciał, by go aresztowano lub tym podobne rzeczy. Jednakże to co ostatecznie zrobił ten funkcjonariusz jest drugą sprawą, która jest warta potępienia. 

Czyli na tamten moment - coś spowodowało, że ten policjant go przytrzymywał, ale to że go zabił jest drugą stroną i z pewnością był winny temu zdarzeniu.

W internecie, a właściwie na Instagramie, bo tu najwięcej tego wszystkiego widziałam, zaczęły się rozpowszechniać hasła "i can't breathe", "Black lives matter", "Justice for George Floyd", coraz więcej plakatów, które udostępniały osoby popularne, jak i tacy zwykli ludzie. Ludzie w Ameryce wyszli protestować przeciwko rasizmowi. 

Ja, ponieważ byłam do tego sceptycznie nastawiona, po dwóch dniach miałam dość tych haseł, plakatów, transparentów, nagrań z protestów, oraz pokazywania tego, ze ci biali to najgorsze zło. Tak. Miałam takie wrażenia po niektórych rzeczach, że niektórzy ludzie przedstawiali białoskórych jako prawdziwe demony.

Tymczasem. 
Wybuchły zamieszki. 
Ludzie poza wygłaszaniem wyżej wymienionych hasem, a właściwie pod ich pretekstem, zaczęli rozwalać, podpalać, grabić. Byli to w większości czarnoskórzy (choć białych jednostek też nie zabrakło). Widziałam nagranie, jak najpierw agresywnie podchodzili do radiowozu, 'zachęcali' by ich rozjechał. Zaczęli wykrzykiwać "fuck the police".

Nie podobało mi się to, co się tam działo, i niestety niektóre reakcje policji też nie do końca były w porządku, ale w wielu przypadkach funkcjonariusze wykonywali tylko swoją robotę, próbowali rozgonić tych ludzi. 

Pomyślałam sobie wtedy - "Wait. JEDEN policjant dokonał się złego czynu i zabił bezpodstawnie człowieka. No plus ta trójka, co stała bezczynnie. No, ale, dlaczego obrażają CAŁĄ POLICJĘ", "dlaczego cała policja odpowiada za jedną osobę". 


Ja czekałam na jeden zapowiedziany materiał na ten temat. Długo nie trzeba było czekać na wypowiedź jednego człowieka z internetu, z którym w większości spraw i przypadków się zgadzam. 

Otóż Carrioner wypuścił film, który rozwiał moje wątpliwości i potwierdził moje przeczucia co do sprawy Floyda, oraz pokazał, że ci "pokojowi" protestanci nie są tacy pokojowi. Pokazał to jak obrzydliwie ludzie wykorzystują sprawę zmarłej osoby, do wykonywania przestępstw oraz to, jak media MANIPULUJĄ ludźmi. 

Do protestów nic bym nie miała, choć za zjawiskiem "protest" nie przepadam, ale zamieszki to już parę kroków za daleko. 

Patrząc na to co robią ci ludzie we własnym mieście, rozwalając go, czy też to, co robią oni innym ludziom, natoczyła mi się myśl, że oni sami pracują nad tym, żeby ludzie byli do nich uprzedzeni. 

Naprawdę zachęcam do obejrzenia filmu Carrionera, bo ZA DUŻO LUDZI idzie ślepo w złą stronę. 

I na koniec, jeszcze raz.
- George Floyd stawiał opór podczas aresztowania. 
- Policjant, który go "zakuwał w kajdanki" nadużył swojej władzy,      zabijając mężczyznę.
- Pokojowe protesty mogą być.
- Zamieszki są złem, a zło złem nie pokonasz. 
- Wykorzystywanie śmierci Floyda do przestępstw jest OBRZYDLIWE. 
- Biali ludzie również brali udział w protestach jak i zamieszkach.


"GEORGE FLOYD I ZAMIESZKI CZYLI JAK ZNISZCZYĆ WŁASNE MIASTO"


Kliknij w obraz, by przejść do obejrzenia filmu


środa, 27 maja 2020

Co robi osoba nieznająca się na makijażu? Pisze o tym!

Ja makijażem się w ogóle nie interesowałam. Może kiedyś trochę jako dziecko, jak na małą dziewczynkę przystało brałam kosmetyki mojej mamy i się bawiłam. Do pewnego momentu kompletnie nie zwracałam uwagi na kosmetyki, na różne kosmetyczne rzeczy, robienie make-upu, czy na dziewczyny w klasie, które go wykonywały. W gimnazjum uważałam, że to za wcześnie, a w szkole średniej zrażał mnie widok niektórych dziewczyn, które nakładały tonę tej tak zwanej "tapety" i które wyglądały jak lalki, manekiny, no sztucznie, po prostu mnie to odstraszało. Widząc głównie "tapeciary" do głowy mi jedynie przychodziło, że "jak mam wyglądać jak one, to ja wole nie robić sobie żadnego makijażu". Jednak doszło do pewnej sytuacji, że stwierdziłam iż w sumie to przydałoby się, no fajnie by było i się jakoś pomalować, umieć to w ogóle robić. Niestety nawet w mojej rodzinie zdarzyło się wesele 😛 (i to nie jedno). Więc ja, jako poniekąd internetowa persona, w sensie, ze siedzę w internecie i go przeglądam, zaczęłam szukać na YouTube wskazówek co do makijażu, przeglądając różne kanały beauty, typu Red Lipsic Monster, czy Adrianna Grotkowska Make-Up. Przez jakiś czas oglądałam tego typu filmiki i przyglądałam się. Po jakichś pierwszych próbach zaczęłam poznawać własne oczy i dowiedziałam się na przykład, że mam opadające powieki, co wcześniej w ogóle nie zauważyłam i uważałam je za normalne. Po tym szukałam porad makijażowych pod tym kątem. Pamiętam też, że wtedy miałam zajawkę na robienie kresek eyelinerem, więc oglądałam rzeczy w tym kierunku. I mimo, że parę razy udało mi się zrobić fajną, dopasowaną do mojego oka kreskę, to nadal nie umiem jej robić. 

Wkrótce przyszedł czas na praktykę. Ale do tego chciałam kupić jakąś paletkę, jakąś nie drogą, żeby nie było szkoda. Cienie, które miałam w domu były stare, a swoją naukę chciałam zacząć kompletnie od początku z nowymi cieniami. Moim pierwszym wyborem była paletka dwunastu koloró z Lovely, "nude make up kit". Oczywiście wtedy nie za bardzo orientowałam się w tych rzeczach i przez przypadek wzięłam paletę, gdzie w większości są błyszczące cienie, a nie matowe. Mimo to, iż nie było to dokładnie to co chciałam, to się nie poddawałam, a nawet się cieszyłam. Skoro były już kupione, to trzeba było z nich skorzystać, i tyle. A czym ćwiczyłam robienie makijażu? Pacynką dołączoną do paletki, lub patyczkami higienicznymi. Ja jako naczelny buntownik uważałam, że nie potrzebne mi się jakieś pędzle, poradzę sobie tym co mam 😆. I tak przez jakiś czas tymi nie profesjonalnymi narzędziami sobie majstrowałam. Ale wbrew pozorom coś tam wychodziło. Nawet całkiem nieźle. Jak rodzince się podobało, to znaczy że coś w tym musiało być. Ale niestety tego nie uwieczniłam. Myślałam, że mam jakieś zdjęcia z jakiś moich pierwszych dzieł, ale niestety nie znalazłam w moich magicznych folderach ze zdjęciami. Myślałam że robiłam ale albo gdzieś zaginęły w czasoprzestrzeni, no albo jednak nie robiłam tych zdjęć. Z moich notatek wynika, że udokumentowałam z tamtego czasu jedynie próby z eyelinerem i kreskami na oku, a one wyglądały raz lepiej, raz gorzej, a raz nie wyglądały w ogóle.

01.08.2017

04.08.2017

04.09.2017


30.12.2017


31.12.2017

Ta ostatnia to wygląda nawet przyzwoicie. I chyba na powiece jest jakiś cień nałożony.Nawet to ładnie wygląda, tak delikatnie. Trzeba by było powtórzyć coś takiego z teraźniejszymi moimi umiejętnościami. 


Kiedy już powoli nadchodził czas owego wesela, powód całego zamieszania, stwierdziłam, że muszę porobić, jak ja to nazwałam, próby makijażu, bo po pierwsze, chciałam utrwalić, ustalić, albo odkryć kolejne kroki w robieniu makijażu, co sobie zaplanowałam, a po drugie chciałam wiedzieć jak postępować, żeby na pewno wyszedł, wtedy kiedy ma wyjść dobrze. Wiem, że wtedy planowałam sobie wszystko na dłoni. W zasobach mam tylko zdjęcia swatchy, myślałam, że mam jeszcze jakieś z samym próbnym makijażem, ale niestety nie znalazłam. 



Powoli coraz bardziej temat makijażu mnie interesował, w takim sensie, że chciałam go robić. Badałam cienie, które miałam, jak działają jak się zachowują. 



Wkrótce ta jedna paletka zaczęła mi nie wystarczać i zaczęłam rozglądać się za nową. Tym razem bardziej szczegółowo rozglądałam się za kandydatami do zakupu. Ostatecznie padło po raz kolejny na coś z w miarę jak dla mnie cenie, czyli znowu Lovely, paletka Choco Bons. Może nie ma ona jakoś za wiele kolorów, ale wtedy mi pasowało to, że wszystkie są matowe, są kolory jasne i ciemne i przede wszystkim jest CZARNY, czarny to był dla mnie priorytet. A pierwsza próba wyglądała tak: 



No mogło być lepiej. Ja z tego co pamiętam byłam z tego dumna. Teraz jak tak patrzę, to jakby krawędzie wygładzić, zrobić z nich taką chmurkę, to by było całkiem nieźle. No ja to robiłam pacynką, albo w sumie patyczkiem higienicznym, bo w tej palecie Choco Bons ta pacyna się szybko zepsuła, więc no 😅. Poza tym, to moje oko z tym makijażem wygląda trochę jak oko bohaterki z czołówki kreskówki "Winx Club". Nie wiem dlaczego, ale mi się z tym kojarzy. Może to dlatego, że za młodu naoglądałam się tego 🤷‍♀😆. W każdym razie, wracając do rzeczy, ja próbowałam dalej kombinując z nową paletą i wykombinowałam to:


12.10.2018

To by było dobre, gdyby nie byłoby takich ostrych granic nałożonych cieni. Tak jak w poprzednim makijażu. Jakby z tych cieni wydobywała się taka właśnie chmurka, to mogło by być to dobre. No i jeszcze jakby bardziej odciąć tym jasnym kolorem od kącika oka w górę, żeby więcej tego jasnego było, to chyba też poprawiłoby sytuację. Tam myślę. 

Podążając za podpowiedziami z internetu próbowałam majstrować z różnymi kolorami, które były na przykład kompletnie od siebie różne. Oczywiście to nie było idealne, bo to były jakieś tam moje eksperymenty. Próbowałam osiągnąć gładkie przejścia, żeby nałożone kolory wyglądały ładnie. Ale do tego była jeszcze długa droga. 

26.12.2018


Niestety nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia makijaży, które faktycznie robiłam w dniu jakiegoś wesele, czy na przykład z sylwestra i innych wydarzeń, gdzie odważyłam się zrobić swój nie-profesjonalny makijaż. Jestem w trakcie robienia czystek w folderach ze zdjęciami i jak na razie się nie natknęła, więc albo nie robiłam zdjęć, albo one mi gdzieś przepadły. Jeżeli coś znajdę w dalszych poczynaniach z czystkami, to gdzieś tam może pokażę. Ogólnie moją pisaninę o makijażu miałam zacząć inaczej, ale stwierdziłam, że w sumie to przydałoby się zacząć od początku, tak by było najsensowniej. Więc będzie tak jakby druga część, a w tym drugim wpisie będę pisać tak jak planowałam. 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie wspomniałam. Otóż ja jako już wspomniany naczelny buntownik, nie używam czegoś takiego jak podkład, rozświetlacz, czy bronzer, bo uważam to za niepotrzebne. No ale ja jestem dziwna, co na to poradzę. Może kiedyś to się zmieni, kto wie. Z jedną rzeczą zmieniłam zdanie, więc no.

A jak zmieniło się moje podejście do makijażu od tamtego czasu? No poza tym, że nadal uważam za niepotrzebne wspomniane przed chwilę, bronzery, rozświetlacze i inne, to spodobało mi się malowanie oczu, spodobało mi się bawienie z cieniami, robienie z nich czegoś i podoba mi się to, jak to u mnie ewoluowało. Dodatkowo z czasem, jak już trochę lepiej wychodziły mi te makijaże (nawet te robione pacynkami i patyczkami higienicznymi), to sposób w jaki te cienie się mieszały, przypominały mi kredki i to chyba był główny powód, dlaczego ja się tak bardziej zajarałam makijażem. Przypomina mi to trochę jakąś artystyczną formę, widziałam dużo bardzo kreatywnych umalowań oczu i mi się to podobało. Ale są też granice no i jak ktoś przedobrzy to jest szansa, że mi się nie spodoba. Ja lubię kreatywno-artystyczne rzeczy, więc mnie przyciągają do siebie, nawet w formie makijażu. Ja na Pintereście nawet tablice mam nazwaną "Make-Up", także to jest ten level. 

Co jeszcze się zmieniło? Otóż zdecydowałam się na zakup dwóch pędzli, jeden płaski, mocno zbity, równo ścięty, a drugi też płaski, ale ścięty na okrąg i tak jakby pocieniowane włosie ma i jest taki miękki. Postanowiłam sprawdzić, czy ułatwią mi życie i malowanie oczu. Oczywiście okazało się, iż to bardzo przydatne narzędzie i po jakimś czasie ich używania zaczęło mi czegoś brakować w tych dwóch pędzlach i kupiłam sobie trzeci, okrągły, którym łatwo się manewruję. Ale po czasie i jego używania zaczęło mi czegoś brakować i chce sobie kupić podobny, tylko trochę mniejszy od tego co mam. Jak na razie nie trafiłam na taki co by mi pasował. Moje zainteresowanie wzrosło do tego, że mam na oku dwie paletki, które chciałabym kupić. Dobra, na razie to tyle z mojego pisania. Jak już wspominałam, będzie tak jakby druga część tego wpisu, bo to tak jakby nie koniec moich początków, jeszcze po tych dwóch zakupionych paletkach coś się działo. A teraz się żegnam.


poniedziałek, 18 maja 2020

KAZIK - Twój ból jest lepszy niż mój [OFFICIAL VIDEO]

Utwór ten wyszedł dłuższą chwilę temu i mi się podoba i chciałam się podzielić na blogu taką dobrą rzeczą, ale nie wiedziałam, co napisać.

Teraz chcę ten utwór wysłać trochę dalej z powodu pewnego radia... 😏

wtorek, 12 maja 2020

Tego mi brakowało! | "Extraction"

Czasami wymyślanie tytułów jest najtrudniejsze 😬😅. 

O filmie dowiedziałam się  z Instagrama, albo Facebook'a kanału na YouTube Dafuq. Z początku ten tytuł zignorowałam, ale potem zobaczyłam fragment, zaintrygowało mnie to więc wyszukałam sobie pełny trailer. A gdy już go obejrzałam, to powiedziałam do siebie "To będzie zajebisty film". 

Ogółem od czasu, kiedy przestałam oglądać telewizję, to i przestałam oglądać filmy akcji, no i ogólnie filmy. Filmy oglądam głównie w kinie jak się na coś w końcu wybrałam, a tak to może parę razy obejrzałam coś w telewizorze, czy komputerze. Bardziej oglądałam swoje seriale. Kiedy wybieram się do kina to najczęściej wybieram filmy Sci-Fi, Fantasy, czy nawet wojenne, bo jako tako nie widziałam jakiegokolwiek filmu akcji, który mógł mnie zainteresować i bym na niego poszła. Tak więc trochę zapomniałam o tym gatunku. A to właśnie od niego zaczynałam swoją przygodę z filmami, to od filmów akcji zaczęłam oglądać filmy. Jarały mnie już jako dziesięcio, jedenastolatkę jak w nich się bili strzelali i tak dalej. Oglądało się wtedy takie "Desperado" na przykład. A teraz już dawno przeminęły czasy, gdzie ja cały czas siedziałam przed telewizorem, znałam całą ramówkę wszystkich stacji na pamięć i wiedziałam gdzie jaki film będzie puszony. 

Po obejrzeniu traileru do "Extraction" wzięło mnie znowu na wspomnienia, na które jestem ostatnio podatna i przypomniały mi się tamte czasy i doszło do mnie, że ja dawno nie oglądałam tego gatunku filmu u w sumie to się stęskniłam, za tymi walkami, strzelaninami, wybuchami i tego typu rzeczami. 

Jak wpisałam w Google tytuł filmu, żeby sprawdzić jak go ludzie oceniają tę produkcję, to prawie bym pominęła go przez ten polski tytuł, który potem mnie rozśmieszył. Naprawdę, czasami powinni się powstrzymać od tłumaczenia i nadawania filmom polskich tytułów, bo w niektórych przypadkach to nie działa. Ja i tak używam tych angielskich. 



"Extaction" jest prostym filmem, ma prostą fabułę i ma być czystą rozrywką. Jak ktoś szuka czegoś ambitniejszego, no to nie koniecznie tutaj, ale jak ktoś chce bijatyki i strzelanie, to to jest opcja dla niego. Właśnie w tej prostocie tego filmu jest urok. Nie trzeba myśleć jakoś za bardzo nad tym, co się dzieje, nie musisz być skupiony, żeby czegoś ważnego nie przeoczyć. Po prosu oglądasz rozwój sytuacji, którą ci przedstawiono. Jest wstęp, rozwinięcie i zakończenie. 

Treść "Extraction" jest prosta. Nasz główny bohater, Tyler Rake, najemnik, podejmuje się zadania przejęcia chłopca, który jest synem barona narkotykowego siedzącego w więzieniu, a który jest zakładnikiem konkurencji ojca. Jednak nie idzie wszystko zgodnie z planem i Rake mimo rad o przerwaniu misji, kontynuuje swą pracę. 

Nim obejrzałam ten film, spodziewałam się banału, który będzie miał jakąś fabułę, a w większości to będzie bijatyka, strzelanina i tak dalej, z szybkimi ujęciami, z szybkimi cięciami, gdzie wszystko będzie się szybko działo. Tak podobnie to innych tego typu filmów. Ale jednak twórcy "Extraction" podeszli do robienia tej produkcji trochę inaczej i nie poszli na łatwiznę. 

Sceny z dialogami miały cięcia, wiadomo, oglądający powinien widzieć postać, która się wypowiada oraz jej mimikę twarzy, czy gesty, żeby zrozumieć daną postać, żeby coś w niej wypatrzeć, wyrobić jakieś zdanie na jej temat lub po prostu się z nią zapoznać. Zaś przy grubszych akcjach, przy dłuższych momentach, to mi nieźle zaimponowali. Zrobili coś na wzór jednego ujęcia. Czyli, na przykład, scena gdzie Rake z chłopakiem wsiadają do auta, żeby uciekać, a kamera idzie razem z nimi, potem podąża za samochodem, a gdy nie ma przejazdu, razem z nim cofa i ponownie jedzie do przodu. Najbardziej urzekła mnie, chyba najdłuższa tego typu scena, gdzie kamera płynnie przechodziła od Rake'a i chłopaka do tych złych, zwinnie przechodząc po budynku w którym działa się akcja, przez drzwi, okna, balkony, poprzez różne mieszkania w które wchodzili, klatki schodowe podążając za konkretnymi postaciami. Podobało mi się to, jak kamera śledziła Rake'a, potem skierowana na przykład na jakieś drzwi, robiła przejście i widzieliśmy tych złych, a potem znowu przejście w jakimś oknie i znowu widzieliśmy co robi Rake. Będąc przy jednej ze stron dobre było to, że nie wiedziałeś co się zaraz stanie i na przykład patrząc perspektywą tych złych, nie wiedziałeś co się wydarzy, a Tyler Rake zaskakiwał nie tylko swoich przeciwników, ale i oglądającego. To jedno ujęcie oczywiście nie było jak w filmie "1917", ale było świetnie zrobione i jak na film akcji robiło wrażenie. 




Dobrą rzeczą w "Extraction" były jeszcze sekwencje, choreografie walk. Ja czerpałam przyjemność oglądając je. Się nawet emocjonowałam. Były dobrze zrobione. Czasami w filmach widać, że te walki nie są prawdziwe, wiadomo, to tylko filmy, ale wiadomo też to, że jak coś wygląda realistycznie, to człowiek lepiej to odbiera, robi to na nim lepsze wrażenie, dlatego ja miałam satysfakcję oglądając te dobrze zrobione, dopracowane sceny walk w tym filmie. Dodatkowo, jak dobrze się zorientowałam, to Chris Hemsworth wcielający się w postać Tylera Rake'a, wszystkie te akrobacje robił sam i zrobił dobrą robotę. Z tego co widziałam, to w wielu produkcjach aktorzy grające główne role mieli swojego dublera od kaskaderki, który robił za niego hardcore'ową robotę i widać było to na filmach, właśnie te szybkie cięcia, robienie tak, żeby twarzy dublera nie było widać, a wiadomo jak się coś dzieje bardzo szybko, to nie zwróci się uwagi, że to nie aktor. A tu, całą robotę robił aktor, co daje tego rzeczywistego wyglądu. Można się przyjrzeć postaci podczas walki, czy inne emocje. Widać reakcję na jakieś małe zadrapanie, czy oberwanie nożem, albo pięścią. Głównie spotykam się z tym, że główny bohater jest twardzielem i jakieś tam małe rozcięcie jego skóry nożem nic na niego nie robi. I właśnie Chris Hemsworth pokazywał mimicznie to, że ktoś rozcinał jego postaci skórę nożem, czy jak był postrzelony, to widać było grymas bólu w jakichś tam sytuacjach. Często w filmach bohater zapomina, że przed chwilą dostał kupkę w ramię i jakby go to w ogóle nie bolało. 



Fajnie było zobaczyć Chrisa Hemswortha w innej roli, niż w roli Thora. No nie oglądałem filmu "Men In Black" z jego udziałem z pewnych powodów, a na filmy z jego udziałem jakoś się nie napatoczyłam, nawet w czasie gdy cały dzień przed telewizorem siedziałam, a przeglądając jego filmografie to właściwie nie ma czegoś, co by zwróciło moją uwagę. Jako Thor mi się podobał, no może pomijając drugi film, jako Tyler Rake też mi się podobał, przy tej postaci się napracował i ogólnie elegancko wyszło i podobno ma być druga część "Extraction" więc bardzo fajnie, może aktor pokaże jeszcze więcej. 

Ogółem dwie główne postacie, Tyler Rake i Ovi, ratowany chłopak, są opisane bez większych szczegółów. Dowiadujemy się co nieco o Rake'u, ale nadal jest tu taka nutka tajemniczości, ale też mniej więcej wiemy co może nim kierować, gdy mimo zepsucia się planu, on chce wykonać swoje zadanie. Ta rzecz też była inna w pewnym punkcie filmu, a która z czasem, z biegiem filmu się zmieniła. Bliżej końca filmu los Tylera trochę mnie zaskoczył. Nie spodziewałam si tego, co się stało. Tu też sugerowałam się takimi trochę stereotypami amerykańskich filmów akcji. Tylko jestem teraz mega ciekawa, jak oni to rozwiążą w kontynuacji, wprawdzie końcówka, rozmazany drugi plan ostatniej sceny przed napisami końcowymi, coś sugeruje, ale nadal zostawia człowieka w niepewności. 



Tak więc spodziewałam się czegoś innego, obejrzałam coś o wiele lepszego. Fajnie było zobaczyć dobry film akcji i trochę powspominać dawne czasu, tyczące się własnie tego gatunku filmu i tego jak nałogowo oglądałam telewizje oraz filmy, powtarzane wiele razy, a które lubiłam i przecież "nie mogłam" ich emisji opuścić. "Extraction" zrobił na mnie ogromne wrażenie i uświadomił mi to, że brakowało mi trochę tego typu filmów, Chris Hemsworth zrobił dobrą aktorską robotę. Mam nadzieję, że kontynuacje będzie lepsza i jeszcze bardziej mnie zaskoczy. Pewnie o czymś zapomniałam wspomnieć, jak zawsze, ale trudno, bywa.

Ciekawe jak wiele razy powtórzyłam tytuł filmu, imię głównego bohatera, słowo "film" i innych często powtarzanych słów 🤔🧐😆😂.


Hmmm, to może czas, na kolejny film?









niedziela, 3 maja 2020

Warto obejrzeć.

Ostatnio miałam przyjemność zobaczyć kolejną kreatywną stronę Człowieka Wargi z kanału na YouTube zDupy. Ogółem lubię i szanuję jego twórczość. To nie jest kolejny jutuberzyna robiący 'czelendże' i filmy z kisielem, czy innymi kulkami w basenie. Poza filmami z humorem robi też te bardziej poważne, przedstawiając sprawę w swój, oryginalny sposób. 

Niedawno opublikował on swój pierwszy (i mam nadzieję nie ostatni) film krótkometrażowy, który zaorał mi banię. Dosłownie. Film i wrażenia po nim musiały u mnie w głowie poleżeć dłuższą chwilę. Daje on do myślenia pod różnymi kątami, zwraca uwagę na pewne rzeczy. W filmie zagrała rodzina Wargi, i całej trójce należy się szacunek i brawa, bo musieli oni robić trudne sceny. Można by było przyczepić się do niektórych rzeczy, że tam aktorstwo delikatnie słabe, a tam słaba praca kamery, czy coś, ale nie będę tego robić, bo to w niczym nie przeszkadzało, żeby całość mnie wciągnęła i poruszyła. 

Ja mam dziwne przeczucia co do spraw przyszłości. W sensie, jeżeli byłoby tak, jak pokazuje większość filmów, że większość rzeczy robią roboty i inna elektronika za ludzi, to mnie by to trochę niepokoiło. Było by to z jednej strony fascynujące, do czego doszła ludzkość, ale z drugiej strony bardzo creepy. Patrząc na to, jak to teraz jest z telefonami, bez których niektórzy ludzie żyć nie mogą, bo przecież 'muszą' odpisać na wiadomość, która ma treść "XD". To prawdopodobnie, gdy dojdzie do tego, że technologia będzie tak rozwinięta, że człowiek będzie musiał wypowiedzieć tylko jedno słowo, albo jeden gest, żeby coś włączyć/wyłączyć, i większość będzie robił za człowieka komputer, to rodzi we mnie niepokój. Z jednej strony było by to pomocne dla ludzie, ale z drugiej też niebezpieczne, jak taka technologia będzie miała możliwość rządzić ludźmi i sterować nimi jak marionetkami. 

To takie przemyślenia po właśnie tym filmie, ale zostawmy moje rozkminy, bo o to szeroki temat gdzie można byłoby sobie popisać, ale najpierw bym musiała poukładać sobie myśli.

Tymczasem razem z "Odyseją 2010" Wargi wyszły jeszcze dwa filmy z pod szyldu jednego projektu. Swoje krótkometraże zrobiły Szparagi i Ajgor i podobnej tematyce, ale zrobione w kompletnie inny sposób, idą w kompletnie inną stronę. W teorii wszystkie trzy mają poniekąd to, gdzie już podobne można było zobaczyć, ale widać jednak pomysł twórców. Są gdzieś tam motywy, które możemy kojarzyć, ale są one ugryzione po swojemu. 

"Skansen" mi się podobał. Podobał mi się ten pomysł z androidami (tak bardzo klimat "Detroid: Become Human") i ten kontrast między wsią, a technologią. "Clickbait" był dobry, ale mi się nie podobał. Można tak? Widać w nim dobrą robotę i fabuła też niczego sobie, ale jakoś mi się nie podobał. 

Najbardziej poruszył mnie film Wargi, ale twórcy pozostałych dwóch też odwalili dobrą robotę, mimo, że ten jeden mi się nie podobał. Widać we wszystkich trzech pracę i zaangażowanie. Doceniam takie rzeczy na YouTube i fajnie, że chcieli zrobić nie coś klikalnego, o łatwym scenariuszu, z jakimś wyzwaniem, tylko coś swojego. Takie ambitniejsze, bym powiedziała. Bo każdy jeden mógłby robić filmy, ale to nie oznacza, że to będą dobre, kreatywne rzeczy (wystarczy popatrzeć co trenduje na YouTube). 

Chciałabym chociaż trochę wesprzeć takich ambitnych twórców. Może mój blog nie jest jakiś popularny, ale kto wie, może znajdzie się ktoś, kto wpadnie na niego, zobaczy ten wpis i zobaczy te filmy. Mam taką małą nadzieję, bo jak wiadomo, "nadzieja ostatnia umiera". 


ODYSEJA 2010 - film krótkometrażowy Wargi




SKANSEN (film krótkometrażowy) - [ Szparagi ]



Clickbait | short film