poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Obejrzałam pierwszy film DC. I to czterogodzinny. | "Zack Snyder's Justice League"

Znaczy nie taki pierwszy, bo widziałam wcześniej "Suicide Squad", czy "Joker", ale pierwszy mam na myśli film z superbohaterami, nigdy wcześniej nie oglądałam na przykład filmów z Supermanem, Batmanem i innymi takimi.

Do tej pory z superbohaterami z uniwersum DC nie było mi po drodze, oczywiście z tymi filmowymi, bo seriale niektóre z takowymi oglądałam. Jakoś filmy o Supermanie, albo Batmanie jakoś mnie nie przyciągały. Kiedy pojawił się jakiś trailer, takiego "Aquamana" czy "Justice League" w wersji z 2017 roku i zainteresowałam się filmem, to potem pojawiały się recenzje, opinie i oceny na Filmwebie i okazywało się, że nie były tak fajne jak trailery zapowiadały. I to tak mnie zniechęcało do tego uniwersum. Nawet gdy wyszedł trailer "Wonder Woman", a po premierze zgarniał pochwały, na IMDb ma ocenę 7,4, to się jakoś nie przekonałam się do seansu. Mimo to, iż interesowały mnie jakieś postacie, na przykład Aquamana, ale opinie o filmie odrzuciły mój pomysł o obejrzeniu niego. Podobnie z postacią Flasha, którą chciałam zobaczyć, jak została przedstawiona przez innego aktora, w innej produkcji, ale "Justice League" okazał się według opinii kiepskim filmem.

W filmowym świecie bliżej było mi do Marvela. Choć ostatnim czasem mi się przejadł. Cały czas coś było z tego wypuszczane. Z DC oglądałam jedynie seriale, te z CW. "Arrow", "Flash", "Legend's Of Tomorrow". Jak się pojawiła informacja o tej drugiej wersji Ligi, to gdzieś ponownie obudziło się we mnie jakieś małe zainteresowanie. Gdy już pojawiła się, to zdziwiłam się tymi czterema godzinami, ale i nabrałam ochoty na obejrzenie, bo opinie mówiły, że to bardzo dobry film. Z początku to nawet 9,5 na IMDb było. No i obejrzałam. Szybciej niż serial, który miałam zacząć oglądać, a odciągam to już nie wiem ile (a zaczęło się od "zacznę oglądać za tydzień"). 

Na początku czułam się trochę dziwnie, gdy zaczynał się film, bo i pierwszy film z DC, ze światem, którego od tej strony nie znałam, i nie widziałam innych filmów z DC, do tego nie lubiłam koncepcji postaci Supermana i Batmana, nie wiem dlaczego, może kiedyś się to zmieni. I pomyślałam sobie, że, cholera, jak "Liga" będzie nawiązywać do poprzednich produkcji, to nie będę w temacie. Na szczęście po kilku minutach, gdy weszłam trochę ten świat, moje dziwne uczucie znikło, a w trakcie oglądania nie odczułam, że czegoś nie wiem. Z racji tego, że właśnie innych filmów nie widziałam, to i nie wiem, czy są nawiązania, czy nie, ale jeżeli są, to ci co oglądali to wiedzą, tacy jak ja nie oglądali nie wiedzę, ale taki random jak ja może sobie "Zack Snyder's Justice League" obejrzeć i wiadomo o co chodzi. Podczas oglądania nie poczułam, że czegoś nie wiem, tak został zbudowany ten film. Znaczy, jak były odniesienia do filmu, w którym był Batman i Superman, to się mniej więcej domyślałam, o co chodzi, bo mimo iż nie oglądałam, to gdzieś tam było mówione. A siedzę w tematach filmowych, interesuje się, więc chcąc nie chcąc obiło się o uczy. 

Wpierw powoli wchodziło się w fabułę, coś się dzieje u Amazonek, wysyłają one sygnał, który dotarł do niejakiej Wonder Women. Batman w normalnym ubraniu szuka innych ludzi o supermocach, bo przeczuwa, że coś nadchodzi. W między czasie, gdy przedstawiany jest powoli problem, poznajemy postacie Aquamana, Flasha i Cyborga. Trochę ich poznajemy, trochę ich historię oraz ich motywów. Podobało mi się to, że bez pośpiechu poznałam te postacie. Ogólnie każda z głównych postaci miał swój czas na ekranie. Nie czułam, że kogoś jest za dużo. Nikt mnie nie irytował. Każdy mógł pokazać co potrafi, w szczególności ci, co na czas pierwszej wersji filmu nie mieli swojego. 

Bardzo spodobała mi się postać Flasha, i jak tę postać przedstawiono. Tam była jedna cringe'owa scena, ale da się ścierpieć, długa nie była. Nie byłam do niego przekonana, miałam obawy, co pewnie było spowodowane patrzeniem przez pryzmat serialu. Te odczucia zostały mi po obejrzeniu traileru "Justice League" z 2017 roku. Okazało się, iż filmowy Barry Allen to bardzo fajny chłopak z poczuciem humoru. Nawet nie trzeba było go prosić, by dołączył do zbieranej przez Bruce'a Wayne'a ekipy, który nawet nie zdążył się do końca spytać, co on w ogóle chce. Swoją drogą bardzo podobał mi się moment w scenie, gdzie pierwszy raz tamci dwaj rozmawiają i w pewnym momencie Bruce rzuca w kierunku Barry'ego Batmańską rzutką, a speedster używając swych mocy tak się jej przygląda, a potem jak ogarnia, kto do niego przyszedł, łapie ją. Bardzo mi się podobało jak moce szybko biegającego zostały pokazane, nie tylko w tej scenie z resztą. W momencie, gdy go poznajemy jest świetna scena, gdzie pokazana została jego szybkość, on tyle porobił, a dla normalnych ludzi była to chwila. Na końcu filmu Flash miał genialną scenę, która mnie ujęła. Pokazany został speedforce, możliwości, jakie niosą ze sobą moce Barry'ego. W ogóle moment, gdy chłopak jest w swoim mocno przyśpieszonym czasie został tak super pokazany, wszystko wokół jakby włączyło pauzę, a chłopak normalnie się porusza, z piorunami. Pod niektórymi względami ten filmowy Flash bardziej mi się podoba. Chciałabym zobaczyć jego solowy film, bo poczułam świeżość co do tej postaci. 

Cyborg sam w sobie trochę mniej mnie zafascynowała, ale jego historia. Ojj, jego historia. To jak się stało, że jest tym Cyborgiem. Ujęło mnie. Nie wiem co chłop, który go stworzył miał w głowie, no ale cóż. Nie dziwię się, że chłopak (o ile można go tak nazwać) nie mógł się pogodzić ze swoim nowym życiem.No było emocjonalnie. I creepy. Podczas seansu okazało się, że Wonder Woman nie irytowała mnie tak, jak się tego spodziewałam. Trochę uprzedzona byłam do niej, ale to spowodowane było tym, że straszny hype na nią wyrósł, bo w końcu jakiś dobry film z DC wyszedł i się ludzie jarali. Jednak oglądając "Justice League" Snydera spodobała mi się ta postać. Przyjemnie mi się oglądało Dianę, pierwsza scena z jej udziałem była bardzo dobra, podobała mi się. I oglądałam porównanie tej sceny, tą z 2017 z tą z 2021. Gdybym obejrzała tą pierwszą, to prawdopodobnie nadal bym tej postaci nie lubiła. Kiepskie to było w przeciwieństwie do tej drugiej wersji. Przez chwilę miałam w myśli, by zobaczyć ten film z 2017 roku, sprawdzić jak bardzo słaby jest, ale patrząc na to porównanie i parę innych, które oglądałam, to chyba jednak nie. Przed obejrzeniem nowej "Ligii" podobne odczucia jak do Wonder Woman miałam do Batmana i Supermana. Ich nie lubiłam. Zaś jak oglądałam film, to te postacie były w porządku, nie odczuwałam jakichś negatywnych emocji. Na razie są dla mnie neutralni. Również przeszło mi przez myśl, by zobaczyć ich filmy, ale zobaczę, co z tym dalej zrobię. A, i jeszcze Aquaman. Chłop jest po prostu zajebisty. Ja się z nim utożsamiam, nie tylko dlatego, że mój znak zodiaku to Aquarius, ale dlatego, że często używa sarkazmu, do rzeczy podchodzi tak na luzie, może nawet z obojętnością. Ja robię tak samo. Szkoda że było go troszeczkę za mało w filmie, mogłoby być go troszkę więcej. Do tego dostał słaby film, który mimo słabizny obejrzałabym dla samego Aquamana. 

Gdy cała ekipa została zebrana, zaczęła działać, bo ten zły już nawet nie pukał do drzwi, tylko robił swoje. I to jak oni współpracowali, to aż miło się patrzyło. Jeden coś robił, potrzebował pomocy, drugi to zauważył i ruszył na pomoc. Jedna strona nie prosiła, druga strona nie pytała, czy potrzebna pomoc. Wystarczyło, że w swoich działaniach po prostu siebie obserwowali. Bardzo mi się to podobało. Na przykład Wonder Woman skacze za swoją bronią, by ją złapać. Flash widzi, że nie da rady, więc biegnie jej na pomoc, by te broni jedynie tyknąć palcem. Między bohaterami nie było gwiazdorzenia, nie było czegoś takiego jak "idę sam, bo jestem najlepszy", "zajmę się tym, by reszta nie musiała ryzykować życia", czy inne takie. Częsta w filmach główny bohater aż za bardzo chce pokazać swoją odwagę i heroizm, co dość mocno kuje w oczy. A Liga elegancko płynęła w swoich działaniach. 

"Zack Snyder's Justice League" ma wstęp, przedstawienie postaci, rozwinięcie i zakończenie. Na początku pokazali o co się rozchodzi, pokazali postacie z kawałkiem ich historii, by trochę się z nimi zapoznać. Potem rozwinęła się współpraca Ligi razem z rozwinięciem fabuły, gdzie zaczynają się dziać rzeczy, no i na końcu zakończenie całego problemu z tym złym. Koniec sugerował kontynuację, więc jak to będzie ponownie od Snydera, to z miłą chęcią obejrzę. 

Film jest tak zbudowany, że wszystko składało się w całość, nie było niedomówień, a te cztery godziny nie były nawet odczuwalne. Tak wszystko płynęło, że bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się oglądało. To dla mnie taka świeżość w filmie o superbohaterach po Marvelu. Pewnie dlatego, że Marvel delikatnie mi się przejadł. Może właśnie obejrzę jakieś wcześniejsze produkcje DC, tak żeby nie siedzieć aby w jednym świecie. 


niedziela, 21 marca 2021

Kolejne próby makijażowe.

Jak to się zaczęło, że zainteresowałam się makijażem? Pierwszy wpis na ten temat:

Rozwinięcie tematu. Drugi wpis o makijażu:

Tak dla przypomnienia, skąd makijażowe wpisy się wzięły.



Ostatnio mam zastój w pisaniu wpisu, i ogólnie moja wena sobie gdzieś poszła. Tu wiem co chcę napisać, a tu kompletnie nie wiem jak ubrać w słowa. Przypomniało mi się, że mam wpisy makijażowe przygotowane, więc postanowiłam jeden wykorzystać, bo moje pisanie jeszcze może trochę potrwać 😆.


Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, paletka z Makeup Revolution, Sophix, zainspirował mnie do dalszych, bardziej regularnych prób malowania makijaży i pisania o tym, tak po prostu, bo temat ten mnie bardzo zainteresował.

Tak więc próbowałam nowych rozwiązań, nowych połączeń, szukałam nowych sposobów nakładania cieni, sposobów blendowania, czy sposobów używania pędzli. Poza obejrzeniu iluś tam filmów na YouTube i przyglądaniu się jak autorki filmów nakładają, blendują i sposób posługują się pędzlami, to ja niczego po nich nie powtarzałam, tylko sama kombinowała i to co podpatrzyłam wykorzystywałam w swoich zamysłach. Sama odkrywałam wszystko. 

Na początku używania tej palety z Revolution, to to moje używanie było trochę takie nieśmiałe. Patrząc na poniższy makijaż, do którego wzięłam ten pomarańczowy kolor: 



Do tego pomarańczowego, ja, jako mroczna dusza, musiałam dodać czarnego. Ja wtedy miałam fazę na robienie, a raczej na próbowanie robienia Rockowych makijaży. Teraz też tak mam, ale jestem otwarta na inne rzeczy.



Słabe zdjęcie, ale cóż. 

Na zamkniętym oku nie wygląda najlepiej, ale jak oko się otworzy, to już nie wygląda najgorzej. Widać, że tego mistrz nie robił, ale nie jest to jakieś najgorsze. Bywały gorsze. Najładniej to wygląda na zdjęciu na wprost. Ten czarny z pomarańczowym fajnie się wymieszały, tworzą taką fajną spójną całość. Ja pamiętam, wtedy używałam głównie dwóch, czasami może trzech cieni, bo na więcej kolorów chciałam się przygotować, chciałam nabrać trochę doświadczenia w malowaniu i wolałam zacząć od mniejszej ilości, żeby było po prostu łatwiej.




Po zakupie tej paletki przez conajmniej tydzień robiłam codziennie jakiś makijaż i tak w trakcie pisania tego wpisu pomyślałam, że zapodam jeszcze jeden makijaż, bo pasuje do tego poprzedniego i w ogóle chyba będę po dwa zapodawać, jak i może więcej, gdy będzie więcej podobnych. Zobaczymy. Trochę improwizuję. 

Tak więc znowu poszedł ten pomarańczowy, ja się naprawdę jego czepiłam, nałożyłam go w kąciku oka i on promieniował, żeby potem się z kolejnym zblendować. Potem poleciał kolor Danger, taki bordowy, chyba, ja jestem prostym człowiekiem, jakichś innych dziwnych nazw nie znam. Ech, słabe zdjęcie. No i ponieważ chciałam być ambitna, to jeszcze do tego czarny dorzuciłam. 


Wyszło tak, not bad. No teraz, to bym próbowała jeszcze bardziej wyblendować kolory, a cieniowanie bym próbowała, jako tako, zakończyć taką chmurkę. Rzecz, która jest widoczna, to ta perfidna krecha od taśmy, którą sobie pomagałam, a wokół niej jakieś plamy i inne niefajne rzeczy. Musiałabym teraz powtórzyć i zobaczyć jak taki makijaż by mi wyszedł, od września 2019 trochę minęło. Ale po kolei, najpierw to co już mam, potem po kolei palety, omówienie och szerzej i tak dalej. 




Na teraz to koniec moich makijażowych przygód. Jak dobrze pamiętam swoje notatki, to kolejne makijaże będą w brązach, plus mały fail, ale te też muszą być. A teraz It's time to go, for now. Bye!


poniedziałek, 8 marca 2021

Obejrzałam serial dla małolatów. | "Girl Meets World"

Zamiast obejrzeć jakiś serial z listy do obejrzenia, to ja jakiś serialik oglądam 😆. 

Ja seriale poznaje w różne sposoby. Sprawdzam filmografię jakiegoś aktora/aktorki, widzę reklamę na Twitch - "The Boys" albo "Hunters" często reklamowali, zobaczę może jakąś recenzję lub gdzieś coś usłyszę. Albo... zobaczę jakiś filmik z jakąś komplikacją i coś wpadnie w oko. 

Pewnego razu nie mogłam usnąć, pewnie pełnia księżyca była, czy coś, i oglądałam YouTube. Tam zaproponowano mi jakieś wideo, które obejrzałam, a pod tym filmem zaproponowano mi komplikacje najlepszego "czegoś", nie pamiętam, z seriali Disneya. I w tej komplikacji były urywki "Czarodziejów z Waverly Place", "Taniec Rządzi", chyba jakaś "Hannah Montana", a między nimi gdzieś przewijały się sceny z "Girl Meets World". Potem pojawiały mi się kolejne rzeczy z tym serialem, a w tym wszystkim zainteresowała mnie postać Mayi. Spodobał mi się jej charakter. Widać było, że to buntowniczka, lubi rzucić ciętą ripostą, sprytna, cwana dziewczyna. Po prostu wydawała mi się fajną interesującą postacią. I przeszło mi przez myśl, żeby sprawdzić sobie ten serial, bo spodobała mi się ta postać tej dziewczyny i fajnie byłoby zobaczyć chociaż jeden, czy dwa pełne odcinki tego serialu. Pomyślałam, że prosty angielski, to trening językowy, nie będę miała co oglądać, to sobie włączę. A w razie gdyby i się nie spodobało, to zawsze jest "x"  w zakładce. 

I sobie włączyłam ten serial. Dwa pierwsze odcinki włączyłam właśnie na próbę, żeby zobaczyć, czy to jest oglądalne. Ogółem nowe seriale z Disneya, Nickelodeon, czy czegoś innego nie przemawiają do mnie. Te seriale po "Czarodziejach z Waverly Place", "Hannah Montana" i innych z tego okresu, kompletnie mi się nie podobają, są głupie, ich fabuła jest nijaka, o niczym. Ja rozumiem, że dla młodszej widowni i humor ma być prosty, i fabuła taka adekwatna dla danego wieku, czasami coś takiego lekkiego odmóżdżającego, aby dzieciak się odstresował, ale humor polegający na śmianiu się z papierka po cukierku leżącego na stole, a postacie są głupie i kreowane na brak mózgu, a fabuła nie opowiada o niczym, to nie jest coś, co bym puszczała jakiemukolwiek dziecku. Dlatego byłam ostrożna co do "Girl Meets World", bo właśnie na pierwszy rzut takim serialem się wydawał. 

Obejrzałam całe trzy sezony i pozytywnie się zaskoczyłam. Taki prosty Disneyowski serial, w którym dorastająca dziewczyna spotyka się z realiami świata. Wiadomo, że jak jest się w wieku między dziecięcym a nastoletnim, to rzeczy się trochę zmieniają, nie jest się jakoś bardzo dorosłym, ale w sumie dzieckiem też nie za bardzo i nie wiesz, czy możesz bawić się lalkami, czy już nie wypada. A dorastając ma się do czynienia z coraz większą ilością rzeczy, coraz bardziej poznaje się życie i jak działa świat i niektóre rzeczy dotykają mniej, inne bardziej. Z tym wszystkim możemy spotkać się w tym Disneyowskim serialu.


Główną bohaterką jest Riley, ale oczywiście zahaczane są inne postacie, jak na przykład jej najlepsza przyjaciółka Maya, przyjaciele Lucas i Farkle, czy brat z rodzicami. Zaś właśnie Riley poznaje świat i to ona najczęściej ma jakiś problem, że to tak ujmę. Z większości odcinków można coś wynieść. Od takich prostych morałów, jak nie należy kłamać, że powinno się być sobą i nie upodabniać do kogoś innego, bo gdyby wszyscy ludzie byli tacy sami to na świecie byłoby monotonnie, plus sam fakt, że nie byłoby się sobą. Albo jeżeli podejmuje się zadania młodszego brata, to trzeba być odpowiedzialnym, lub trzeba trzymać się zasad, bo bez nich byłby chaos. Natomiast poruszane są również poważniejsze tematy, jak brak jednego z rodziców i nienajlepsze relacje z tym drugim rodzicem, zmiana klimatu, jakieś wydarzenia z czasów wojny, komunizm na przykład, czy nawet śmierć. W większości przypadków wynoszona była jakaś lekcja, przenoszenie czegoś z przeszłości, nawet jakiejś sytuacji z wojny, jako przykład w dzisiejszym świecie, że to tak ujmę. Oni wzięli jakąś sytuację podczas wojny i przełożyli na teraźniejszość. 

Był mały epizod postaci pani Svorski, mająca własną piekarnię, do której lubił chodzić Auggie, brat Riley. Lubił też pewien żart, który pani Svorski mu opowiadała za każdym razem, gdy przychodził. Brzmiał on "It's not Ukrainian bakery, it's our bakery", to nie Ukraińska piekarnia, to nasza piekarnia. Mogłam dokładnie tego nie zacytować, ale znaczenie nadal jest takie samo. I chyba każdy wie o co chodzi. Ja się tak zdziwiłam, że padł taki żart. W takim serialu, Disneya, amerykańskim, dla małolatów taki żart? pomyślałam. Jasne, iż to mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Ale Ameryka kojarzy mi się właśnie trochę z tym stereotypem, że amerykanie nie wiedzą gdzie Polska, czy inne, to i się trochę zdziwiłam, że ktoś zdecydował się umieścić taki żart. Będąc przy pani Svorski, to w chyba drugim odcinku z nią, oddaje ona swoją piekarnie matce Riley, a na końcu okazuje się, że pani Svorski zmarła. To bardzo zasmuciła wszystkich, bo do tej piekarni przychodzili wszyscy, ale najbardziej Auggiego i w którymś z kolejnych odcinków było odniesienie do tego, gdy chłopak "rozmawia" przed snem z panią Svorski, mając nadzieję, ze jest w niebie i go słyszy. Miałam takie "oooo", rozczuliło mnie to. Wiadomo, że dzieci, nie wiem ile Auggie miał lat, to jeszcze nie wszystko rozumieją, z takimi "dorosłymi" rzeczami mają pierwszy raz styczność i im trochę ciężej coś wytłumaczyć. I jak Auggie mówi, że gadają do siebie, tak naprawdę gadał do pani Svorski, to delikatnie złapało mnie za emocje.

"Girl Meets World" ma prosty humor pasujący do targetu, i choć zdarzyły się jakieś pojedyncze głupie teksty, to można je zdzierżyć, nie złapałam jakiegoś cringe'u, więc nie było źle. Ja się uśmiałam, szczególnie z tekstów Mayi, albo z dialogów między nią, a Riley. A ponieważ Riley jest trochę dziecinna i tak jak tytuł mówi, poznaje świat, a zszokować ją potrafią nawet proste rzeczy i oczywiste rzeczy, co również powoduje większe i mniejsze wybuch śmiechu. Też niektóre rzeczy specjalnie twórcy zrobili tak, aby się Riley zdziwiła, żeby po prostu było śmiesznie. 

A, nie wspominałam o jednej, dość ważnej myślę rzeczy. Chwilę wcześniej pisałam, że w większości odcinków wynoszona była nauka, wynoszony był morał, a to zrobione zostało w fajny sposób. Otóż Riley z Mayą i resztą przyjaciół, chodzi na lekcję histori, gdzie uczy ich jej tata. I to własnie on opowiadając o historii wyciąga z niej przydatne rzeczy. Zazwyczaj odcinki zaczynały się właśnie od lekcji historii i dotyczy jej tematu, w trakcie nich bohaterowie dowiadywali się czegoś, doświadczali czegoś, uczyli się czegoś, dochodzili do jakiegoś wniosków i na końcu jest morał. 

Też "Girl Meets World" jest odniesieniem, na Wikipedii pisało, że kontynuacją, serialu "Boy Meets World", i są w nim bohaterowie tego starszego. W "Boy Meets World" głównymi bohaterami byli rodzice Riley, oraz ich przyjaciele. I nie tylko rodzice pojawiali się w tym młodszym tytule, na przykład najlepszy przyjaciel Coreya, taty Riley, Shawn. Też w "Girl..." są ogólne odniesienia do "Boy...", albo nawet wchodzi w jego świat. Bardzo mi się to spodobało. 

Podobał mi się serial "Girl Meets World" jak na serial dla małolatów. I docelowy target będzie miał rozrywkę oglądając go, i coś z niego wyniesie. Ja tam obejrzałam go sobie do śniadania, albo ogólnie do jedzenia, ja robiłam sobie od czegoś przerwę, albo jak przetrawiałam koronkę, i miałam rozrywkę, i co obejrzeć takiego niewymagającego i trening angielskiego. Fajnie, że się okazało, iż serial ten nie jest głupkowaty, jak większość tych nowych seriali, z którymi gdzieś tam miałam styczność. Znaczy, nowe... nazywam je tak, bo wyszły po tych serialach, co ja oglądałam i ogólnie po tym jak już się ie interesowałam takimi rzeczami, a "Girl Meets World" to lata 2014-2017 jak dobrze pamiętam i w sumie aż taki nowy nie jest. Pewnie raczej do niego nie wrócę, ale jeżeli ktoś chciałby zobaczyć coś nowszego niż coś z 2006 roku, albo może z nostalgią zobaczyć co takiego nowego Disney ma w swojej ofercie, z ważywszy, że stworzył on kiedyś ulubione seriale z dzieciństwa, no to myślę, że "Girl Meets World" zasługuję na chwilę uwagi, jeżeli ktoś chciałby coś lekkiego do obejrzenia, albo może nie ma weny obejrzeć coś treściwszego, a jednak chciałby coś obejrzeć, to też się nada. Można sobie go włączyć jak telewizor, żeby sobie brzdąkał w tle, bo nad nim nie trzeba nawet mocno skupiać.

I tak się złożyło, że publikuje wpis o dziewczynie w dzień kobiet. Tak o.



wtorek, 2 marca 2021

"Fate: The Winx Saga". Fajnie było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla dużych dzieci.

W ostatnim czasie miałam okazję zobaczyć bardzo kontrololowersyjną produkcję Netflixa powstałą w oparciu i popularny serial animowany. Jeszcze przed rozpoczęciem produkcji Netflixowego tworu, na podstawie wstępnych informacji, przecieków i plotek, wylał się różnorodny tak zwany hejt, jak ta produkcja obraża prawie wszystkie grupy ludzi, że nie będzie jakichś postaci z wersji kreskówkowej. Ja do całej sprawy podchodziłam chłodno. Na nic się nie nastawiałam, nie miałam żadnych oczekiwań. Z jednej strony pomyślałam, ze fajnie by było zobaczyć bohaterki z ulubionej kreskówki w wersji dla bardziej starszego towarzystwa, ale z drugiej strony wolałam się nie nakręcać, w razie gdyby twórcom coś nie wyszło. 

Swego czasu, będąc dzieckiem, serial animowany "Winx Club" był moim ulubionym. Miałam na jego punkcie obsesję. Rysowanie postaci z niej, zbieranie karteczek, oglądanie po kilkadziesiąt razy odcinków, zabawa z innymi dziećmi wcielając się w bohaterki, nawet jakieś opowiadania pisałam. Jakiś czas temu nawet obejrzałam sobie ten serial jako dorosła osoba, bo chciałam go obejrzeć po angielsku, trochę taki trening językowy. Napisałam nawet wpis dotyczący tego, ale go ni opublikowałam do tej pory, bo się jakoś nie złożyło,a do tego pisałam wpis o najnowszym wtedy sezonie tego serialu, którego nie skończyłam. Jedyna różnica między oglądaniem jako dziecko, a oglądaniem jako dorosła, to to, że zmieniła mi się ulubiona bohaterka. Za dzieciaka moim autorytetem była Bloom, zaś jako dorosła wolę postać Layli/Aishy. Zwyczajnie charakter mi się zmienił i inne postacie do mnie docierają. A tak to tych samych momentów nie lubię i te same momenty mnie cringe'ują.


Gdy rozniosła się informacja o pomyśle stworzenia serialu aktorskiego w oparciu o animację "Winx Club", to się zainteresowałam, w końcu byłam wielką fanką oryginału. Jak już wspominałam, nie nastawiałam się na nic. Czasami środowisko kreskówki, które nie mogło pogodzić się z brakiem transformacji, postaci Tecny, zmianą imienia dla wróżki z mocami natury i innymi rzeczami, które miały być inne niż w animacji, nakręcało mnie negatywnie, ale na szczęście młotek mojego samodzielnego myślenia uderzył i mi przeszło. 

"Fate: The Winx Saga" zaczyna się wraz z nowym rokiem nauczania w Alfei, szkoły dla czarodziejek, specjalistów i innych takich. Swoją drogą niektórym przeszkadzał fakt, że w Alfei uczą się wszyscy, a nie tylko wróżki jak w kreskówce. Dla mnie to jest jakieś urozmaicenie. Dzięki temu jest więcej możliwości, mi się wydaje. No więcej będzie się dziać między różnymi uczniami, niż tylko między czarodziejkami. Za to jak w kreskówce (prawie) do szkoły przychodzi o imieniu Bloom. Ona taka zagubiona na dziedzińcu szkoły w pewnym momencie spotyka pewnego chłopaka o blond włosach. Chwilę pogadali i Bloom skontaktowała się z dziewczyną o imieniu Stella, która miała ją wdrążyć w nową dla niej sytuacje. Brzmiało to tak, jakby wcześniej się nie spotkały i tylko możemy się domyślać, jak trafiły na siebie. W kreskówce one się poznały i Stella zabrała Bloom do Alfei (to jest kolejna rzecz, do której niektórzy mogliby, albo nawet się przyczepili).


Kiedy Bloom trafia do swojego pokoju, my widzowie poznajemy resztę towarzystwa. Dzieląca z nią pokój Aisha, czarodziejka wody. W drugim pokoju wspólnego apartamentu jest Terra, czarodziejka natury, oraz Musa, która swoje myśli zagłusza muzyką. Zaś trzeci pokój należy do Stelli, czarodziejki światła, która jako jedyna ma pokój tylko dla siebie. Był to pierwszy odcinek, to i pierwsze wrażenie co do bohaterów. Bloom była w moim spostrzeżeniu taką cichą, zagubioną dziewczyną, która nie odsłania za szybko swoich kart o sobie. Ma podejście, że sama sobie ze wszystkim poradzi i nie chce angażować innych. Aisha jest takim stanowczym głosem. Z początku wydawała mi się trochę wredna, ale potem okazuje się taką wspierającą osobą, która trzyma się zasad. Terra mimo że jest nieśmiała, to jest strasznie gadatliwa, a tak ogółem jest taką empatyczna osobą, która jak się potem okazuje, umie wyciągnąć pazury. Musa to taka dziewczyna na ludzie. Jej moce to moce umysłu, w głowie słyszy uczucia innych, aby od nich odpocząć, zakłada słuchawki i słucha muzyki. Z początku tego nie wiemy, ale gdy rozmawia w pewnym momencie z Terrą przyznaje się to tego. Spodobał mi się ten motyw. Bo widać było po postaci, że z czymś się boryka, jednocześnie miało się wrażenie, że olewa swoją współlokatorkę, a tu było trochę zakrywanie swoich problemów. Stella jest taką scwaną bestią, ma się wrażenie. Jakby to powiedziały pewne influerserki, bad bitch, boss bitch, rich bitch. Dziewczyna nie daję sobie w kaszę napluć i to ona rozstawi wszystkich po kątach. 


Bloom jest zagubiona w nowej rzeczywistości. Posiada magiczne moce, których nie rozumie i nie panuje nad nimi. Jest w nowym miejscu, między ludźmi, których nie zna. Dodatkowo pewna nieprzyjemna i trochę mroczna historia ją prześladuje, a przez którą dziewczyna zdecydowała się pójść do Alfei i coś zrobić ze swoją tajemniczą, magiczną stroną. Oczywiście próbuje działać na własną rękę, co kończy się na przykład podpaleniem lasu i straceniu kontroli nad sobą, z czego ratuje ją Aisha swoimi wodnymi mocami. I właśnie ze swoją współlokatorką zaprzyjaźnia się jako pierwsza. Zrozumiałe, dzielą ze sobą pokój Swoją drogą na początku były znajomości między współlokatorkami, a potem poznawały się one między pokojami. Co było fajnie, bo stopniowo zawierały znajomość, a nie wszystko na raz i od razu wszyscy są przyjaciółmi. No jedynie ze Stellą było trochę inaczej, bo ona i ma pokój tylko dla siebie, i chodzi bardziej swoimi ścieżkami. 

Idąc z wątkiem głównym, który poniekąd tyczył się Bloom, poznajemy tę postać. Twórcy jednak nie zapomnieli o pozostałych postaciach i zarysowali pozostałe cztery czarodziejki z głównej piątki, kilki chłopaków i tą jedną złą dziewuchę. Niektóre postacie można określić, czy je się lubi, czy nie, ale dla niektórych jednak było za mało czasu, bo serial ma mało odcinków. Kreskówka ma wszystko takie ugrzecznione, bo wiadomo, jest skierowana do młodszych widzów, ale w aktorskim serialu, dla starszej widowni, mogli śmiało pokazać jacy faktycznie są nastolatkowie, którzy nie zawsze są grzeczni, korzystają z internetu, imprezują, zakochują się, czy mają swoje jakieś problemy i kompleksy.


Bardzo spodobała mi się Musa. W serialu animowanym dość często ta postać potrafiła mnie irytować, czasami nie podobały mi się jej zachowanie, ale to już bardziej kwestia gustu. w "Fate" Musa była wyluzowaną dziewczyną, a jej styl bycia przypominał mi, że "eee, easy". Bardzo podobała mi się kreacja tej postaci. Stella jest podobna do animowanej wersji, lecz takie smaczki jak dumne chodzenie z podniesioną głową, widoczną pewnością siebie i wypowiedzianą ciętą ripostą, gdy jest takie zapotrzebowanie. Część z tych zachowań pod koniec jest wytłumaczone i okazuje się, że dziewczyna, która wydawała się bez uczuć, jednak te uczucia ma. Kolejną postacią, która pasowała do siebie, była postać Rivena. To taki typowy łobuz, namawiający innych do różnych rzeczy, lubiący zapalić sobie papieroska, czy nie patrzeć na reguły i zasady. Zaś dla odmiany jego przyjaciel, Sky, był jego przeciwieństwem. Ale szczerze powiedziawszy ta postać jak dla mnie jest taka nijaka. No do mnie nie przemawia. O wiele bardziej wolę postać Sama, sympatycznego chłopaka, który nigdzie się nie wychyla i nie jest ani szkolnym łobuzem, ani szkolnym przystojniakiem. Też stronę nauczycielską pokazali w sposób, jaki mi się podoba. Poza nauczaniem, byciem jakimś wzorcem i ogólnie dawania dobrego przykładu, też lubią sobie usiąść i wyluzować przy szklaneczce whisky. No i ta zła, co jest impostorem w Alfei. Beatrix. Ona jest fajną złą postacią, taką mroczną i tajemniczą i w sumie nie wiadomo jaki ma cel, jakie ma zamiary. Mimo to, ja jej nie lubię. No niestety ja już tak mam, że irytują mnie złe postacie swoim zachowaniem i intrygami. No ale bez takich charakterów się nie obejdzie. Bez nich nie byłoby filmów i seriali. 


Fabuła jest prosta. Do Alfei przychodzą osoby chcące się nauczyć magii, którą zostali obdarzeni. Za barierą chroniącą teren szkoły, pojawiają się "the burned ones", po polsku spaleni, ale ja preferuję angielską wersję. Z tego powodu wraz z nasileniem zagrożenia, dyrektorka szkoły trenuje uczniów do walki, nie mówiąc im o co chodzi, ale i tak wkrótce się dowiadują. W niektóre rzeczy Bloom jest wmieszana, o czym sama dowiaduje się razem z widzem. Ogólnie Bloom dowiaduje się dużo o sobie. A że ci co wiedzą coś więcej o niej, nie chcą nic jej powiedzieć, uwalania ona pewną kobietę, która chce jej coś zdradzić, ale przy okazji powoduje tym inne problemy. Zaś to skutkowało szokującym zakończeniem. Znaczy to, co zrobili, było proste, ale i tak mnie zaskoczyło. Szczęka mi opadła, bo było sobie spokojnie, a tu bum! zaskoczyli. 

Bardzo spodobał mi się ten(nie)zwyczajny świat, w którym używanie magii styka się z używaniem telefonu i internetu. Podobało mi się też to, ze w uczniach nie było podziału, tak jak to było w kreskówce, gdzie chłopcy uczęszczali do szkoły dla specjalistów, a dziewczęta albo do szkoły dla czarodziejek, albo do szkoły dla wiedźm. W "Fate" w gronie specjalistów są też dziewczyny, a wśród tych czarujących można znaleźć chłopców. Nawet jeżeli zrobiliby, tak jak było w oryginale, to też byłoby fajnie, Te dwa punkty wyjścia są równie dobre, jak dla mnie, i oba byłyby dobrym rozwiązaniem. 


Tak jak zostały przedstawione postacie Stelli, Musy i Rivena pasowało do tego, jak wyobrażałam sobie te postacie, jeszcze przed ogłoszeniem powstania "Fate", gdy pewnego razu przyszło mi do głowy, że taki aktorski serial mógłby powstać. Pozostałe postacie też były w porządku, ale to te trzy były najbardziej takie wybijające się. W sumie do tego grona dołączę dyrektorkę Alfei, bo ona w sumie też została przedstawiona tak jak sobie ją wyobrażałam. W jednych momentach była stanowcza, w innych pokazywała wiarę w uczniów, a w jeszcze innych sytuacjach potrafiła być na luzie babką. A kiedy nasza piątka czarodziejek coś zmajstrowała, co nie było w teorii odpowiednie, to dyrektorka dała im ochrzan, a jak się plecami do nich odwróciła, to się uśmiechnęła, sugerując, że w sumie cieszyła się z tego co zrobiły.

Pierwszy sezon był krótki. To taka próbka i sprawdzenie, czy ludziom się to w ogóle spodoba. Myślę, że w zapowiedzianym drugim sezonie będzie się więcej działo, zobaczymy więcej potworów, więcej magii. Jedne tajemnice się rozjaśnią, a drugie się pojawią. Bardziej poznamy postacie, by w końcu stwierdzić, którą z nich najbardziej się nie lubi. Ja tak mam, że w każdym serialu jest jakaś postać, nieważne czy dobra czy zła, która zawsze mnie irytuje i denerwuje. Mam nadzieję, iż będzie działo się jeszcze więcej, jeszcze bardziej poznamy tamten świat. Moim zdaniem ma to potencjał, ma to duże możliwości, aby tego twórcy nie spartolili. Jakby to był Filmweb, dałabym 7 lub 7,5 na 10 dla tego sezonu. A teraz byle do drugiego sezonu.



czwartek, 25 lutego 2021

W końcu się za to wzięłam!

Ostatnio zaczęłam sobie pisać wpis i w pewnym momencie wena mnie opuściła. Mam zastój piśmienniczy. Próbując wydusić chociaż kilka słów, czułam, że to złe, i że nie ma co na siłę próbować pisać, bo to z tego nic dobrego nie wyjdzie. Wiec jeden dzień nie robiłam nic, przez co czułam bezużyteczność. 

Przeglądałam rzeczy związane z blogiem i wpadł mi projekt, który zaczęłam trzy lata temu. Przeczytałam, co napisałam te trzy lata temu i złapałam wenę na napisanie tego od początku.

I takim sposobem, po trzech latach, wzięłam się za zakładki na blogu! 

Na razie jest jedna, "o mnie". Napisałam elaborat o swojej osobie. Jest obszernie opisane jak zaczęłam rysować, fotografować, jak wykształtował się mój gust muzyczny, jakie filmy i seriale oglądam i jak to w ogóle się stało, że zaczęłam pisać bloga. Pomagałam sobie tą pierwszą wersją, była bardzo pomocna w ujęciu tego dzisiaj. Ogólnie wtedy myślałam, że takie zakładki będą pomocne i przydatne na blogu, ale źle się za to wzięłam. Zamiast napisać jedną i udostępnić, a następnie pracować nad drugą i po skończeniu udostępnić, to ja myślałam, że wszystkie zakładki dopiero jak skończę będę udostępniać. I tak w trakcie kompletowania zdjęć do jednej z zakładek poddałam się. 

Mam nadzieję, że z czasem będą pojawiać się kolejne. W planach jest "o blogu", myślę, że dość ważne; "rysunki", taka trochę galeria moich rysunków; "zdjęcia", gdzie będą moje wytwory z aparatu i myślę, że jeszcze z przyborami do rysowania.

Na tą chwilę wena na zakładki mnie opuściła, ale spróbuję wrócić do tego wpisu, albo będę sporządzać notatki do tych, które chce napisać.

No cóż, noc nieprzespana, nocą produktywną. 


czwartek, 18 lutego 2021

Krótka historia o moim telefonie.

Mój telefon w ostatnim czasie sporo przeszedł. Po trzech latach używania jego a to miał bliskie i bardzo twarde spotkanie z płytkową podłogą, za niedługo przywitał się z chodnikiem, oba te wydarzenia skutkowały w pęknięcie ekranu, no i kilkadziesiąt innych upadków. 

Pięć telefonów bez żadnych pęknięć, ten obecny nieszczęsny, trzy lata w moim posiadaniu, i po tych trzech latach musiał mi wypaść i zbić się ekran. Dla mnie to traumatyczne przeżycia. Jeszcze przy pierwszym razie, było to jedno pęknięcie u góry ekranu, którego nawet nie zauważyłam, bo jak normalnie parzyłam na telefon, to widać nie było, a dopiero pod kątem można było to zauważyć. Po tym pierwszym ból istnienia minął, długo nie było czekać na ten drugi. Ale przy tym drugim upadku ekran popękał w kilku miejscach. Przy tym był większy ból istnienia, bo pojawiły się u dołu ekranu dwie kreski pęknięcia na całej szerokości i pajączek. No jak patrzyłam na niego, to było mi smutno. Dzięki temu, że telefon używa się codziennie, to się do tego widoku przyzwyczaiłam. Przyzwyczaiłam się do tego stopnia, że mimo nadal tego bólu, że tyle mu się stało, to mi się zaczęło to podobać. Spodobał mi się ten wygląd zużytego telefonu. Dziwna jestem, co zrobić.

Myślałam, że los już odpuścił mojej Nokii, ale nie. Wczoraj, nachyliłam się do kotłowni, żeby zobaczyć ile stopni jest na piecu. Telefon miałam w takim futerale na aparat, założony jak pasek, bo jak nie mam kieszeni w spodniach, a jestem w domu, to sobie kieszeń zrobiłam. Nigdy mi z tego nie wypadł ten telefon. Ale w końcu postanowił to zrobić. Jak się nachyliłam, to usłyszałam aby charakterystyczny dźwięk wypadania telefonu, a potem... schodek po schodku, powolutku, sobie spadał. A ja aby na to patrzyłam. Dobrze, że w kotłowni światło zaświecone nie było. On wolno spadał, że myślałam, że ktoś włączył to w spowolnionym tempie, to co widziałam. Myślę sobie, no chuj, po telefonie. No spadł po schodach. No zawał.

Schodzę tam, biorę telefon, a on ŻADNYCH NOWYCH PĘKNIĘĆ. Ale jeszcze się nie cieszyłam. Wciskam przycisk, nie świeci się. Trochę panika. Pomyślałam, iż jeszcze nie będę popadać w załamanie, bo ten telefon spadł, doznał wstrząsu. Przyszłam do pokoju, podłączyłam go do ładowarki, pomyślałam, że może respirator go tak pobudzi. No ale nie. No to stwierdziłam, że poczekam, może się po jakimś czasie przebudzi. Ale też nic. To postanowiłam przytrzymać dłużej przycisk włączania i... drganie, a mi kamień spadł z serca. A już powoli myślałam, że trzeba będzie nowy telefon kupować. 

I ja, firmę mojego telefonu, Nokię, będę wychwalać, bo ten mój telefon spokojnie wytrzymał mi trzy lata, i teraz, mimo paru mankamentów, jak na przykład wyłączanie się przy 60% baterii, to nie mam z nim większych problemów, jak z LG, którego miałam przed nim, który zaś mając niecałe dwa lata, nie wytrzymywał mi drogi do szkoły. A moja Nokia trzy lata, czasami mi się wyłącza mając dość dużo procent baterii, jak jest mróz, no to przy 90% mu się zdarzało, ale w instrukcji jest nawet napisane, iż telefon ten nie lubi mrozu i upału (to ciekawe jak on wytrzymał mi w samochodowym uchwycie na samym słońcu 😆), ale mimo to, DZIAŁA. A LG dawno wymiękł. Do tego te wszystkie upadki, kończące się niczym, obitym rogiem, albo pękniętym  ekranem. I upadek ze schodów. 

Wracając jeszcze do tych schodów, to o tyle szczęście, że one są pokryte taką wykładziną, bo tata stwierdził, że jak ją położy, tak po prostu, nawet bez żadnego kleju czy czegoś, to mniej syfu do domu się naniesie. Prawdopodobnie gdyby nie ta wykładzina, to ten telefon by nie przeżył tego spadania schodek po schodku. 

No cóż, jeszcze trochę pomęczę się z moim telefonem, a telefon ze mną. 





wtorek, 9 lutego 2021

"I'm a driver". "Baby Driver".

Wróciłam na chwilę do 2017 roku.

W czasie premiery, po premierze i ogólnie kiedy o filmie "Baby Driver" było głośno, no to ten film zainteresował i mnie. Po obejrzeniu traileru spodziewałam się iż może mi się on spodobać, bo pomysł, gdzie w filmie można powiedzieć, że główną rolę będzie grać muzyka, bardzo mi się spodobał. Jednak jak można łatwo się domyśleć, film ten zrobił się szybko popularny, dużo się o nim mówiło, no a ja jestem dziwnym człowiekiem i nie lubię zapoznawać się z tym co jest popularne, odczekuje jakiś czas i sobie sprawdzam coś co mnie zainteresowało jak już hype trochę przemija. No i tak samo miałam z "Baby Driver", powiedziałam sobie, że kiedyś obejrzę. Od tego trochę czasu minęło i do tej pory jak przypominałam sobie o tym filmie i pomyślałam, żeby go obejrzeć, to tylko na pomyśleniu się skoczyło. Zaś jak na początku roku wróciłam z Sylwestra do domu, to rodzice włączyli telewizor i ja randomowo zeszłam z piętra z mojego pokoju, żeby sobie herbatę zrobić, czy coś i właśnie w telewizji leciał "Baby Driver" (zanim zebrałam się, żeby go obejrzeć, to go w telewizji zaczęli puszczać), no i z ciekawości postanowiłam zobaczyć pierwszą scenę, z uwagi na to, ze miałam go na liście do obejrzenia. Zobaczyłam tą pierwszą scenę i, jakie to dobre! Nie zostałam na telewizyjnym seansie, bo po pierwsze - nie oglądałam telewizji, a po drugie - zaraz była reklama, co od razu zniechęca. Poza tym, ja coś innego wtedy robiłam i mam tak, że jak coś robię, to nie przerywam. Ale pojawiła się taka świeża ochota na obejrzenie tego filmu. I za niedługo, jak miałam taki leniwy dzień, ten typowy jeden dzień w miesiącu dziewczyny i ogólnie nie było ze mnie większego pożytku, to sobie pomyślałam, a to sobie obejrzę. No i zafundowałam sobie seans. 

Jeżeli ktoś jeszcze się znajdzie, taki jak ja, że nie widział tego filmu, to uprzedzam przed bardzo możliwymi spoilerami, bo, spoiler, będę się zachwycać tym filmem. 


"Baby Driver" rozpoczyna się pierwszym napadem i pierwszą ucieczką. Epicka, na pierwszym miejscu najlepszych scen w filmie, jak to czerwone Subaru pomyka po mieście uciekając przed policją. Ja ją kilka razy oglądałam, bo jest po prostu genialne. Im więcej ją widziałam, tym więcej rzeczy mogłam spostrzec. Ale wystarczył jeden raz, by dużo zauważyć. I do tego świetna muzyka. To, jak wszystko podpasowane jest pod muzykę, ogólnie w całym filmie, kompletne mistrzostwo, jak każdy ruch postaci, czy czegokolwiek w scenie, nawet kwestie mówione przez postacie jest pod muzykę. Rzeczy dziejące się pod rytm muzyki jest spełnieniem mojej pewnej strefy komfortu. Ja uwielbiam jak coś, teledysk, reklama, cokolwiek, jest zrobione pod rytm muzyki, a tu cały film jest pod muzykę! 

Akcja zaczyna się, gdy Baby włącza piosenkę, "Bellbottoms", The Jon Spencer Blues Explosion. W trakcie rozpoczynania utworu, oczywiście w jego rytm kamera poznaje nas z postaciami siedzącymi w samochodzie, przy ostatniej trójca wysiada, zabierają rzeczy z bagażnika i idą robić swoją robotę. Tymczasem Baby rozkręca imprezę ze sobą i autem. Siedząc w fotelu tańczy z wycieraczkami i kierownicą. Z muzycznego transu wyrywa go przejeżdżający radiowóz. W tym samym momencie piosenka się uspokaja, razem z nią Baby, który powrócił do skupienia. Za chwilę utwór powoli nabiera tępa, które podsyca to, co się dzieje na ekranie. Baby widząc, że przychodzi jego część roboty, przygotowuje się do jazdy, zapala silnik, wrzuca wsteczny bieg i robiąc "wrrm wrrrmmm" dodając gazu, czeka na nadchodzącą ekipę. Gdy już wszyscy byli na pokładzie, pasażer obok kierowcy pokazuje palcem do przodu, sugerując, by jechał do przodu, ten zaś dodaje gazu i jedzie do tyłu. Ten akcent zawsze mnie bawi. Za każdym razem, gdy to widzę. No i zaczyna się driftowanie, uciekanie. Czerwone Subaru pomyka przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, gdzie kątem oka, a właściwe kątem obrazu, widać blask robionego zdjęcia, następnie gdzieś między budynkami omijając śmieciary, pokonuje policyjne kolczatki, kiwa policję wtapiając się w towarzystwo czerwonych aut, a potem pomyka za plecami radiowozy, w którym słyszymy informację o ściganym czerwonym Subaru, to też było zabawne. Ostatecznie Subaru wjechało na parkin, czwórka ludzie w nim siedząca szybko zmieniła auto na Toyotę i jadą dalej. 


To była prosta scena pościgu, ale wszystko było przemyślane, wystarczy przyjrzeć się ruchom kamery. Ja lubię sobie pooglądać serial "Kobra - Oddział Specjalny", gdzie pościgów jest mnóstwo, ale takiego satysfakcjonującej jak tej w scenie openingowej "Baby Driver", to chyba nie ma. Albo nie ma ich tak dużo. Ma się też wrażenie, że to faktycznie jest pościg, w sensie, jak jest ujęcie na postaci w Subaru, to ma się wrażenie jakby ktoś po prostu wsadził do samochodu małą kamerkę, która rejestruje to co się dzieje w samochodzie. A to dzięki temu, że aktorzy przychylają się w odpowiednie strony, gdy samochód na filmie skręca, albo widać po nich kiedy jest jakiś wstrząs autem, to daje takiej trochę realności. Plus, gdy kamera obserwuje naszego Baby kierowcę, to po jego ruchach, spojrzeniach, mimice widzimy, że on cały czas pracuje główkuję, obserwuje, myśli i kombinuje podczas tej jazdy. Na przykład, jedzie on, widzi czerwone auta, już po ujęciach widz może domyśleć co zrobi. On zaś zmienia kierunek jazdy, dogania te auta, potem znowu widzimy, że Baby myśli, bo patrzy najpierw na jeden, potem na drugi samochód i zamienia się z jednym pasami, gdy przejeżdżają tunelem. I takim sposobem robi policję w bambuko. I przez te sześć minut trwania tej sceny nie było ani jednego dialogu. Były jedynie jakieś backgroundowe teksty, typu informacje w policyjnym radiu, albo któryś będący w aucie z Babym mówił "oh shit". Bardzo podobało mi się to, że człowiek oglądający ten film musi przeprowadzać obserwację tego co się dzieje na ekranie i im więcej zobaczy tym większa satysfakcja z oglądania tego filmu. Dlatego na przykład wiele razy odtwarzałam sobie między innymi tą scenę. Można spostrzec coś takiego prostego, jak moment w którym Baby wrzucił wsteczny bieg i kiedy zaczyna uciekać już z całą ekipą, jedzie właśnie do tyłu. Albo gdy Subaru przejeżdża przez skrzyżowanie, widzimy charakterystyczny błysk robionego zdjęcia, a później w filmie widzimy wiadomości w telewizorze  i zdjęcie zrobione na tym skrzyżowaniu. Najnowszą myślą na temat tej openingowej sceny, która przyszła mi do głowy , to to, że przypomina mi teledysk. To jak wszystko pasuje do muzyki i ta muzyka dyktuje to co się dzieje na obrazie, idealnie pasuje do teledysku. A podczas pisania odświeżyłam sobie tą scenę i tam postać na drugim planie odkręca głowę za siebie w rytm utworu, no mastermind. 

Po tej pięknej scenie pościgowej wszedł przerywnik na tytuł filmu. Wraz z przerywnikiem przyszedł i kolejny utwór, "Harlem Shuffle", Bob & Earl. Jaki on ma vibe! Z resztą, który utwór w tym filmie nie ma vibe'u. W rytm wyżej wymienionej piosenki Baby taneczno rytmicznym krokiem idzie sobie po kawę. I jak w śpiewanym tekście było "to the right", no to chłopak robił ruch w prawo, jak było "to the left" no to chłopak robił coś w lewo, a na różnych elementach podczas drogi, jak latarnia, ściana, cokolwiek, były pojedyncze słowa tekstu utworu. Gdy Baby mija sklep muzyczny, gdzie w oknie na wystawie była trąbka, to on się zatrzymuje idealnie na tle tej trąbki i udaje, że na niej gra, co robił oczywiście pod muzykę, gdzie akurat było słychać ten instrument. Gdzieś tam jeszcze naśladuje graffiti, kawę zamawia zaczynając słowami "yeah, yeah, yeah", które również synchronizują się z wyśpiewywanymi tymi słowami w piosence, a idąc już z zakupioną kawą, unika wzroku przechodzącego policjanta, zabawne. Nawet jak piszę to teraz i wspomniałam to ostatnie, to aż się zaśmiałam pod nosem. A idąc tropem myśli z poprzedniej sceny, ta jeszcze bardziej przypomina mi teledysk. Mało tego, jak oglądałam, to powiedziałam sama do siebie w myślach, że przypomina mi to jednoujęciową scenę. I faktycznie taka ona jest. Ja, jak zwykle po obejrzeniu filmu oglądam różne wywiady i ogólnie materiały zza kulis, i właśnie w jednym z materiałów reżyser mówił o tej one take scenie. Ona zrobiła na mnie wrażenie. Tylko, taka myśl mi wpadła, ile razy oni musieli ją powtarzać podczas kręcenia. Ale ile razy by nie powtarzali, wyszła im świetnie. Ta scena ma niecałe trzy minuty i to są tak satysfakcjonujące niecałe trzy minuty, że to jest druga scena, którą sobie parę razy odtwarzałam, bo zwyczajnie mi się ją świetnie ogląda i czuję radość, gdy ją widzę. Swoją drogą jak sobie ją przypominam, to utwór z tej sceny  sam przychodzi mi do głowy i sobie leci. Też ta scena jest, jak poprzednia, sceną niemą, bo poza zamówieniem kawy przez głównego bohatera, nie ma żadnego dłuższego dialogu. Tak więc znowu można się skupić ino na ujęciach i muzyce.


Wraz z kolejnym utworem wchodzimy w następną scenę. Baby roznosi kawę towarzyszom z którymi musi współpracować. Co ciekawe, sam kawy nie pije. Siada sobie z tyłu, co mi się trochę wydaję takim symbolem, że on nie do końca tam do nich należy. I właśnie jak nie ma potrzeby siedzieć z tamtymi ludźmi, to siedzi sobie w oddzielnym stoliku, ze słuchawkami w uszach, okularach przeciwsłonecznych na nosie i kamiennym wyrazem twarzy niewzruszony niczym ściana. Chłopak mógł wydawać się trochę dziwny, albo raczej inny, nietypowy, wyróżniający się z tłumu, więc nie do końca jego osoba pasuje innym. I taki Griff, no, trochę mu dokucza, zaś Baby, który pozostaje z kamienną twarzą niczym niewzruszony i nawet nie rusza go pięść idąca w jego stronę, a mająca go przestraszyć. Ja w tym trochę widziałam pewność siebie głównego bohatera, ale taką, która nie jest gołym okiem widziana. Baby nic sobie nie robił ze złośliwych i nieprzyjemnych uwag Griffa, mało tego, gdy bandyta zabiera mu okulary przeciwsłoneczne z nosa, to on z kieszeni wyciąga drugie i zakłada, a gdy i te mu strąca, wyciąga jeszcze następne. To było dla mnie zabawne, a zakładanie kolejnych okularów było dla mnie takim symbolem, że ma gdzieś to co mówił i robił Griff. 

Ile Griff próbował dokuczyć głównemu bohaterowi, to jego, i tak potem go nie było, a tymczasem Doc, pan szef całej ekipy, ma kolejny plan do omówienia. Tak więc wjeżdża kolejny utwór, pasujący do nadchodzącej humorystycznej sytuacji. Doc tłumaczy i się produkuje, a Baby? A Baby gra sobie na wyimaginowanym pianinie podczas słuchania piosenki. I wydawałoby się, że kompletnie nie słucha, tak też sądził niejaki Bats, który po zakończeniu przemowy szefa zwrócił  uwagę na niepozornego chłopaka ze słuchawkami w uszach, a konkretnie czy on w ogóle uważał na to co mówił Doc. Zaś szef wywołuje Baby kierowcę, by przemówił. A ten, zdejmuje okulary, wyjmuję jedną słuchawkę z ucha, i zaczyna recytować cały plan. A na koniec swej wypowiedzi włożył z powrotem swoje okulary i spytał "questions?". No ja pytań bym nie miała. Spokojnie szłabym na robotę. Przekonał mnie. Choć Bats nie powiedziałby tego samego. Jego sceptyzm pozostał.


Przenieśmy się teraz do świata naszego kierowcy. Znaczy, w jego świecie jesteśmy przez cały film, ale tu mamy moment, gdzie chłopak jest poza tym przestępczym życiem. Można zauważyć, że gdy Baby jest w towarzystwie bandytów, to ma właśnie kamienną twarz, bez emocji, a gdy wychodzi spoza to towarzystwo, nawet po tą kawę, to wybucha energią, żyje muzyką i tańczy. I takiego właśnie widzimy go w domu. Przygotowuje posiłek dla Josepha - robi to w tanecznym kroku (swoją drogą albo mi umknęło, albo nie zostało wyjaśnione kim Joseph jest dla chłopaka, możliwe jest, że nie wychwyciłam, my bad), gdy poznaje dziewczynę, Deborę, to jego humor jest jeszcze bardziej promienny. A fragment, który najbardziej mi się podobał, a nie był pościgiem ani niczym takim, tylko był taki zwyczajny, to ten, gdy Baby nagrywa coś na dyktafon, a potem takie nagranie samplował i tworzył utwór. Lubie takie motywy tworzenia czegoś, w tym przypadku muzyki. Często zdarza mi się oglądać streamy z robienia muzyki. Mike Shinoda z Linkin Park na przykład zaczął robić takie streamy. Teraz tworzy utwory swoich fanów. Wcześniej Dan Reynolds z Imagine Dragons robił dema na transmisji. Albo YouTuber, Brudna Małpa, robił muzykę na live, samplował czołówki z kreskówek, animacji z dzieciństwa, tworzył bit, pisał tekst i jak wyszło coś spoko, to publikował na kanale. Także motyw robienia muzyki w filmie bardzo do mnie trafił. To też pasowało mi do postaci głównego bohatera, który przecież żyje muzyką. I on jeszcze miał taką radochę z robienia tego kawałka muzyki, który nagrał na kasetę, a ta zaś w pudełku trafiła do torby z innymi takimi kasetami.


Trzeba wrócić do roboty kierowcy. Baby miał zabrać trzech chłopów z miejsca rabunku i już mieli wysiadać z auta zrobić swoje, gdy ten zatrzymał ich bo... nie wbili się w rytm piosenki. Dlatego cofnął utwór i w odpowiednim momencie dał im zielone światło. Był to przedni akcent humorystyczny. Jednak zaraz na ekranie pojawia się już mniej humorystyczna rzecz. Gdy Baby czeka w napięciu, by już stamtąd pojechać w pewnym momencie widzie, że polała się krew. Widzimy, że to trochę zdekoncentrowało chłopaka. Być może dlatego ucieczka nie idzie tak dobrze jak ta z początku filmu. Udało im się, ale nie obyło się bez komplikacji. W trakcie drogi musieli zmienić auto, a ludzie z którymi był Baby musieli wybrać akurat auto, w którym była matka z dzieckiem. Tamci to by pewnie olali, ale Baby mimo właściwie braku czasu, oddał dziecko matce. Widać też było, że ten nie miły incydent też ruszył chłopaka. I jeszcze myślał, że będzie to jego ostatnia robota, co według mnie było delikatnie naiwne, bo jak słyszymy i widzimy jego rozmowę z Doc'iem, są oni na prosto. W sumie to Baby wyszedł na prosto. Po tej robocie zdarzył się jeszcze jeden incydent, który nie podobał się chłopakowi. Jeden z ludzi został pozbawiony życia, a zaś Baby miał pozbyć się samochodu z jego ciałem. To chłopak traktował jako pożegnanie, gdy wychodził ze złomowiska. Był szczęśliwy, że już nie będzie miał styczności z tym przestępczym światem, znajduje sobie normalną pracę, jako... kierowca, w pizzerii, umawia się z Deborą, dziewczyną, która tak szybko nie wyjdzie mu z głowy. Ale jak łatwo się domyślić, ze świata przestępczego tak szybko się nie wychodzi. 


Nie trzeba było długo czekać, żeby Doc pojawił się u chłopaka, zagroził mu... połamanymi kościami, aby przekonać go do powrotu. Od tego momentu klimat filmu i nastrój głównego bohatera robi się trochę cięższy. Widać, że Baby od tego momentu jest trochę taki ponury, jakby miał pechowy zły dzień. Z wesołego, pogodnego chłopaka zmienił się w ponuraka. I gdy znowu siedzi przy stole słuchają tego co mówi Doc, Baby jest niezadowolony, że tam siedzi. Aż było czuć taką gęstą atmosferę. W tej chwili jak oglądałam, to czułam, że zaczyna coś się sypać tam w tym bandziorowskim towarzystwie. Takim symbolem do tego jak dla mnie był mały samochodzik, którym bawił się Baby podczas słuchania. Jeździł nim po stole do przodu, do tyłu i w pewnym momencie ucieka mu spod dłoni i spada na podłogę. Po tym miałam takie ocho, coś się podzieje.

Tym razem w składzie bandziorów był Buddy i Darling, których znamy z początku filmu, oraz Bats. Wpierw towarzystwo jedzie zakupić broń. Baby chciał zostać w aucie, tak jak zazwyczaj poczynał, ale nie tym razem, bo Bats kazał mu iść z całą ekipą. Tu miałam trochę wrażenie, że chciał pokazać, że Baby będąc kierowcą nadal siedzi w tym przestępczym świecie, jakby chciał mu udowodnić, że również należy do bandziorów. Też przez Batsa działy się kolejne rzeczy. Zauważył on, że ludzie, którzy mieli sprzedać im broń są glinami, więc postanowił zignorować plan Doca i w rytm "Tequili" zaczął się z nimi strzelać i ostatecznie ci od broni pozabijani, Bats z resztą wziął potrzebną broń, a resztą wybucha w powietrze, gdy już odjeżdżali. Po drodze, Bats, znowu, chciał zajechać do pewnego lokalu. Baby chciał być asertywny, mocno zahamował i powiedział "nie", lecz mu nie wyszło i jednak tam zajechali. I stało się to, czego raczej Baby by nie chciał. Weszli do miejsca, gdzie pracowała Debora, w dodatku Baby na przodzie towarzystwa, kiedy wchodzili, moment w slow-mo. Smutny był ten moment, ale mi się podobał. Chyba właśnie ta smutność i jak ona została pokazana mi się podobało. No bo baby wchodzi, na czele całej szajki, muzyka gra i dodaje emocji, jego smutny, a potem zrezygnowany wzrok spotyka się ze wzrokiem dziewczyny, oczywiście nic do siebie nie mówią. Tylko muzyka i smutna atmosfera. Chłopak jeszcze siada sobie w kącie ze spuszczoną głową. No jak już wszyscy siedzieli przy stoliku, no to Bats, bo kto jak nie on, zaczął gadać swoje filozofie, podczas których zauważyłam, jak Baby na drugim planie, dyskretnie i kompletnie niezauważalnie bierze sobie serwetkę i coś tam kombinuje, a na końcu daję ją Deborze, razem z pieniędzmi, bo przecież Bats nie zamierzał płacić. Gdy wracają do bazy, Doc nie jest zbyt zadowolony, bo nie usłyszał potwierdzenia zakupu od swoich handlarzy, Batsowi powiedział, że to byli jego gliniarze i kazał wszystkim zostać na noc w bazie. Kolejnego dnia mieli akcję z pocztą.


I tu powoli zaczyna się moment, w którym nie do końca rozumiałam postępowanie głównego bohatera. Nie wiem, czy czegoś nie zauważyłam, czegoś nie spostrzegłam, albo czegoś nie zrozumiałam, no ale tak jest. Na początku chce uciec, ale mu nie wychodzi, więc zmuszony jest wziąć udział w tym całym skazanym na porażkę przedsięwzięciu. Tam go jeszcze zmotywowali. No i siedział pod tą pocztą i czekał. Podczas tego czekania spotkał się wzrokiem z kobietą, która tam pracowała, oni wcześniej się spotkali, bo Doc wysłał Baby kierowcę na zwiady. Pokręcił jej głową, żeby tam nie wchodziła. Zaraz rozbrzmiał alarm, trójka wróciła do auta i Bats próbował pogonić, by chłopak jechał. No ale Baby stał w miejscu, ignorował i dodatkowo patrzył z nienawiścią. Myślałam, że on czeka na policję i tym samym pomógłby w ich pojmani, albo coś w tym rodzaju. Natomiast chłopak chyba nie wytrzymał darcia mordy Batsa, i w pewnym momencie jak dał gazu, to samochód znalazł się na tyle stojącego przed nim samochodu, na którym były jakieś metalowe pręty, tym samym nabijając Batsa. Tu jeszcze miałam takie, okay, chłopak nie wytrzymał. Bats był faktycznie taką inwazyjną postacią, mnie właśnie zaczął irytować w pewnym momencie. I tak myślę, no pod wpływem emocji chłopak działał. Potem ucieka policji, pokazuje, iż jest tak samo szybki w nogach jak i w samochodzie. swoją drogą kolejna świetna scena montażowa z muzyką. On sobie biegnie, biegnie, muzyka ma spokojniejszą chwilę w kompozycji, to on też spowalnia, kradnie ubrania w sklepie, albo stoi pod drzewem by odsapnąć i rozejrzeć się, jak sytuacja, muzyka nabiera tępa, to i on zaczyna biec. Gdy próbuje uciec, to kradnie sobie auto, poznajemy jego nową umiejętność, wpada jeszcze na Buddy'ego i Darling, którzy zaczynają się strzelać z policją i kobieta ginie. Potem Baby zabiera auto staruszce, za co przeprasza i oddaje jej torebkę. 


Prawdopodobnie motywem chłopaka była ucieczka, razem z Deborą. Nie wiem tego na pewno, bo on nie mówi tego co chce zrobić, po prostu obserwuje się jego poczynania i trzeba interpretować to, co robi. I tak, by nie zostawić Josepha na lodzie, jedzie do domu, wyjmuje pieniądze ze skrytki w  podłodze i zawozi go tam, gdzie się nim zaopiekują. Do tego jako że jest osobą niepełnosprawną, głuchoniemą, to nagrywa na dyktafon potrzebne informacje o mężczyźnie dla personelu. Za chwile Baby znika, bo policja go wytropiła. Zaraz widzimy go w miejscu pracy Debory. Tam na niego czeka Buddy, który obwinia go o śmierć ukochanej. A co robi Baby? Po rozmowie między nimi odstrzela chłopa. W sumie to nie do końca, bo potem musiał zepchnąć go autem na parkingu. Przed tym jednak Buddy zdążył go ogłuszyć, strzelając koło jego jednego, potem drugiego ucha, a Baby miał uraz po wypadku, więc ból. Potem jak jechali z Deborą, to był ogłuszony. Rozmawiają chwilę o śpiewającej mamie chłopaka, której nagranie dziewczyna włączyła w samochodowym radiu. Z racji tego, że Baby był ogłuszony, to dłonią dotknął głośnika na drzwiach samochodu. To było takim odniesieniem do początku filmu, gdzie Joseph w taki sposób właśnie odczuwał płynące dźwięki. Bardzo spodobało mi się to nawiązanie. Za daleko nie pojechali, bo im policja stanęła na drodze. No i aresztowanie, rozprawa, więzienie, wypuszczenie i dobre zakończenie. 


Było mi szkoda tego Baby kierowcy. Fakt, trochę nagrabił sobie, szczególnie pod koniec filmu, ale w tym więzieniu, to jakby był bez osobowości. No w końcu bez muzyki swojej tam był. I ogólnie, tak jak świadkowie na rozprawie mówili, ze to zły chłopak nie jest. Swoją drogą świadkiem na rozprawie był oczywiście Joseph, bo przecież razem żyli w jednym domu, to go doskonale znał i złego słowa nie mógł powiedzieć, była też kobieta pracująca na poczcie, która powiedziała o tym jak chciał ją ostrzec, była też kobieta, której grupowo zabrali auto, a Baby oddał jej dziecko, była też staruszka, której pod koniec zabrał auto, a która powiedziała o jego dość nietypowym powiedziałoby się, zachowaniu, no bo przeprosił i oddał torebkę. Jeszcze na chwilę się tutaj zatrzymam, bo w tej scenie ta staruszka przyglądała się chłopakowi, bo... on sobie ustawiał radio w tym samochodzie, żeby mu się lepiej jechało. To trochę wyglądało, jakby ta kobieta coś w nim zobaczyła, taką inność, coś nietypowego, niespotykanego i widać było, że aż ją to zaciekawiło. No i ci ludzie widzieli te takie małe rzeczy w jego zachowaniu, takie co nie do końca pasuje do zachowania typowego przestępcy. No i te małe rzeczy prawdopodobnie podziałały na korzyść chłopaka, bo w końcu przesiedział tylko pięć lat w tym więzieniu, jak czegoś nie poplątałam.


Swoją drogą, to co mi się podobało w tym filmie to to, że żeśmy zostali wrzuceni w akcję tego filmu jak piłkę do kosza. Nie wiemy dlaczego i jak Baby został kierowcą, nie wiemy jakie porachunki łączyły go z Doc'iem. Tak jakbyśmy weszli dopiero do domu i wbili się w rozmowę i dopiero przysłuchując się jej wiemy mniej więcej o co chodzi. Oglądając film musimy też się domyślać rzeczy, zauważać je, bo nie wszystko jest powiedziane wprost, tylko albo trzeba wywnioskowywać z dialogów postaci, albo z nich zachowań i poczynań. 

Genialną rzeczą jest montaż robiony pod muzykę. Ujęcia wpasowujące się w rytm utworów jest czymś luksusowym dla mnie, dla mojego oka. Same utwory są po prostu świetne, część z nich sobie nawet zapisałam na playlistach. Bardzo fajnie się jedzie samochodem przy tych utworach, szczególnie po obejrzeniu takiego filmu. One dają takiego klimatu całemu filmowi. Mi się tak wbiły w głowę, że nigdy nie spodziewałam się, że będę miała takie utwory w gronie swojej muzyki. Dodatkowo utwory są też po części dopasowane do sytuacji, na przykład kiedy Baby rozmawia z Deborą, to w tle przewijają się utwory z tym imieniem w tytule. 

Rewelacyjnym zabiegiem jest, gdy wypowiadane jest coś przez postać, a gdzieś potem w filmie mamy odniesienie do tego. Na przykład Griff mówi na odchodne, że jeżeli go więcej nie zobaczą, to dlatego, że nie żyje. Ta postać potem już nie pojawiła się w filmie. Kiedy po pierwszym napadzie w filmie, po podzieleniu się pieniędzmi ewakuują się poprzez windę, Buddy wychodząc na swoim piętrze mówi, by Baby następnym razem nie odbierał telefonu od Doca i faktycznie nie odpiera, bo rozmawia z Deborą i ignoruje połączenie. Jest scena, gdzie Baby przeskakuje z kanału na kanał w telewizorze, i można usłyszeć z programów po zdaniu, a potem te zdania konkretne w konkretnych sytuacjach chłopak cytował. Ten zabieg mi się bardzo spodobał.

"Baby Driver" nie jest filmem z nie wiadomo jak wybitną fabułą, artystycznymi ujęciami, głębokim przekazem i mocno zarysowanymi postaciami. To film prosty lekki, przy którym człowiek ma się dobrze bawić. Widziałam w nim kilka rzeczy, których mogłabym się przyczepić, na przykład samochód stojący na skrzyżowaniu, sugerujący, że ma czerwone światło nie ma włączonych świateł w pierwszej scenie, ale zwyczajnie było w tym filmie tyle fajnych rzeczy, że nawet te wady ni przeszkadzają. Rozpamiętywałam ten film jeszcze długi czas po obejrzeniu, słuchałam muzyki z niego, to znaczy, że pozostał mi w głowie, a jak pozostał mi w głowie, to już coś znaczy. Dla porównania dam film "Enola Holmes", który obejrzałam, podobał mi się, ale nie został mi w głowie tak jak "Baby Driver". Minie trochę czasu i pewnie do niego wrócę, żeby ponownie sobie go zobaczyć. I w sumie jest tylko jedna rzecz, którą żałuję, że wcześniej tego filmu nie obejrzałam, tego iż nie widziałam tego filmu w kinie, a teraz tylko mogę się domyślać jak zajebiste wrażenie musiał on robić właśnie w kinie. 

No cóż, przyszedł koniec mojego elaboratu. Poniżej jako gratis podrzucę jeszcze widea o tym filmie, bo warto spostrzec to, czego nie udało się wychwycić, albo zobaczyć sobie to jako taka ciekawostka, albo zobaczyć, że w tym prostym filmie jest genialność.





Baby Driver | Things you might have missed | Edgar Wright | Part 1



Jak zrealizowano najlepszą scenę pościgu w historii?



Baby Driver - czy montaż filmu pod muzykę ma sens?



Jak nakręcono Baby Driver?